Przeklęta Eva Nott dopytywała go o możliwość podjęcia u niego praktyk. Czy ona naprawdę była na tyle głupia i bezmyślna, by nie brać pod uwagę tego, że za kilka miesięcy, jako córka śmierciożerców, mogła tkwić w celi w Azkabanie, a on – jako prawa ręka Czarnego Pana i, o czym rzecz jasna nie mogła wiedzieć, Dumbledore'a jednocześnie – z pewnością za maksymalnie pół roku będzie gnił w twardej glebie?
Już teraz czuł się martwy – a przynajmniej czuł, dopóki tutaj nie przybył. Wściekłość wywołana widokiem Voldemorta zaciskającego blade dłonie na pewnych delikatnych ramionach nad wyraz skutecznie go ożywiła.
Jak śmiał dotykać Victorię Malfoy, z którą on sam tańczył w tę jedną dziwną noc, kiedy wydawało im się, że łączące ich uczucie może stawić czoła wszystkim przeciwnościom?
Czarny Pan odebrał mu tak wiele. Odebrał mu nawet duszę. Teraz kładł ręce – i to dosłownie – na istocie, która stała mu się tak cenna w ostatnich miesiącach. A jednak, pomyślał z goryczą, ta istota dobrowolnie oddawała się tym złowieszczym szponom – i to właśnie z tego powodu czuł się w ostatnich dniach tak żałośnie. Zaufał jej, obdarzył uczuciem, wpuścił do swojego życia – tylko po to, by odkryć, że sekrety Czarnego Pana są dla niej ważniejsze.
Te myśli nie przewijały się przez jego głowę dłużej niż kilka sekund. Był bardziej niż świadom tego, że w obecnych okolicznościach musi strzec swojego umysłu, nawet jeżeli Voldemort w danej chwili do niego nie zagląda.
Obiecał sobie, że gdy zje pierwsze danie, wymyśli sensowną wymówkę i opuści ten przeklęty dom. Najchętniej w ogóle by tutaj nie przychodził, ale wiedział, że nie dane było mu odmówić, skoro został oficjalnie zaproszony przez Lucjusza. Czarny Pan mógłby zainteresować się jego nieobecnością.
Siedział blisko Voldemorta, który jako jedyny nie jadł niczego, a jedynie obserwował twarze zgromadzonych, skutecznie wprawiając niektórych w dyskomfort. Jedną z osób, które nie potrafiły znieść jego spojrzenia, była Eva Nott. Snape zauważył kątem oka, że jej dłonie zaczynały lekko drżeć, gdy wzrok Czarnego Pana zatrzymywał się na niej. W pewnym momencie, chyba aby przerwać upiorną ciszę, która zapadła w ich części stołu, i odwrócić od siebie uwagę Voldemorta, Eva powiedziała:
– Panie. – Pochyliła głowę, zwracając się do najpotężniejszego czarnoksiężnika tych czasów. – Czy miałbyś coś przeciwko, aby twój wierny sługa, profesor Snape, poświęcił mi trochę czasu? Myślałam o praktykach u niego w nadchodzącym semestrze.
Spojrzenie Voldemorta spoczęło na Severusie. Cel Evy został osiągnięty.
Snape powstrzymał chęć zamordowania siedzącej obok niego blondynki. Nie powiedział, że się zgadza na praktyki, więc ona sprytnie postanowiła załatwić sprawę za niego.
– Nie jestem pewien, czy będę miał ten czas – powiedział Snape, zanim Voldemort zdążył zdecydować za niego. – Panie, jak nikt inny jesteś świadom ogromu moich obowiązków.
– Panie profesorze – Eva pospieszyła z odpowiedzią na te słowa – zaręczam, że miesiąc byłby wystarczający. Później spróbuję podjąć praktyki w innym miejscu.
Snape wyczuł na sobie spojrzenie Victorii. Znowu.
– Severusie… rozumiem, rzecz jasna, że jesteś niezwykle zajętym człowiekiem – zaczął Czarny Pan – prawdopodobnie zajętym bardziej niż ja i Dumbledore razem wzięci. – Uśmiechnął się złośliwie na wspomnienie dyrektora Hogwartu, jak gdyby opowiedział właśnie dobry żart, z którego był zadowolony. – Jednak powinieneś dzielić się swoimi umiejętnościami i talentem. Widać, że pannie Nott bardzo zależy. Poza tym… skoro obydwoje macie podobne zainteresowania… czemuby się bliżej nie poznać? Może razem odkryjecie jakiś cudowny eliksir, który nam się przysłuży podczas wojny – dodał z lekką kpiną, po czym odwrócił od nich wzrok, dając do zrozumienia, że temat uważa za zakończony.
