Rozdział 6

Wielki bal"

Zelgadis zdecydowanie nie tak wyobrażał sobie powrót do Saillune. Druga noc spędzona w stajni sprawiła, że znowu obudził się obolały. Wokół unosił się charakterystyczny zapach siana, którym, jak z bólem przyznał, zdążyły przesiąknąć jego ubrania. Wszystko dlatego, że po pierwsze nie mieli pieniędzy, a po drugie znalezienie wolnej gospody przed królewskim balem było po prostu niemożliwe. Całe szczęście stajnia miała niewielką antresolę, którą wybrali na tymczasową kryjówkę, dzięki czemu mogli przynajmniej uniknąć końskich pysków.

– Nirali, wstawaj. Już świata – zawołał, wyplątując twarde źdźbła z włosów.

Czarodziejka jęknęła z niezadowoleniem, przeciągając się na prowizorycznym posłaniu obok.

– Przysięgam. Nienawidzę koni – stwierdziła, unosząc się na łokciach i patrząc poważnie na odpoczywające w dole zwierzęta.

– Przyznaję, przez ostatnie lata też przywykłem do czegoś innego – stwierdził z lekkim uśmiechem.

– Widzę, że humor ci dopisuje.

– Nigdy w życiu nie stresowałem się bardziej.

Nirali obrzuciła go troskliwym spojrzeniem, wyciągając ukryty w stogu pakunek i średniej wielkości misę.

Ich przepustka na dzisiejszy bal.

– Przygotuj się. Wrócę za pół godziny. Powtórzymy wtedy cały plan.

Zelgadis przytaknął, jednocześnie rzucając krótkie zaklęcie, które napełniło naczynie wodą. Jeśli miał wtopić się w tłum na balu, z pewnością nie mógł cuchnąć stajnią.

Kiedy został sam, zdjął oblepione brudem ubranie i rozpoczął żmudną, w tych warunkach, próbę kąpieli. Zima woda stanowiła jedyną dostępną opcję. Obmywając ciało, jego dłonie mimowolnie natrafiły na zawieszony na szyi kryształ, sprawiając, że zamarł na moment.

Czy faktycznie mógł liczyć na to, że Amelia go nie rozpozna?

Pokręcił głową, odganiając się od natrętnych myśli.

Później będzie się tym martwić.

Kiedy skończył, sięgnął po pozostawiony przez siostrę pakunek. Z jego wnętrza wydobył ich wczorajszą zdobycz - arcydzieło krawieckiej elegancji i najpiękniejszą szatę, jaką kiedykolwiek miał na sobie.

Wykonany z jedwabiu frak o głębokim, morskim odcieniu, z delikatnym połyskiem, doskonale przylegał do sylwetki, podkreślając jej smukłość i uwydatniając linie muskulatury. Haftowane zdobienia błyszczały delikatnie w świetle jak iskry na powierzchni morskiej fali. Złote guziki, solidne i lśniące, podobnie jak buty polerowane na wysoki połysk, przyciągały uwagę jako subtelne akcenty luksusu. Biała koszula i dopasowane spodnie stanowiły idealne tło, dopełniając całości stroju. Nieco niezręcznie przewiązał na szyi czarną apaszkę, czując, że tak ubrany mógłby faktycznie uchodzić za szlachcica.

Zdobycie tego skarbu byłoby oczywiście niemożliwe, gdyby nie ich wczorajsza, przemyślana akcja.

Późnym wieczorem czekali przy głównym rynku, wypatrując wracających z popijaw bogaczy, zbliżonych posturą do Zelgadisa. Wystarczająco pijany jegomość znalazł się szybciej, niż myśleli. Facet był zalany w trupa, a w dodatku nie miał dość zabawy. Gdy tylko Nirali go zagadnęła, proponując miłą chwilę na osobności, nawet się nie zastanawiał i bezmyślnie dał się zaprowadzić w miejsce, w którym już czekał Zelgadis. Dalej wystarczyło proste zaklęcie i facet pozostał w samej bieliźnie, smacznie śpiąc na tyłach jednego z zajazdów. Kiedy się obudzi, z pewnością stwierdzi, że po prostu przeholował z alkoholem. Tyle szczęścia, że gości, takich jak on, było w stolicy na pęczki przed balem.

Nirali wróciła o omówionym czasie, niosąc kolejny pakunek w dłoni.

