46. LORD VOLDEMORT


— Co takiego…? — wydukał, święcie przekonany, że źle zrozumiał. Jakby nie patrzeć, nie mogła wypowiedzieć pseudonimu, którego przyjął. Zamrugał, szczerze zdezorientowany, zwłaszcza że przez chwilę patrzyła nań szeroko otwartymi oczami, a potem odwróciła wzrok i wbiła go w leżące na kolanach dłonie. — Hermiono…? Naprawdę mam rozumieć, że mówiłaś o mnie…? Że jestem czarnoksiężnikiem z twojej przyszłości…? — Spróbował to wszystko pojąć, ale wciąż szumiało mu w głowie. — Ja cię skrzywdziłem…?

Nie podniosła głowy.

— Yhym.

Usłyszawszy zdawkową odpowiedź, świat zadrżał mu pod nogami, a żołądek zacisnął się z nerwów. On był odpowiedzialny za nieszczęście Hermiony…?

Zawsze się zastanawiał, co spowodowało, iż bywała załamana, a teraz niespodziewanie rozwiała wszystkie wątpliwości, jakie nim targały — był źródłem wszelkiego zła. Zranił dziewczynę, która doń należała, chociaż obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobi, a co gorsza, zabił ludzi, których szczerze kochała, miał na rękach krew jej najbliższych. Był również odpowiedzialny za koszmary, którymi raz za razem przeżywała w nocy i wszystkie dotąd wylane łzy. Można powiedzieć, że własnoręcznie przyczynił się do powstania blizn, które skrywała pod ubraniami.

Zawinił.

Złamał tę dziewczynę.

— Wywołałem wojnę…? — wyszeptał, wciąż niedowierzając. — Czyli razem z przyjaciółmi walczyłaś przeciwko mnie…?

— Yhym — odparła po dłuższej chwili milczenia.

Nie wiedział, co zrobić z tą informacją.

— Znajdowaliśmy się po dwóch różnych stronach barykady…

Gwałtownie wstał z kanapy, przez co nie zarejestrował, iż prawie podskoczyła z nerwów w miejscu. Zaczął chodzić po pokoju, próbując przetrawić wiedzę, w której posiadanie właśnie wszedł. Hermiona w międzyczasie siedziała na sofie ze zwieszoną głową i zasłaniającymi jej twarz kręconymi włosami. Tom był po prostu w szoku i chwilowo nie potrafił logicznie myśleć. Kontynuował swój nieregularny chód, podczas gdy jego myśli dosłownie szalały.

Lord Voldemort.

Voldemort zranił Hermionę, zaś on nie chciał, aby cierpiała. Wręcz przeciwnie, pragnął zapewnić jej bezpieczeństwo.

Zasadniczy problem w tym, że przecież był Lordem Voldemortem.

Zatrzymał się w pół kroku i rzucił uważne spojrzenie siedzącej na kanapie dziewczynie. Nadal miał mętlik w głowie, aczkolwiek tkwił teraz w o wiele mniejszym szoku, niż na początku, dlatego też zaczął wyciągać pierwsze sensowne wnioski.

Voldemort miał wielkie plany. Chciał być potężny. Nie dbał o dobrobyt innych ludzi. Wszystko, co kiedykolwiek osiągnął, zdobył samodzielnie i własnymi rękoma. Wiedział, że nikogo w życiu nie potrzebował, bo po prostu był lepszy od innych. Uczucia również uważał za zbędne, bo stanowiły przeszkodę na drodze do wielkości.

Wszczął wojnę?

Oczywiście, potrafił wyobrazić sobie, iż wykracza poza horyzont i czuł, że z rozkoszą zatopi się w nieograniczonej władzy. Sama myśl o czekającej nań przyszłości sprawiała, że po kręgosłupie przechodziły mu dreszcze. Od zawsze pragnął swobody i otwartej przestrzeni, możliwości i spełnienia. W innych ludziach widział zaledwie stopnie, wznoszące go ku chwale. Żałował, że musiał żyć w ukryciu. Chciał ukarać wszystkich, którzy mu niegdyś podpadli i zobaczyć przerażenie w ich oczach, gdy wreszcie zrozumieją, że krzywdzili niewłaściwą osobę. Pragnął pokazać swą władzę i potęgę, sprowadzić maluczkich do parteru. Och, niewątpliwie sprawiłoby mu to olbrzymią przyjemność.

Owszem, Voldemort miał wielkie plany.

Zerknął na Hermionę, która wciąż unikała jego wzroku. To nie miało większego znaczenia, bo wiedział, że to, co powiedziała, było sensowne. Od samego początku zakładał, że wyzbędzie się słabości i wszystkiego, co mogłoby sprowadzić nań zagładę. Tom Riddle był tylko naczyniem, zaś Lord Voldemort stanowił esencję.

Wtem uświadomił sobie następną zależność, co sprawiło, że uśmiechnął się okrutnie. Chwilę później, gdy spojrzał na dziewczynę, wygładził twarz. W przeciwieństwie do niej nigdy nie był nękany przez wyrzuty sumienia. Naprawdę stali po dwóch różnych stronach barykady? Zbuntowała się przeciwko niemu?

W krwistoczerwonych oczach pojawił się morderczy błysk.

— Próbowałaś mnie powstrzymać — podsumował rozważania z chłodem i opanowaniem. — Chciałaś mnie obalić.

Opozycjonistka. Wróg…?

Jakby wyczuwając to, o czym myśli, Hermiona podniosła głowę. Wyglądała na szczerze przerażoną i znerwicowaną, bowiem drżały jej ręce. Sekundę później również się odsunęła. Nie umknął mu nawet pojedynczy ruch, ponieważ wciąż próbował rozgryźć tajemnicę, którą w istocie była.

Czas wrócić do początku.

Odkąd się tylko poznali, zawsze się zmieniała i nigdy nie przybierała stałej formy. Była czymś, czego nienawidził i czymś, co uwielbiał; osobą, którą gardził i jednocześnie podziwiał. Pod pewnymi względami była żałośnie słaba, ale i niezwyciężona. Chociaż niejednokrotnie się nim bawiła, sama cechowała się niestabilnością emocjonalną, przez co miał wielkie problemy, aby nad nią zapanować.

Ich relacja zawsze była dziwaczna.

Teraz patrzyła nań niczym zahipnotyzowana, wciąż wystraszona. Właśnie przez ten strach poczuł, że coś w nim zawrzało. Najpierw sprawiało wrażenie niezauważalnego, ale potem się nasiliło — pragnęło uwolnienia.

Wściekłość.

Momentalnie poddał się gniewowi, co natychmiast wyczuła, ponieważ wciągnęła gwałtownie powietrze. Jej reakcja sprawiła, że jeszcze bardziej się rozwścieczył.

Czemu tutaj była?

Czego od niego potrzebowała?

Najpierw próbowała nim manipulować, a teraz się obawiała?

Wiedział, kim była — szpiegiem, żołnierzem, zabójczynią i nade wszystko paskudną kłamczuchą!

— Czego chcesz?

Hermiona się skrzywiła i dopiero wtedy zrozumiał, że zwerbalizował swe myśli. Oczywiście, nie taki miał zamiar.

— Ja… niczego — odparła ze strachem.

Widział, że była smutna i zraniona, ale nie wiedział, w jaki sposób powinien to zinterpretować. Obecnie ufał wyłącznie swojej wściekłości, gdyż zawsze była dlań dobrym przewodnikiem i powstrzymywała go przed rozpadem.

— Czemu tutaj przybyłaś? — zapytał, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi, bowiem zapatrzyła się na niego, jakby zdruzgotana. To zachowanie sprawiło, że zupełnie stracił kontrolę. — Odkąd cofnęłaś się w czasie, nieustannie mnie okłamujesz, prawda? — syknął z groźbą w głosie i zupełnie zignorował to, że potrząsnęła gwałtownie głową. Jego magia rzuciła się naprzód i przypuściła atak, ale niczego nie poczuł, skupiony wyłącznie na swoim gniewie. — Zjawiłaś się tutaj i wszystko o mnie wiedziałaś — kontynuował. — Od samego początku mnie zwodziłaś! — dodał, wypunktowując sobie wszystko w głowie. Lord Voldemort był jej wrogiem. Wyruszyła na wojnę, żeby go powstrzymać. Mówiła, że chciała „powstrzymać zło". Chociaż twierdziła inaczej, prawda wychodziła na wierzch — nie zawiesiła broni, a zmieniła pole bitwy. Nie mógł, a nawet nie chciał opanować swojej wściekłości. — Co robiłaś przez ten cały czas? Próbowałaś znaleźć sposób, żeby mnie zniszczyć, zanim urosnę w siłę? — zapytał. — Już wszystko zrozumiałem. Razem ze swoimi bezużytecznymi przyjaciółmi nie zdołałaś mnie powstrzymać w przyszłości, dlatego skoczyłaś w czasie — żeby zyskać okazję, gdy jeszcze niczego nie podejrzewałem.

Był najprawdziwszym ślepcem i głupcem. Jej plan był prosty i skuteczny, a on dał się podejść niczym dziecko.


Strach ścisnął jej gardło, kiedy spojrzała w te przeklęte karmazynowe oczy. Jego rozwścieczona magia wypełniała cały pokój i próbowała rozdzierać ją od środka. Nigdy wcześniej nie widziała go równie rozzłoszczonego, przez co przypominał Voldemorta bardziej niż kiedykolwiek.

— Odkąd cofnęłaś się w czasie, nieustannie mnie okłamujesz, prawda? — syknął, a słyszalna w jego głosie nienawiść sprawiła, że aż się wzdrygnęła. Chociaż sytuacja ją przerastała i nie mogła się odezwać, potrząsnęła gwałtownie głową. — Zjawiłaś się tutaj i wszystko o mnie wiedziałaś. Od samego początku mnie zwodziłaś! — warknął z najczystszą złośliwością.

Pragnęła zaprotestować i zacząć się wykłócać, ale jakby miała sklejone usta. Zresztą nie wyglądał też na człowieka, chcącego usłyszeć odpowiedź, bowiem pozwalał swojej magii na całkowitą samowolkę. Czuła fale czarnej magii i była zdziwiona, że jeszcze nie przecięły jej skóry, pozostawiając po sobie krwawiące rany.

Czemu zdecydowała się wyjawić prawdę? Dlaczego była przekonana, że zrozumie? Obiecał, że nigdy więcej nie podniesie nań ręki i że może się czuć przy nim bezpiecznie. Mimo to sytuacja pokazywała, że nie sposób mu ufać, bo całym sercem pragnął się an niej wyżyć. Jeżeli nie zamierzał dotrzymać słowa, ten związek nie miał najmniejszych szans.

Znalazła się w odosobnionym miejscu z Lordem Voldemortem, a nie Tomem Riddle'em.

— Co robiłaś przez ten cały czas? Próbowałaś znaleźć sposób, żeby mnie zniszczyć, zanim urosnę w siłę? Już wszystko zrozumiałem. Razem ze swoimi bezużytecznymi przyjaciółmi nie zdołałaś mnie powstrzymać w przyszłości, dlatego skoczyłaś w czasie — żeby zyskać okazję, gdy jeszcze niczego nie podejrzewałem — kontynuował nienawistnie.

Nieustannie mu wybaczała i dawała drugą, trzecią i następną szansę. Chociaż obdarzyła go zaufaniem, nie otrzymała niczego w zamian. Jak się okazało, wciąż był bezlitosnym draniem. Kiedy poukładała sobie wszystko w głowie, nagle odzyskała zdolność mówienia, a strach wyparował, zastąpiony gniewem.

— Słucham? Z „bezużytecznymi przyjaciółmi"? — Skoczyła na równe nogi i praktycznie doń podbiegła. — Uważaj na to, co mówisz — warknęła.

— Przecież to właśnie powód, dla którego cofnęłaś się w czasie — powiedział, mając gdzieś jej ostrzeżenie. — Jesteś tu, żeby mnie powstrzymać, a może nawet zabić.

— Nieprawda! — argumentowała, niedowierzając, że mógłby tak w pierwszej kolejności pomyśleć. — Wiesz, że znalazłam się tutaj przypadkiem.

— Tak tylko twierdzisz! — krzyknął agresywnie, że aż podskoczyła w miejscu. — Opowiadasz same kłamstwa. Kto wie, kurwa mać, co tobą kieruje!

