Rozdział 7

Tu i teraz"

– Zel?

Znajomy głos przenikał do jego umysłu, przypominając odległe echo.

– Zel…

Nieprzerwane nawoływanie stawało się coraz wyraźniejsze, a mrok otulający jego świadomość zaczął wreszcie ustępować.

Rozpoznawał ten głos.

– Lina? – wyszeptał, powoli otwierając oczy.

Nie mylił się.

Czarodziejka pochylała się nad nim, intensywnie się przyglądając. Kiedy napotkała jego spojrzenie, odruchowo zakryła dłonią usta, cofając się o krok. Pokręciła głową oszołomiona, przez moment nie będąc w stanie wydusić z siebie żadnego słowa.

Nie wiedział, jak powinien zareagować. Byli sami w zupełnie obcym pokoju. Usiadł ostrożnie, nie spuszczając jej z oczu. Jednocześnie emocje rozsadzały go od środka, drapiąc ostrymi pazurami i rwąc wewnętrznie. Nagle, bez ostrzeżenia, poczuł ciepłe krople na policzkach. Płacz, tak obcy, wyrwał się z jego piersi, wydobywając na powierzchnię wszystkie uczucia, które przez lata, tak skrupulatnie ukrywał. Przycisnął dłonie do twarzy, kuląc się w sobie.

Po raz pierwszy nie stawiał oporu.

Był zmęczony.

Zbyt zmęczony walką z samym sobą i zbyt udręczony tęsknotą, aby to powstrzymać.

Jego ciało zadrżało pod napływem bolesnych wspomnień. Dzień, w którym podążyli za Kazuki'm. Dzień, w którym stracili Amelię i chwila, w której odkrył, że zupełnie o nim zapomniała. Umowa z Acedią. Kłamstwa, kłamstwa, niezliczona ich ilość, wśród których miotał się na oślep, próbując znaleźć jakiekolwiek wyjście. Dzień, w którym odkrył prawdę o sobie, kiedy poznał Nirali i ten, w którym po raz ostatni widział przyjaciół. Ulga, że przeszli przez to wszystko, że zdołał wrócić, że znów mieli szansę, że przecież po drodze nie ponieśli jedynie strat. To było jak przebudzenie po długim koszmarze. Moment, w którym budzisz się, uświadamiając sobie, że jesteś bezpieczny, a to wszystko, to był tylko zły sen.

Lina ostrożnie przysiadła obok, nieśmiało dotykając jego ramienia.

– Przepraszam… – wychrypiał, próbując zebrać się w sobie.

– Zel. – Zdecydowanym ruchem przyciągnęła go do siebie, zamykając w mocnym uścisku. Pewność, z jaką tym razem wymówiła jego imię, stanowiła ostateczny dowód…

Naprawdę wrócił do domu.

– Wiedziałam, że wrócisz.

Bez słowa objął ją mocniej, trzymając z całej siły, jakby bał się, że znów ją straci. W tym jednym momencie otoczony ciepłem jej ramion poczuł, że może ostatecznie odetchnąć.

Po kilku minutach chaos w jego wnętrzu zaczął ustępować. Odsunął się delikatnie, wstydliwie przecierając policzki i uciekając spojrzeniem.

To wszystko, to był tylko zły sen.

– Odzyskałeś swoje ciało – stwierdziła Lina i pomimo zaczerwienionych oczu, uśmiechnęła się uspokajająco. – Jak?

W odpowiedzi wydobył spod koszuli niewielki kryształ, jednocześnie uświadamiając sobie, że całe jego dłonie i ubranie pokrywał biały pył.

– Przysięgam, że opowiem ci o wszystkim, ale powiedz, co z Nirali i Amelią? Dlaczego nas zaatakowałaś? – Ścisnął trzymany kryształ z obawą.

– Zaatakowałam? – Lina roześmiała się szczerze. – Zel, mam ci tak wiele do powiedzenia! – Pochyliła się w jego kierunku, łapiąc za dłoń. – Nie martw się, Nirali i Amelia są bezpieczne. Uprzedzając twoje pytanie, nie wiem, jaki miałeś plan, ale Amelia już wie, że tu jesteś. Jak tylko odzyskała przytomność, krzyczała na mnie dobrą godzinę, mówiąc, że o mało was nie zabiłam oraz żądała, aby cię zobaczyć.

Zelgadis niepewnie rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, przypominającym surowo urządzoną sypialnię, jednak, co ze zdziwieniem zauważył, pozbawionym okna.

– Gdzie my właściwie jesteśmy? Co się stało? – zapytał zdezorientowany.

– To nasza kryjówka. Nic nam tu nie grozi – wyjaśniła spokojnie. – Naszym celem była Amelia, mieliśmy jedynie zrobić trochę zamieszania i zabrać ją z zamku. Nie miałam pojęcia, że zjawisz się tam akurat teraz. Kiedy cała sala zaczęła się sypać, Nirali ruszyła w naszym kierunku, wykrzykując twoje imię. Byłam w takim szoku, że po prostu zamarłam. Nirali zdążyła cię odepchnąć, zanim spory kawał gruzu zwalił się wprost na ciebie. Niestety przy okazji zraniła się w nogę, ale spokojnie, dochodzi do siebie. Upadając, dość mocno uderzyłeś się w głowę. Nie czujesz?

– Nie… – odparł zmieszany, jednak kiedy dłoń Liny delikatnie dotknęła jego skroni, syknął zaskoczony.

– Wybacz. – Cofnęła dłoń, uśmiechając się przepraszająco. – Zgaduję, że ciało chimery miało jednak swoje zalety. Teraz jesteś taki…

Lina zamilkła na moment, szukając właściwego określenia.

– Przystojny? – zagadnął zaczepnie, szturchając ją kolanem.

– Głupi. – Pokręciła głową z rozbawieniem. – Chyba chciałam powiedzieć… kruchy. Musiałam się upewnić, że to naprawdę ty. Dlatego nie pozwoliłam Amelii tu przyjść i jakimś cudem, tym razem mnie posłuchała. Chyba sama trochę nie dowierzała, że to naprawdę ty… Tak dużo się wydarzyło, podczas twojej nieobecności…

Poczuł bolesne ukłucie w piersi. Odruchowo ścisnął ramię przyjaciółki i przez długą chwilę siedzieli obok siebie w całkowitej ciszy.

– Hej… – zagadnął wreszcie – jestem tu. Wróciłem.

– Cieszę się – szepnęła Lina. Jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie. – Nie masz pojęcia, jak cholernie mi ciebie brakowało.

– Wiem, Lina – odpowiedział cicho.

Zanim zdążył dodać coś jeszcze, Lina pociągnęła go za ramię, ponownie przytulając.

– Jesteś skończonym kretynem, Zel – wymamrotała łamiącym się głosem.

Odwzajemnił uścisk, uśmiechając się delikatnie.