– Wyglądasz – przystanęła, przyglądając mu się z zachwytem – luksusowo!

Zelgadis zaśmiał się cicho.

– To najgorszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem.

– Przesadzasz. Miałam na myśli, że wyglądasz naprawdę dobrze. W tym stroju nie będziesz rzucał się w oczy na balu. Musimy tylko zrobić coś z włosami – stwierdziła, rozpakowując niewielkie zawiniątko trzymane w dłoni.

– Co to? – Zelgadis podejrzliwie pochylił się w jego kierunku. Pudełko nie miało żadnej etykiety.

– To proszek do farbowania włosów. Jakiś najnowszy wynalazek z tutejszego bazaru.

– Do farbowania… co?!

– Włosów, kretynie! Może nie masz już ciała chimery, ale twoje włosy nadal są charakterystyczne. Musimy zminimalizować wszelkie ryzyko, że Amelia mogłaby cię rozpoznać w tłumie. Musisz się do niej zbliżyć i odciągnąć od Raviego. Tylko wtedy będziesz mógł z nią porozmawiać. Do tego czasu Amelia nie może dowiedzieć się, kim jesteś, w przeciwnym razie przestanie się zachowywać i wzbudzi natychmiastowe podejrzenia.

– I co ja mam – przerwał zakłopotany – niby z tym zrobić?

– Masz siedzieć cicho i dać mi pracować – stwierdziła, przewracając oczami.

Zanim zdążył zaprotestować Nirali usadziła go na podłodze, rozpoczynając wcieranie wynalazku w jego włosy i układanie ich.

– Pamiętasz co robić? – podjęła.

– Nie wzbudzać podejrzeń. Zachowywać się jak każdy zadufany w sobie szlachcic i najlepiej z nikim dodatkowo nie rozmawiać – odpowiedział mechanicznie.

– I?

– Nie wariować na widok Amelii. Znaleźć sposób, aby odciągnąć ją od tłumu i wyjawić kim jestem.

– Dopiero WTEDY wyjawić kim jesteś! – poprawiła stanowczo, nieco mocniej dociskając palce do jego głowy.

– Jasne!

– Mówię poważnie, Zel. To może być jedyna szansa, aby się do niej dyskretnie zbliżyć. W razie potrzeby będę obok, spróbuję wtopić się gdzieś pomiędzy służbę. Niestety w przeciwieństwie do ciebie nie dostałam nowej, lepszej twarzy więc nie będę wystawiać się na pierwszy plan. No! Gotowe! – dokończyła z zadowoleniem, przyglądając się oceniająco jego twarzy.

– I jak?

– Brwi są nieco za jasne. – Delikatnie pochyliła się w jego kierunku, wcierając odrobinę proszku nad oczami. – Tak lepiej.

– Dzięki – mruknął, w duchu żałując, że nie miał pod ręką lustra, aby ocenić efekt metamorfozy.

Czarodziejka ukłoniła się z teatralną przesadą.

– Co tylko Pan sobie zażyczy, Wasza Wysokość.

– Nirali, proszę…

– Lepiej się przyzwyczajaj. A teraz daj mi chwilę, przebiorę się i dołączę do ciebie przed stajnią. Mamy jeszcze kilka godzin do balu. W sam raz żeby coś zjeść, wczuć się nieco w rolę i dostać na zamek.

Nirali dołączyła do niego chwilę później, ubrana w schludną, prostą sukienkę, dzięki której miała nadzieję zniknąć wśród zamkowej służby. Ostatnie złote monety wymienili na skromny posiłek, co było dość zabawne, ponieważ aktualny wygląd Zelgadisa sprawiał, że ludzie z góry traktowali go jak kogoś o wysokim statusie społecznym. Za zdziwieniem zauważył także, że przyciągał wzrok kobiet, które chichotały podekscytowane, kiedy mijał je na ulicy.

– Już czas – ocenił, przyglądając się znikającemu na horyzoncie słońcu.

Spora część tłumu zaczęła kierować się w stronę zamku.

Aby dostać się na bal, należało przejść przez główną bramę i potwierdzić swoją obecność, którą następnie weryfikowano z listą gości. To oczywiście sprawiało, że nie mogli wejść bramą. W zamian zgodnie z ułożonym wcześniej planem, udali się na tyły, gdzie wysoki mur oddzielał królewskie ogrody.