— Powiedziałam ci prawdę!

— Nie zdradziłaś mi nawet, jak się w rzeczywistości nazywasz. Niczego o tobie nie wiem! — syknął. — Odkąd się poznaliśmy, nieustannie karmisz mnie kłamstwami.

— Przynajmniej nie zabijam ludzi, tylko dlatego, że mnie irytują! — oświadczyła z oskarżycielską nutą w głosie.

Tom zrobił krok naprzód i teraz nad nią górował. Zawisła w powietrzu czarna magia powoli zaczęła sprawiać jej ból.

— Czyli to tak się usprawiedliwiasz. Uważasz, że moje życie jest mniej warte, bo jestem do szpiku kości zły — podsumował bez emocji. — Jakbyś była lepsza. Po cichu mną manipulowałaś i próbowałaś się do mnie zbliżyć. Udawałaś moją dziewczynę, żeby w odpowiednim momencie wbić mi sztylet w plecy. Zamierzasz wrócić do domu po wypełnieniu misji? Czyżbyś już planowała wpaść narzeczonemu w ramiona?

Uderzywszy w czuły punkt, przegiął.

— Nie mieszaj w to Rona!

— Ciekawy facet, doprawdy — zadrwił ze złośliwością. — Wysłał cię w przeszłość, żebyś samodzielnie odwaliła brudną robotę. Oboje jesteście po prostu żałośni.

Hermiona zacisnęła dłonie w pięści, owładnięta najprawdziwszą wściekłością, zaś Voldemort nie mógł uwierzyć, że mimo wytknięcia oczywistości, wciąż stawiała mu opór. Oszukała go, okłamała i wykorzystała, a teraz jeszcze miała czelność podnosić nań głos? Czemu właściwie była rozgniewana? Bo we wszystkim się połapał i została zdemaskowana?

— Wprost nie mogę uwierzyć, że dałem się nabrać na twoje kłamstwa! — krzyknął. — Mam nadzieję, że przynajmniej podobało ci się rżnięcie z wrogiem.

Otworzyła usta, ewidentnie porażona tą zniewagą. Szybko się pozbierała i zacisnęła dłonie w pięści.

— Ty kanalio.

Miał serdecznie dość bezczelności tej bezwartościowej, nieforemnej istoty. Szlama. Czarownica bez imienia. Jakim prawem wkradła się do jego życia i zasiała zamęt? Nieustannie go okradała i oszukiwała, okaleczała kawałek po kawałeczku. To wręcz niewiarygodne, jak szybko zdołała nadszarpnąć jego zdrowie psychiczne. Powinien być wdzięczny losowi, że nie zapomniał, kim tak naprawdę jest — Lordem Voldemortem. Tylko dzięki wewnętrznej sile jeszcze się nie stoczył.

Obelga, którą go obrzuciła, sprawiła, że zupełnie stracił nad sobą panowanie. Poddawszy się gniewowi, uniósł ręce i brutalnie ją popchnął. Nie spodziewała się ataku, dlatego też straciła równowagę, upada z powrotem na kanapę i uderzyła głową o drewniany zagłówek.

Wydawała się zszokowana. Z chłodem zaobserwował, że momentalnie otoczyła się magią ochronną. Ogień zapłonął w nim ponownie i drgnął, marząc o dobyciu różdżki. Co chciała tym osiągnąć? Zaatakować go? Jakby to było możliwe. Obnażył zęby i zacisnął dłoń na gładkim chłodnym drewnie.

Ostatecznie się powstrzymał, ponieważ doszedł do wniosku, że nie zasłużyła na tak szybką i nieprzemyślaną zemstę. Rzuciwszy jej ostatnie, pełne nienawiści spojrzenie, odwrócił się na pięcie i podszedł do drzwi. Spodziewał się, że skorzysta z okazji, którą dlań stworzył i mściwie ciśnie weń klątwą, ale się przeliczył. Bez wahania chwycił za klamkę z zamiarem wyjścia i zostawienia za sobą tej bezwartościowej, bezimiennej istoty. Voldemort nikogo nie potrzebował.

Kiedy tylko uchylił drzwi, usłyszał zduszony szloch. Mimowolnie się zawahał. Zupełnie nie rozumiał swojego postępowania, bo przecież miał gdzieś przedstawienie, które dlań odgrywała.

Powoli spojrzał przez ramię i zesztywniał. Zostawiona sama sobie, dziewczyna skuliła się na kanapie, podwinęła nogi i ukryła twarz w dłoniach. Jej ramiona lekko się trzęsły, a więc rzeczywiście płakała. Wtem poczuł bolesne ukłucie w piersi i potrzebę, której nie sposób zignorować.

Czarownica miała na imię Hermiona.

Wezbrał się w nim ogromny gniew, ale nie potrafił go dobrze ukierunkować.

Hermiona.

Zamknął z powrotem drzwi i wrócił na kanapę. Nie odezwawszy się nawet słowem, usiadł na tapczanie, trochę dalej niż przedtem i ponownie spojrzał na dziewczynę. Nie podniosła wzroku. Utraciwszy cel, na którym mógłby się wyładować, natychmiast się uspokoił. Sytuacji nie poprawiał fakt, że wciąż słyszał ten cichy szloch, pozostawiający po sobie okropne uczucie pustki.

Niczym na zawołanie, zatopił się we wspomnieniach. Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy skrzyżował z Hermioną spojrzenie w Wielkiej Sali i jak bardzo była nim zniesmaczona. W tamtych czasach, gdy jeszcze nie pałali do siebie sympatią, krzywdził ją bez zastanowienia. Wszystko się zmieniło, kiedy prawie zwaliła go z nóg pośrodku Londynu, a potem uratowała z sierocińca. Chociaż nie musiała, postanowiła się nim zaopiekować, opatrzyć rany i otoczyć troską, na którą wówczas nawet w najmniejszym stopniu nie zasługiwał. Uzmysłowiwszy sobie, iż najprawdopodobniej działała bezinteresownie, potrząsnął z niedowierzaniem głową. Chroniła go przed Dumbledore'em, nawet kiedy zerwał z nią z powodu mugolskiego pochodzenia.

W głowie mignęły mu urywki z poprzednich rozmów.

W mojej przeszłości wydarzyły się naprawdę okropne rzeczy. Czasami wciąż nękają mnie po nocach.

Nie zamierzam pozwolić, aby ponownie moim życiem zawładnął strach.

Zanim tu przybyłam, wszystko straciłam. Nie jestem ci nic winna.

Czy zawsze musisz krzywdzić ludzi? Co sobie myślałeś?

Jeżeli szukasz obrzydliwości, wystarczy, że spojrzysz na siebie.

Nienawidzę cię!

Zbyt dobrze pamiętał ból zobaczony w brązowych oczach, a także smutek, zazwyczaj całkiem dobrze ukryty.

Co właściwie uczynił…?

Skoncentrował się z powrotem na Hermionie, wciąż zrozpaczoną i zdruzgotaną. Powoli, jakby nieśmiało, położył rękę na jej plecach, mniej więcej pomiędzy łopatkami. Gdy tylko jej dotknął, aż się wzdrygnęła.

— Nie powinienem był na ciebie krzyczeć. Całkowicie straciłem nad sobą panowanie — wyszeptał. — Najmocniej przepraszam.

Usłyszawszy to zapewnienie, wreszcie uniosła głowę. Tom gwałtownie wciągnął powietrze, kiedy zobaczył, do czego doprowadził. Hermiona miała zaczerwienione, podpuchnięte oczy i pełną żałości minę. Sekundę później się pozbierała i zmroziła go wzrokiem.

— Nie chciałam cię okłamywać, ale nie było innej opcji — syknęła z ostrzejszą nutą w głosie. — Nie zostałam wysłana w przeszłość, żeby… cię uwieść.

— Wiem, przepraszam — powiedział. — Wyskoczyłem z pierwszym, co mi przyszło do głowy. Nie powinienem był mówić takich rzeczy. Wybacz mi, proszę.

— Jak mogłeś tak w ogóle pomyśleć? Zwłaszcza po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam — syknęła, nadal z morderczym wyrazem twarzy, a potem odtrąciła jego rękę. — Popełniłam błąd, dając ci drugą szansę.

— Nie, nie, czekaj — poprosił naprędce, gdy zrozumiał, że właśnie zagroziła mu zerwaniem. — Byłem po prostu w szoku. Nie wiedziałem, co wygaduję.

— Od razu przeszedłeś do rękoczynów — podsumowała z twardym błyskiem w oku. — I na poważnie rozważałeś przeklęcie mnie.

Tom się skrzywił.

— Ja… — jęknął. — Wiem, przepraszam. To było dla mnie zbyt wiele. Nie zostawiaj mnie, proszę. — Zamknął oczy, nie mogąc znieść myśli, że zaraz znów straci dziewczynę. Kimkolwiek się w przyszłości nie stał, teraz nie zamierzał z niej zrezygnować. Jakby nie patrzeć, była mu przeznaczona, a to oznaczało, że nie miała możliwości ucieczki.

Uniósł powieki niecałą minutę później. Z wahaniem przysunął się bliżej na kanapie, na co zareagowała pełnym podejrzliwości zmrużeniem oczu. Nieśmiało podniósł rękę i ją objął ramieniem, a następnie przyciągnął do delikatnego uścisku. Spodziewał się, że natychmiast go odepchnie, ale odetchnął z ulgą, gdy nic podobnego się nie wydarzyło. Mimo to zesztywniała.

Wiedział, że jest inny od całej reszty — wyjątkowy i zdecydowanie nieprzeciętny. Oczywiście, Hermiona nie była mu równa, bo nikt nie był, ale stanowiła ważną część jego składowej.

Postawiwszy na jedną kartę, wzmocnił uścisk. Nie odwzajemniła go, ale przewidział taką reakcję. Właściwie to był zaskoczony, że zareagowała całkiem spokojnie, a nie wybuchem złości, czy falą gniewnej nienawiści. Gdy już podjął ryzyko, postanowił pójść za ciosem. Pochylił się w bok i złożył delikatny pocałunek na czubku jej głowy, a przy okazji skorzystał z okazji i na chwilę zatopił się w przyjemnym zapachu szamponu, którego używała.

— Przepraszam — powiedział. — Czy mi wybaczysz?

Kiedy milczała, doszedł do wniosku, że to koniec i zaraz zostanie odepchnięty, ale właśnie wtedy się rozluźniła i odwzajemniła uścisk. Gdy zrozumiał, że dostał następną szansę, z trudem przełknął gulę w gardle i odetchnął z ulgą. Chciał przyciągnąć ją jeszcze bliżej, ale obawiał się, że zniszczy tę nić porozumienia, którą właśnie nawiązali. To aż groteskowe, że pozwoliła mu na podobną bliskość.

Nigdy nie skrzywdziłby Hermiony.

Ostrożnie zaczął głaskać dziewczynę po plecach ze świadomością, że pod bluzką skrywa blizny. To dziwne uczucie wiedzieć, że był za nie odpowiedzialny, mniej lub bardziej bezpośrednio.

Chcąc okazać dobre zamiary, wziął ją za rękę. Kiedy nań spojrzała, wciąż ze stalowym błyskiem w oku, zdał sobie sprawę, że nadal żyła wojną, która wybuchła w przyszłości. To zaś utwierdziło go w przekonaniu, że gdyby zaszła taka potrzeba, była gotowa walczyć z nim na śmierć i życie.

— Czy mogłabyś udostępnić mi swoje wspomnienia? — zapytał łagodnie. — Chcę zobaczyć, jakim człowiekiem się stałem.

Ewidentnie była zaskoczona prośbą, ale prawie natychmiast potrząsnęła przecząco głową. Skrzywił się, zobaczywszy w brązowych oczach nie tylko odwagę, ale również strach.

— To dla mnie ważne. Pokaż mi, proszę.

— Wykluczone — odpowiedziała zdecydowanym tonem.

Uśmiechnął się zachęcająco.

— Muszę to zrozumieć. Inaczej się nie przekonam.