– Tęskniłem.

– Wiem.

Na moment ponownie zastygli w ciszy, po prostu ciesząc się wzajemną obecnością. Nie ważne, o jakich słowach Zelgadis myślał, wszystkie wydawały się zbyt małe i ciasne, aby pomieścić ogrom tego, co właśnie czuł.

– Amelia czeka. – Lina przełamała milczenie, powoli wstając. – Nie mogę cię w nieskończoność przetrzymywać w tym pokoju. Chociaż mam ci tak wiele do powiedzenia, zaczekam jeszcze chwilę. Nirali prosiła, żebyś się nie martwił i zajrzał do niej jutro. Odpoczywa w jednym z pokoi. Przekaże jej, że jesteś cały.

– A co z Gourry'm? – zapytał nagle.

– W porządku. Za nim jedynym nie wysłano listów gończych, więc kazałam mu pokręcić się w okolicy zamku, żeby miał oko na księcia. Powinien niedługo wrócić. Będzie szczęśliwy, kiedy dowie się, że wróciłeś.

Lina stanęła przy drzwiach, patrząc na niego z wahaniem.

– Przyniosłam ci trochę czystych ubrań. – Wskazała ręką na niewielki stosik w rogu łóżka. – Nie było cię tak długo… Pomyślałam, że będziesz chciał… Pewnie nie chciałbyś, żeby Amelia… Och, wiesz, co mam na myśli. – Wzruszyła ramionami, przerywając nieskładne wyjaśnienia.

Uśmiechnął się z wdzięcznością, jednocześnie czując narastający w żołądku ciężar.

– Dziękuję.

– Poczekam na zewnątrz. – Lina przymknęła drzwi, wychodząc na pogrążony w ciszy korytarz.

Zelgadis najszybciej jak mógł, zrzucił zniszczony strój i doprowadził się do porządku. Na moment przystanął przed drzwiami, biorąc głęboki wdech.

Był gotowy.

W chwili, w której wyjrzał z pokoju, zamarł z niedowierzaniem. Zamiast oczekiwanego widoku korytarza, zobaczył długi, pogrążony w półmroku tunel. Wzdłuż ścian, wykonanych z surowego kamienia, dostrzegł kolejne zamknięte drzwi i przytknięte w ich pobliżu pochodnie. Rozejrzał się zdziwiony. Lochy? Nie był w stanie właściwie ocenić. A panująca ciemność nie ułatwiała zadania. Nie słyszał też żadnych dźwięków, rozmów, zupełnie nic. Jedynie cisza, okrywająca wszystko, jak gruby koc i unosząca się w powietrzu wilgoć.

Lina obróciła się w jego kierunku, kiwając z aprobatą i wyraźnie ignorując jego zdziwienie.

– Trochę mi zajmie, zanim przyzwyczaję się do twojego wyglądu – stwierdziła, niespodziewanie łapiąc go za dłoń i ciągnąc w głąb tunelu. Czuła się tu wyraźnie swobodnie.

– Lina, co to za miejsce?

– Och. – Czarodziejka roześmiała się lekko. Echo jej głosu odbiło się od kamiennych ścian, sprawiając wrażenie, jakby zaśmiało się wszystko dookoła. – Jesteśmy w posiadłości rodziny Alveron.

– Posiadłości? Szczerze mówiąc, to bardziej przypomina lochy niż posiadłość – zauważył sceptycznie.

– Blisko, choć nie do końca. Markus Alveron był Arcykapłanem królewskich magów Saillune. Jeszcze za życia Philla, ma się rozumieć. Alveron został zamordowany, podobnie jak inni ważni czarodzieje z Saillune, niedługo po tym, kiedy rodzina Lenos wmieszała się w sprawy Saillune. Alveron szkolił tutaj młodych kandydatów, ubiegających się o wstąpienie do Królewskiej Służby Magicznej. Jednym z elementów szkolenia była medytacja i modlitwa. Używano wtedy tych pomieszczeń, aby nie zakłócać ich spokoju. Teraz mieszka tu jedynie pani Alveron. Pomaga nam.

– Zamordowano? Chcesz mi powiedzieć, że te wszystkie listy gończe za magami, to tak naprawdę wyroki śmieci? – odparł zszokowany.

– Mmm, a więc je widziałeś?

– Trudno było przeoczyć.

– Faktycznie… – odparła wymijająco.

– Lina, zaczekaj! – Przystanął nagle, rozkładając szeroko ramiona. – Powiedz mi, co się tutaj właściwie dzieje? Dlaczego książę Lenos nakazał mordowanie magów Saillune? Dlaczego Amelia… – zamilkł, szukając właściwych słów.

– Dlaczego Amelia zgodziła się go poślubić? – Lina westchnęła ciężko w odpowiedzi. – Zdaje się, że to długa i skomplikowana historia, Zel. Nie wiem, kiedy wróciłeś i jak dużo wiesz. Jeśli mam być szczera, mnie też brakuje kilku elementów tej układanki. Prawdziwą odpowiedź zna jedynie Amelia. Więc? – podjęła nagle. – Wolisz się nad tym teraz zastanawiać, czy po prostu w końcu się z nią zobaczysz?

Zamilkł, zagryzając wargi.

Nie był pewny, jak Amelia zareaguje na jego powrót, na to, jak bardzo zmienił się przez ten czas. W jego umyśle malowały się różne scenariusze - od radości i entuzjazmu, po odrzucenie i gniew. Owszem, widział ją na balu. Dotknął jej. Rozmawiał z nią. Problem w tym, że zrobił to jako ktoś zupełnie obcy.

– Martwisz się? – zauważyła Lina, przyglądając mu się z uwagą.

Przytaknął niepewnie.

– Domyśliłam się. W końcu z jakiegoś powodu jeszcze stąd nie wybiegłeś, wrzeszcząc i szukając jej po całym dworze. – Uśmiechnęła się współczująco.

– Chyba po prostu inaczej sobie wyobrażałem to wszystko. Tymczasem, zjawiam się po trzech latach i omal znowu nie zginęliśmy. Narażam Amelię na niebezpieczeństwo za każdym razem, kiedy pojawiam się w pobliżu… – wyrzucił gorzko.

– Naprawdę? – Lina przewróciła oczami wyraźnie zirytowana. – Większych bzdur dawno nie słyszałam. I żebyśmy mieli jasność, tym razem to ja naraziłam was na niebezpieczeństwo, nie ty, więc może skończysz z braniem win całego świata na siebie?

Uniósł wzrok zdziwiony nagłą szorstkością przyjaciółki.

– Nie patrz tak na mnie – dodała, krzyżując ramiona na piersi. – Ktoś powinien ci to w końcu powiedzieć. Masz pojęcie, jak bardzo Amelia za tobą tęskniła? Twoje zniknięcie złamało jej serce. A teraz marnujesz czas i każesz jej czekać. Weź się w garść i spraw, aby w końcu się uśmiechnęła, dobrze?

