Wróciła do jadalni w towarzystwie Czarnego Pana. Wszyscy śmierciożercy wówczas podnieśli się i ukłonili w stronę swego wodza. Snape, który usłyszał, jak chwilę wcześniej coś uderzyło o drzwi z drugiej strony, przyglądał się badawczo Victorii – choć nie na tyle, by przykuć uwagę Voldemorta – jednak niczego nie udało mu się wyczytać z jej twarzy. Miała spuszczony wzrok – prawdopodobnie zmartwiony, ale nie mógł być tego pewien, bo nie widział dobrze oczu.

Czarny Pan zasiadł na krześle u szczytu stołu i pozwolił spocząć poddanym. Wyglądał na zadowolonego i podekscytowanego – a to nie mogło wróżyć, jak sądził Snape, nic dobrego.

– Siedzicie przy mnie jako ci, którzy wybrali siłę ponad słabość – zaczął – czystość krwi ponad plugawą mieszaninę, wielkość ponad przeciętność. Dziś ponownie spróbujecie dowieść, że magia należy wyłącznie do tych, którzy są godni jej mocy. Świat czarodziejów wciąż pełen jest tchórzy i zdrajców, którzy klękają przed Dumbledore'em, Zakonem Feniksa i ich plugawymi pomiotami, mugolami. Musimy oczyszczać nasze tereny. Niech lęk zapanuje nad tymi, którzy śmią nam się sprzeciwić. Niech ich krew splami ziemię, którą nazywają swoją, podczas gdy ona prawie już należy do nas. Niech każdy, kto wypowie moje imię, uczyni to w strachu i podziwie. Niech każdy, kto o was usłyszy, zadrży i pomyśli o potędze nieznającej granic. By tak było… musimy wciąż działać. Wciąż zaskakiwać. Wciąż dawać świadectwo mocy. Dzisiaj powierzam wam kolejną misję…

Urwał na chwilę, a Victoria uniosła w końcu spojrzenie i wlepiła je w okno. Gęsty śnieg sypał nieubłagalnie.

– Wszyscy wybierzecie się za kwadrans do Bridgetown, malutkiej wioski, która leży tuż przy Wistman's Wood. Musicie wiedzieć, że jestem w trakcie… negocjacji z pewnymi istotami, które zajmują aktualnie ten las. Sądzę, że mieszkający w Bridgetown wieśniacy przeszkadzają tym istotom, bardzo lubiącym miejsca odludne i zaciszne, ale są zbyt onieśmielone, by zawalczyć w swoich interesach. Nie chcą wychodzić naprzeciw ludziom, nawet jeżeli są od nich o wiele potężniejsze. Uznałem, że jeżeli wybijemy wieśniaków, wyświadczymy tym istotom miłą przysługę, a wtedy one, pełne wdzięczności, może zgodzą się stanąć u naszego boku w czasie ostatecznej bitwy. No i upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Do czarodziejskiego świata wieść o straszliwej rzezi na pewno dotrze szybko. Będą się domyślać, kto za tym stoi. Będą wiedzieć, że nie śpimy. Że jesteśmy. Że rośniemy w siłę.

– Panie… – odważył się odezwać Yaxley. – Czy to… na pewno… dobry pomysł? Nie wiemy, czy te… istoty… o których, panie, mówisz… czy one… na pewno… spojrzą na nas przychylniej… jeżeli… wymordujemy całą wioskę… To dość… poważne przedsięwzięcie, a jednak… nie ma żadnej pewności, że…

– Zamilcz. I nigdy więcej nie kwestionuj moich rozkazów.

Yaxley pochylił głowę i nie odezwał się więcej. Większość osób podzielała jednak jego myśli. Nawet dla najokrutniejszych śmierciożerców – może z wyjątkiem Bellatriks – wymordowanie jednej nocy całej wioski bezbronnych ludzi, w dodatku niemających niczego wspólnego z magicznym światem, brzmiało jak szaleńczy plan.

– Narcyzo, Draconie, Anastazjo – tu Czarny Pan zwrócił się do matki Zabiniego – i ty, Piusie. Wy zostaniecie. Jeżeli któryś ze śmierciożerców wróci ranny, zajmiecie się nim. Przygotujcie eliksiry, maści, opatrunki… Wszystko, co może się przydać.

