Hej. Przypominam że wymienione postaci nie należą do mnie. Pożyczam i oddaję w stanie nienaruszonym ;p
Jethro od wczesnych godzin porannych sprzątał w piwnicy. Ból głowy nie doskwierał mu tak bardzo jak się tego obawiał jeszcze przed snem. Życzenie, które miał, by wydarzenia minionej nocy były snem, nie spełniło się. Łódka była roztrzaskana. A w środku nadal czuł pustkę, po odejściu Abby. To był fakt z którym się pogodził. Odeszła. Może go kochała, może już nie. Gdy kilka miesięcy temu przywarł ustami do jej ust w gorącym pocałunku wierzył, że ten pocałunek był obietnicą powrotu. Wczorajszy pocałunek w policzek, uświadomił mu, że tak naprawdę już wtedy był to pocałunek na pożegnanie.
Spokojne sprzątanie piwnicy w ciszy było jedynym sposobem, na ukojenie bólu i podjęcie decyzji o swojej przyszłości. Przywykł, że na poradzenie sobie z problemem najlepsza jest praca. Przed przejściem na emeryturę rzuciłby się w wir pracy w NCIS. Dzisiaj pozostało mu jedynie posprzątać cały dom, spakować resztę swoich rzeczy i wystawić go na sprzedaż.
Pochłonięty pracą nie sprawdzał godziny na zegarku. Przynajmniej nie zrobił tego, dopóki nie usłyszał kroków na drewnianej podłodze nad sobą. Była 16:00. Wiedział, że na pewno nie była to Abby. Mógł być to Tony, który jako jedyny z biura wiedział, że wrócił do miasta. Gdy drzwi się otworzyły, podniósł głowę i nieco się uśmiechnął, widząc jedyną osobę, której się tu spodziewał.
- Cześć Starcze, jak Twoja głowa? - zaśmiał się Jake schodząc po schodach.
- W porządku. Wypuścili Cię wcześniej z bazy?
- Coś w tym stylu. Powiedzmy, że mam małe problemy rodzinne i muszę je rozwiązać – zdjął kurtkę i przerzucił ją przez barierkę.
- Zabrzmiało poważnie.
- No cóż. Przyjaciele są dla mnie jak rodzina. Rozmawiałeś z nią dzisiaj? - przyjrzał mu się uważnie.
Ramiona Jethra napięły się, gdy poruszył drażliwy temat. Miał nadzieję, że nie zacznie od razu od tego.
- Człowieku, nie każ mi wszystkiego z Ciebie wyciągać. Nie jestem śledczym, żebym znał się na technikach przesłuchań.
- Przyszła do mnie w nocy – mruknął.
- Porozmawialiście?
- Trudno to nazwać rozmową. Raczej nazwałbym to krzykami.
- Okey, a o czym krzyczeliście? - zgarnął trociny ze stołu i usiadł na nim.
- To koniec, Jake. Nie wiem sam czego się spodziewałem lecąc tutaj. Chyba tego, że mi wybaczy i rzuci się w moje ramiona jak tylko mnie zobaczy.
- Ale rzeczywistość okazała się inna – westchnął.
- Zeszła tutaj. Widziała ten bałagan, który tu był. Widziałem w jej oczach strach. Bała się mnie, bo wiedziała, że wpadłem w szał. Nie pomyliła się. Próbowałem z nią porozmawiać i gdy chciałem złapać ją za rękę.. - wziął głęboki wdech – zaczęła krzyczeć, że mam jej nie dotykać, że mam nie nazywać ją Abbs. Wybiegła.
- Nikt nigdy nam nie mówił, że kobiety są łatwe. A na pewno nie takie jak Abby – zaśmiał się. Przypomniał sobie jedyne spotkanie z tą czarnowłosą kobietą. Była szalona, rozgadana i przytulaśna, ale zawsze twardo trzymała się swojego zdania.
- Miałem w swoim życiu wystarczająco dużo żon, żeby o tym wiedzieć. Niczego się nie nauczyłem. Abby nie wyszła z domu. Czekała na mnie w salonie, chociaż byłem przekonany, że usłyszałem trzaśnięcie drzwi.
- I założę się, że to nadal nie była zwykła rozmowa.