Odruchowo przytaknął, oszołomiony jej bezpośredniością.

– Masz rację – odezwał się w końcu, wypuszczając głęboki oddech, który przez chwilę tkwił w jego piersi jak kamień.

– Tak lepiej. – Lina pokiwała z aprobatą. – Chodźmy.

Ruszyli dalej w milczeniu. Po kilku minutach dotarli do końca tunelu i stromych schodów prowadzących na wyższe piętro. Zelgadis spodziewał się, że pójdą do góry, jednak Lina zatrzymała się przed drzwiami tuż przy schodach. Spojrzała na niego z uśmiechem.

– Żałuję, że okoliczności nie są lepsze, ale jesteśmy teraz poszukiwani przez całe królestwo – wyjaśniła, po czym bez ostrzeżenia zapukała. Mrugnęła do niego porozumiewawczo i zanim zdążył zareagować, pozostawiła go samego, kierując się na wyższe piętro.

Niepewne „proszę" dobiegło zza drzwi.

Ten głos…

Chwycił klamkę drżącą dłonią, czując, jakby nagle całe jego życie sprowadziło się do tego jednego momentu. Stare zawiasy zaskrzypiały cicho, gdy wreszcie odważył się wejść.

Jego spojrzenie natychmiast padło na Amelię.

Była przepiękna.

W balowej sukni sprawiała wrażenie, jakby ostatnie godziny w ogóle się nie wydarzyły. Jedynie kilka niesfornych kosmyków, wymknęło się temu starannemu złudzeniu, teraz luźno opadając na jej blade ramiona.

Nie wiedział, jak zacząć.

Zastygł pod jej intensywnym spojrzeniem, czując jedynie łomot własnego serca.

(…)

Amelia przebudziła się nagle, dławiąc się własnym nierównym oddechem. W panice rozejrzała się po zupełnie obcym i surowym pomieszczeniu, a jej serce przyspieszyło.

Coś było nie tak.

Powinna obudzić się w swojej komnacie, w zamku, a to zdecydowanie nie była jej sypialnia.

Spróbowała przypomnieć sobie, co się stało, ale w pierwszej chwili poczuła jedynie intensywne pulsowanie w skroniach. Jej myśli były zamglone i chaotyczne, jakby ktoś nałożył na nie ciężką zasłonę. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że czuła to już wcześniej! Ten specyficzny rodzaj zmęczenia, zagubienie…

Zaklęcie snu!

Wzburzenie i gniew zaczęły narastać w jej piersi, a kiedy wzrok skupił się na postaci stojącej w kącie, zalała ją fala prawdziwej wściekłości i przestała analizować cokolwiek innego.

Lina.

Przyjaciółka, której nie widziała od pół roku, patrzyła na nią z mieszaniną troski i niepewności.

– Lina – warknęła Amelia, tym razem wypowiadając znajome imię na głos. – Jak mogłaś?! – ryknęła, walcząc z oplatającą ją pościelą, aby po chwili stanąć twarzą w twarz z czarodziejką.

– Też się cieszę, że cię widzę. – Lina skrzywiła się nieznacznie, ale nie pozwoliła wyprowadzić się z równowagi. – Pozwól mi wyjaśnić, Amelio.

– Wyjaśnić?! Znowu rzuciłaś na mnie to paskudne zaklęcie! Jak mogłaś?! Dlaczego to zrobiłaś?! – Amelia wzięła głęboki oddech, próbując opanować drżenie w głosie. – Myślałam, że pół roku temu wyraziłam się jasno. Miałaś zniknąć!

Nadal widoczny na twarzy Liny spokój jakoś nie pomagał jej odzyskać własnego.

– Nie będę z tobą rozmawiać, jeśli masz zamiar jedynie wrzeszczeć. – Lina skrzyżowała ramiona, cierpliwie oczekując końca awantury.

– Och! Ale tu nie ma o czym rozmawiać! Jeśli myślałaś, że tak po prostu się pojawisz i bez mojej zgody uprowadzisz mnie z balu to… – Amelia zamilkła gwałtownie.

Bal…

Jej oczy rozszerzyły się w nagłym szoku, a mgła, przyćmiewająca wydarzenia ostatnich godzin, zniknęła.

Była na balu, rozmawiała z gośćmi, potem Ravi zaalarmowany przez swojego brata wyszedł z sali, a ją zaproszono do tańca…

Niemożliwe.

To wszystko jakiś absurd…

Była wręcz pewna, że zaraz obudzi się w swojej komnacie, a Arion stwierdzi, że miała wyjątkowo paskudny koszmar.

Z całych sił broniła się przed kolejnym rozczarowaniem i myślą, że…

Tamten mężczyzna.

Czy to naprawdę mógł być…?

– Zelgadis… – wydusiła cicho.

Nagle powietrze w pomieszczeniu wydało się zbyt gęste, by mogła swobodnie oddychać. Jej myśli zawirowały wokół mężczyzny, który MÓGŁ być Zelgadisem.

– Amelio? – Lina spróbowała podejść bliżej, ale księżniczka cofnęła się gwałtownie, jakby każda próba zbliżenia się miała jedynie pogorszyć sytuację.

Jej ciało zaczęło drżeć, a każdy wdech był krótszy i płytszy niż poprzedni. Spróbowała złapać się czegokolwiek, co pomogłoby utrzymać się na powierzchni. W końcu jej dłonie zacisnęły się na krawędzi łóżka, ale i to nie przyniosło ulgi. Po chwili opadła na kolana, a świat wokół rozmył się w wirze tańczących przed oczami, czarnych plam.

– Amelio! – Lina natychmiast znalazła się obok, podtrzymując ją mocnym, uspokajającym uściskiem. – Spokojnie. Oddychaj.

– Lina… Zel… – wyłkała nieskładnie, dławiąc się własnymi słowami.

– Ciii… Nic nie mów. Oddychaj – powtórzyła spokojnie Lina, gładząc jej plecy.

Amelia spróbowała skupić się na słowach przyjaciółki, jej głosie i ciepłych ramionach… Wdech i wydech, aż po kilkunastu nieznośnie długich minutach świat zaczął wracać na swoje miejsce. Powoli, bardzo powoli odzyskiwała kontrolę nad ciałem. W końcu, gdy jej oddech się ustabilizował, uniosła głowę i spojrzała na Linę.

– To dlatego rzuciłaś na mnie zaklęcie snu? On wrócił, prawda? – zapytała niepewnie.

Lina westchnęła cicho, zwalniając ją z wcześniejszego uścisku.

– Myślałam, że ty wyjaśnisz mi nieco więcej, ale zgaduję, że też nie miałaś o niczym pojęcia… – Niewielka bruzda przecięła jej czoło, kiedy zmarszczyła brwi w zamyśleniu. – Uważasz, że to naprawdę Zelgadis?