Jego spojrzenie powędrowało w kierunku rozmawiających ze sobą Victorii i Bellatriks. Snape szybko zrozumiał, dlaczego Czarny Pan z taką ochotą popchnął Evę Nott w jego stronę. Był wściekły, ale nie mógł pozwolić, by chociaż cień tej emocji przebiegł mu przez twarz.
Nie miał okazji uciec po pierwszym daniu, bo Narcyza od razu podała drugie, a później deser. Lucjusz otworzył też whisky i inne trunki, a Voldemort – o dziwo – nie miał zamiaru się żegnać. Zwykle podczas podobnych uroczystości ulatniał się dość szybko; tym razem jednak nigdzie mu się nie spieszyło. Snape nie mógł się temu dziwić. Cel Czarnego Pana siedział przecież kilka krzeseł dalej.
Po deserze wszyscy przeszli do salonu, w którym można było zasiąść w wygodnych fotelach, dolać sobie alkoholu i kontynuować rozmowy. W kącie pomieszczenia stał gramofon, który wygrywał cicho muzykę klasyczną.
Victoria, w długiej, szmaragdowej sukience z satyny i czarnym bolerku, stała przy kominku i obserwowała gości. Voldemort siedział na sofie i rozmawiał z Anastazją Zabini i jej narzeczonym, Peterem Roe, który jeszcze nie był oficjalnie w drużynie śmierciożerców, ale wszystko wskazywało na to, że niebawem do niej dołączy. Victoria, choć nie słyszała prowadzonej konwersacji, mogła sobie wyobrażać, jak Czarny Pan roztacza przed Peterem wielkie wizje potęgi, której ten mógł stać się częścią, jeżeli tylko odda swą duszę. Snape z kolei rozmawiał z Evą Nott, która – odziana w kremową, dopasowaną sukienkę, z jasnymi włosami upiętymi w szykownego koka – opowiadała mu coś, gestykulując przy tym żywo.
Nagle do Victorii podszedł Draco, stojący wcześniej z Theodorem Nottem. Trzymał w dłoni dwie lampki z szampanem. Wręczył jej jedną, nie pytając nawet, czy chce.
– Wyjdziemy na chwilę? – zapytał.
– Po co? Gdzie? Wiesz, że nie wypada.
– Do mojej komnaty. To zajmie kilka minut.
Zmarszczyła lekko brwi, po czym opuściła spojrzenie na jego szyję. Poprawiła mu kołnierz i w końcu kiwnęła głową.
– W porządku. Chodźmy.
Kiedy wychodzili, złapała na chwilę kontakt wzrokowy ze Snape'em. Trwało to jednak zbyt krótko, by mogła cokolwiek wyczytać z jego spojrzenia. Zresztą – nawet jeżeli wpatrywałby się w nią przez pełną minutę, i tak zapewne nie byłaby w stanie wiele o jego odczuciach powiedzieć. Zastanawiała się mimo to, co o niej myślał. Czy odczuwał żal, że ich ostatnia rozmowa zdawała się przekreślać wszystko, co było między nimi dotychczas? Czy może uważał ją za żałosną, bo zaczęła płakać, kiedy prowokował Pottera do rzucenia na siebie zaklęcia uśmiercającego?
Ten niespodziewany, emocjonalny pokaz, którego była wykonawczynią podczas ich zetknięcia w jego gabinecie, prześladował ją we wspomnieniach i przyprawiał o poczucie wstydu. Co się z nią stało? Od kiedy to tak łatwo można było zobaczyć ją zalaną łzami? Eva Nott z pewnością nie zareagowałaby w tak żenujący sposób. A ona, bojąc się o Snape'a, zaczęła płakać jak kilkuletnie dziecko. Gdy późnej o tym rozmyślała, doszła do wniosku, że Snape z pewnością miał wszystko pod kontrolą. Nie dałby się zabić; musiał mieć jakiś plan i powód, by zrobić to, co zrobił, nawet jeżeli nie wzięła tego pod uwagę od razu. Z drugiej strony – czy mogła się dziwić samej sobie? Gdyby Snape nagle zginął… zostałaby na świecie, miała wrażenie, zupełnie sama, choć otoczona tak wielu ludźmi, a przepowiednia musiałaby się spełnić na korzyść Czarnego Pana. Może więc jej emocjonalna reakcja była w pełni zrozumiała.
