Victoria była tak samo zaskoczona, jak zaskoczony był on, kiedy to ona go pocałowała. Jednak tak samo jak on, ona też się nie odsunęła ani nie zrobiła niczego, by to zakończyć. Wręcz przeciwnie – odpowiedziała mu, dzięki czemu ten pocałunek był inny od tego poprzedniego. Był pełny. I wzajemny.
Gdy w końcu Snape go przerwał, od razu poczuła w sobie niepewność. Czy i tym razem powinna przygotować się na jego najpierw niepewność, a potem złość, nawet jeżeli to on to zainicjował?
Kiedy spojrzała mu w oczy, zrozumiała, że teraz miało być inaczej. Jego wzrok nie przeszywał jej chłodem czy obojętnością, a pragnieniem i uczuciem. Pierwszy raz mogła zobaczyć coś, o czym od dłuższego czasu marzyła, choć sama wciąż nie rozumiała, jak to się stało. W którym dokładnie momencie zaczęła pragnąć Severusa Snape'a?
– Victorio – zaczął, biorąc jej dłoń w swoją własną. – Nie zmieniłem zdania co do jednej rzeczy. Cały czas uważam, że nasza relacja prawdopodobnie nie jest warta tego, ile potencjalnie możemy za nią zapłacić. Nie mówię o oburzeniu innych nauczycieli, o tym, że pewnie zostałbym zwolniony, gdyby to wyszło, o komentarzach, które by rzucano w naszą stronę, a… o nim. O Czarnym Panie. On nie zatrzymałby się na komentarzu, wiesz o tym, prawda? – Gdy kiwnęła głową, kontynuował: – Ryzykujemy życie. Zwłaszcza… ja ryzykuję. On ciebie nie zabije, jesteś mu potrzebna. Ja też, ale nie aż tak, by nie zamordować mnie w przypływie gorącej wściekłości i… może zazdrości. Mimo to… jak widzisz, jestem skłonny zaryzykować, chociaż wszystko we mnie krzyczy, że popełniam błąd.
– To wcale nie jest błąd – odrzekła natychmiast. – Kiedy ostatnim razem czuł się pan tak jak teraz?
Nie musiał długo zastanawiać się nad odpowiedzią – w zasadzie był jej boleśnie świadom przez cały czas, na długo przed tym, zanim w ogóle zadała mu to pytanie.
– Nigdy. Nigdy nie czułem się tak jak teraz. Ale, jeżeli chcesz powiedzieć, że to jedno uczucie jest warte więcej niż całe moje dotychczasowe życie… – urwał i westchnął.
Przecież taka była prawda; nie chciał jednak powiedzieć tego na głos i zabrzmieć jak dziewiętnastowieczny, literacki bohater romantyczny. Miał tego dnia już zbyt wiele patetycznych myśli – jeszcze tylko tego brakowało, by zaczął wygłaszać poematy.
– Jedno jest pewne – powiedział po chwili. – To uczucie niczego nie zmienia. Nie myśl, że od dzisiaj będziemy chadzać na romantyczne spacery po ciszy nocnej, że będę cię witał na korytarzach z rozanielonym uśmiechem na ustach. Nic nie ulegnie zmianie, bo zwyczajnie nie możemy sobie na to pozwolić.
– Rozumiem – odrzekła – to oczywiste. Ale nie zgadzam się z tym, że to uczucie niczego nie zmienia. Zmienia bardzo wiele. Owszem, nie na zewnątrz. Ale gdzieś tam wewnątrz już tak, prawda? Gdzieś w nas. Rodzi nową motywację.
– I nowe niebezpieczeństwa – dodał natychmiast. – Posłuchaj. Musisz skrywać przed Czarnym Panem prawdę o tym uczuciu z jeszcze większą pieczołowitością, niż skrywasz prawdę o swej lojalności Dumbledore'owi. Pamiętaj, że on chce, byś była przy nim, nie przy mnie. Boi się naszej bliskości. Boi się, bo przepowiednia głosi, że albo ty i on zwyciężycie, albo ty i ja zwyciężymy. Jeżeli to będziemy my, on przegra. I dobrze o tym wie.
Uśmiechnęła się nagle.
– Widzi pan? To uczucie naprawdę bardzo wiele zmienia. – Popatrzyła mu w oczy. – To uczucie może uratować świat. – Zaśmiała się cicho, zauważywszy jego minę. – Wiem. Ja też nienawidzę takich podniosłych słówek. Ja też wystrzegam się uczuciowości i emocjonalności; tego mnie nauczono i taka jestem. Ale dzisiaj muszę być uczuciowa i emocjonalna, bo… zwyczajnie nie potrafię inaczej. Jestem… po prostu szczęśliwa.