Słowa Liny zabrzęczały nieprzyjemnie w umyśle Amelii. Jak to? Czy to nie oznaczało, że Lina jakimś cudem zdołała dotrzeć do Zelgadisa i pojawiła się wraz z nim? Niewypowiedziane pytania chyba wystarczająco wyraźnie odbiły się na jej twarzy, ponieważ Lina dodała:

– Nie wiem, czy to on, Amelio. Albo lepiej powiedzieć - nie jestem całkiem pewna.

Amelia zastygła bez ruchu, wpatrując się w przestrzeń, podczas gdy jej umysł gorączkowo próbował złożyć fragmenty układanki.

Mężczyzna z balu…

Owszem, różnice były zauważalne - jego głos był inny, niski i chropowaty, zupełnie nie przypominał miękkiego i spokojnego tonu, który pamiętała. Kolor włosów też się nie zgadzał. Mężczyzna na balu miał czarne włosy, podczas gdy Zelgadis zawsze miał srebrzyste, nieomal białe kosmyki. Rysy twarzy nieznajomego były delikatniejsze, bardziej subtelne, a cera - niesamowicie blada, jakby nigdy nie zaznała słońca i przede wszystkim NIE BYŁ chimerą. Amelia musiała przyznać, że nie wyglądał jak Zelgadis. A jednak, kiedy po raz pierwszy dostrzegła go wśród gości, nie mogła pozbyć się wrażenia, że go zna.

Bo właściwie JAK NAPRAWDĘ wyglądał Zelgadis? Przecież nigdy nie widziała go w pełni ludzkiej postaci…

Im dłużej analizowała w pamięci wszystkie szczegóły, tym większej pewności nabierała. Po chwili uświadomiła sobie, że podobieństwo było uderzające, a ona, głupia, z jakiegoś powodu nie zrozumiała tego od razu!

Wzrost i postura były nieomal identyczne, ale to sposób, w jaki się poruszał, sprawił, że zadrżała. Ostrożne gesty i postawa, nieco pochylona, kiedy starał się ukryć swoją obecność w tłumie, co przecież zawsze robił JEJ Zelgadis.

Przy każdym nieśmiałym uśmiechu kąciki jego ust unosiły się w ten sam, charakterystyczny sposób. To był uśmiech zarezerwowany tylko dla niej, delikatny, nieco zakłopotany, jakby nie był pewien, czy powinien, ale jednocześnie nie mógł się powstrzymać. Ten uśmiech zawsze sprawiał, że czuła się wyjątkowa, jakby tylko ona potrafiła wydobyć ten wyraz z jego twarzy.

I oczy… Znajome do bólu, błękitne, przenikliwe oczy… Patrzył na nią z mieszaniną intensywności i czułości, sprawiając, że nie istniało nic poza nimi. To było spojrzenie, które przecież tak dobrze znała, spojrzenie, którym Zelgadis zawsze ją obdarzał, kiedy myślał, że nikt nie widzi…

Amelia sapnęła głośno, przyciskając dłoń do piersi. Nagle jej serce zaczęło bić z zawrotną szybkością.

– Gdzie on jest? – zapytała cicho, ściągając na siebie uwagę równie zamyślonej przyjaciółki.

– Amelio, nie wiemy, czy…

– To on – stwierdziła twardo, po czym poderwała się z podłogi. – Muszę go zobaczyć!

Lina westchnęła ciężko, wstając.

– Jest nieprzytomny.

– Nieprzytomny? – Amelia zadrżała. – Dlaczego?

– Cóż… – Lina potarła kark wyraźnie zakłopotana. – Nie spodziewaliśmy się, że wystąpią jakieś komplikacje. Do samego końca nie chciał cię oddać i dlatego nie zdążyliśmy odpowiednio wcześnie opuścić sali balowej, zanim… – przełknęła ciężko – część stropu się zawaliła.

– Ty, co?!

– Nie martw się! Nic mu nie jest. Po prostu uderzył się w głowę.

– Lina! Jak mogłaś go nie rozpoznać?! Omal nas nie zabiłaś przez swój idiotyczny pomysł uprowadzenia mnie!

– Hola, hola, księżniczko! W przeciwieństwie do ciebie ja miałam jedynie sekundy na podjęcie decyzji. To ty z nim tańczyłaś i rozmawiałaś, a zdaje się, że jeszcze chwilę temu sama nie byłaś pewna czy to naprawdę Zel!

Amelia otworzyła usta, aby odpowiedzieć, jednak po chwili ponownie je zamknęła. W zamian jedynie prychnęła oburzona.

Lina pokręciła głową z rozbawieniem.

– Posłuchaj – zaczęła delikatnie – nie wykluczam, że to naprawdę Zel. Chociaż nadal ciężko mi w to uwierzyć. To, że wrócił to jedno, ale ludzkie ciało?

– Mógł przecież znaleźć sposób na zdjęcie klątwy…

– Owszem, mógł. Ale i tak proszę cię, abyś tu zaczekała. Kiedy się upewnię, że to naprawdę on, obiecuję go przyprowadzić. A dzięki, jak to określiłaś, mojemu idiotycznemu planowi uprowadzenia cię, będziesz mogła spędzić z nim tak wiele czasu, jak tylko będziesz chciała. W zamku to byłoby niemożliwe.

– Chyba zwariowałaś, jeśli oczekujesz, że będę tu bezczynnie czekać!

– Amelio…

– Nie! Lina, proszę, nawet nie próbuj mnie do tego namówić. Nie rozumiesz? – wyłkała rozpaczliwie, po czym zrezygnowana osunęła się na łóżko. – Tak długo na niego czekałam… Myślałam, że nie żyje… – wyznała szeptem, ukrywając twarz w dłoniach.

Lina ostrożnie przysiadła obok, łapiąc ją za ramię.

– To zbyt niebezpieczne, Amelio. Jesteś władczynią Saillune, a biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną…

– Och, przestań bredzić, błagam!

– To nie są brednie! – oburzyła się Lina. – Myślisz, że nikt nie wiedział o tym, co czułaś do Zelgadisa? Naprawdę uważasz, że nikt nie byłby w stanie tego wykorzystać? Choćby taka gnida jak Xellos… Wystarczy, żeby komuś o tym wspomniał. Co za problem kogoś podstawić i powiedzieć, że Zel nie dość, że wrócił, to w dodatku w swojej ludzkiej postaci!

Amelia zamarła, uświadamiając sobie słowa przyjaciółki. Nie chciała wierzyć, że ktoś mógłby ją wykorzystać w tak okrutny sposób, ale z drugiej strony… w sytuacji, w której była, mogła się spodziewać wszystkiego. Lina nie miała pojęcia, jak bliskie prawdy mogły być jej przypuszczenia. Za to Amelia zbyt dobrze wiedziała jaką rolę w całej historii odegrał Xellos… A co gorsza wiedziała, że jeszcze nie skończył. Wzdrygnęła się ze wstrętem.