Hermiona nie wiedziała, co zrobić. Łatwo jest udostępnić jedno ze swoich wspomnień, ale wciąż nie była pewna tego zagrania. Zmarszczyła w zamyśleniu brwi i spojrzała na Toma. Jego oczy znów stały się jasnoszare, a to znaczyło, że zdołał uspokoić nerwy. Zachowywał się cywilizowanie, ponieważ kciukiem gładził wierzch jej dłoni, ale nie zmieniało faktu, iż cierpiała po bolesnym uderzeniu w głowę.

— Chcę zobaczyć człowieka, jakim się stałem — powtórzył.

Wzięła głęboki oddech, czując, jak wszystko wokół rozsypuje się w proch. Jak zareaguje, kiedy rzeczywiście zobaczy Lorda Voldemorta? Oczywiście, nie pokaże mu wspomnienia z Ministerstwa Magii. To po prostu wykluczone. Jeżeli już, to ujawni mu mniej ważną migawkę, niemającą większego znaczenia dla przebiegu wojny, ot coś bezpiecznego. W niezdecydowaniu przygryzła dolną wargę.

— W porządku — powiedziała niepewnie, a następnie usiadła wygodniej, podwijając nogi, żeby mógł spojrzeć jej w oczy. — Nie mam z nim wielu bezpośrednich wspomnień, za co jestem niewyobrażalnie wdzięczna losowi — dodała, co sprawiło, że się skrzywił. — Odblokuję ci dostęp do kilku, ale nic ponad tym. Obiecaj, że nie będziesz naciskał i się wycofasz.

— Tak, oczywiście.

Tom dwoma rękami podniósł jej głowę i delikatnie przytrzymał w miejscu. Automatycznie zapatrzyła się w te jasnoszare, hipnotyzujące oczy. Gdy poczuła pierwsze oznaki inwazji, musiała stłumić natychmiastową potrzebę wzniesienia tarcz oklumencyjnych. Zamiast tego pozwoliła mu wejść w głąb swojego umysłu, wdzięczna za okazywaną ostrożność. Zazwyczaj, kiedy ktoś stosował legilimencję, odczuwała ból, ale teraz wszystko przebiegało na spokojnie i bez żadnego pośpiechu. Czując obcą obecność w głowie, poprowadziła go do wspomnień, które postanowiła udostępnić. Nie zamierzała pokazywać mu więcej, niż to absolutnie konieczne. Gdyby tylko spróbował rzucić okiem na inne migawki, wyrzuciłaby go ze swojego umysłu.

Zadrżała, zanurzywszy się w pierwszym wspomnieniu.

Stała sama pośrodku pola bitwy. Aurorzy przegrywali starcie, gdyż śmierciożerców było po prostu zbyt wielu. Z prawego ramienia ciekła jej krew, ale nie zwracała na nią najmniejszej uwagi, skupiona na biegu do pobliskiego domu. Gdy do niego dotarła, przycisnęła plecy do chłodnego muru i zaczęła się skradać. W pewnym momencie jej płuca wypełnił gryzący smród. W kontenerze na śmieci, zaledwie metr od niej, leżały zmasakrowane zwłoki, całe pokrwawione.

Z największą ostrożnością wyjrzała zza winkla. Wszędzie toczone były walki. Nie zdążyła zdecydować się na kolejne działanie, kiedy zaczęłam mieć problem z oddychaniem. Całkiem szybko zrozumiała dlaczego. Mimowolnie zaczęła drżeć, patrząc na stojącą na ulicy postać.

Czarne szaty Voldemorta tylko podkreślały bladość jego skóry, a zarzucony na głowę kaptur zasłaniał mu górną część twarzy, zostawiwszy wyłącznie karmazynowe oczy. Nie odważyła się poruszyć i ze strachu wstrzymała na moment oddech. Wściekła czarna magia unosiła się w powietrzu, odzwierciedlając złe intencje czarodzieja. Ze stoickim spokojem przyglądał się spowodowanym przez śmierciożerców zniszczeniom, a następnie zrzucił kaptur, odsłaniając swe oblicze. Hermiona gwałtownie zaczerpnęła tchu, zapatrzona w bladą niczym śmierć twarz. Najgorsze były szkarłatne oczy z jakby rozciętymi źrenicami, promieniujące nienawiścią i okrucieństwem, niewzruszone i obojętne na ludzkie nieszczęście i krzywdę.

Leniwie machnął różdżką i walczący niedaleko auror wydał z siebie przerażający krzyk, gdy jego ciało zaczęło się po prostu kurczyć. Krew rozbryzgnęła się po chodniku, a kawałki ciała i kości spadały z obrzydliwym pluskiem na asfalt. Czarny Pan nawet nie podniósł brwi, czy się skrzywił, sprezentowawszy mężczyźnie równie okropną śmierć. Sprawiał wrażenie bezuczuciowej istoty, patrząc na siejącą spustoszenie armię, którą w międzyczasie zgromadził.

Wtem doszło do najgorszego. Voldemort spojrzał wprost na Hermionę, która zesztywniała ze strachu, a potem, odzyskawszy zmysły, uniosła różdżkę, przygotowana do obrony. Czarnoksiężnik uśmiechnął się przerażająco, a następnie machnął lekko dłonią, zupełnie jakby odpędzał od siebie natrętnego, niedającego spokoju owada. Nie włożył w zaklęcie żadnego wysiłku i odwrócił głowę, kiedy pomknęło w kierunku celu. Wydawał się niezainteresowany losem swojej ofiary.

Kiedy klątwa doń dotarła, stało się jasne dlaczego. Tarcza, którą naprędce wyczarowała, została praktycznie od razu zniszczona, a urok uderzył ją prosto w klatkę piersiową. Siła zaklęcia odrzuciła dziewczynę na kilka metrów, wprost na ceglaną ścianę zniszczonego domostwa. Oberwała i to mocno, a nadwyrężone ciało natychmiast poddało się okropnemu bólowi. Krzyknęła, nie mogąc się powstrzymać. Ześlizgnęła się z muru i, gdy upadła na ziemię, skuliła się w pozycji embrionalnej. Czuła się chora. Kiedy zamrugała, przed oczami miała tańczące czarne kropki, a chwilę później zrozumiała, że osuwa się w nieświadomość.

Zacisnąwszy z determinacją usta, Hermiona zagłębiła się w następne wspomnienie, mające miejsce kilka miesięcy później. Mimo upływu czasu to, które właśnie obejrzała, wciąż przyprawiało ją o dreszcze.

Otwieraj usta, brudna szlamo! — krzyknął śmierciożercy, który zabrał się za przesłuchanie, a potem wymierzył jej bolesnego kopniaka we wcześniej skatowany bok. Nie zważając na oczywisty ból swojej ofiary, złapał dziewczynę za włosy i pociągnął do góry. — Gdzie jest ten żałosny Chłopiec, Który Przeżył? — warknął.

Hermiona się skrzywiła, odmówiwszy odpowiedzi. Nie zdradziłaby przyjaciół nawet w obliczu najboleśniejszej możliwej śmierci. Widząc jej opór, mężczyzna uniósł pięść i wyprowadził cios. Upadła na podłogę i cichutko jęknęła, czując, jak puchnie jej policzek. Najgorsze, że gdy została schwytana, zabrano jej różdżkę, przez co znalazła się na pastwie pięciu bezwzględnych przeciwników. Kiedy aportowali się z nią do tej obskurnej celi, wiedziała, że miała przechlapane.

Gdzie on jest? — zapytał inny Śmierciożercy.

Sapnęła, gdy znów została kopnięta.

Mów, szlamo! Gdzie on jest?

Wzór się powtarzał. Jak długo była już tutaj przetrzymywana? Miała wrażenie, że przynajmniej od kilku tygodni, ale równie dobrze od schwytania mogło minąć zaledwie parę dłużących się godzin. Wysiliwszy mięśnie, spróbowała otworzyć oczy. Mimo spuchniętej powieki wciąż mogła dostrzec zgromadzonych wokół nieprzyjaciół. W duszy żałowała, że ta brudna cela i ich podłe, przebrzydłe twarze będą ostatnim, co kiedykolwiek zobaczy.

Crucio.

Hermionę przeszył ostry ból, w którym natychmiast się zatraciła. Mimowolnie otworzyła usta i zaczęła wrzeszczeć wniebogłosy. Gdy klątwa została przerwana, odetchnęła z ulgą, wróciwszy do rzeczywistości. Leżała bezwładnie na ziemi, poddając się drgawkom i skurczom wymęczonych mięśni. W głowie jej szumiało, przez co słyszała zaledwie skrawki rozmowy i przytłumione głosy.

Nie będzie mówić.

Powinniśmy pozbyć się robactwa…

Nie, powinniśmy wezwać Czarnego Pana.

Gdy okaże się, że niczego nie wie, zostaniemy ukarani…

Z pewnością wie, gdzie jest chłopiec.

Naprawdę chcesz ryzykować Jego gniew…?

Zostaniemy ukarani, jeżeli odpuścimy i zmarnujemy okazję…

W porządku. Wezwij Czarnego Pana.

Usłyszawszy ostatnie zdanie, Hermiona zesztywniała ze strachu. Gorączkowo próbowała się podnieść, ale nadwyrężone torturami mięśnie i złamana noga uniemożliwiły jej jakąkolwiek obronę. Wiedziała, że jeżeli cudem odzyskałaby różdżkę, miałaby szansę na zwyciężenie w starciu ze śmierciożercami, ale jeżeli Voldemort zjawi się tutaj i rozpocznie swe przesłuchanie, nie wyjdzie z tego żywa.

Zawroty głowy sprawiały, że prawie zwymiotowała na brudną podłogę. Kiedy scena zaczęła się rozmywać przed jej oczami, usłyszała cichy trzask, co sprawiło, że powoli uniosła głowę. Wydała z siebie ciche, przepełnione przerażeniem sapnięcie, gdy zobaczyła, że śmierciożercy rzeczywiście przywołali Czarnego Pana. Odziany w czarne szaty, stał teraz zaledwie kilka metrów dalej. Chłodna aura, którą wokół siebie roztaczał, sprawiała, że piątka czarodziejów natychmiast upadła na kolana, zaś Hermiona spróbowała się odsunąć, ale natrafiła plecami na betonową ścianę. Voldemort uśmiechnął się zaledwie kącikami ust, co najprawdopodobniej było aprobatą starań podwładnych, a potem rzucił jej dłuższe, aczkolwiek obojętne spojrzenie. Nie mogła nic zrobić. Była sparaliżowana ze strachu, bezbronna i pozostawiona na pastwę losu. Mimowolnie zapatrzyła się w te bezlitosne, przepełnione nienawiścią krwistoczerwone oczy.

Wiedziała, że zaraz umrze.

Kiedy zaakceptowała swoje przeznaczenie, z trudem zarejestrowała kolejny trzask towarzyszący czarodziejskiej aportacji. Wtem pojęła, że niespodziewanie znalazła się w czyichś objęciach, a potem poczuła charakterystyczne uczucie ściskania.

Avada Kedavra.

Uniknęła śmierci, bowiem zdążyli się deportować. Zmaterializowali się hen, hen daleko, najprawdopodobniej w bezpiecznym miejscu. Wciąż była cholernie obolała i miała rozmazaną wizję. Wtem te dziwacznie chude ramiona, które stanowiły dlań wybawienie, zwiotczały, przez co upadła na kolana. Sapnęła, a potem wybuchnęła szlochem, kiedy zobaczyła upadającego na ziemię Zgredka, na którego twarzy wciąż malował się uśmiech. Zanim osunęła się w ciemność, zarejestrowała jeszcze rudą czuprynę i zmartwienie w oczach Rona.

Zamrugała, zapatrzywszy się w ten przeklęty karmazyn. Zesztywniała, wyrwana z morza wspomnień i prawie zeskoczyła z kanapy, na której siedziała. Zdecydowanie potrzebowała chwili, żeby dostrzec coś więcej, aniżeli jarzące się czerwienią źrenice. Najpierw zobaczyła czarne, miękkie włosy, a sekundę później przystojne rysy twarzy, dzięki czemu zrozumiała, że patrzy na Toma Riddle'a, a nie Lorda Voldemorta. Wzięła głęboki uspokajający oddech, po czym spróbowała wyrwać się ze szponów przeszłości.

— To byłem ja…? — zapytał niebezpiecznie niskim głosem, co sprawiło, że podskoczyła w miejscu.