– Z całym szacunkiem, mój panie – odezwała się Anastazja Zabini. – Ale co grozi twoim ludziom, skoro mają zetrzeć się z prostymi mugolami?

– Masz rację, w wiosce mieszkają wyłącznie prości mugole – odrzekł Czarny Pan. – Nie możemy jednak nie wziąć pod uwagę, że być może Dumbledore również posiadł już wiedzę na temat tego, iż w Wistman's Wood mieszkają istoty, o których wam wspominałem. Aurorzy mogą obserwować ten las i jego okolice… Mogą wkroczyć dzisiaj do akcji, kiedy zaatakujecie. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, że Dumbledore nie jest na właściwym tropie, ale jeżeli wróg się pojawi… nie możecie uciec. Musicie się przeciwstawić i wygrać.

Victoria mogła myśleć tylko o dwóch rzeczach: po pierwsze – aurorzy na pewno się pojawią, bo Dumbledore wiedział o istotach mieszkających w Wistman's Wood; wieści dostarczył mu Snape, a Snape otrzymał je od niej. Po drugie – tylko ona wiedziała bezpośrednio od Czarnego Pana o demonach nocy. Nawet przed chwilą, kiedy o nich opowiadał swoim najwierniejszym sługom, nie powiedział wprost, o jakie istoty konkretnie mu chodzi.

Czuła się prawie oszołomiona tą wiedzą. Lord Voldemort zdradzał jej rzeczy, którymi nie dzielił się nawet z najbliższymi, najbardziej oddanymi mu współpracownikami.

Czy na tym właśnie miał polegać jego największy błąd, który w przyszłości przyniesie mu zgubę?

Kiedy Czarny Pan rozkazał rozpocząć misję i przenieść się na miejsce za pomocą świstoklika znajdującego się podobno przy fontannie w ogrodzie, Snape podniósł się z krzesła. Był żywo zaniepokojony. Nie miał czasu ani możliwości, by przekazać Dumbledore'owi, jak straszliwa rzeź miała odbyć się tej nocy. Pozostała mu jedynie nadzieja, że dyrektor w istocie obstawił Wistman's Wood aurorami i że zdążą oni zareagować, zanim mała wioska zamieni się w cmentarz.

Gdy miał już odejść od stołu, Czarny Pan niespodziewanie zagrodził mu drogę. Inni śmierciożercy maszerowali już w kierunku wyjścia.

– Na co dzień nie powinieneś trzymać się blisko Victorii Malfoy – rzekł Voldemort. – Nie lubię, kiedy moi słudzy wchodzą potajemnie w relacje, o których nic nie wiem. Ty, będąc z nią w Hogwarcie, masz wiele okazji, by pogłębiać waszą… małą, nauczycielsko-uczniowską więź. Nie rób tego, Severusie, bo nie będę z ciebie zadowolony. Jednakże… – ściszył głos, kiedy Lucjusz Malfoy przechodził obok nich – dzisiaj jestem zmuszony prosić cię o przysługę. Pilnuj ją, dobrze? Jesteś mądrym, utalentowanym, silnym czarodziejem. Będziesz jej dobrym ochroniarzem.

– Dlaczego, mój panie? Dlaczego mam chronić właśnie ją? – odważył się zapytać Snape, ciekaw, co Czarny Pan mu odpowie; z pewnością nie przyzna przecież prawdy wiążącej się z przepowiednią i tym, że mogłaby się nie ziścić, gdyby utracił Victorię.

– Och, Severusie. Gdzie twój bystry umysł? – Voldemort uśmiechnął się z politowaniem. – To jej pierwsza misja, prawda? Zasługuje na ochronę kogoś tak doświadczonego jak ty.

– Zrozumiałem.

– Jestem uradowany. Pamiętaj, Severusie. Może zostać nieco pokiereszowana, ale nic ponadto. Jeden czy dwa włosy mogą spaść z tej uroczej, powabnej głowy, ale trzy będą już przestępstwem, którego ci nie daruję. Masz ją pod swoją opieką. Nie zawiedź mnie.