– Obiecujesz, że go przyprowadzisz, jak tylko będziesz miała pewność, że to naprawdę on? – zapytała pokonana.

– Przysięgam nie zajmować nawet minuty dłużej niż to konieczne – stwierdziła uroczyście Lina, przykładając dwa palce do piersi.

Amelia przytaknęła smutno, uciekając wzrokiem w drugi kąt pomieszczenia.

– W porządku? – zapytała Lina, widząc nagłą zmianę nastroju przyjaciółki.

– Nie wiem… – wyznała Amelia po chwili milczenia. – Jeśli to nie on… ja…

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – Lina uśmiechnęła się pocieszająco. – Poczekaj tutaj, proszę.

Czarodziejka podniosła się i powoli ruszyła do drzwi. Zanim wyszła, raz jeszcze spojrzała na pogrążoną w myślach Amelię. Bardzo chciała jej powiedzieć, że sama była PRAWIE pewna, że to Zel… W końcu słyszała jego imię, a poza tym w drugim pokoju leżała także nieprzytomna dziewczyna, którą PRAWIE na pewno była Nirali.

PRAWIE.

To był jedyny argument, który powstrzymał Linę przed podzieleniem się z Amelią swoimi przypuszczeniami. Po prostu musiała się upewnić. Amelia była zbyt cenna, aby ryzykować nawet w najmniejszym stopniu… A co ważniejsze, nie chciała narażać jej na kolejne rozczarowanie. Z tą myślą ostrożnie zamknęła za sobą drzwi, wychodząc.

(…)

Amelia siedziała na brzegu łóżka, zaciskając dłonie na fałdach sukni. Od chwili, gdy Lina opuściła pokój, jej myśli krążyły chaotycznie, targane między radością a strachem. Póki co nie chciała zastanawiać się nad możliwymi konsekwencjami swojego zniknięcia i reakcją Raviego…

Kiedy w końcu usłyszała ciche pukanie, drgnęła zaskoczona.

Niepewne „proszę" opuściło jej usta.

Drzwi uchyliły się, skrzypiąc cicho, a potem go zobaczyła…

Mężczyzna z balu.

Tym razem miał codzienne ubranie i - co stwierdziła z lekkim zdziwieniem - białe włosy, ale nawet przez moment nie miała wątpliwości, że to on.

Nigdzie nie dostrzegła Liny, co mogło oznaczać tylko jedno…

Wstała powoli, nie odrywając wzroku od stojącej w progu postaci. Niepewnie zrobiła krok, a potem kolejny, aż w końcu stanęła przed nim, czując narastającą falę emocji. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Chciała go dotknąć, upewnić się, że to nie sen, że naprawdę wrócił. Wyciągnęła rękę, nieśmiało dotykając jego policzka. Był ciepły, miękki, zupełnie inny niż chłodna, kamienna skóra, którą pamiętała.

– Zel…? – Poczuła, że jej głos się załamuje, a do oczu napływają łzy.

A potem na jego twarzy pojawił się ten charakterystyczny, nieśmiały uśmiech, który zapadł jej w pamięci na całe życie.

Jego ręce uniosły się niepewnie, jakby chciał ją objąć, ale wciąż się wahał czy powinien.

– Amelio – odpowiedział cicho i tym razem jego głos zabrzmiał dokładnie tak, jak zawsze. – Przepraszam, że tak długo to trwało.

Amelia nie wytrzymała. Jej ręce wystrzeliły naprzód, oplatając jego szyję i przyciągając do siebie. Spływające łzy z pewnością moczyły mu koszulę, ale nie dbała o to. Czuła jego ciepło, słyszała bicie serca, i to wystarczyło, by wszystkie wątpliwości zniknęły. Poczuła, jak znajome ramiona zamykają się wokół, trzymając mocno w obawie przed kolejną stratą.

– Zel… – wyszeptała, wtulając twarz w silną pierś. – Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę.

Zelgadis odetchnął głęboko, przyciągając ją bliżej.

– Przepraszam… – wyszeptał w jej włosy, równocześnie zanurzając w nich dłoń.

Przez moment stali wtuleni, próbując uwierzyć, że to wszystko jest rzeczywistością, a nie jedynie kolejnym złudzeniem. W końcu Amelia uniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy. W odpowiedzi Zelgadis uśmiechnął się smutno, przecierając kciukiem łzy z jej twarzy.

– To dlatego nie wracałeś tak długo? – zapytała z obawą, wyrzucając z siebie pytanie, które dręczyło ją od czasu rozmowy z Liną.

Zelgadis niepewnie przechylił głowę, próbując zrozumieć, co miała na myśli. Po chwili jego oczy rozszerzyły się ze strachu.

– Co? Ja… Amelio, nie! – Pokręcił głową energicznie. – Nawet nie próbowałem wrócić do ludzkiego ciała. Odzyskałem je kilka dni temu i to tylko dzięki Nirali i Erykowi. Ale to nie jest ważne. Przez cały ten czas robiłem wszystko, aby wrócić…

– Wybacz – zaczęła cicho – kiedy zrozumiałam, że to naprawdę ty, nie mogłam przestać o tym myśleć. Bałam się, że to mogło być powodem, dla którego tak długo nie wracałeś i pozwoliłeś mi myśleć, że…

– Nigdy bym tego nie zrobił – zapewnił stanowczo, nie dając jej przestrzeni na dokończenie myśli. – Nie masz pojęcia, jak bardzo mi ciebie brakowało… was wszystkich… – dodał pospiesznie.

– Och. – Amelia westchnęła mimowolnie, nieco zszokowana usłyszanym wyznaniem.

– Nie wierzysz mi? – zapytał niepewnie i mogłaby przysiąc, że w jego oczach dostrzegła ból.

– W liście, który mi zostawiłeś… – Amelia przełknęła ciężko, przeciskając słowa przez gardło – prosiłeś, żebym o tobie zapomniała. I wiesz… były takie chwile, kiedy myślałam, że mógłbyś zrobić to samo – wyznała szczerze.

Zelgadis niespodziewanie odsunął się na wyciągnięcie ramion, patrząc na nią poważnie.

– Amelio, TO była najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek napisałem – stwierdził, czerwieniąc się, co na jego „nowej" twarzy było doskonale widoczne. Amelia uśmiechnęła się delikatnie, widząc pojawiający się na policzkach rumieniec.

– Masz na myśli, że CAŁY ten list był najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałeś? – spytała przekornie, jednak w piersi poczuła lekkie ukłucie.