Kiedy dotarli do komnaty na piętrze, Draco zaczął od razu, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły:
– Vicky, co to ma znaczyć?! Powiesz mi wreszcie, o co tutaj chodzi? Dlaczego on cię dotyka? Dlaczego traktuje cię… sam nie wiem, jak to nazwać… po prostu: inaczej. No i fakt, że wzywa cię samą. Czego on od ciebie chce?
– Zamknij się, Draco. Nie mów takich rzeczy na głos w tym domu. W ogóle nie pytaj o takie rzeczy. Ani teraz, ani nigdy więcej. To… to wszystko nic nie znaczy. Przestań się doszukiwać czegoś, co nie istnieje – powiedziała twardo, zdając sobie sprawę z tego, że kiedyś Snape usłyszał od niej coś bardzo podobnego i to w odpowiedzi na niemal identyczne pytania.
– To ty przestań kłamać. Co się z tobą stało? Mam wrażenie, że od kilku miesięcy ciągle kłamiesz i ciągle coś ukrywasz. Potajemnie spotykasz się ze Snape'em, z dyrektorem, z… z nim. Co ty z nimi wszystkimi masz takiego do obgadania, co? W co oni cię wciągnęli? Dumbledore zrobił z ciebie szpiega? Jestem pewien, że Snape tym właśnie jest. Szpiegiem – wyszeptał. – Czyżbyś postanowiła poświęcić się w podobny sposób? – Nagle roześmiał się z pewnym histerycznym przerażeniem. – Zginiesz, Victorio, rozumiesz? Widzę, że jesteś w samym środku jakiejś strasznej gry. To się dla ciebie, cholera, nie skończy dobrze, wiesz o tym? Dlaczego robisz to mnie, matce, ojcu? Dlaczego wystawiasz się w tej wojnie jak na talerzu?
Victoria wyciągnęła różdżkę w czasie jego dramatycznej przemowy i rzuciła wokół nich zaklęcie wyciszające.
– O czym ty, na Merlina, mówisz? – odpowiedziała wściekłe, choć cichy głosik w jej głowie szeptał, że Draco prawdopodobnie miał dużo racji. – Oszalałeś?! Wyciągnąłeś pochopne wnioski, bo patrzysz na obraz, którego nie widzisz w całości. Moje spotkania z Dumbledore'em, ze Snape'em, z Czarnym Panem… fakt, czasem może i dotyczą ważnych rzeczy, ale nie tak ważnych, jak zakładasz.
– W takim razie o czym z nimi rozmawiasz? O emancypacji skrzatów domowych? – zakpił.
Westchnęła ciężko i rozejrzała się szybko po pomieszczeniu, jakby podświadomie szukała drogi ucieczki od tej niewygodnej rozmowy. Wiedziała, tak samo jak Snape, że Draco też nie był prawdziwie po stronie Czarnego Pana, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie chciała go w nic wciągać. Zresztą… zwyczajnie nie mogła powiedzieć prawdy o swoich poczynaniach. Nie mogła powiedzieć o działaniach na korzyść Dumbledore'a. O spotkaniach z Tomem. O pocałunkach ze Snape'em. Nikomu. Nigdy. To wszystko było zbyt niebezpieczne.
– Z Dumbledore'em rozmawiam o innych Ślizgonach. On chce wiedzieć, którzy potencjalnie mogą dołączyć do śmierciożerców podczas zbliżającej się wojny. Z Czarnym Panem rozmawiam z kolei o… szkole. Pyta mnie o sprawy Hogwartu. Ze Snape'em… – W tym przypadku wymyślenie odpowiedniego kłamstwa zajęło jej chwilę dłużej. – Ze Snape'em rozmawiam o różnych rzeczach. Traktuję go jako swego rodzaju mentora.
– Jakoś przez ostatnie sześć lat to ja byłem jedynym z nas dwojga traktującym go w ten sposób. Ty nie potrzebowałaś jego wsparcia ani porady. Widziałaś w nim tylko nauczyciela eliksirów, nigdy opiekuna naszego domu.
– Nie do końca tak było. Po prostu nie potrzebowałam jego wsparcia ani porady, choć szanowałam go. Teraz czasy się zmieniły. Chcę jego wsparcia. I jego porady. Dlatego czasem się z nim spotykam.