Snape kiwnął głową. Ironią było rzecz jasna to, że miał dokładnie taki sam powód jak Czarny Pan, by nie chcieć śmierci Victorii. Ale to nie był jedyny powód.

Severus Snape nie pozwoliłby jej skrzywdzić, nawet gdyby cała ta przeklęta przepowiednia nigdy nie zaistniała.

•*•.•*•

Dochodziła dwudziesta trzecia, kiedy ostatnia żarówka w Bridgetown zgasła. Wszyscy mieszkańcy, a było ich mniej niż stu, szykowali się do spania bądź spali już. Nie mieli pojęcia, że po kamiennych uliczkach, podwórkach, polach i trawnikach, ukryci w cieniu, przechadzają się od godziny ludzie, których misja ma polegać na odebraniu wszystkim tubylcom życia.

Śmierciożercy zamierzali zaskoczyć mugoli i zabić ich jak najszybciej – w razie, gdyby miał zjawić się Zakon Feniksa bądź aurorzy – dlatego czekali, aż wszyscy zaszyją się w swoich domostwach i przygotują do snu. Ten moment właśnie nadszedł.

Snape odnalazł Victorię, zanim wszystko się rozpoczęło.

– Masz trzymać się blisko mnie – powiedział jej, tonem nieprzyjmującym sprzeciwu.

– Pfff! – prychnęła, zatrzymując się pod dużą szopą, pod której wystającym zadaszeniem nie dosięgał jej sypiący nieustannie śnieg. – Akurat! – zakpiła.

Snape rozejrzał się szybko; nikogo nie było w pobliżu. Chwycił ją więc za ramię i zmusił do spojrzenia na siebie. Zszokował ją tym małym, niespodziewanym pokazem siły.

– Masz trzymać się blisko mnie – powtórzył dobitnie. – Czarny Pan rozkazał mi cię chronić. Jeżeli coś ci się stanie, nie będziesz jedyną cierpiącą. Nie utrudniaj tego wszystkiego, Malfoy. Jest wystarczająco tragicznie.

– W porządku – odszepnęła, patrząc jednak w jego oczy z żywą niechęcią, po czym wyrwała się gwałtownie z uścisku, w którym wciąż ją więził, i odeszła od niego na parę kroków.

Nie spuścił z niej wzroku, w którym czaiła się subtelna iskierka pewnego rodzaju żalu, lecz ona nie mogła tego dostrzec. Wtem nagle rozległy się przeraźliwe huki. Coś się zawaliło.

W tym samym czasie kilka obiektów nieopodal stanęło w płomieniach. Ktoś krzyknął. Ktoś rzucił zaklęcie uśmiercające. Coś błysnęło. Coś przeleciało po niebie.

– Załóż maskę – polecił jej, przywdziewając na twarz swoją własną.

Wykonała natychmiast to polecenie i zbliżyła się do niego.

– Może po prostu zostańmy tutaj, dopóki się to nie skończy? – zaproponowała. – Nie będziemy musieli nikogo zabić, jeżeli po prostu się w to nie zaangażujemy.

– Nie ma mowy. Inni doniosą Czarnemu Panu, że nie było nas na polu walki – odrzekł chłodno. – Poza tym musimy się na nim znaleźć. Nie aby mordować mugoli, a aby ich niepostrzeżenie ratować. Nie wiem, czy Zakon zjawi się na czas. Przesłałem Dumbledore'owi poprzez patronusa wiadomość o ataku, kiedy nikogo nie było w pobliżu, ale nie jestem pewien, jak szybko ona do niego dotrze.

Kiwnęła głową, a gdy on ruszył w stronę głównego placu wsi, poszła za nim. Wielu ludzi powybiegało ze swoich domów – niektóre płonęły, inny były zawalone – i próbowało uciec do lasu. Na jego skraju czaiło się jednak kilku śmierciożerców, którzy ciskali zaklęciami w uciekających po omacku, w ciemnościach, zdezorientowanych, przerażonych na śmierć ludzi, krzyczących i nawołujących swoich bliskich i sąsiadów. Jeden z silniejszych mężczyzn wdał się w bójkę z którymś ze śmierciożerców. Szarpali się na zimnej, ośnieżonej glebie. Victoria zauważyła, że śmierciożerca, nie mogąc wymierzyć w przeciwnika różdżki z tak małej odległości, sięgnął do wnętrza swej szaty i wydobył z niej krótki nóż. Snape również to dostrzegł; rzucił zaklęcie oszałamiające w tego śmierciożercę – prawdopodobnie był to Rudolf Lestrange. Nóż wypadł wówczas z jego dłoni, a mugol uderzył go jeszcze kilka razy, po czym chwycił ostrą broń i rozejrzał się dookoła.