Doskonale pamiętała każdą, starannie nakreśloną linijkę z listu, który zostawił. Nie chciała, aby zmienił zdanie co do tych słów, które uważała za najważniejsze…

– Nie CAŁY list, Amelio. – Zelgadis uśmiechnął się pokonany, a jego twarz zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Cóż, nigdy nie był dobry w wyrażaniu uczuć. – Napisałem to wyłącznie dlatego, bo życzyłem ci normalnego życia. Ostatecznie okazało się, że sam nie mogłem żyć normalnie. Nie bez ciebie. Najwyraźniej nadal jestem egoistą.

Amelia poczuła, że sama zaczyna się rumienić. Nigdy wcześniej Zelgadis nie wyrażał się tak bezpośrednio…

– Dlaczego? – zapytała, wyłapując jego intensywne spojrzenie.

– Czy to nie oczywiste? Wyznałem ci to już w swoim liście i nic się nie zmieniło. Kocham cię.

Amelia poczuła, jak przyjemne ciepło rozlewa się po ciele. W tej chwili świat poza nimi przestał istnieć.

– Ja też cię kocham – wyznała, po czym złożyła na jego ustach pierwszy, nieśmiały pocałunek.

Odpowiedział natychmiast, przyciągając ją bliżej i z pasją oddając każdy z gestów.

Było tak wiele spraw, o które chciała zapytać, tak wiele niewiadomych do wyjaśnienia… Wiedziała, że na pewno myślał o tym samym, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Czuła, jak traci się w tym momencie, w bliskości, której tak bardzo pragnęła. Przez te wszystkie lata mogła jedynie o tym marzyć, nigdy nie będąc pewna czy prośby zostaną wysłuchane.

Jego dłonie czule wędrowały po jej plecach, a pocałunki z każdą chwilą stawały się bardziej zachłanne. Każda komórka jej ciała poddawała się tym coraz odważniejszym ruchom, a wszelkie obawy topiły w żarze przyspieszonych oddechów.

Potrzebowała go.

Tu i teraz.

Rozpaczliwie.

Odsunęła się delikatnie, dostrzegając jego pożądliwe spojrzenie i lekko zarumienioną twarz.

– Obawiam się, że jeśli nie każesz mi przestać… – wyszeptał, zmysłowo dotykając jej szyi i chociaż nie dokończył, doskonale zrozumiała, co miał na myśli.

– A co jeśli nie chcę, żebyś przestał?

Chwytając go za rękę, zrobiła krok w tył, w stronę łóżka, po czym ostrożnie przysiadła na krawędzi.

Przez ułamek sekundy spojrzał na nią ze strachem, ale dostrzegając w jej oczach absolutną pewność, nie zapytał o nic więcej.

Bez słowa przyklęknął przed nią, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Jego dłonie uniosły się lekko, ostrożnie zsuwając z jej ramion długie, jedwabne rękawiczki. Kiedy spojrzał w dół, zobaczył doskonale znajome blizny.

Amelia zamarła na moment. Bała się, że skrzywi się na ich widok, że zobaczy w nich tylko skazę, coś brzydkiego i niechcianego. Jednak tak się nie stało. Zelgadis nie odwrócił wzroku. Delikatnie ujął jej nadgarstki, przysuwając je do swoich ust. Potem pocałował je, jeden po drugim. Jego wargi dotykały ich miękko, chcąc w ten sposób złagodzić cały ból, który kiedyś przeżyła.

Łagodnie pchnął ją w tył, kładąc na łóżku. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ich wargi spotkały się ponownie. Gdy poczuła nad sobą przyjemny ciężar, przymknęła oczy, a serce zabiło mocniej. Nie przerywając pocałunku, sięgnął do wiązania gorsetu, który miała na sobie. Powoli, nieomal rytualnie, pozbywał się kolejnych splotów, odsłaniając coraz więcej…

Kiedy ostatecznie uwolnił ją z tej części garderoby, odetchnęła głęboko. Jego usta przesunęły się niżej, pieszcząc szyję i obojczyki, kończąc na odsłoniętych piersiach. Świadomość, że teraz mógł swobodnie obserwować jej półnagie ciało, sprawiła, że mimowolnie się zaczerwieniła. Widząc jej chwilowe zawstydzenie, uśmiechnął się szczerze. Bez słowa chwycił za brzeg swojej koszuli, zrzucając ją na ziemię. Jej zamglone spojrzenie przesunęło się po jego poznaczonym bliznami torsie, dostrzegając zawieszony na szyi błękitny kryształ. Zanim zdążyła o to zapytać, zamknął jej usta kolejnym pocałunkiem, sprawiając, że westchnęła z rozkoszy, wyginając ciało w łuk.

– Jesteś piękna… – wyszeptał, a słowa szybko zlały się z jej nierównym oddechem.

– Nie przestawaj…

Tak bardzo chciała, aby ją całował, dotykał i poznawał każdy fragment jej rozpalonego ciała…

Jego dłonie posłusznie wędrowały niżej, kreśląc linie wzdłuż talii. Pewnie schwycił fragment jej sukni, ciągnąc go w dół. Po chwili cała kreacja miękko wylądowała obok łóżka. Teraz jedynie cienki materiał bielizny, oddzielał ich przed całkowitym złączeniem.

Amelia otworzyła oczy, patrząc z ufnością na kochanka. W jego oczach dostrzegła nieme pytanie, ale zamiast odpowiedzieć, jedynie lekko uniosła biodra, pozwalając, aby zsunął z niej ostatnią przeszkodę.

Jej ciało zadrżało w oczekiwaniu. I chociaż teraz była w pełni odsłonięta, myśl, że to właśnie jemu oddaje się całkowicie, sprawiła, że po raz pierwszy od dawna poczuła spokój.

Zelgadis pochylił się lekko, całując jejbrzuch. Mruknęła zadowolona, zanurzając dłonie w jego miękkich włosach. Ale chłopak nie zatrzymywał się… Jego pocałunki schodziły coraz niżej i niżej. Jednocześnie dłonie przesuwały się w górę jej nóg, masując skórę i delikatnie rozchylając uda. Kiedy jego język dotknął najczulszego punktu, pisnęła głośno oszołomiona, a cały jej umysł zalała fala absolutnej przyjemności. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała krzyczeć, całować go i błagać, aby nigdy nie przestawał, ale w zamian mogła jedynie pojękiwać głośno, wbijając palce w szorstką pościel. Kiedy jej ciało było już na granicy, niespodziewanie pieszczota ustała. Otworzyła oczy, patrząc półprzytomnym wzrokiem na Zelgadisa, tylko po to, by dostrzec, jak zsuwa spodnie. Po chwili pochylił się nad nią, opierając dłonie po obu stronach jej twarzy. Nie mogła nie zauważyć, jak przystojnym był z tymi zmierzwionymi włosami, lekko spierzchniętymi ustami i zaczerwienionymi policzkami… Uśmiechnęła się z czułością.

– Jeśli nie jesteś gotowa… – zaczął cicho, patrząc na nią tak, jak jeszcze nigdy żaden mężczyzna – z miłością i całkowitą akceptacją.