Skupiwszy się na obecnej sytuacji, skrzyżowała z nim spojrzenie i z trudem przełknęła ślinę. Była szczerze zaniepokojona gniewem, którym emanował.

— Owszem — odparła powoli.

— Skrzywdziłem cię — powiedział po chwili.

— Yhym — potwierdziła, mimo że nie słyszała w jego głosie żadnych emocji.

Czym właściwie się tak zdenerwował? Strach, który towarzyszył jej w podróży przez wspomnienia, nadal nie odpuścił, dlatego też czuła się niepewnie. Jakie wnioski wyciągnął z tego doświadczenia? Czy był zadowolony z przyszłości, która nań czekała? Zadrżała na samą myśl.

— Popełniłam błąd, pozwalając na to wszystko — wyszeptała i poruszyła się, żeby wstać z kanapy. Chciała uciec od tych czerwonych oczu, ale została powstrzymana, zanim przynajmniej postawiła stopy na podłodze. Dłoń chłopaka zacisnęła się mocno wokół jej nadgarstka, a paznokcie prawie wbiły się w skórę.

Odchrząknęła nerwowo.

— To był Lord Voldemort? — zapytał, przywdziawszy na twarz nieprzeniknioną maskę.

Bez słowa skinęła głową i Tom jakby się uspokoił. Zamrugała, szczerze zaskoczona, gdy jego oczy zmieniły kolor z powrotem na jasnoszary. Wtem podniósł gwałtownie ręce i brutalnie przyciągnął ją do siebie. Hermionie zajęło chwilę otrząśnięcie się z szoku, ale potem zdała sobie sprawę, że ten uścisk był pełen desperacji i potrzeby. Z początku myślała, że potrzebował się przytulić, ale w rzeczywistości była dlań podporą chroniącą przed upadkiem. Wciąż lekko roztrzęsiona, odwzajemniła gest.

— Jest potworem — wyszeptał i zadrżał.

— Stał się potężnym czarodziejem z armią gotowych na spełnienie każdego żądania wyznawców. Budził powszechny strach, a wśród niektórych i szacunek — powiedziała z największą ostrożnością. — Nie tego właśnie chciałeś?

Chociaż Tom potrząsnął przecząco głową, w jego spojrzeniu widać było błysk samozadowolenia. Częściowo podobało mu się to, co przed momentem zobaczył. Nie musiał przyznawać tego głośno, bo po prostu wiedziała.

— Nie jestem pewien… — stwierdził powoli, ale w tonie, którego używał, pobrzmiewały zarówno szok, jak i pożądanie. — Zaatakował cię — dodał, odwracając głowę, co sprawiło, że Hermiona się zawahała i przygryzła dolną wargę. — Czułem tę magię — kontynuował ściszonym głosem. — Była niczym moja własna, ale jednocześnie… jakaś inna, jakby czegoś jej brakowało. — Zamilkł w oczekiwaniu na potwierdzenie lub zaprzeczenie, ale nie doczekał się odpowiedzi — przynajmniej słownej, ponieważ po prostu go przytuliła. — Jakim cudem uciekłaś? W pierwszym wspomnieniu rzucił na ciebie klątwę Detrimentum — wytłumaczył, kiedy uniosła ze zdziwienia brwi. — To mroczne przekleństwo, mające na celu pozbawić ofiarę całej magii.

— Uratowali mnie przyjaciele — odparła zgodnie z prawdą. — Gdy się obudziłam, powiedzieli mi, że byłam nieprzytomna przez mniej więcej tydzień. Gdyby Ronowi nie udało się ustabilizować mojej mocy, to…

— Umarłabyś — dokończył pustym tonem.

Zacisnęła usta w cienką linię. Oboje wiedzieli, że miał stuprocentową rację. Tom odetchnął gwałtownie. Nadal trzymał ją w mocnym uścisku, najwyraźniej potrzebując wsparcia i ludzkiego ciepła.

— Czegoś nie rozumiem. Kiedy przeniosłaś się w czasie, wiedziałaś, kim jestem. Mimo to postanowiłaś pozostać u mojego boku. Dlaczego?

— Z początku próbowałam trzymać się na dystans, ale z jakiegoś powodu nie chciałeś zostawić mnie w spokoju — przypomniała mu, zaniepokojona stanem, w jakim się znalazł.

— Nie mogę uwierzyć, że ze mną wytrzymałaś — dodał bez ogródek. — Zwłaszcza po tym wszystkim, co ci zrobiłem.

— Chwila, moment. — Wzmocniła uścisk, chcąc jasno postawić sprawę. — Nie jesteś odpowiedzialny za czyny Voldemorta, Tom.

— Jesteśmy jedną i tą samą osobą — odpowiedział przerażająco pozbawionym emocji tonem. Sprawiał wrażenie szczerze zrozpaczonego, więc podniosła rękę i położyła mu dłoń na policzku.

— Możliwe, ale wiele was różni. Uwierz, że daleko ci do Voldemorta.

W jasnoszarych oczach zobaczyła najprawdziwszą udrękę.

— We wspomnieniach, które mi pokazałaś, zostałaś poważnie ranna. Zarówno przez Lorda Voldemorta, jak i jego podwładnych — powiedział z naciskiem. — Jesteśmy podobni, Hermiono. Odkąd przeniosłaś się w czasie, nieustannie cię krzywdziłem.

Potrząsnęła głową.

— To zupełnie coś innego.

— Nieprawda. Niejednokrotnie ci groziłem, podnosiłem na ciebie różdżkę — tu się skrzywił z obrzydzeniem — a nawet rękę.

— Już za to przeprosiłeś — przypomniała mu łagodnym tonem.

— Jakim cudem mi wybaczyłaś? — spytał. — Jestem zdziwiony, że nie próbowałaś mnie zamordować na początku roku szkolnego — dodał, na co mimowolnie zesztywniała. — Rozważałaś tę opcję, prawda? Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?

— Linia czasu — odpowiedziała łagodnie. — Nie chciałam ryzykować zaburzenia przyszłości.

— Rozumiem, to wyjaśnia, dlaczego z początku mnie nienawidziłaś. Wtedy strasznie mnie to denerwowało, wiesz? Zazwyczaj podobam się dziewczętom.

Hermiona się uśmiechnęła, a następnie mocniej objęła go ramionami. W pewnym momencie, mimo że był zapatrzony pustym wzrokiem w przestrzeń, zaczęła delikatnie przeczesywać mu czarne, jedwabiste włosy.

Siedzieli tak przytuleni przez dłuższy czas. Tom nie inicjował rozmowy, więc nie chciała na niego naciskać. Gdy słońce zaszło, doszła do wniosku, że trzeba się zbierać.

— Zrobiło się późno — powiedziała, uprzednio pocałowawszy go w policzek. — Powinniśmy położyć się spać.

Skinął głową, chociaż nadal sprawiał wrażenie nieobecnego. Wykazawszy inicjatywę, chwyciła go za rękę i ściągnęła z kanapy. Kiedy szli przez opustoszałe korytarze w kierunku pokoju wspólnego Slytherinu, żadne z nich nie odezwało się nawet słowem. Po drodze widziała tańczącą wokół chłopaka magię, ciemniejszą, aniżeli kiedykolwiek wcześniej, niestabilną i wciąż rozwścieczoną. Najprawdopodobniej miał w głowie masę pytań, ale postanowił samodzielnie nad nimi popracować, zamiast rozmawiać o problemach.

Gdy przystanęli przed kamienną ścianą, Tom popatrzył nań pustym wzrokiem. Drgnęła nerwowo, kiedy zrobił niepewny krok naprzód i z największą ostrożnością dotknął jej podbródka. Sprawiał wrażenie niezdecydowanego. Zanim minęła minuta, pochylił się i musnął wargami jej usta, delikatnie i ledwo zauważalnie.

Sekundę później się odsunął, wyglądając, jakby zrobił coś zakazanego. Odniosła wrażenie, że nawet spodziewał się kary za nadmierne spoufalanie i przekroczenie granicy dobrego smaku.

— Śpij spokojnie. — Uśmiechnęła się łagodnie. — Zobaczymy się jutro.


Następnego dnia nie mogła się doczekać spotkania z Tomem. Ciężko jej było wyznać mu prawdę, ale poczuła niesamowitą ulgę, że od razu nie przeszedł do ataku, że zapomniała o konsekwencjach swojego wyznania. Zanim otworzyła buzię, nie zastanowiła się, w jaki sposób pogodzi się z rzeczywistością i przeżyje kolejnych kilkadziesiąt lat. Jak się miewał, kiedy już wiedział? Poznanie swojej przyszłości, zwłaszcza mrocznej, z pewnością nie jest przyjemnym doświadczeniem, z którym przejdzie się szybko do porządku dziennego. To okropne, że pominęła równie istotną kwestię, skupiwszy się na własnych lękach i zmartwieniach.

Podczas śniadania w Wielkiej Sali nie zauważyła go siedzącego przy stole Slytherinu, co tylko sprawiło, że zaniepokoiła się na poważnie. Jedząc tosty, przekonywała się, iż wszystko jest w porządku, ponieważ była wszak niedziela, a Tom nienawidził wcześnie wstawać i zazwyczaj wylegiwał się w łóżku do możliwie najpóźniejszej godziny. Mimo to postanowiła go poszukać, gdyż doszła do wniosku, że musieli wyklarować sobie kilka kwestii. Ostatecznie zdecydowała się spędzić ten dzień w bibliotece. Może Riddle potrzebował czasu i przestrzeni, żeby przetrawić najnowsze informacje i nie chciał być tak szybko konfrontowany. Gdyby rzeczywiście chciał porozmawiać, wiedziałby, gdzie jej szukać.

Kiedy nadeszła pora obiadowa, znów się zaniepokoiła. Miała nadzieję, że zobaczą się w Wielkiej Sali, ale nie odnalazła go wzrokiem. Westchnąwszy ciężko, odłożyła na talerz kawałek kurczaka. Momentalnie straciła apetyt.

Gdzie, do diabła, był Tom…?

— Wszystko w porządku, Hermiono? — Usłyszała i spojrzała na siedzącego obok Longbottoma. — Wyglądasz na roztrzęsioną — dodał, wcinając tłuczone ziemniaki.

— Ano — powiedział z pełnymi ustami Weasley. — Chodzi o mecz?

Lupin potarł nasadę nosa.

— Naprawdę nie macie żadnych manier, panowie?

— Cóż, jesteśmy gryfonami. — Uśmiechnął się z dumą Mark, uprzednio popiwszy posiłek dużym łykiem soku dyniowego. — Maniery są zbędne.

— Widzę, że masz wyrobione zdanie.

— Cholerna racja!

— Co się dzieje? — Richard spojrzał na Hermionę, kiedy Amarys postanowił pomilczeć. — Jesteś zmartwiona, bo boisz się, że Slytherin wygra mecz?

Zmarszczyła brwi, zupełnie nie wiedząc, o co chodzi.

— Znowu zapomniałaś, prawda? — zapytał Longbottom.

— Eee…

— Wiedziałem! — jęknął i potrząsnął w niedowierzaniu głową. — Jakim cudem nie interesujesz się quidditchem? Czy to w ogóle możliwe?

— Wyobraź sobie, że nie wszyscy skupiają się wyłącznie na sporcie — powiedział Lupin, ale został całkowicie zignorowany.

— Hufflepuff gra dzisiaj ze Slytherinem — wytłumaczył jej Mark. — Gdy nadejdzie czas, pójdziemy razem na boisko i będziemy gorąco kibicować puchonom.

— Och, naprawdę?

— Owszem, bo widzisz, są dwie możliwości. Albo zwyciężą ślizgoni i wygrają Puchar Quidditcha, albo przegrają i my go zdobędziemy.

— Yhym, rozumiem.

Najwyraźniej wciąż nie wykazywała odpowiedniej ilości entuzjazmu, bowiem przyjaciel ponownie potrząsnął głową i wymamrotał coś pod nosem. Z roztargnieniem wyłapała słowo „duma" i „Gryffindor", przez co się zaśmiała. Niestety, sekundę później skupiła się na stole Slytherinu i zarejestrowała, że Tom wciąż nie zszedł na obiad. Momentalnie przestała się uśmiechać.

— Jeżeli to nie mecz cię niepokoi, to czemu jesteś taka spięta? — zapytał z zainteresowaniem Weasley.