Snape spojrzał na nią z rozbawieniem.
– Nie poznaję cię, Malfoy – stwierdził, a wtedy ona znowu się zaśmiała. – Brzmisz wyjątkowo dziwacznie, kiedy mówisz o poczuciu szczęścia. I to, rzekomo, wywołanego w jakiś sposób przeze mnie. Prędzej spodziewałbym się zobaczyć tak rozanielonego Dracona niżeli ciebie, ale… przyznaję… bardzo ci do twarzy z takim uśmiechem. Mimo że, jak mówiłem, jestem przyzwyczajony do twoich ironicznych i złośliwych uśmieszków.
– I tak nie przywdziewam ich tak często jak pan – odgryzła się.
– Ale ciekawe, że przywdziałaś ten najbardziej wyjątkowy, bo szczęśliwy, ponad godzinę po tym, jak zostałaś dźgnięta nożem, zaciągnięta nocą do lasu i otoczona przez straszne istoty. – Nie mógł się powstrzymać i wyciągnął kciuk, by pogładzić nim linię jej żuchwy.
– No właśnie, mam się z czego cieszyć, prawda? Żyję. Żyję i jestem tutaj.
Kiwnął w końcu głową. Śnieg, który dotychczas muskał delikatnie zasłonięte okna salonu, przemienił się nagle w ciężki deszcz. W pomieszczeniu zapanował przez to lekki hałas, ale Victoria wyglądała na jeszcze bardziej rozluźnioną. Rozumiał to. I jego deszcz, choćby nie wiadomo jak głośny, zawsze uspokajał.
– Jesteś zmęczona? – zapytał.
– A co chce mi pan zaproponować?
– Szczerze? Eliksir Słodkiego Snu i miękką poduszkę. Powinnaś odpocząć.
Przekrzywiła głowę i popatrzyła na niego z uniesionymi brwiami.
– Mówił już ktoś panu kiedyś, że nie ma pan w sobie ani krzty romantyczności?
Prychnął, po czym niespodziewanie się nad nią nachylił; jego twarz znalazła się nagle bardzo blisko jej twarzy. Odruchowo spojrzała mu na usta.
– Nie musisz mówić do mnie per „pan", kiedy jesteśmy sami – powiedział, a gdy wyprostował się, zapytał teatralnie nonszalanckim tonem: – I jak? Czyż to nie było romantyczne?
– Chyba… nie bardzo, ale doceniam – odrzekła i podniosła się z sofy. – Nie jestem zmęczona. Wciąż buzują we mnie resztki adrenaliny. Za to chętnie wzięłabym prysznic. Mogę?
Kiwnął głową i odpowiedział:
– Łazienka jest przy drzwiach frontowych. Jesteś głodna?
– Tylko niech pan nie mówi, że… – zatrzymała się nagle; zapomniała, że miała nie mówić do niego per „pan", a kiedy spróbowała po chwili zmusić się do zwrócenia się do niego bez zwrotu grzecznościowego, okazało się, że jest to dość trudne.
– I co, nieswojo, prawda? – Popatrzył na nią z pewną złośliwą satysfakcją. – Cóż, sama się na to pisałaś.
– Przyzwyczaję się – odrzekła. – Więc, jeszcze raz: tylko nie mów, że potrafisz gotować.
– Żartujesz? Jestem mistrzem eliksirów, nieskromnie przypominając. Czym się różni gotowanie od warzenia mikstur? – Gdy zobaczył jej powątpiewające spojrzenie, dodał: – Dobrze, to nie do końca tak. Umiem gotować… w miarę… ale znam mało przepisów. Dlatego raczej tego nie praktykuję. Aczkolwiek mogę przywołać tutaj jednego z hogwardzkich skrzatów. Dumbledore kiedyś sprawił mi taką przyjemność i umożliwił Wiórkowi, czyli właśnie skrzatowi z Hogwartu, teleportację do mojego domu. Mogę go wezwać, jeżeli jest mi potrzebny. Przydaje się zwłaszcza podczas wakacji, gdy przez większość czasu jestem właśnie tutaj.
– Praktycznie. Cóż, tak, chętnie coś zjem – odparła i zniknęła za ścianą.
Gdy wyszła już spod prysznica, podeszła do zaparowanego lustra wiszącego nad ładną, starą umywalką. Przetarła je dłonią, by móc spojrzeć w swoje odbicie. Wycierając ręcznikiem włosy, myślała z uśmiechem o mężczyźnie, który czekał na nią za ścianą z wyjątkowo późną kolacją. O mężczyźnie, który był jej nauczycielem. O mężczyźnie, który wydawał się najbardziej zdystansowanym i mrocznym człowiekiem na świecie. Czy relacja z nim mogła być szczęśliwa? Czy to był dobry wybór? Chciała tego, choć czuła wątpliwości; nie zamierzała jednak wybiegać z rozważaniami w przyszłość. Nie mogła. Nie wiedziała, jak będzie wyglądało jej życie za kilka miesięcy. Czy przeżyje wojnę? Może. A czy on ją przeżyje? Posmutniała, zastanawiając się nad tym.