Nie odpowiedziała słowami, w zamian po prostu przyciągnęła go bliżej, ponownie całując.

Po chwili poczuła go pomiędzy udami. Przesuwał się naprzód, delikatnie ocierając. Jego ruchy były spokojne i pełne czułości.

Kto by pomyślał, że Zel mógł być tak subtelnym i zmysłowym kochankiem?

Ich oddechy i ciała powoli się synchronizowały, a kiedy Amelia poczuła, że jest gotowa, Zelgadis, jakby czytając w jej myślach, wypełnił ją całkowicie. Jęknęła głośno, wbijając palce w jego ramiona i pozwalając sobie na całkowite oddanie się tej rozkoszy.

Tej nocy uczynił z niej kobietę…

(…)
I jeśli rozsypać bym się mogła,
W niemożliwą wiarę pokładam moc,
Że poskładać byś mnie umiał.
Że myśli me szkaradne, spisywane krwią,
Zakreśliłbyś delikatnie,
A stare słońce wzniosłoby jeszcze nowy świt.
Kiedy strzępy mego świata bierzesz na ręce,
Przepływasz przeze mnie,
Zaburzając krzepliwość.
Gdy rozpadam się na kawałki,
Napadowo i cięgle mi ciebie trzeba.

(…)

Właściwie nie był pewny, jak wiele czasu minęło, odkąd się obudził.

Niespecjalnie go to obchodziło.

Uśmiechał się, spoglądając na śpiącą obok Amelię, a wspomnienia minionej nocy zalewały jego umysł ciepłymi falami. Jej pierś unosiła się miarowo w rytm spokojnego oddechu. Ciemne włosy rozsypały się na poduszce, a twarz wyglądała niemal anielsko, wolna od codziennego stresu i odpowiedzialności. Czuł gorąco bijące od jej ciała, powoli wypełniające każdy samotny i zimny kawałek, jaki w sobie skrywał. Przez moment sam nie mógł uwierzyć, że tak czysta i krucha istota znalazła schronienie właśnie w jego ramionach. Ostrożnie przesunął dłonią po jej skroni, czując miękkość skóry pod palcami. Zatrzymał się, gdy Amelia poruszyła się we śnie, a jej usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu.

– Powiedz coś, jeśli to dzieje się naprawdę – szepnęła, nie otwierając oczu.

Zelgadis zaśmiał się cicho.

– To nie sen – zapewnił, przyciągając ją bliżej i całując w czubek nosa.

Amelia przeciągnęła się delikatnie, otwierając oczy. Dotknęła jego policzka z uśmiechem.

– Możesz się śmiać, ale nawet nie masz pojęcia, ile razy byłeś ze mną, robiąc i mówiąc takie rzeczy, o których marzyłam, a potem budziłam się sama.

– Takie rzeczy? Nie mam pojęcia, o czym mówisz, panno Saillune. Może zechcesz rozwinąć? – podjął zaczepnie, przesuwając dłonią po jej odsłoniętych plecach.

Amelia zadrżała, a jej twarz mimowolnie oblała się rumieńcem.

Patrzył na nią z miłością i zrozumiał, że nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego - nie czuł się tak kompletny, wolny i żywy jak teraz. Jej obecność była jak spełnienie najskrytszych marzeń, jak brakujący element, który wypełnił jego płuca prawdziwym powietrzem.

Pochylił się, delikatnie całując niewielkie zagłębienie nad jej obojczykiem.

– Wiesz… – zaczął cicho, nieomal szeptem – jeśli pozwolisz mi robić takie rzeczy każdej nocy, nie będę miał nic przeciwko.

Amelia zaśmiała się głośno, wplatając palce w jego włosy i poddając się pocałunkom.

Zanim całkowicie stracił kontrolę, odsunął się nieznacznie, podpierając na łokciu i patrząc na jej zarumienioną twarz.

– Jak się czujesz? – zapytał, gładząc kciukiem jej ramię.

Nie musiał wyjaśniać więcej. Amelia doskonale zrozumiała pytanie, czego potwierdzeniem był jeszcze intensywniejszy rumieniec na twarzy. Podciągnęła pościel, by zakryć piersi i odpowiedziała cicho:

– Jestem szczęśliwa. A czy ty już kiedyś…?

– Nie – odpowiedział pewnie. – Wiesz, jako chimera jakoś nie miałem wielu okazji…

Amelia uśmiechnęła się szerzej.

– Więc skąd…?

– Zanim was poznałem, podróżowałem z samymi mężczyznami. Nasłuchałem się nawet więcej, niż bym chciał – przyznał rozbawiony.

– Więc jesteś tylko mój?

– Od zawsze tak było.

Amelia obróciła się delikatnie, przytulając do jego piersi. Kiedy ich nagie ciała się zetknęły, poczuł przeszywający impuls.

– Zawsze? Miałam wrażenie, że przez lata skutecznie ode mnie uciekałeś… – stwierdziła cicho i chociaż jej słowa mogłyby zabrzmieć oskarżycielsko, nie wyczuł w nich wrogości, a jedynie lekki smutek.

– Zaczekaj… – odsunął się, by spojrzeć jej w oczy – to znaczy, że odzyskałaś wspomnienia?

Amelia odwzajemniła jego intensywne spojrzenie, po czym przygryzła wargę.

– To nieco bardziej skomplikowane. Moje wspomnienia nie wróciły… Ale dużo widziałam.

– Widziałaś?

– Już zapomniałeś, że jestem profetą? Przeszłość, przyszłość, moja, cudza… Jeśli bardzo się postaram, mogę je zobaczyć – wyznała, wzruszając ramionami. – Nie jestem w tym świetna, ale miałam dość dużo czasu, aby nauczyć się kontrolować tę moc.

Zelgadis milczał, próbując pojąć, ile znaczą obrazy, które widziała, i czy mogą zastąpić prawdziwe uczucia.

– Tylko nie myśl sobie nic głupiego – dodała nagle. – Nawet zanim spojrzałam we wspomnienia, czułam, ile dla mnie znaczysz. Teraz wydaję mi się, że nasze uczucia są zapisane dużo głębiej niż po prostu w pamięci. To bardziej jak grawitacja. Nieodwracalne i zdecydowane przyciąganie. To właśnie czułam do ciebie. To przyciąganie… To, że zobaczyłam większość wspomnień, zmienia tylko tyle, że może nie będę się czuła jak kompletna idiotka, rozmawiając z wami o przeszłości.

Nie odpowiedział. W zamian jedynie przyciągnął jej drobne ciało bliżej, zamykając w delikatnym uścisku.

– Miałaś… jakieś ulubione wspomnienia? – zapytał ostrożnie.

Amelia zacisnęła dłoń na jego ramieniu.