Zamrugała i spojrzała na chłopców. Wyglądali na zaniepokojonych.

— To nic takiego. — Westchnęła przeciągle. — Po prostu Tom… — urwała, kiedy Longbottom przewrócił z irytacją oczami. Spojrzała nań z wyrzutem, przez co uniósł dłonie w geście poddania.

— Nic nie powiedziałem…

— W każdym razie Tom otrzymał wczoraj złe wieści i trochę się martwię — kontynuowała — Od tamtej pory się nie widzieliśmy.

Mark zmarszczył brwi, zupełnie jakby nie rozumiał, na czym polegał problem, ale doceniła, że powstrzymał się od wyszydzania zachowania ślizgona. To zdecydowanie postęp.

— Mogłabyś sprawdzić, czy jest w pokoju wspólnym — zasugerował jej Amarys.

— Raczej tak zrobię. — Uśmiechnęła się łagodnie.

Zanim wstała od stołu, nałożyła na swój talerz trochę jedzenia. Jakby nie patrzeć, Tom przegapił śniadanie i obiad, więc musiał być głodny.

— Hej, mecz wkrótce się zacznie! — krzyknął Longbottom, gdy odchodziła.

W odpowiedzi jedynie mu pomachała i ruszyła w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Po drodze zauważyła, że ślizgońska drużyna quidditcha powędrowała na boisko i odetchnęła z ulgą. Jak to dobrze, że Avery był kapitanem i dzięki temu uniknęła konfrontacji z nim.

Z największą ostrożnością zeszła do lochów. Nie minęło wiele czasu, nim stanęła przed kamienną ścianą, stanowiącą wejście do pokoju wspólnego. Większość uczniów zmierzała w kierunku boiska, tak więc w pobliżu najprawdopodobniej nie było nikogo, kto zdradziły jej hasło i odblokował drzwi. Zdeterminowana, wzruszyła ramionami i przywołała swoją magię, która delikatnie prześlizgnęła się przez mur. Osłony próbowały stanąć na wysokości zadania i uniemożliwić jej włamanie, ale ostatecznie okazało się, że nie miały najmniejszej szansy przeciwko mocy, którą od niedawna dysponowała. Nim minęło trzydzieści sekund, ściana zniknęła, a Hermiona, zdenerwowana, wkroczyła do ślizgońskiego pokoju wspólnego.

Wnętrze było dokładnie takie samo, jak zapamiętała z poprzedniej wizyty — chłodne i raczej ponure. Omiotła wzrokiem czarne, skórzane kanapy i znalazła Toma, siedzącego na drugim końcu pokoju, odwróconego doń plecami.

Odrzuciwszy wahanie, natychmiast do niego podeszła i położyła talerz z jedzeniem na stoliku nieopodal. Chłopak był zaczytany w grubej księdze, ale szybko oderwał się od lektury, kiedy wyczuł znajomą obecność. Zamrugał i zmarszczył brwi, sprawiając wrażenie szczerze zaskoczonego, a Hermiona się zaśmiała. To oczywiste, że inni ślizgoni nigdy by mu nie przerwali.

— Och, jak się tutaj dostałaś? — zapytał.

Wzruszyła ramionami.

— Magia Niezwyciężonej Różdżki.

— Hmm — mruknął, po czym ponownie zagłębił się w tomiszczu.

Entuzjastyczne powitanie. Normalnie aż wybuchł z nadmiaru emocji, podsumowała sarkastycznie. Wszystko wskazywało na to, że usilnie próbował ją zignorować, ale, prawdę powiedziawszy, nie miała nic przeciwko. Zamiast się wysilać, podsunęła mu pod nos talerz z obiadem.

— Przegapiłeś dwa posiłki — zauważyła, czym zasłużyła sobie na krótkie spojrzenie, zanim ponownie skoncentrował się na księdze. — Jedz — dodała ostrzejszym tonem.

— Nie jestem głodny — odpowiedział z chłodem.

— Zjesz obiad, ponieważ niosłam kurczaka aż z Wielkiej Sali — poinformowała go władczym tonem, zignorowawszy protest, który podniósł i uniosła w oczekiwaniu brwi.

Chociaż sprawiał wrażenie zirytowanego, najprawdopodobniej wolał uniknąć kłótni na temat jedzenia, bowiem syknął coś pod nosem i sięgnął po widelec. Gdy powoli przeżywał mięso, sięgnęła po lekturę, którą w złości odrzucił na stół. „Tajemnice Najczarniejszej Magii", przeczytała w myślach i z cichym westchnieniem pokręciła głową.

— Widzę, że zabrałeś się za naprawdę lekki tytuł — parsknęła z wyrzutem.

— Cóż, jestem czarnoksiężnikiem — stwierdził, spojrzawszy w przelocie na książkę, którą trzymała w dłoniach. — Spodziewałaś się innych zainteresowań?

Na moment przerwał jedzenie, odebrał jej księgę i schował ją do skórzanej torby. Potem wrócił do konsumpcji, zupełnie jakby nie wstrzymał posiłku.

Hermiona wzięła głęboki, uspokajający oddech. Widziała i czuła unoszącą się w powietrzu czarną magię, która idealnie odzwierciedlała nastrój, w który popadł.

— Słuchaj — powiedziała ostrożnie, kiedy skończył kurczaka. — Wiem, że to, czego się wczoraj dowiedziałeś, jest szokujące, ale jestem przekonana, że możemy…

— Nie chcę o tym rozmawiać.

Zamrugała, szczerze zaniepokojona. Nie powinni odkładać problemów na bok i uciekać od odpowiedzialności, a rozwiązywać je na bieżąco. Niestety, lekceważący błysk w jasnoszarych oczach uświadomił ją, że nie ma sensu teraz naciskać, bo tylko pogorszy sprawę. Westchnęła ze zrezygnowaniem, a następnie usiadła wygodniej na kanapie. Riddle w międzyczasie odwrócił wzrok, zupełnie jakby się wstydził.

— Tom? — zagaiła po dłuższej chwili milczenia.

— Słucham.

— Zastanawiałeś się już nad wakacjami?

To pytanie naprawdę go zaskoczyło, bowiem spojrzał nań zdezorientowany.

— Co…?

— Jak zapewne zauważyłeś, za niedługo skończy się rok szkolny. — Uśmiechnęła się łagodnie. — Chciałabym wiedzieć, co zaplanowałeś sobie na wakacje.

— Ja… nie poświęciłem temu większej uwagi — przyznał, wyraźnie wyprowadzony z równowagi niespodziewaną zmianą tematu. — Zazwyczaj wracam do Londynu — dodał z mrocznym wyrazem twarzy.

Zmarszczyła brwi.

— Cóż, szczerze wątpię, abyś musiał wracać do sierocińca. Moglibyśmy pojechać razem do Saint Ives. Jest tam całkiem spektakularna plaża. Spędziłam tam z rodzicami kilka przyjemnych dni — powiedziała z uśmiechem na twarzy. — Możemy też zwiedzić Albanię. O ile pamiętam, chciałeś kiedyś tam pojechać.

Tom spojrzał nań, jakby oszołomiony.

— Naprawdę chcesz spędzić ze mną wakacje…?

— Jasne. Nie planowałam podróżować w pojedynkę — odparła zgodnie z prawdą.

— Myślałem, że… — urwał i odwrócił wzrok. — Byłem przekonany, że zechcesz zachować dystans i przestaniemy spędzać ze sobą czas.

Hermiona przewróciła oczami.

— Cokolwiek wczoraj powiedziałam, nie zmieniło to ogólnego stanu rzeczy, a przynajmniej nie dla mnie. Od samego początku wiedziałam, że żaden z ciebie święty.

Skinął powoli głową, a następnie odwrócił głowę, znów unikając jej spojrzenia. Najwyraźniej wieczorne rewelacje naprawdę nim wstrząsnęły. Całkiem szybko znów pogrążył się w przygnębiającym nastroju. Zapatrzony we własne dłonie, wyglądał na prawdziwie nieszczęśliwego.

Gdy w przelocie zerknęła na jego ręce, wpadła na idealny pomysł. Odpięła zapinkę zawieszonego na szyi miedzianego naszyjnika i ostrożnie zdjęła z łańcuszka złoty pierścień Gauntów. Czarny kamień lśnił bez żadnego połysku i był nienaturalnie chłodny w dotyku. Szczerze mówiąc, był po prostu brzydki. Kiedy podniosła wzrok, zauważyła, iż Tom przyglądał się jej z wyraźnym zainteresowaniem. Odrzuciwszy wahanie, zaoferowała mu sygnet.

— Czy możesz go dla mnie przetrzymać? — zapytała ze spokojem.

Ewidentnie był zaskoczony. Nie spodziewał się, iż dostanie możliwość przechowania jednego z najpotężniejszych czarodziejskich artefaktów we wszechświecie.

— Czemu miałabyś…? — Zamrugał i potrząsnął w niedowierzaniu głową. — Wiesz, że to Insygnium Śmierci, prawda?

— Oczywiście, głuptasie. — Uśmiechnęła się pogodnie. — Zamierzasz przychylić się do mojej prośby, czy mi odmówić?

Chłopak przez chwilę patrzył nań, jakby postradała zmysłu, ale potem się zgodził.

— Żaden problem — powiedział, odebrał pierścień i wsunął go sobie na serdeczny palec prawej dłoni; potem poświęcił moment, żeby po prostu się na niego pogapić.

Hermiona uśmiechnęła się promiennie.

— Liczę, że dobrze się nim zaopiekujesz, bo mogę go później potrzebować.

— W porządku — odparł, wciąż zdziwiony jej zachowaniem.

— No to ustalone — podsumowała, a następnie wstała z kanapy i doń podeszła. — Uciekam — zakomunikowała i pocałowała go. — Zostawiam cię samego z zapewne fascynującą lekturą. Proszę, postaraj się nie myśleć zbyt dużo — dodała, zanim wyszła z pokoju wspólnego.

Jak wyszła, Tom jeszcze przez długi czas gapił się na pierścień Marvolo Gaunta.


— Myślę, że w tym momencie powinnaś ratować królową — powiedział poważnie Weasley, patrząc na szachownicę. — Zasada numer trzy: nigdy nie poświęcaj królowej, chyba że nie ma innej opcji.

— W porządku — mruknęła z rozkojarzeniem, marszcząc brwi.

— Kiedy musisz poświęcić królową? — zapytał chytrze przyjaciel.

— Gdy zagrożony jest król — odpowiedziała z uśmiechem.

— Właśnie. — Skinął głową i ponownie spojrzał na szachownicę. — Skoczek na B2.

Hermionie zrzedła mina, kiedy miniaturowy skoczek popędził z dumnie wypiętą piersią. Kiedy dotarł do celu, wyciągnął miecz i wbił go prosto w pierś jej króla. Tej śmierci towarzyszyła salwa śmiechu, dochodząca gdzieś z boku, dlatego też automatycznie odwróciła głowę i zobaczyła, że Longbottom się z niej nabijał. Siedzieli razem w pokoju wspólnym Gryffindoru, a że było już dosyć późno i zbliżała się cisza nocna, cieszyła się wieczorem spędzonym z przyjaciółmi, zwłaszcza że stanowił miłą odskocznię od popołudniowego ambarasu towarzyszącego meczu quidditcha. Ostatecznie Slytherin pokonał Hufflepuff, a Mark podpalił trybuny wściekłym wybuchem przypadkowej magii. Na całe szczęście nikt nie zginął — ani podczas rozgrywki, ani w pożarze.

— Mówiłem, żebyś nie grała przeciwko Richardowi — powiedział poprzez łzy.

Zignorowawszy blondyna, potrząsnęła głową i machnęła ręką nad szachownicą, na nowo układając figury.

— Spróbuję jeszcze raz — stwierdziła.

— Jasne. — Uśmiechnął się Weasley.

— Nie wiesz, kiedy należy się poddać, prawda? — zapytał Longbottom. Leżał na kanapie z otwartą torebką fasolek wszystkich smaków i podjadał, obserwując ich starcie.

Hermiona postanowiła spróbować szczęścia i sięgnęła po jedną landrynkę. Z opakowania wyciągnęła czerwoną i wpakowała ją do ust. Chwilę później się skrzywiła, ponieważ trafiła na smak dżdżownicy.