- Nie – pokręcił głową – powiedziała, że się mnie boi, że mnie nie poznaje i nie wie czy nadal jestem tym człowiekiem, w którym się zakochała.
- I odeszła?
Jethro już nic nie powiedział. Nie musiał. Jake doskonale wiedział jak skończyła się ta rozmowa. Znał go wystarczająco długo, by wiedzieć, że naprawdę kochał tą kobietę i że ta relacja już się zakończyła.
- I jeśli ja dobrze rozumiem Ciebie, to poddałeś się, tak? - spojrzał na niego uważnie.
- A co innego mam zrobić? Sprzedam dom i się wyprowadzę. Była jedynym powodem, dla którego wróciłem do miasta.
- Czy z Shannon kiedykolwiek odpuściłeś sobie?
Jake zdecydowanie wytoczył najcięższe działo, jakiego mógł użyć. Gibbs nigdy nie porównywał żadnej kobiety do swojej zmarłej żony, ale to nie znaczyło, że on nie mógł tego zrobić.
- Nie porównuj ich – ostrzegł go.
- Dlaczego nie? Poznaliśmy się krótko przed Twoim ostatnim rozwodem. Wydawałeś się szczęśliwy z tego powodu. No na pewno nie byleś w takim stanie jak dzisiaj. Po drodze miałeś kilka przygód na noc lub dwie. Nigdy o tym nie mówiłeś, ale zapachy różnych kobiet unosiły się w tym domu. Głupi nie byłem i nie jestem. Rozstanie z żadną kobietą nie doprowadziło Cię do takiego stanu jak Abby. Dlatego pytam, czy gdyby podoba sytuacja wyszła podczas Twojego związku z Shannon, odpuściłbyś sobie i uciekł.
- Shannon to coś innego.
- Nie Gibbs, to nie coś innego. Nie potrafiłeś się związać z żadną kobietą, bo żadnej nie kochałeś tak jak swoją pierwszą żonę. Dopóki nie zacząłeś zakochiwać się w Abby. Spotkałem ją raz będąc u Ciebie. Widziałem jak na siebie patrzyliście. Przypomniało mi się jak patrzyła na mnie Susan. To jest dokładnie to samo. No może poza małym wyjątkiem. Shannon już nigdy nie odzyskasz, ale Abby żyje. Nie umarła. Odeszła, bo jej zdaniem się zmieniłeś. Może powinieneś jej pokazać, że się myli?
- Nie jestem mistrzem przemówień – zaśmiał się.
- To wymyśl coś. Rusz te swoje szare komórki. Chyba, że zniszczyła je tequila w Meksyku. Ale jeśli kochasz ją szczerze, to musisz o nią walczyć. A na to pytanie, czy tak jest musisz odpowiedzieć sobie sam.
Jethro spojrzał na przyjaciela. Miał rację. Ze wszystkim. Z jego uczuciami do Abby, do pozostałych kobiet w swoim życiu. Przede wszystkim miał rację, że jeśli odpuści dzisiaj, już nigdy nie odzyska miłości kobiety. Musiał zacząć działać.
- Będę potrzebował Twojej pomocy. Mogę na Ciebie liczyć? - wyciągnął dłoń w jego kierunku.
- Jeśli ma to pomóc w odzyskaniu Abby? Zrobię wszystko. W końcu powiedziałem, że mam problemy rodzinne do rozwiązania – uśmiechnął się i uścisnął jego dłoń.
- Pamiętasz ta niewielką kawiarnię niedaleko Navy Yard?
- No pewnie. Najlepsza kawa w mieście. Co z niej potrzebujesz?
- Na rogu ulicy, po przeciwnej stronie jest kwiaciarnia. Jedyna w mieście, w której kupisz czarne róże. Kup jedną. Bez niczego. Pojedynczą czarną różę – wyjął z kieszeni zwinięte banknoty i mu wręczył – i wróć tutaj. Powiem Ci, co zrobisz później.
- Jasne – schował banknoty do kieszeni i zeskoczył ze stołu – misja „Odzyskać Abby" uznaję za rozpoczętą – zaśmiał się, chwycił kurtkę i biegiem opuścił piwnicę.