Zostawiła różdżkę w szacie, a ta znajdowała się w salonie. Nie mogła więc wyczyścić zaklęciem swoich ubrań; zamiast tego wyprała je ręcznie i powiesiła na małym grzejniku. Na półce leżał złożony szlafrok. Czarny i o wiele na nią za duży. Chwilę się wahała, ale co innego miała do wyboru? Mogła jeszcze jedynie wyjść do Snape'a w samej bieliźnie, a podejrzewała, że ta relacja nie była jeszcze na tak zaawansowanym poziomie, by mogła sobie na to pozwolić. Ostatecznie więc zdecydowała się przywdziać jego szlafrok.
Kiedy miała już opuścić łazienkę, poczuła ból na przedramieniu. Przeklęła cicho. Nie mogła, rzecz jasna, odpowiedzieć na wezwanie Toma, dlatego postanowiła poczekać, aż odpuści. Usiadła na kafelkach i oparła głowę o zimną ścianę, wpatrując się wyjątkowo ponurym spojrzeniem w sufit. Dyskomfort sprawiał jej oczywiście ból, ale nie tylko. Poza ponurymi myślami o przyszłości, doszły jej teraz kolejne zmartwienia. Uświadomiła sobie, że znajdowała się nagle w dwóch niezwykle trudnych relacjach jednocześnie – i każdą musiała ukrywać. Snape nie mógł się dowiedzieć, że Czarny Pan przemienia się dla niej w człowieka. Czarny Pan nie mógł się dowiedzieć, że spotyka się potajemnie ze Snape'em. Nie pomagało też to, że obydwoje byli piekielnie inteligentni, zaborczy i… o każdym z nich mogła mówić przepowiednia.
Schowała twarz w dłoniach. Z którym z nich ostatecznie skończy, kiedy wojna dobiegnie końca?
Do salonu wróciła z mocno ostudzonym zapałem. Już nie była taka skłonna do wyznań o tym, że jest szczęśliwa. Brutalna rzeczywistość uderzyła ją z całą mocą podczas piętnastominutowego pobytu w łazience Snape'a. Jej twarz miała jednak neutralny wyraz; nie chciała psuć nastroju ani sprowadzać rozmowy na niewygodne dla nich tory.
– Widzę, że się już zadomowiłaś – powiedział, gdy zobaczył Victorię w swoim szlafroku. – Pamiętaj, Malfoy. Ja tylko przyznałem, że cię… znoszę. Nie oświadczyłem się.
Siedział na sofie; na małym stoliku przed nim leżały talerze, sztućce i brytfanna z zapiekanką makaronową.
– Och, nie podoba mi się to – odparła, zajmując miejsce obok niego. – Wcześniej była mowa o uczuciu, teraz już tylko o znoszeniu. Co będzie jutro? – rzuciła, niby żartem, choć dało się usłyszeć w jej głosie pewną obawę.
Nie odpowiedział na to, lecz kiedy nakładała zapiekankę sobie i jemu, zapatrzył się w jej profil i rzekł:
– Nie chcę brzmieć jak prymitywny uwodziciel, ale jesteś naprawdę piękna.
Obróciła głowę i uśmiechnęła się do niego.
– Tak mówią – odpowiedziała złośliwie.
– Widzę, że przyjmujesz komplementy równie okrutnie jak ja. Chociaż nie, zaraz. Ja nie dostaję komplementów.
– Nie bądź już taki skromny. Dumbledore i Czarny Pan uważają cię za swoją prawą rękę. Czyż to nie jest komplement? Zresztą każdy, nawet jeżeli cię nienawidzi, jak chce być szczery, musi powiedzieć o tobie jako o bardzo mądrym, inteligentnym mistrzu eli… Och! Sama to robię! Komplementuję cię jak jakaś psychofanka! – Zarumieniła się lekko i chwyciła widelec. – Wystarczy, wystarczy. Bo zaraz obrośniesz w piórka. Jedzmy.
Zaśmiał się cicho. Ten dźwięk, tak niski i głęboki, sprawił, że dziwny dreszcz przebiegł jej po plecach.
– Myślę, że ludzie mają o mnie do powiedzenia w pierwszej kolejności inne rzeczy. Nie takie miłe. No ale. Nieważne. Nie myślmy dzisiaj o ludziach.
– Świetny pomysł.