— Biorąc pod uwagę to, że przegrałeś dzisiaj Puchar Quidditcha, jesteś w całkiem dobrym nastroju — powiedziała ze złośliwością.

— Nawet nie przypominaj. — Zmarszczył brwi i schował twarz w dłoniach. — Głupi, oszukujący ślizgoni! — dodał cierpiętniczo, zaś Richard się z nim zgodził, gwałtownie pokiwawszy głową.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że wygrali z puchonami! Przez tę przegraną Puchar przeszedł nam koło nosa!

Longbottom jęknął i odebrał od Hermiony fasolki.

— To wręcz niewyobrażalne, że oddaliśmy trofeum oślizgłym, złym wężom.

— Prawdę powiedziawszy, nie wszystkie są takie okropne — stwierdziła, chcąc trochę podrażnić lamentującego przyjaciela.

— Już to kiedyś przerabialiśmy — odparł, spojrzawszy nań uważnie. — Wszyscy ślizgoni są podli i nikczemni — dodał z niewielkim uśmiechem.

Zachichotała i z powrotem skupiła się na rozłożonej szachownicy. Właśnie miała wykonać pierwszy ruch, kiedy zauważyła nadejście jakiejś bliżej niezidentyfikowanej drugorocznej. Dziewczynka zatrzymała się tuż przed nią, sprawiając wrażenie lekko zdenerwowanej.

— Tak, skarbie? — zapytała uprzejmie.

— Eee, ktoś chciałby z tobą porozmawiać przed wejściem do pokoju wspólnego — powiedziała mała. — Zostałam poproszona o przekazanie wiadomości.

Hermiona zmarszczyła w zakłopotaniu brwi. Czyżby Tom zbuntował się również przed nawiedzaniem sanktuarium Gryffindoru? Podziękowawszy dziewczynce, wstała z kanapy i podeszła do portretu. Gdy znalazła się na korytarzu, jej oszołomienie sięgnęło zenitu, bowiem zobaczyła cierpliwie nań czekającego Abraxasa Malfoya. Chłopak przywdział na twarz nieczytelną, pozbawioną emocji maskę, co sprawiało, że poczuła się naprawdę nieswojo. Już wolałaby, żeby się skrzywił.

— Słyszałam, że chciałeś ze mną porozmawiać…?

— Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam, ale czy poświęciłaby mi panienka trochę czasu? — zapytał aż nader uprzejmie, przez co przełknęła z trudem ślinę, nagle szczególnie zaniepokojona.

Zmrużyła podejrzliwie oczy.

— Co się stało?

— Całkiem możliwe, że będziemy musieli opuścić zamek.

— Żartujesz sobie? — burknęła, zanim zdążyła się powstrzymać.

— Zapewniam, że nie. — Uniósł brew. — Niestety, zaistniała pewna poważna sytuacja i to wysoce prawdopodobne, że jest panienka jedyną osobą, która może pomóc w jej rozwiązaniu.

Przez moment po prostu na niego patrzyła, analizując wszystko, co powiedział.

— Tom coś zmajstrował, prawda? — zapytała, próbując stłumić nadchodzący niepokój.

Malfoy niemal niezauważalnie skinął głową. Zaczerpnąwszy gwałtownie powietrza, natychmiast podjęła decyzję.

— Prowadź.

Ślizgon od razu skierował się ku drzwiom wyjściowym. Podczas drogi nie odezwał się nawet jednym słowem, za co właściwie była mu wdzięczna. Chociaż Abraxas nieszczególnie był podobny do swojego wnuka, Dracona Malfoya, wciąż budził weń zaniepokojenie.

Otworzył jej drzwi niczym najprawdziwszy gentelman i przepuścił przodem, za co mu grzecznie podziękowała. Na zewnątrz było ciemno, a na niebie jawiły się pierwsze świecące gwiazdy. Mimo tego, że był już czerwiec, szkockie noce nadal cechowały się chłodem, dlatego też mocniej opatuliła się szatą.

— To niedaleko — powiedział chłopak, po czym wyznaczył kierunek.

Odetchnąwszy głęboko, bez słowa podążyła za nim. Jak się okazało, miał całkowitą rację, ponieważ przeszli zaledwie kilka metrów, kiedy usłyszała podniesione głosy i krzyki. Z wahaniem się zbliżyła i właśnie wtedy zobaczyła stojącą w ciemności grupkę ludzi.

Oceniwszy sytuację, mimowolnie sapnęła. Na ziemi klęczało kilka postaci, podczas gdy jedna osoba stała z wyciągniętą różdżką, wycelowaną w torturowanego chłopaka, który skręcał się z bólu i wrzeszczał wniebogłosy. Hermiona z trudem przełknęła ślinę i zwalczyła potrzebę zwymiotowania. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zrozumieć, co właśnie oglądała. Gdyby nie rozpoznała Toma po aroganckiej, wyprostowanej postawie, to po mrocznej unoszącej się w powietrzu magii.

Zebrawszy się na odwagę, podeszła bliżej. Zamrugała, kiedy uzmysłowiła sobie, iż to Avery leżał na ziemi. Automatycznie poczuła się słabo, mimo że właściwie nigdy nie darzyła go sympatią. Pozostali chłopcy, obecnie klęczący przed swoim przywódcą, należeli do wewnętrznego kręgu, ot byli prekursorami siejących spustoszenie w przyszłości śmierciożerców. Sprawiali wrażenie nie tylko wystraszonych, ale również w jakiś sposób oburzonych i zbuntowanych. Zamrugała, szczerze zdezorientowana.

W przeciwieństwie do swoich podwładnych Tom wyglądał na niezmiernie zadowolonego, mogąc bezkarnie torturować Avery'ego. Miał ciemnoczerwone oczy i roztaczał wokół siebie cholernie niebezpieczną aurę. Zadrżała, zobaczywszy, że uśmiechał się wręcz szaleńczo. Ewidentnie czerpał ogromną przyjemność z możliwości sprawienia komuś cierpienia. Zacisnęła usta, zdegustowana podobnym zachowaniem. Jakim cudem mógł się cieszyć z cudzego bólu…?

Odwróciła głowę i spojrzała na zamek. W niektórych oknach wciąż płonęły świece, a więc niektórzy nadal urzędowali w najlepsze. Z niedowierzaniem ponownie skoncentrowała się na Riddle'u. Odsłonił się i pokazał prawdziwą twarz, mimo że niedaleko byli ludzie i mogli obserwować przedstawienie, które właśnie urządzał. Czemu zachowywał się tak nierozsądnie…?

Wyrwana z osłupienia, machnęła ręką, dzięki czemu odgoniła od Avery'ego klątwę torturującą. Krzyki chłopaka momentalnie ustały, ale nie podniósł się z ziemi — po prostu dyszał ciężko, próbując uspokoić oddech. Hermiona podeszła do ślizgonów i przystanęła przed Tomem, który wreszcie zarejestrował jej obecność. Nie zmienił koloru swoich oczu, a tym bardziej nie wyciszył rozszalałej magii, co świadczyło o tym, że zupełnie stracił nad sobą panowanie.

Kątem oka zauważyła, że rycerze poruszyli się nerwowo, bo najprawdopodobniej ją rozpoznali. Chłopak spojrzał nań wojowniczo i zrobił zastraszający krok naprzód. Pstryknęła palcami i przywołała do siebie fałszywą różdżkę z kabury, gdyż musiała zachować pozory, zwłaszcza że otaczali ich przyszli śmierciożercy. Gdy zobaczył, że odważyła się rzucić mu wyzwanie, jeszcze bardziej się rozzłościł. Żeby odeprzeć atak wściekłej magii, musiała wznieść wokół siebie kokon ochronny.

Kiedy ścierali się mocą, dostrzegła coś niezwykłego w krwistoczerwonych oczach. Tom bez żadnego ostrzeżenia uniósł różdżkę i z wyćwiczoną łatwością zakręcił nią w powietrzu.

Scinde — syknął.

Sapnęła, rozpoznawszy klątwę, zdecydowanie mroczną i mogącą wyrządzić prawdziwą krzywdę. Z czubka jego broni nie wystrzeliło żadne zaklęcie, ale poczuła pędzącą ku niej magię. Wycelowała weń własną różdżką i skumulowała moc w dłoni, żeby zachować pozory. Co interesujące, napotkała pewne trudności, bowiem zareagowała z widoczną niechęcią. Musiała się nieco wysilić, żeby wymierzony weń atak.

Opór, który okazała, sprawił, że w karmazynowych oczach ponownie zapłonął ogień. Tom machnął ponownie ręką, najprawdopodobniej chcąc się odegrać.

— Nawet się nie waż! — powiedziała spokojnie, aczkolwiek z chłodem w głosie, uprzednio zmrużywszy oczy.

Zaprzestał ataku, ale wciąż celował w nią różdżką, najwyraźniej niezdecydowany, co dalej. Gdy się zawahał, pozostali ślizgoni aż sapnęli z oburzenia. Zdezorientowana, poczuła, że sytuacja wymyka jej się spod kontroli. Zebrawszy się na odwagę, odrzuciła narastający strach. Cokolwiek się wcześniej nie wydarzyło, wyglądało na to, że Tom wszedł w tryb Voldemorta, z którego niełatwo będzie go ocucić.

— Natychmiast przestań! — dodała ostrzejszym tonem.

Przez moment mierzyli się wzrokiem, a potem Tom bardzo powoli się rozluźnił i opuścił różdżkę. Hermiona wypuściła głęboki oddech, nawet nie wiedząc, że go wstrzymywała. Szybko omiotła pozostałych ślizgonów wzrokiem i z zaskoczeniem zarejestrowała, że chociaż Avery wciąż leżał na ziemi, ciężko łapiąc powietrze, sprawiał wrażenie cholernie zadowolonego. Coś było zdecydowanie nie w porządku. Chłopcy zachowywali się nietypowo i jakby nerwowo, a potem jeden po drugim zaczęli obrzucać swojego przywódcę zszokowanym lub obrzydzonym spojrzeniem. DeCerto wiedziała, że cokolwiek się nie wydarzyło, powinni się stąd szybko ewakuować, bo jeżeli zauważył ich przechadzający się po zamku nauczyciel i już spieszył w ich kierunku, wszyscy wpadną w poważne kłopoty.

Ignorując instynkt, nakazujący ucieczkę, schowała różdżkę do kabury na ramieniu i, zmieniwszy strategię, uniosła ręce do góry. Miała wielką nadzieję, że okazanym posłuszeństwem i poddaństwem uspokoi Riddle'a.

— Tom…? — zapytała nieśmiało i podeszła bliżej, ale nie sprawiło, że poskromił gniew. Czarna magia nadal tańczyła w powietrzu, pozostawiając nieprzyjemny ucisk na skórze. Tyle dobrego, że rzeczywiście zaniechał ataku oraz wyglądał, jakby wcale nie chciał jej przeklinać. Chociaż wiedziała, że pozory mogą mylić, postawiła wszystko na jedną kartę. — Byłabym wdzięczna, gdybyś się trochę uspokoił — powiedziała z największą ostrożnością.

Odwróciła głowę i omiotła pozostałych wzrokiem. Alba, Lestrange i Black próbowali podnieść Avery'ego, który wciąż wydawał się triumfować. Malfoy, stojący w pewnej odległości od reszty, podłapał jej spojrzenie, dlatego też prawie niezauważalnie kiwnęła mu głową. Usłuchawszy niemego polecenia, ślizgon podszedł do reszty i coś im wyszeptał. Zadowolona z tego, że zaraz stracą całą widownię, odwróciła się z powrotem do Toma. Musieli stąd czmychnąć, bo to naprawdę cud, że nikt nie usłyszał zamieszania, które właśnie zażegnała. Przełknęła nerwowo ślinę i zrobiła ostrożny krok naprzód, czym skupiła na sobie jego uwagę.

— Czy mógłbyś odłożyć różdżkę? — zapytała, ale to tylko sprawiło, iż wzmocnił uścisk na uchwycie. Z trudem stłumiła westchnienie. — Zapewniam, że nie będziesz jej potrzebował.

Merlinie, te krwistoczerwone oczy były prawdziwie przerażające, zwłaszcza że tliły się w ciemności. Momentalnie zaczęła szybciej oddychać, bo nadal nie schował różdżki, zupełnie jakby na poważnie rozważał ciśnięcie weń zaklęciem.