– Tak… Chociaż większość z nich to naprawdę zwykłe momenty. Lubiłam obserwować nas, rozmawiających przy ognisku, kiedy Lina i Gourry już zasnęli. Wiem, że już wtedy byłam w tobie zakochana. Ale ty z jakiegoś powodu unikałeś jakiegokolwiek zbliżenia. Chociaż w sumie, teraz łatwiej mi to zrozumieć. Byłam naprawdę irytującym dzieciakiem.

Poczuł, że ponownie chciała wzruszyć ramionami, jednak jego uścisk to uniemożliwił.

– Nie, Amelio. Nigdy tak nie uważałem.

Zerknęła na niego pytająco.

– Nie uważałem, że byłaś irytująca.

Przez chwilę milczał, próbując odnaleźć odpowiednie słowa. Przez lata, które spędził z Amelią, wiele się zmieniło. Pamiętał, jak zawstydzała go jej upartość, jak nie rozumiał, dlaczego ta młoda księżniczka tak usilnie próbuje zbliżyć się do kogoś takiego, jak on. Ale teraz, kiedy leżała w jego ramionach, tak bliska i szczera, zdał sobie sprawę, że to właśnie ta jej upartość i determinacja sprawiły, że powoli zaczął się przed nią otwierać.

– Więc dlaczego? – zapytała Amelia, wpatrując się w niego z ciekawością. Jej oczy lśniły w blasku przygasających świec.

Zelgadis westchnął, przesuwając dłonią po jej włosach. Każdy dotyk zdawał się teraz cenniejszy, bardziej intensywny, jakby miał nadrabiać wszystkie stracone chwile.

– Byłem… zagubiony – przyznał w końcu. – Kiedy się poznaliśmy, szukałem sposobu, by wrócić do normalności i pozbyć się tej cholernej klątwy. Myślałem, że to jedyny cel, jaki mam. A ty…

Amelia milczała, jej palce błądziły po jego karku, jakby chciała go uspokoić i zachęcić do mówienia.

– Bałem się, że jeśli pozwolę sobie na bliskość, jeśli dopuszczę do siebie uczucia, to osłabnę w swoim dążeniu do celu. Wydawało mi się, że nie mogę mieć tego wszystkiego naraz - miłości i wolności. A potem… kiedy cię straciłem, zrozumiałem, jak głupi byłem.

Amelia podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Dla mnie nigdy nie miało znaczenia to, jak wyglądasz. Wiesz o tym, prawda? – zapytała poważnie.

Uśmiechnął się przelotnie w pozbawiony wesołości sposób.

– Oczywiście, że wiem. Ale nie zmienia to faktu, że przez swoją obsesję na tym punkcie sprawiłem, że cierpiałaś… – wyznał szczerze i chociaż nie zamierzał, mimowolnie dotarli do najbardziej bolesnego tematu.

– To były też moje decyzje.

– Racjonalne decyzje zakochanej dziewczyny? – zażartował gorzko, wlepiając wzrok w sufit. – Nie byłem ślepy, Amelio. W pewnym momencie nawet ja się zorientowałem, że ci zależy i dlatego tak się poświęcałaś. A ja to wykorzystałem…

Amelia poczuła, jak jego słowa przenikają ją do głębi, wyraźnie odczuwając ból, który tkwił w jego sercu. Widziała, jak Zelgadis wpatruje się w sufit, a jego twarz przybiera wyraz pełen żalu i poczucia winy. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie ich oddechem. Delikatnie przesunęła palcami po jego skroni, próbując złagodzić narastające napięcie.

– To, co przeżyłaś w piątym filarze… – zaczął drżącym głosem. – O mało nie umarłaś, Amelio. I twój ojciec… – przełknął ciężko. – A potem cała reszta okropieństw, o które nawet boję się zapytać. Wojna, to małżeństwo z księciem Lenos. Nawet nie wiem, co powiedzieć, a przecież nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie ja.

Zelgadis odwrócił się do niej, a w jego oczach dostrzegła coś, czego nigdy wcześniej nie widziała – łzy, cisnące się pod powiekami, które z trudem starał się zdusić.

– To wszystko moja wina – wyszeptał na granicy załamania. – Gdyby nie ja, mogłabyś tego uniknąć. Przepraszam, że cię skrzywdziłem.

Amelia poczuła, jak jej serce pęka na widok jego rozpaczy. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie, tak złamanego i pełnego poczucia winy. Delikatnie wzięła jego twarz w dłonie, zmuszając, by spojrzał jej w oczy.

– Zel… – zaczęła, starając się mówić spokojnie. – To nie była twoja wina. Żaden z tych koszmarów nie wydarzył się przez ciebie. To były moje decyzje, moje wybory. Wiedziałam, na co się decyduję. I nigdy, przenigdy, nie obwiniałam cię za to, co się stało.

– Ale ja… nie zasługuję na ciebie, Amelio. Wszystko, co zrobiłem, tylko cię raniło.

– Teraz mnie ranisz – odpowiedziała, głaszcząc go po policzku. – Takimi słowami mnie ranisz.

Jego oczy rozszerzyły się nagle, gdy spojrzał na nią nieco przytomniej.

– Właśnie tak… – kontynuowała bez pośpiechu. – Więc jeśli nie chcesz mnie ranić, przestań się zadręczać. Jeśli chcesz mnie o coś zapytać, po prostu to zrób. Odpowiem na każde twoje pytanie, bo nie chcę, żebyśmy mieli przed sobą jakieś sekrety. Nie skłamię, że było mi łatwo, ale teraz jestem szczęśliwa, że wróciłeś. Naprawdę. I teraz potrzebuję cię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musisz mi pomóc, Zel. Nie dam rady sama się z tego wyplątać – ostatnie słowa zabrzmiały niemal jak prośba.

Zelgadis odetchnął głęboko, dopiero po chwili w pełni rozumiejąc, co miała na myśli. Potrzebowała go. Potrzebowała jego obecności i wsparcia, nie niszczącego wszystko poczucia winy. Przez moment było mu wstyd. Amelia oczywiście miała rację, tak samo, jak Nirali i Lina wiele razy wcześniej, kiedy próbowały przemówić mu do rozumu i sprawić, aby przestał się katować. Jednak to właśnie słowa Amelii sprawiły, że gdzieś głęboko poczuł ulgę. Przytaknął zdeterminowany.

– Obiecuję, że już nigdy więcej nie będę cię zadręczał tym tematem – powiedział, ale Amelia nie wyglądała na przekonaną. Zmarszczyła czoło, przyglądając mu się z uwagą. Westchnął pokonany. – I, że siebie też przestanę zadręczać tym tematem.

Amelia uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Tak lepiej – stwierdziła.

– Co teraz? – zapytał zakłopotany. Nie bardzo wiedział, jak powinien się zachować po słabości, którą właśnie przed nią okazał.

– Teraz mnie pocałuj. Chcę ukraść jeszcze jedną chwilę, zanim stąd wyjdziemy.