Draco nie wyglądał na zupełnie przekonanego. Victoria westchnęła ciężko, zbliżyła się do niego i oparła podbródek na jego barku. Nie umiała przytulać, podobnie jak on, więc stali w tej dziwnej pozie wyrażającej czułość i troskę przez kilka sekund. Przepraszam, przepraszam, przepraszam – dźwięczało w jej głowie.
Nagle drzwi otworzyły się. W progu stanął Lucjusz Malfoy. Victoria zdjęła szybko zaklęcie wyciszające i odskoczyła od brata.
– Co wy robicie, dzieci? – zapytał, lecz nikt mu nie odpowiedział. – Victorio… Czarny Pan chce z tobą rozmawiać. Niepokoi się twoim zniknięciem. Zapewniłem go, że wyszłaś z salonu tylko na chwilę.
Draco odchylił głowę i wypuścił powietrze, jakby usilnie próbował się uspokoić. Nagle, niespodziewanie, wyminął siostrę, potem ojca, i szybkim, dramatycznym wręcz krokiem wyszedł z pomieszczenia. Victoria i Lucjusz odprowadzili go zdziwionymi spojrzeniami.
– Co mu się stało?
– Nic, ma swoje humorki – wyjaśniła lekceważąco Victoria i przeczesała dłonią włosy w dość nerwowy sposób. – W porządku. Wracajmy do salonu.
Nim zdążyła przekroczyć próg, Lucjusz położył dłoń na jej ramieniu, zatrzymując ją.
– Na pewno, moja droga? – zapytał cicho. – Na pewno… wszystko w porządku?
Patrzył jej prosto w oczy; wiedziała, co miał na myśli. Wyglądało na to, że wszyscy dostrzegli już nadzwyczajne względy, jakimi obdarzał ją ostatnio Voldemort.
– Tak, ojcze. Wszystko w porządku. – Wymusiła lekki uśmiech.
– Pamiętaj, że zawsze możesz do mnie…
Nie dokończył. Cóż. Po kimś musiała przecież odziedziczyć brak umiejętności okazywania wsparcia i uczuć.
– Oczywiście. Dzięki – odrzekła tylko i wyminęła go, by wrócić do salonu.
W ciemnym korytarzu wpadła na Evę Nott, która zmierzała w kierunku łazienki. Eva pisnęła z zaskoczeniem, lecz uspokoiła się natychmiast, gdy rozpoznała twarz Victorii.
– Jak chcesz, to idź pożegnaj Severusa – powiedziała do niej. – Zaraz będzie się zbierał.
– Pozwolił ci mówić do siebie po imieniu? – zapytała zaskoczona Victoria.
– Och… cóż… nie… – odrzekła Eva z lekkim zmieszaniem, które zaraz zniknęło. – Nieważne. To i tak kwestia czasu.
Po tych słowach ruszyła dalej, a Victoria aż obróciła się na pięcie, by popatrzeć zdumionym spojrzeniem, w którym czaił się niebezpieczny błysk, na jej plecy.
Kiedy znalazła się w salonie, Snape istotnie był już odziany w swoją podróżną pelerynę. Rozmawiał jeszcze na odchodne z panią Nott, która – jak mogła sobie Victoria z łatwością wyobrazić – sama go dopadła, by pomówić o studiach i praktykach Evy.
Nie mogła jednak poświęcić patrzeniu na Snape'a zbyt wiele czasu. Pamiętała, co przekazał jej ojciec – Czarny Pan chciał z nią rozmawiać i niepokoił się tym, że zniknęła. Spojrzała więc w kierunku okazałej, szmaragdowej sofy obitej miękkim aksamitem, na której widziała go wcześniej. Okazało się, że nadal tam siedział, już bez Anastazji Zabini i Petera Roe – którzy właśnie tańczyli wolny taniec w rogu pomieszczenia, tuż przy gramofonie i wielkiej, pięknej choince. Voldemort patrzył na Victorię. Uśmiechnęła się do niego i ruszyła w jego stronę.
Gdy zatrzymała się przy nim i pochyliła głowę, wskazał jej miejsce na sofie obok siebie.
– Usiądź, proszę.
Kiedy siadała, popatrzyła z pewnym zawstydzeniem i lękiem w kierunku Snape'a. Stał przodem do niej, kilka stóp w oddali. Nie złapała jego spojrzenia, ale przypuszczała, że był w pełni świadom wszystkiego, co rozgrywa się dookoła.