Jakim cudem stracił rozum i zachowywał się równie nieostrożnie? Gdyby został przyłapany przez nauczyciela na rzucaniu Klątwy Niewybaczalnej na współdomownika i rzekomego przyjaciela, bez wątpienia skończyłby w Azkabanie bez możliwości odwołania się od zasądzonego wyroku. Dlaczego postąpił tak lekkomyślnie? Zdeterminowana, aby odebrać mu oręż, zrobiła następny krok naprzód.

Wtem doznała olśnienia i prawie otworzyła buzię ze zdziwienia. To niemożliwe, prawda? Zamrugała, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyła. Muszę się mylić, pomyślała z odrętwieniem i potrząsnęła głową. Chociaż nie chciała wierzyć własnym oczom, nie miała większego wyboru.

— Jesteś pijany…?


Kilka godzin wcześniej Tom siedział w Gospodzie pod Świńskim Łbem z zabrudzonym kuflem, wypełnionym po brzegi brązowo–złotą ognistą. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzało mu, że pił z nieumytego kubka, dopóki był pełen. Zamaszystym ruchem chwycił szkliwo i wypił alkohol jednym haustem. Whisky praktycznie wypalała mu gardło, ale kazał ponownie napełnić sobie kufel. Zakręcił nim w dłoni i zatopił się we wspomnieniach — nie własnych, a człowieka, którym się stał w przyszłości. Gdyby mógł, pozbyłby się ich niemal natychmiast.

Kiedy zamknął oczy, zobaczył Hermionę, bladą ze strachu, przyciśniętą plecami do wilgotnej, kamiennej ściany. Twarz miała okropnie posiniaczoną, usta zalane krwią i wciąż drżała z powodu efektów klątwy torturującej. Mimo że została brutalnie pobita, a potem bezlitośnie przeklinana, wytrwała w swoim postanowieniu i się nie złamała. Znosiła przemoc oprawców bez mrugnięcia okiem, dumna i niezwyciężona. Wystraszyła się, dopiero kiedy zjawił się Voldemort. Była naprawdę przerażona tym spotkaniem. Najgorsze, że niegdyś widział to spojrzenie — gdy jeszcze nie darzyli się sympatią.

Zawsze się zastanawiałem, dlaczego…

Zdegustowany, uniósł kufel i go opróżnił. Gdyby tylko mógł pozbyć się tych parszywych wspomnień. Szczęśliwie, alkohol czynił cuda, bo powoli wpływał na jego umysł. Normalnie nigdy się nie upijał, bo utrata kontroli nad własnym ciałem napawała go odrazą, ale teraz pragnął znieczulić swe zmysły.

Powoli omiótł wzrokiem bar, w którym przesiadywał. Stoły były zakurzone, a okna tak brudne, że nie był w stanie wyjrzeć na ulicę. Prawdę powiedziawszy, cała gospoda była ponura i obrzydliwa, podobnie jak jej nieliczni klienci.

Idealnie tu pasuję.

Jęknął pod nosem, podparł głowę dłonią i machnął ręką, aby uzupełnić kufel. Westchnąwszy, zsunął się trochę na krześle i zapatrzył żałośnie na whisky. Chwiejną ręką podniósł szkliwo i pociągnął spory łyk alkoholu.

Za przyszłość, parsknął w myślach.

Nie wiedział, co myśleć. W normalnych okolicznościach przyszłość jawiła się każdemu jako coś możliwego do wyobrażenia, ale niepewnego. On, na własne życzenie, odebrał sobie tę opcję. Ponownie przymknął oczy i zobaczył tego groteskowego wężowego potwora, ciskającego klątwą w Hermionę. Wciąż słyszał w głowie jej krzyki.

Miał mieszane uczucia. Z jednej strony ciężko mu było zaprzeczyć, iż czuł pewnego rodzaju podziw dla czarnoksiężnika, którym się stał w przyszłości. Z drugiej strony, chociaż osiągnął tak wiele, magia, którą się posługiwał, sprawiała wrażenie pustej i trochę wybrakowanej, jakby wypaczonej. Co gorsza, podniósł różdżkę na dziewczynę, której obiecał nietykalność i poprawę. Co się wydarzyło, że zmienił się prawie nie do poznania?

Hermiona z pewnością wiedziała. Jakby nie patrzeć, Voldemort zniszczył jej życie.

Tom momentalnie się wzdrygnął, kiedy przypomniał sobie, jak ten mężczyzna cisnął weń klątwą, a w konsekwencji uderzyła plecami o ścianę, niczym szmaciana lalka, w pełni posłuszna marionetkarzowi. Gdy osunęła się na ziemię i zaczęła tracić przytomność, odszedł w swoją stronę, niezainteresowany losem umierającej przeciwniczki.

Cóż za ironia.

Napił się ognistej, spychając to wspomnienie w najgłębszą czeluść swojego umysłu, a następnie chwiejnie odchylił się na krześle. Najprawdopodobniej nie było jeszcze południa, ale nie miał stu procentowej pewności. Inni uczniowie zapewne wciąż gromadzili się wokół boiska do quidditcha i oglądali latających na miotłach idiotów, w duszy pragnących śmierci. Mimowolnie się zastanowił, czy Hermiona również siedzi na trybunach.

Gdyby był swoim starszym odpowiednikiem, to wystarczyłoby, żeby popędził na murawę, zrównał boisko z ziemią i wszystkich pozabijał, aż wreszcie znalazłby tę dziewczynę. Wtedy, ot tak dla zabawy, potrzymałby ją pod Cruciatusem, a ona nawet by się nie zdziwiła.

Opróżnił kufel jednym haustem, a alkohol spotęgował ogarniające go poczucie lekkości. W pewnym momencie zaczął się zastanawiać, co by było, gdyby w przyszłości poślubił Hermionę. Jak przedstawiałby swoją żonę na przyjęciach? Niemal widział tę scenę przed oczami. Staliby pośrodku grupy czystokrwistych, popijających wino.

To moja żona — oświadczyłby z dumą.

Och, cudownie — odpowiedziałby ktoś uprzejmie. — Jak się poznaliście?

To długa historia — zaśmiałby się pod nosem, a potem objąłby kobietę w pasie. Oczywiście, spojrzałaby nań z miłością. — Wszystko zaczęło się, kiedy próbowałem ją zabić. Pomyśleć, że prawie mi się udało. Ostatecznie skończyła z zaledwie bliznami. Dzielimy ze sobą wiele okaleczających i przykrych wspomnień. Niemalże zapomniałbym wspomnieć, że zdołałem zabić wszystkich jej przyjaciół i całą rodzinę — powiedziałby. — Czasem tak bywa w życiu. Wciąż płacę za sesje psychiatryczne.

Zamrugał kilkukrotnie, wyrwawszy się z odrętwienia. Wróciwszy do rzeczywistości, ponownie sięgnął po ledwo przyniesioną butelkę i pociągnął łyka prosto z gwinta. Whisky paliła go w gardło, przez co prawie się zakrztusił. Wiedział, że wypił niewystarczająco, a mimo to postanowił odwiedzić łazienkę. Ze stukotem odłożył kufel na drewniany blat, a następnie wstał od stołu. Zakołysał się niebezpiecznie, ale zdołał zachować równowagę i się nie przewrócił. To niesamowite, jak świat się kręcił pod wpływem alkoholu. Trochę się zatoczywszy, poszedł do męskiej toalety, gdzie zamknął się w najbliższej kabinie.

Ubikacja była równie zabrudzona i zaśmierdła, jak reszta gospody, dlatego też starając się nie wdychać zbyt wiele, zbliżył się do muszli. Gdy upewnił się, że nikogo nie było w pobliżu, sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął małą fiolkę z żółto–zielonym eliksirem. Niepewnymi palcami spróbował zdjąć zatyczkę, ale napotkał pewne problemy. W końcu, sfrustrowany własną nieudolnością, odkorkował wieczko zębami. Bez zawahania wypił zawartość buteleczki i zakasłał z powodu gorzkiego smaku wywaru. Nie zwymiotował na swoje buty tylko i wyłącznie dzięki samokontroli, którą się szczycił. W porę zdołał pochylić się nad muszlą, a potem zwrócił wszystko, co dzisiaj wypił alkoholowego. Gdy skończył i uspokoił mdłości, wziął kilka głębszych oddechów, a następnie wyszedł z kabiny, odrzuciwszy na bok pustą fiolkę. Na chwiejnych nogach podszedł do zawieszonych na przeciwległej ścianie umywalek i oparł się rękoma o zlew. Zwiesił głowę i cierpliwie poczekał, aż eliksir zacznie działać. W międzyczasie niemal słyszał pełen oburzenia głos Hermiony, krytykujący to, co właśnie zrobił.

No naprawdę. Używki, Tom?

W żadnym wypadku, przecież mnie znasz. Jestem ostatnią osobą, która łamie prawo.

Gdy zauważył, że znów wrócił myślami do swojej dziewczyny, zmrużył oczy i pomodlił się w duchu, aby szybko popaść w zapomnienie. Na szczęście chwilę później poczuł przyjemne mrowienie, a dosłownie po minucie rozprzestrzeniającą się po głowie nieważność. Zawroty i mdłości zupełnie mu minęły, a uporczywe myśli zostały stłumione. Eliksir wpłynął nawet na jego magię, która zamiast skoncentrowanej siły przybrała formę lepkiej, jakby ospałej mazi. Tom przymknął powieki, rozkoszując się odrętwiającym uczuciem, a potem zachichotał głupkowato, kiedy całkowicie poddał się miksturze.

Merlinie, potrzebuję więcej whisky.

Postanowiwszy uzupełnić płyny, wyszedł z łazienki. Miał prawdziwą obsesję na temat tworzenia planów i wcielania ich w życie, prawda? Gdy znalazł się w sali głównej gospody, zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć, gdzie dokładnie wcześniej siedział oraz, co zdecydowanie ważniejsze, gdzie zostawił swój kufel. Wtem zauważył go na pobliskim stoliku, dlatego też natychmiast doń podszedł. Miał wrażenie, że nie stąpa po drewnianej podłodze, a unosi się w powietrzu. Żałował, że nie może przybrać formy dymu i po prostu podlecieć do miejsca docelowego. To byłoby naprawdę imponujące. Uśmiechnął się pod nosem i bez żadnego wdzięku opadł na krzesło; potem bez najmniejszego oporu sięgnął po butelkę whisky i pociągnął łyk prosto z gwinta. Odetchnąwszy, spróbował uspokoić nagłe zawroty głowy, ale niestety bezskutecznie. Ponownie przystawił szkliwo do ust z nadzieją, że to pomoże.

Yhym, z pewnością, parsknął i właśnie wtedy odkrył, że sarkazm nieszczególnie mu służył.


Melanie Nicolls miała wspaniały dzień. Nie była wielką fanką sportu, ale kibicowała ślizgońskiej drużynie i się opłaciło, bowiem Slytherin właśnie pokonał Hufflepuff, jednocześnie zdobywając Puchar Quidditcha. To z kolei prawie natychmiast zapewniało im zdobycie Pucharu Domów. Odkąd Hogwart powitał Toma Riddle'a Slytherin nigdy nie przegrał w punktacji końcowej.

Uśmiechnęła się z rozmarzeniem, nie mogąc powstrzymać się przed szklistym spojrzeniem. Był inteligentny, przystojny i po prostu idealny. Gdyby ta okropna DeCerto nie zawróciła mu w głowie, wciąż byliby szczęśliwą parą. Zdenerwowana, Melanie zacisnęła dłonie w pięści. Za wszelką cenę musiała ponownie wzbudzić w nim zainteresowanie i sprawić, żeby zapomniał o tej wywłoce. Zadawanie się ze szlamą nie przyniesie mu niczego dobrego, a wręcz przeciwnie, tylko go pogrąży. Zasługiwał na kogoś znacznie lepszego.