Jego przepełniony adrenaliną wzrok padł na Victorię. Snape obserwował akurat walkę pomiędzy śmiejącą się złowieszczo Bellatriks a jakąś starszą, mugolską kobietą – która za wszelką cenę próbowała uciec śmierci i miotała się na prawo i lewo, unikając z powodzeniem zaklęć – więc nie zauważył tego od razu. Zastanawiał się, jak może niepostrzeżenie uratować mugolkę, by Bellatriks tego nie odkryła. Kiedy zorientował się, że Victorii nie ma obok niego, było już za późno.

•*•.•*•

Mugol dotarł do niej tak szybko, że nie zdążyła wypowiedzieć zaklęcia. Chwycił ją mocno za ramię, a drugą dłonią zasłonił jej usta, by nie mogła wydać z siebie dźwięku. Zaciągnął ją za najbliższe z zabudowań, wytrącając z dłoni różdżkę.

– Jesteś bardzo lekki w porównaniu do twojego kolegi – warknął, po czym ścignął jej z twarzy maskę.

Znieruchomiał, kiedy zobaczył twarz młodej kobiety.

– Kim wy, do cholery, jesteście? Co to za sztuczki?! Kto was nasłał? Czego od nas chcecie?! – pytał wściekle, kiedy szok ustąpił.

Victoria zobaczyła, że w dłoni wciąż ściskał nóż.

– Nie zrozumiesz – wyszeptała tylko. – I lepiej odłóż swoją broń. Wierz mi, że nie chcesz mieć mnie na sumieniu.

– Nie chcę? – powtórzył złowrogo. – Masz rację. Nie chcę. Ja tego pragnę. Moja matka leży martwa przed swoim domem. Rozumiesz?

– Ja tego nie zrobiłam.

– Ale ty za to odpowiesz!

Uniósł nóż, a wtedy ona kopnęła go z całej siły w kolana. Zachwiał się i upadł, ale zdążył się podnieść na tyle szybko, by chwycić jej łydkę, kiedy zaczęła już uciekać. Pociągnął ją za nogę i przewrócił. Wylądowała w miękkim śniegu, a on po chwili szarpnął nią, by obrócić twarzą do siebie. Wyciągnęła ręce, próbując obronić się przed atakiem, ale on, silny bardzo, wysoki i zwinny, obezwładnił ją bez problemu, po czym wbił ostrze noża prosto w jej klatkę piersiową, uśmiechając się z satysfakcją na widok jej rozszerzonych do granic możliwości oczu i rozwartych ust, z których wydobył się słaby, zduszony krzyk.

Snape dotarł na miejsce chwilę później. Powalił zaklęciem mugola, a kiedy ukląkł przy niej, by sprawdzić jej stan i natychmiast zacząć działać, z trudem opanowywał drżenie rąk. Nie zdążył jednak rozpiąć do końca jej szaty, by zobaczyć głębokość i dokładne umiejscowienie rany, gdy jej ciało niespodziewanie wyślizgnęło mu się z palców i z zawrotną szybkością zaczęło sunąć w kierunku lasu. Podniósł się natychmiast z kolan, zszokowany i przerażony, by pobiec za porwaną przez nieznane siły, prawie nieprzytomną Victorią.

Dotarł między drzewa. Wtedy usłyszał charakterystyczne pyknięcia świadczące o aportacji. Zakon Feniksa bądź aurorzy – a może jedni i drudzy – dotarli w końcu na miejsce; pojawili się na głównym placu wioski. Prawdziwa walka dopiero rozgorzała, ale jego to już zupełnie nie obchodziło. Mknął coraz głębiej w las, modląc się do wszystkich znanych mu bóstw, by Victoria Malfoy przeżyła.