Miejsce na sofie, pod słabo oświetloną ścianą, dawało jej możliwość obserwowania wszystkich w salonie. Rozumiała, dlaczego Voldemortowi tak podobało się siedzenie tutaj. Zauważyła, że Bellatriks zerka na nią z drugiego końca pomieszczenia, popijając whisky ze swoim mężem i innymi śmierciożercami. Victoria zaczęła zastanawiać się, czy jej matka chrzestna może być zazdrosna o to wyjątkowe zainteresowanie, którym zaczął ostatnio obdarzać ją Czarny Pan.
– Dobrze wyglądasz.
Obróciła głowę i popatrzyła w czerwone, zimne oczy. Znowu się uśmiechnęła. Merlinie, ostatnio przychodziło jej to tak naturalnie – zupełnie jakby zaczynała czuć się swobodnie w jego towarzystwie, nawet kiedy był pod swoją prawdziwą, groźną postacią.
– Dziękuję, mój panie. Jak się masz? Czy wszystkie twoje plany idą w pomyślnym kierunku?
Popatrzył na nią dziwnie, może nawet z pewną ciekawością. Poczuła obawę, że może była zbyt bezpośrednia.
– Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie, jak się mam – powiedział. – Kto ostatni raz miał odwagę, by to zrobić… Cóż. To musiało być tak dawno, że już tego nie pamiętam. Nie myśl, że się rozczulam. To zwyczajnie… interesujące. Dziękuję, że zadałaś mi to pytanie. Mam się dobrze. Większość planów idzie w istocie w odpowiednim kierunku.
Nie dała po sobie poznać, że poczuła niepokój, kiedy to usłyszała. Z pewnością powinna była po przerwie świątecznej powiadomić o tym Dumbledore'a. Odruchowo spojrzała w kierunku Snape'a. Teoretycznie mogłaby też powiadomić jego, ale on z pewnością nie chciał jej widzieć ani słyszeć.
– Dlaczego na niego patrzysz? – zapytał Czarny Pan, podążywszy za jej wzrokiem.
Victoria spięła się.
– Ja… – Nagle do salonu wróciła Eva Nott; kiedy zauważyła, że Snape wciąż nie opuścił dworu, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do niego oraz do swojej matki. Victoria poczuła coś nieprzyjemnego w okolicach żołądka. – Po prostu zastanawiam się, czy praktyki Evy w Hogwarcie są dobrym pomysłem. Nie sądzisz, mój panie, że Dumbledore może zacząć dystansować się od Snape'a, gdy ten niespodziewanie wprowadzi do zamku córkę innego śmierciożercy? Niewykluczone, że dyrektor pomyśli, iż to część jakiegoś planu. Może stać się bardziej ostrożny i odsunąć Snape'a od siebie. Czy jest nam to potrzebne teraz, kiedy zaczynamy wysuwać się na prowadzenie? Osobiście uważam, że jej praktyki – znów skierowała spojrzenie na Evę, ukrywając niechęć – nie są tego warte.
Czarny Pan zamyślił się nagle, co Victoria uznała za dobry znak. Potem i on skupił wzrok na mistrzu eliksirów oraz Evie. Snape, czując na sobie ciężar spojrzenia zarówno Voldemorta, jak i Victorii, popatrzył krótko na nich. Malfoy natychmiast spuściła głowę. Merlinie, co on musiał sobie pomyśleć, kiedy zobaczył ją i Czarnego Pana siedzących obok siebie i wpatrujących się w niego?
– Może masz rację, Victorio – stwierdził Voldemort. – Przemyślę to. Cieszę się, że myślisz tak dalekosiężnie i strategicznie. Doceniam to.
Pochyliła lekko głowę na tę pochwałę, zadowolona, że upiekła aż trzy pieczenie na jednym ogniu: wymyśliła dobre wytłumaczenie tego, dlaczego jej wzrok uciekał w stronę Snape'a, zaimponowała jeszcze bardziej Czarnemu Panu i – co najważniejsze – prawdopodobnie pokrzyżowała plany Evie Nott, która ewidentnie miała jakieś nadzieje co do Snape'a.
A Snape w końcu uwolnił się od Evy i jej matki i podszedł do sofy, na której siedzieli, by pożegnać Czarnego Pana. Victoria nieśmiało patrzyła, jak oddaje pokłon.