– To powinno być gdzieś tutaj… – mruknął Zel, idąc w skupieniu wzdłuż muru.

Kiedy dostrzegł gęsty bluszcz obrastający jedną ze ścian murowanej konstrukcji, przyłożył do niej dłoń, ostrożnie przesuwając się naprzód. Szukał wgłębienia, pęknięcia w murze, które kiedyś pokazała mu Amelia. Było całkowicie ukryte pod gęstą roślinnością, co sprawiało, że nie wiedział o nim nikt spoza zamku i jak miał nadzieję Zelgadis, do tej pory nic z nim nie zrobiono.

– Jest! – sapnął podekscytowany, wyczuwając pod palcami skraj szczeliny.

Złapał Nirali za dłoń, przyciągając bliżej ściany, tak aby gęsta roślinność skryła ich obecność. Odczekali długą chwilę, chcąc upewnić się, że do zamku dotarło już wystarczająco dużo gości, po czym na jednym wdechu ruszyli w głąb zarośniętego przejścia.

Pozbawiony światła dnia ogród spowijały głębokie cienie. Kilku gości spacerowało spokojnie wzdłuż wyznaczonych alejek, jednak zdecydowana większość zbierała się już w głównej sali, oczekując na oficjalne rozpoczęcie uroczystości. W ciszy wieczoru zewsząd rozbrzmiewały podekscytowane głosy i w całym tym zgiełku, nikt nawet nie zwrócił uwagi na ich wtargnięcie.

Zelgadis odetchnął głęboko, spoglądając na miękkie światło, które sączyło się z okien na parterze, oraz na przylegający do sali balowej obszerny taras.

– Świetnie, tutaj się rozdzielimy. Pamiętaj, w razie potrzeby będę blisko – szepnęła Nirali.

Wyłapała wzrokiem jednego z kelnerów, który obsługiwał niewielką grupę na tarasie, po czym spokojnie ruszyła w jego kierunku, chcąc wtopić się w otoczenie.

Miał zrobić to samo, a jednak zamarł w cieniu, ze wzrokiem utkwionym w jednym z okien. Czuł, jak ciasna obręcz zaciska się wokół piersi. Światło, które przed chwilą wydawało się tak ciepłe i zapraszające, teraz sprawiało, że poczuł się jak ćma podążająca na spotkanie z palącym ogniem.

A co jeśli nie mieli racji?

Skąd mógł wiedzieć, czy Amelia w ogóle zechce z nim rozmawiać po tym wszystkim, czego doświadczyli i czasie, który minął?

Mimowolnie zacisnął powieki, starając się na powrót przywołać kruchy spokój.

„Przynajmniej się upewnię, że jest bezpieczna i szczęśliwa" – pomyślał, biorąc kilka długich oddechów, po czym ostrożnie ruszył naprzód.

Prześlizgiwał spojrzeniem po mijanych szlachcicach, którzy odwzajemniali się równie wielką obojętnością.

Cóż, przynajmniej pasował do otoczenia…

Ostatecznie zatrzymał się w progu, wciągając do płuc atmosferę zgromadzenia. Wnętrze wypełniała eksplozja kolorów i dźwięków, a on sam poczuł się jak obcy w tej zalanej światłem przestrzeni, tak różnej od mrocznej intymności ogrodu. Nigdzie nie dostrzegł Nirali, jednak wiedział, że ta zapewne obserwuje wszystko z bezpiecznej odległości. Nie dostrzegł także zbyt wielu strażników, co akurat stanowiło spory plus.

Ostrożnie ruszył w głąb sali.

– Panie i Panowie! – Mocny tenor przełamał dotychczasowy zgiełk.

Muzyka ucichła.

Zelgadis z zainteresowaniem spojrzał w kierunku przysadzistego mężczyzny o piegowatej twarzy, który ściągnął na siebie uwagę gości. Stał po drugiej stronie sali, osłaniając sylwetką potężne drzwi.

– Jako najwyższy królewski urzędnik mam zaszczyt powitać Państwa na królewskim balu zaręczynowym. Powitajmy królewską parę! Jego Wysokość książkę Ravi Isla Lenos z królestwa Rimy oraz Jej Wysokość księżniczka Amelia Will Tesla Saillune! – obwieścił, pozwalając strażnikom na otwarcie przejścia.