- Tak – wytarł ręce w ścierkę i po chwili wszedł do salonu. Podszedł do regału, z którego ściągnął notes i długopis, po czym usiadł na kanapie i zaczął pisać list. Każdy, kto go znał wiedział, jak bardzo potrafił mówić o sobie i o swoich uczuciach. Nie potrafił i nie lubił tego mówić. Zdarzały się sytuacje, w których musiał to robić. Skoro Abby nie chciała już go więcej widzieć, to list był jedynym sposobem, by przekazać jej kim jest, co czuje i jakie ma plany. Starał się pisać z sensem, nie kreślić za dużo na kartce, ale nie chciał też, aby list był sterylny. Świadczyłoby to o tym jaki bałagan myślowy jest w jego głowie. Wypowiedzianych słów nie można cofnąć, ale można skreślić słowo napisane na kartce i zastąpić je innym. Bardziej odpowiednim. Jake miał być tym, kto dostarczy jej list i różę. Był jedyną osobą, która mógł o to poprosić.
Jedyna i właściwą.
Po kilku minutach pisania odłożył długopis i zaczął czytać. „Coś dodać, czy może coś skreślić? Nie. Wydaje się że jest w porządku. A… Jeszcze jedno" Ponownie chwycił długopis i dopisał jeszcze jedno zdanie.
Złożył kartkę, odłożył ją i wszedł do łazienki, by odświeżyć się pod prysznicem. Nie był on długi. Jedyne co musiał z siebie zmyć to pot i kurz. Wszystkie emocje, które się w nim nagromadziły wylał na kartkę papieru.
Z przewiązanym w pasie ręcznikiem stał przed lustrem. Jeśli miał wrócić, to musiał uporządkować również swoje włosy. Nie było czasu na wyjście do barbera. Chwycił maszynkę do golenia i zaczął golić włosy w swój charakterystyczny styl Marines. Góra głowy dłuższa, boki i tył wygolone maszynką. Gdy skończył spojrzał ponownie w lustro. Powoli zaczynał przypominać faceta, w którym zakochała się Abby. Ogolił się, doprowadził do porządku włosy, wystarczyło założyć koszulkę polo i marynarkę. Jedyne czego nie był w stanie w tej chwili poprawić, to worki pod oczami. Był potężnie zmęczony, niewyspany, ale teraz nie było czasu na sen. Teraz miał inne, ważniejsze sprawy do załatwienia.
Z łazienki przeszedł do sypialni i otworzył szafę z ubraniami. Kolejno wyjął z niej bieliznę, spodnie, podkoszulkę, koszulkę i marynarkę. Nie wiedział, czy jego plan się powiedzie, ale musiał być przygotowany na każdą ewentualność. Szybko się ubrał i zbiegł po schodach do salonu.
Wyjrzał przez okno. Idealnie w czas. Pod domem Jake zaparkował swój samochód i zmierzał już w kierunku drzwi niosąc róże zgodnie z zamówieniem.
- Wróciłem – zawołał, gdy tylko otworzył drzwi.
- Świetnie – zgarnął ze stolika kartkę i mu podał – nie mam koperty. Wiem, że Ty nie przeczytasz, ale ochrona na wejściu będzie chciała sprawdzić, co to jest. Możesz użyć swojego uroku osobistego. Jak właściwie zakręcisz ochronę wpuszczą Cię i pozwolą zejść Ci do laboratorium. Będziesz miał kogoś z biura przy sobie, ale powinni pozwolić Ci wejść. W końcu jestem pracownikiem Bazy i Marines. Przekaż jej ten list i różę. Jeśli by jej nie było w laboratorium połóż po prostu na biurku i wyjdź. Zadzwoń do mnie jak to zrobisz. Żebym wiedział od kiedy mogę się czegokolwiek spodziewać.
- Ma się rozumieć – wziął kartkę i schował ją do kieszeni kurtki – Walczysz o nią, to najważniejsze – poklepał go po ramieniu i wyszedł z domu.
Gibbs przez okno obserwował przyjaciela wsiadającego do samochodu, który po chwili odjechał. Czekanie było najgorsze, ale miał jeszcze iskierkę nadziei, że jednak nie wszystko jest stracone.
CDN