– Severusie, dziękuję, że się pojawiłeś – odrzekł na to Voldemort. – Musisz już iść…? Dumbledore będzie się niepokoił? – zakpił.
– Chciałbym zostać dłużej, ale mam obowiązki, mój panie.
– A czy mógłbyś poświęcić mi jeszcze kilka minut, Severusie?
– Oczywiście, panie.
– Wspaniale. – Czarny Pan machnął różdżką i przywołał jeden ze stojących pod przeciwległą ścianą foteli, po czym ustawił go naprzeciwko sofy. – Usiądź, Severusie.
Victoria spięła się, ale próbowała wyglądać na zupełnie obojętną. Merlinie, co Voldemort planował?
Czarny Pan widział, że Snape unika Victorii. Przez całe popołudnie nie złapał go ani razu na wpatrywaniu się w nią, mimo że ona – ku niezadowoleniu Voldemorta – zerkała na niego dość często. Był pewien, że powodem, dla którego Snape tak zawzięcie unikał Victorii, było jego własne polecenie – w końcu kazał mu trzymać się od niej z daleka. Nie podejrzewał nawet, że ważniejszym powodem dystansu Severusa względem Victorii była ich sprzeczka, bo tak naprawdę bynajmniej nie trzymali się od siebie z daleka. Wręcz przeciwnie.
Czarny Pan wiedział, że siedząca obok niego młoda kobieta jest bardziej delikatna, wrażliwa i krucha, niż by sobie tego życzył. Zazwyczaj mu to przeszkadzało, ale teraz uznał, że może to zadziałać na jego korzyść.
– Severusie, spójrz na Victorię – rozkazał mu Voldemort.
Snape, choć nie zdradził niczego swoją mimiką, z pewnością był zaskoczony. Można było to wywnioskować z czasu, jaki poświęcił na gapienie się w twarz Czarnego Pana.
– Severusie, nie usłyszałeś mojego polecenia?
– Wybacz, panie. Zastanawiałem się, czy ta zamieć śnieżna za oknem nie zaszkodzi pewnemu gatunkowi grzybów, które powinienem zebrać jutro nad ranem. Będą mi potrzebne do prowadzenia zajęć w nadchodzącym semestrze, lecz najpierw muszę je ususzyć.
Po wyjaśnieniu – tak żałośnie banalnym i genialnym jednocześnie – popatrzył na Victorię. Ona dała radę odwzajemniać jego spojrzenie tylko przez kilka sekund. Czuła, jak coś w okolicach jej serca i gardła ściska się z całej siły. Żal, tęsknota, złość, wstyd, niepewność – z pewnością któraś z tych emocji miała na to wpływ.
– Ach, Severusie, ty jak zwykle o pracy, szkole i eliksirach. – Czarny Pan uśmiechnął się drwiąco. – Jesteś taki pilny. Nie zmieniłeś się od czasu, kiedy przyszedłeś do mnie po raz pierwszy. Pamiętasz tamten dzień…?
– Oczywiście, mój panie – odrzekł Snape, wzrok mając wbity posłusznie przez cały czas w Victorię. – To był najlepszy dzień w moim życiu – dodał beznamiętnie.
– I dla mnie tamten dzień był ważny. Zyskałem wówczas tak oddanego, mądrego i inteligentnego sługę. Nigdy nie zapomniałem o tym, jak wiele dla mnie zrobiłeś. Te wszystkie zbrodnie, Severusie… Byłeś taki oddany.
Victoria zaczęła rozumieć, dokąd to wszystko zmierza. Poruszyła się niespokojnie. Czarny Pan chciał, aby zrozumiała, jak zły jest człowiek, który siedzi przed nią. Chciał, by pojęła, że nie odnajdzie w nim bezpieczeństwa, bo on nie różni się niczym od swego wodza. Chciał, by pamiętała w chwili potencjalnego zwątpienia, że nie powinna wybrać Severusa Snape'a, bo to jej nie uratuje. Chciał, by zobaczyła w mistrzu eliksirów potwora. Chciał zburzyć jego obraz, który czciła w swojej własnej głowie.
Powstrzymała się, by nie wstać gwałtownie z kanapy albo aby nie zatkać sobie uszu. Nie była gotowa na tę historię.
– Opowiedz Victorii o tym, jak wyglądały pierwsze lata twojej służby w mych szeregach – rozkazał Czarny Pan.