Zjedli zapiekankę. Snape wyczyścił zaklęciem naczynia i odesłał je do kuchni. Victoria ułożyła się na sofie i wsłuchała w dźwięk deszczu uderzającego o szyby.
– Chyba jesteś nieco mniej radosna niż przed wizytą w łazience – zauważył, dokładając drewno do kominka. – Dokonałaś tam jakiegoś makabrycznego odkrycia? – rzucił sarkastycznie, a potem wyprostował się i popatrzył na nią. – Wszystko w porządku?
– Tak, po prostu… myślę. Ale… chyba nie chcę dłużej myśleć. Nie dzisiaj. O, masz gramofon. – Zauważyła stojący na komodzie w rogu pomieszczenia sprzęt do odtwarzania płyt.
– Puścić coś? Ostrzegam, że mam jedynie mugolskie płyty. Nie wiem, czy przedstawicielka czystokrwistych nie poczuje się urażona, gdy usłyszy jedną z nich – zaironizował.
– Przecież wiesz, że nie jestem fanatyczką czystej krwi – odrzekła. – Może… może sprawiałam takie wrażenie jako dzieciak, ale to nie były moje autentyczne poglądy. Przesiąkłam ideologią ojca, tak jak i Draco. Co ja mogłam wtedy wiedzieć…? Nie miałam własnego zdania.
– Wiem, nie tłumacz się. Żartowałem. Zapodam ci jedną z moich ulubionych płyt. Wykonawcy to The Walker Brothers.
W kilka chwil pomieszczenie wypełniło się muzyką.
– Make It Easy on Yourself – zdradził tytuł. – Mój ulubiony kawałek.
– Naprawdę ładne – powiedziała. – Eleganckie, przytulne i urocze.
Uniósł wysoko brwi, jakby zdziwił się, że można określić piosenkę takimi słowami; uśmiechnął się jednak lekko, a potem podszedł do niej i wyciągnął rękę.
– Pani pozwoli.
Przyjęła jego dłoń. Pociągnął ją jednym silnym ruchem i postanowił na nogi, a potem objął w talii i zaczął prowadzić w tańcu po małym, zakurzonym, skąpanym w półmroku salonie. Zupełnie, jakby postanowili działać na przekór światu, który był przeciwko nim.
– Nie wiedziałam, że umiesz tańczyć – powiedziała, kiedy przechylił ją nad posadzką.
– Nie umiem. Improwizuję. O, teraz nadeszła kolej na The Sun Ain't Gonna Shine Anymore. Równie wykwintne jak poprzednie.
– I chyba wymaga szybszego ruszania się – zauważyła, patrząc na niego z wyzwaniem w oczach.
Rzeczywiście – przyspieszył, a gdy piosenka dobiegła końca kilka minut później, obydwoje byli lekko zdyszani. Victoria opadła na sofę, a Snape wyłączył gramofon. Postanowili odpocząć przy dźwięku jedynie deszczu uderzającego w szyby.
– Kiedy chcesz wrócić do Hogwartu? – zapytał, siadając w jej nogach.
– Jak najpóźniej – odparła cicho.
Popatrzył na nią długo. W jego oczach pojawiło się coś, czego nie sposób nawet opisać.
– W takim razie… przeniesiemy się o świcie – powiedział. – Prześpisz się w sypialni na górze, a ja zdrzemnę się na sofie. Jutro, około południa, spotkamy się u Dumbledore'a. Opiszemy mu przebieg misji. Powinien wiedzieć. Postaram się też powtórzyć mu to słowo, które wypowiedziały demony nocy, a którego ja nie zrozumiałem. Może on będzie wiedział, co oznacza. Oby. Myślę, że powód, dla którego te straszydła cię uratowały, jest naprawdę istotny. Nie wydaje mi się, by zrobiły to ot tak.
– Myślisz, że jestem im teraz coś winna? – zapytała z niepokojem.
– Nie wiem. Może nie. Nie myśl o tym teraz. Musisz odpocząć. Zaprowadzę cię na górę.
Przeszli salon, potem kawałek korytarza, pokonali schody. Na piętrze wskazał jej jedne z trojga drzwi. Stali w ciemności.
– Pobędziesz ze mną, dopóki nie zasnę? – poprosiła.
Jego szczęka zacisnęła się mocno.
– Nie sądzę, aby to był dobry pomysł – odpowiedział.
– Dlaczego? – Popatrzyła na niego z lekko zmarszczonymi brwiami, zdziwiona.
Milczał dłuższą chwilę.
– Bo nie jestem pewien, czy będę w stanie się kontrolować, kiedy położę się obok ciebie.
Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, pocałował ją w czoło, życzył dobrej nocy i zszedł na parter.