Na raz wydarzyło się wiele rzeczy.

W sali wybuchły oklaski, a muzyka ponownie wypełniła przestrzeń radosnymi dźwiękami. Zelgadis, stojący w tłumie, wpatrywał się w Amelię, która właśnie wkroczyła do sali u boku księcia.

Kiedy ją zobaczył, cały świat pogrążył się w niewyobrażalnym zawieszeniu.

Amelia przemknęła wzrokiem po zebranym tłumie, uśmiechając się przy tym delikatnie, jednak kąciki jej oczu nawet nie drgnęły. Była zbyt chuda, zbyt blada, a mimo to emanowała niezwykłą elegancją. Obszerna suknia falowała wokół jej talii jak roztańczone złoto, a dopasowane rękawiczki skrywały przedramiona, chroniąc przed dotknięciem rzeczywistości.

Nie mógłby nawet zliczyć tych wszystkich nocy, w których wyobrażał sobie, że znowu ją zobaczy. Tak bardzo miał ochotę do niej podbiec i przytulić. Poczuć jej obecność.

Jak to możliwe, że mógł za nią tęsknić jeszcze bardziej, teraz kiedy miał ją na wyciągnięcie ręki? Myśl, że dzieliło ich zaledwie kilka kroków, sprawiała, że zabrakło mu tchu.

To był moment, który mógł zmienić wszystko, moment, w którym ich losy mogły się połączyć lub na zawsze rozdzielić.

Tak bardzo nie chciał już dłużej tęsknić.

– Zel! – Głos Nirali gwałtownie wdarł się do jego świadomości. – Nie stój jak kołek! – krzyknęła mu w głowie.

Wzdrygnął się zaskoczony, uświadamiając sobie, że zebrani dookoła ludzie zaczęli się rozchodzić, zbierając w małe grupki lub tańcząc na parkiecie. Jedynie on nie poruszył się z miejsca, co sprawiło, że nagle jego obecność stała się bardzo zauważalna. Na tyle zauważalna, że Amelia spojrzała na niego z zainteresowaniem. Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się z oddali.

Poczuł, jak z twarzy odpływa mu krew, a dłonie oblepia nieprzyjemny pot. Przez moment miał wrażenie, że dostrzegł coś w jej spojrzeniu.

Rozpoznała go?

Nie. To niemożliwe.

A jednak wydawało się, że chciała do niego podejść, zanim towarzyszący jej mężczyzna obrócił jej twarz w swoim kierunku. Zelgadis mimowolnie także na niego spojrzał. Przez cały ten czas z sukcesem ignorował jego obecność, którą w końcu musiał przyjąć.

Patrzenie na Raviego, na sposób, w jaki dotykał Amelii, wzbudziło w nim niemal fizyczny ból. Przyglądał się z zazdrością, która kropla po kropli sączyła się do umysłu, zatruwając trzeźwy osąd.

Właściwie nie wiedział, czego się spodziewał. Że zobaczy podstarzałego, łysiejącego faceta ze znaczną nadwagą, dzięki czemu zyska całkowitą pewność, że to wyłącznie polityczne małżeństwo?

Marzenie ściętej głowy.

Ravi mógł być w jego wieku, a co najgorsze stanowił uosobienie tych wszystkich cech, które Zelgadis zawsze uważał za „książęce". Emanował siłą i pewnością siebie, którą można było dostrzec zwłaszcza w jego oszczędnych ruchach i stonowanej ekspresji. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że urodził się i wychował blisko wybrzeża. Czarne jak smoła włosy, równie ciemne spojrzenie i śniada karnacja, teraz jeszcze bardziej podkreślona przez złotą szatę, którą miał na sobie. To, co Zelgadis nazywał bliznami na swojej bladej skórze, Ravi z pewnością mógłby nazwać egzotyczną pamiątką.

Im dłużej porównywał się do księcia, tym bardziej dochodził do wniosku, że byli jak słońce i księżyc. W tym układzie Zelgadis oczywiście był księżycem. Przy Ravim, po swojej przemianie z chimery, mógłby spokojnie uchodzić za albinosa. W duchu podziękował Nirali za ciemny proszek, który jakimś cudem nadal trzymał się we włosach, zmieniając nieco ich kolor.

Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, wycofał się nieco, zanim Amelia ponownie odwróciła głowę w kierunku, w którym stał jeszcze przed chwilą.

– Zel, wiem, że to trudne… – ponownie odezwała się Nirali.

Zagryzł wargi w milczeniu. Doskonale wiedział, że Nirali poczuła wszystko, o czym myślał. Już dawno nauczył się, że nie sposób było zachować przed sobą żadnych tajemnic. Przynajmniej na poziomie emocjonalnym.

– Musisz z nią porozmawiać! – kontynuowała, a jej głos przybierał na sile.

– Czekam na odpowiedni moment. – Westchnął, nadal obserwując Amelię zza tłumu nieznajomych.

– To może trochę zająć. Z tego, co widzę Ravi nie spuszcza jej z oczu.

W duchu musiał przyznać, że tak w istocie było. Ilekroć Amelia zaczynała błądzić wzrokiem lub choćby oddaliła się o krok, Ravi natychmiast przyciągał ją z powrotem.

Bal trwał w najlepsze. Goście zdawali się coraz bardziej rozluźnieni, zajmując coraz więcej miejsca na parkiecie. Królewska para zdążyła przyjąć gratulacje i błogosławieństwo od wszystkich ważniejszych osobistości, po czym Ravi ostatecznie zaproponował Amelii wspólny taniec.

Zelgadis przyglądał się temu z niechęcią, próbując ocenić, co tak naprawdę mogła czuć księżniczka. Zauważył, że ilekroć ktoś ją zagadywał, odpowiadała z tym samym uprzejmym uśmiechem, jednak jej oczy ani razu się nie roześmiały. Zastanawiał się, czy odzyskała wspomnienia. I co z ranami na jej przedramionach?

Miał tak wiele pytań!

Nagle dostrzegł mężczyznę zmierzającego szybkim krokiem w kierunku książęcej pary. Nie wiedział, kim był, jednak z wyglądu bardzo przypominał Raviego. Z tym że połowa jego twarzy została oszpecona przez blizny po oparzeniach.

– Czyżby jakaś rodzina? – mruknął w myślach do Nirali.

– To może być twoja szansa! – sapnęła w odpowiedzi. – Zobacz!

Mężczyzna wyrzucił z siebie kilka zdań w pośpiechu, na co Ravi zareagował wyraźnym zdenerwowaniem. Obaj zdążyli powiedzieć coś do Amelii, która obserwowała ich z rezerwą, po czym ruszyli w kierunku wyjścia z sali.

Zelgadis stwierdził, że nagle Amelia wydała mu się bardzo samotna. Rozglądała się niepewnie dookoła, jednak poza dwójką strażników ustawionych przy ścianie, w panującym zamieszaniu nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Miał szansę.

Pewnym krokiem ruszył w jej stronę, starając się uspokoić oddech.

– Wasza Wysokość. – Zgodnie z zasadami etykiety skłonił się nisko, zanim Amelia zdążyła na niego spojrzeć. – Czy zechcesz mi podarować taniec, Pani? – Starał się, aby jego głos zabrzmiał nieco inaczej niż zwykle.

Amelia milczała przez dłuższą chwilę, jednak pozostając w ukłonie, nie był w stanie ocenić jej reakcji. Czuł za to, jak jego własny oddech zaczyna go dusić.

– Dobrze – odpowiedziała w końcu, sprawiając, że mógł wreszcie wypuścić wstrzymywane powietrze.

Unosząc nieśmiało głowę, pierwsze co dostrzegł, to wyciągniętą w jego stronę dłoń. Prostował się powoli, wędrując spojrzeniem w górę, aż wreszcie napotkał jej wzrok. Jej oczy, choć te same, miały w sobie nieznany błysk. Przepełniała je historia, którą przegapił i której nie znał…

Kiedy złapał ją za rękę, dotknięcie było jak potężny impuls, który przeszył go od środka, na moment zamrażając wszystko dookoła. W ciszy, która zalała jego umysł, słyszał wyraźnie bicie własnego serca, które desperacko walczyło o kolejną szansę.

Nie mógł wiedzieć, czy poczuła to samo.

Ostrożnie poprowadził ją na parkiet, kładąc drugą dłoń na jej talii i powoli zanurzając się w taktach spokojnej muzyki. Przez cały ten czas Amelia przyglądała mu się z wyraźnie wypisaną na twarzy konsternacją.

– Czy ja Pana skądś znam? – zapytała nagle, marszcząc brwi.

– Dzisiejszego wieczoru zapewne jest tu wiele bliskich dla Waszej Wysokości osób. – Uśmiechnął się nieśmiało.

Amelia zmieszała się, na moment odwracając wzrok.

– Proszę wybaczyć. Po prostu przypomina mi Pan jedną z takich osób – stwierdziła cicho, zagryzając wargę.

Musiał naprawdę się postarać, aby jej nie przytulić.

– Rozumiem, że osoby, o której Pani mówi, dziś tu nie ma?

Amelia powoli pokręciła głową.

– To byłoby niemożliwe. On jest… daleko.

Sposób, w jaki wypowiedziała ostatnie zdanie, sprawił, że zakłuło go w piersi. Powoli, ale systematycznie kierował ich kroki w stronę tarasu z nadzieją, że uda mu się zaprosić ją do ogrodu i wreszcie przerwać tę farsę.

Jeszcze kawałeczek…

– Jestem pewny, że ta osoba również o Pani myśli. Zapewne robi to częściej, niż sobie Pani to wyobraża. Dobrze znam to uczucie dojmującej tęsknoty. Dni wypełnione pustką i oczekiwaniem. Proszę nie tracić swojej wiary, księżniczko. Człowiek jest w stanie zrobić wszystko, aby być z tymi, których kocha. Czas, odległość i wszystko inne potrafią wtedy stracić znaczenie.

Powinien się zamknąć. Już. Teraz. Natychmiast! Zanim zrujnuje cały plan. Przecież wiedział o tym.

A jednak to przekonanie również wydawało się nagle zupełnie bez znaczenia, a im dłużej mówił, tym więcej różnych emocji widział na twarzy Amelii. Rozczarowanie. Smutek. Aż wreszcie niepewność i narastające z każdym jego słowem zdziwienie.

W jej oczach pojawiły się łzy.

Zdążył zobaczyć, jak otwiera usta, aby coś powiedzieć, gdy nagle okna, przy których stali po prostu eksplodowały.

Donośny trzask tłuczonego szkła przetoczył się przez pomieszczenie. Instynktownie osłonił Amelię przed spadającymi na nich odłamkami, słysząc jedocześnie dołączające do kakofonii dźwięków krzyki. Zanim zdążył zareagować, do sali wpadła grupa zakapturzonych postaci, a w powietrzu błysnęły światła zaklęć, wycelowanych w podtrzymujące strop filary. Zdążył usłyszeć, jak ktoś rzuca zaklęcie snu, po czym nagle Amelia zwiotczała w jego ramionach.

„Nie, to nie może się znowu dziać!" – pomyślał, gorączkowo przyciskając dziewczynę do swojej piersi.

Filary zadrżały niebezpiecznie, krusząc się pod ciężarem spoczywającej na nich masy. Zgromadzeni ludzie w panice rzucili się do wyjść, jednocześnie wpadając na niego, tak że przez moment stracił równowagę. Odłamki muru zaczęły sypać się z góry, a w powietrze uniósł się pył. Nagle poczuł, jak ktoś próbuje wyszarpać mu nieprzytomną Amelię z ramion. Odepchnął napastnika zdecydowanym ruchem, przygotowując się do rzucenia zaklęcia. Zamarł jednak w bezruchu, dostrzegając znajomą twarz.

– Lina…? – wyszeptał prawie bezgłośnie.

Czarodziejka nie mogła go usłyszeć. Zapewne nawet dobrze nie widziała jego twarzy. Za to świetnie wykorzystała moment jego szoku i skutecznie wyrwała Amelię z jego uścisku, mierząc go w zamian surowym spojrzeniem. Poderwał się z miejsca, widząc rosnący w dłoni przyjaciółki magiczny płomień, gdy usłyszał krzyk nadbiegającej Nirali.

– Zel!

Dźwięk jego imienia wywołał na twarzy Liny podobny szok, jak ten, którego sam przed chwilą doświadczył. Odruchowo zerknęła na biegnącą Nirali, znowu na niego, a później wszystko wskoczyło na swoje miejsce. A przynajmniej mogłoby wskoczyć, gdyby nie sufit, który runął wprost na nich.