Naprawdę nie powinna się tak irytować z powodu mugolskiego robactwa, zwłaszcza że opracowała plan, aby wyeliminować przeciwniczkę z gry. Niestety, Avery coś się ociągał i jeszcze nie wykonał żadnego sensownego ruchu. Oczywiście, od samego początku wiedziała, że nie przypuści otwartego ataku — jakby nie patrzeć był stu procentowym ślizgonem i kierował się instynktem samozachowawczym. Znała jednak plan, który wykombinował. W pierwszej kolejności przekabaci na swoją stronę większą ilość osób, ale to zaś wiązało się ze zmianą struktury władzy w Slytherinie. Melanie mogła mieć tylko nadzieję, że osiągnie sukces, ponieważ Tom był bardzo popularny i podburzenie przeciwko niemu ludzi było ciężkim zadaniem. Jeżeli Avery zawiedzie, każdy inny również polegnie.

Naturalnie, czuła się źle, spiskując za plecami Toma, ale sytuację poprawiał fakt, iż było to dla jego dobra. Riddle nie miał prawa przegrać z Averym, a tylko się potknąć. Właśnie wtedy, kiedy osłabi swoją pozycję, DeCerto w okamgnieniu go zostawi. To będzie doskonała okazja, żeby naprawić to, co zostało między nimi zepsute — Melanie z przyjemnością go pocieszy. Tej szlamie zdecydowanie lepiej będzie z Averym, prawda?

— Następny! — Usłyszała.

Wyrwana z krainy marzeń, podeszła do lady, a stojący zań mężczyzna spojrzał na nią bez większego zainteresowania, więc bez słowa podała mu małą karteczkę. Ekspedient przelotnie zerknął na numer przesyłki, a potem odwrócił się i machnął różdżkę na stos paczek i pakunków za sobą, a sekundę później trzymał w dłoniach tę odpowiednią.

— Trzy knuty — powiedział.

Melanie zapłaciła za towar i opuściła pocztę. Gdyby tylko ojciec nie był takim paranoikiem, wysłałby to normalnie sową. Tyle dobrego, że dostała pozwolenie od Slughorna na czasowe opuszczenie Hogwartu. Naprawdę cieszyła się, że została przydzielona do Slytherinu. Opiekun Gryffindoru, Albus Dumbledore, z pewnością nie pozwoliłby jednemu ze swoich podopiecznych na szwendanie się poza zamkiem, a już zwłaszcza po Hogsmeade bez żadnego nadzoru.

I pomyśleć, że pofatygowała się po rękawiczki ze smoczej skóry.

Prychnęła pod nosem i spojrzała na trzymaną w rękach paczkę. Cały ten kłopot tylko i wyłącznie dlatego, że szalony Kettleburn powiedział im, że na następnych zajęciach opieki nad magicznymi stworzeniami zamierza zapoznać ich z ognistymi krabami. Melanie przewróciła oczami z obrzydzenia. To oczywiste, że nie zamierzała używać szkolnych rękawic, zużytych i miejscami podziurawionych, żeby poparzyć sobie palce.

Przeklinając w duchu, skierowała się z powrotem do Hogwartu. Gdy mijała Gospodę pod Świńskim Łbem, pakując przesyłkę do torby, zobaczyła stojącego w drzwiach młodzieńca, ewidentnie pijanego. Zmarszczyła nos, a potem sapnęła z przerażenia, rozpoznawszy znajomą twarz. Jeszcze nigdy nie znalazła się w podobnym szoku.

Tom!

Chociaż bardzo pragnęła temu zaprzeczyć, wyglądał o wiele gorzej, aniżeli zazwyczaj. Czarne, jedwabiste włosy miał zmierzwione, a mundurek pognieciony. Szedł chwiejnym krokiem, co rusz się zataczając, a nawet podpierając ręką muru. Miał problemy z zachowaniem równowagi. Prawdę powiedziawszy, jeszcze nigdy nie widziała go w podobnym stanie.

Z początku chciała doń podbiec i zaoferować pomoc w dotarciu do zamku, ale kiedy zrobiła kilka kroków naprzód, doznała olśnienia. Oczywiście, martwiła się o niego, zwłaszcza że również zmierzał do zamku, ale właśnie tego potrzebowała, aby wcielić swój plan w życie — osłabienia rozumu i chwilowego przytępienia zmysłów. Stan, w którym się znalazł Tom, z pewnością będzie Avery'emu na rękę — dzięki brakom w samokontroli Riddle nadszarpnie sobie reputację, którą tak ceni. Jakby nie patrzeć, nikt nie będzie chciał ochlaptusa na stanowisku przywódcy.


Tom przejechał dłonią po twarzy, idąc w kierunku szkoły. Marzył, żeby znaleźć się w dormitorium i położyć spać. Sprawdził zegarek, ale z jakiegoś powodu nie potrafił rozszyfrować, jaka była godzina. Zmarszczywszy brwi, spróbował innej metody. Spojrzał na niebo, chcąc ocenić porę dnia po wysokości słońca, ale się przeliczył. Był strasznie zmęczony, co utrudniało mu wszystko inne. Posmutniawszy, przez moment rozważył krótką drzemkę na trawie.

W żadnym wypadku. Nie będę spał na ulicy.

Szczerze mówiąc, kiedyś był do tego zmuszony i nie zamierzał powtarzać tej nieprzyjemnej przygody. Zacisnąwszy zęby, parł naprzód. W duchu odetchnął z ulgą, gdy minął bramę wejściową na teren szkoły, bo to znaczyło, że za niedługo znajdzie się w upragnionych lochach. Najważniejsze, że nawet będąc pod wpływem, pokonał nałożone na zamek zabezpieczenia.

Cóż, jestem urodzonym geniuszem, podsumował, zadowolony z własnego intelektu.

Mimo że znał Hogwart niczym własną kieszeń, kilkukrotnie się zgubił. Nawet nie zauważył, że zawędrował w okolice Zakazanego Lasu. Oczywiście, nie martwił się równie błahymi problemami, bo pomyślał o tym wcześniej i wziął ze sobą pełną butelkę ognistej whisky. Przypomniawszy sobie o trunku, uniósł i opróżnił flaszkę. Potem przez moment gapił się na puste szkliwo. Powinienem był wziąć dwie, pomyślał, nagle sfrustrowany. Niedługo później zmęczenie dało o sobie znać, dzięki czemu przypomniał sobie, że przecież chciał się położyć spać. Wzruszył więc niedbale ramionami i wyrzucił butelkę w najbliższe krzaki.

Jakiś czas później wreszcie zbliżył się do zamku. Słońce zachodziło, kąpiąc wszystko w krwistoczerwonej poświacie. Zanim jednak dotarł do wrót głównych, zobaczył kilka zmierzających w jego kierunku postaci. Jęknął pod nosem. Wpadnie w kłopoty, jeżeli napatoczy się na któregoś z nauczycieli. Zirytowany, spróbował poprawić fryzurę. Naprawdę musiał wziąć się w garść.

I postarać się nie zwymiotować nikomu na buty, dodał w myślach.

Pokiwał sobie zażarcie głową, a następnie wznowił krok. Zdecydowanie się ściemniło, więc z początku nie rozpoznał nieznajomych, dopóki nie byli zaledwie kilka metrów od niego. Nie wiedział, czy powinien czuć ulgę, czy też niepokój. Rozpoznawszy swoich rycerzy, postawił na irytację.

— Riddle — przywitał się Avery.

Spróbował nie sprawiać wrażenia zawianego, rzucił współdomownikowi mroczne spojrzenie, a następnie zlustrował wzrokiem pozostałych chłopców. Obok Ledo stał Lestrange, zaś trochę z tyłu Alba i Black.

Jakże niefortunnie.

— Czego chcecie? — zapytał, walcząc z gniewem.

— Niczego szczególnego — odpowiedział niewinnie Avery. — Po prostu pomyśleliśmy, że to dobry moment na spotkanie.

Tom zacisnął zęby i z irytacją przeczesał zmierzwione włosy. Naprawdę nie miał teraz nastroju na te bzdury. Chciał się położyć do łóżka i zapanować nad zawrotami głowy.

— Szkoda, bo gówno mnie obchodzi, co sądzicie — warknął i z zadowoleniem odnotował, że Alba i Black zesztywnieli, usłyszawszy ostry ton jego głosu. W przeciwieństwie do nich Avery patrzył na niego pustym wzrokiem, zaś Lestrange zamrugał, ewidentnie zainteresowany. Szczerze mówiąc, czuł się zbyt oszołomiony, żeby poświęcić temu więcej uwagi, dlatego też rzucił wszystkim beznamiętne spojrzenie, po czym wznowił wędrówkę w kierunku zamku.

— Czemu się tak spieszysz?

Zatrzymał się w miejscu i wziął głęboki oddech. Jeżeli ten idiota zaraz się nie zamknie, rozszarpie go na strzępy i nakarmi nim bazyliszka. Wielce zirytowany, powoli się odwrócił i prawie obnażył zęby, kiedy uzmysłowił sobie, że Avery uśmiechał się doń zachęcająco.

— Weź na wstrzymanie, Riddle. Jest niedziela — powiedział z pozoru niewinnie chłopak. — Jestem przekonany, że nie masz niczego ważnego do roboty.

Gdyby tak mu nie wirowało w głowie, rzuciłby jakąś konstruktywną obelgą. Niestety, rozdrażnienie i upojenie alkoholowe robiły swoje.

— Zamknij mordę — syknął.

Ślizgon uniósł brwi, wciąż się uśmiechając.

— Nie chciałem cię w żaden sposób obrazić — przeprosił wspaniałomyślnie. — Miałem tylko nadzieję, że poświęcisz nam trochę czasu. Od dawna nie zorganizowałeś spotkania — dodał, a pozostali mu przytaknęli.

— Nie teraz — odparł, coraz to bardziej rozdrażniony. Miał też nadzieję, że zaraz się nie poplącze w słowach. To byłoby wysoce niefortunne.

— Jesteś obecnie zajęty? — Avery uniósł brwi w udawanym zdziwieniu. — To dziwaczne — kontynuował, rzuciwszy przelotne spojrzenie na resztę chłopców. — Odkąd zbliżyłeś się do DeCerto, w ogóle nie masz czasu dla naszej grupy.

Gdy usłyszał imię dziewczyny, która prześladowała go w myślach przez całe popołudnie, irytacja przeobraziła się w coś bardziej złowieszczego. Zanim się zorientował, jego magia szarpnęła się naprzód, nagle rozgniewana.

— Nie mieszaj w to Hermiony! — warknął, drżąc ze wściekłości.

Avery spojrzał wymownie na pozostałych, ale Tom był zbyt rozzłoszczony, żeby zauważyć ten gest.

— Przecież dobrze wiesz, że ta szmata jest bezwartościową szlamą, Riddle — powiedział, a pozostali się z nim zgodzili.

Tom naprawdę nie czuł się dobrze. Zawroty głowy doprowadzały go do najprawdziwszego szału, teraz wspierane przez wściekle unoszącą się w powietrzu magię. Iskrzyła i aż krzyczała, żeby móc przypuścić atak.

— Naturalnie, rozumiem, dlaczego złoszczą cię te wszystkie rozchodzące się po zamku plotki — kontynuował z uśmieszkiem na twarzy Ledo. — Ludzie szepczą, że ta szlama naprawdę jest twoją dziewczyną, co zaś szkodzi twojej reputacji. To zrozumiałe, że chcesz się zemścić. Wystarczy jedno słowo, a nauczymy tę małą dziwkę, aby więcej nie wchodziła ci w drogę.

Gdy mrugnął, zobaczył posiniaczoną twarz Hermiony. Zacisnął dłonie w pięści, czując, jak jego magia wymyka się spod kontroli. Jeżeli ci idioci nadal będą gadać podobne pierdoły, zupełnie straci nad sobą panowanie.

— Jesteśmy na twoje rozkazy. Wystarczy, że wydasz polecenie, a z radością spełnimy każde twoje żądanie — powiedział przymilnym tonem Avery, wskazawszy dłonią na pozostałych chłopców. — Na co właściwie czekasz? — Uśmiechnął się szyderczo. — Z łatwością możemy sprawić, że życie tej szlamy stanie się piekłem. Na to przecież zasługuje.

Kiedy ślizgoni pokiwali ochoczo głową, Tom znów wrócił wspomnieniami do leżącej na betonowej podłodze dziewczyny oraz stojących nad nią czarodziejów. Tracąc nad sobą panowanie, zrobił zastraszający krok naprzód, nie zwracając uwagi na trzaskającą w powietrzu magię.

— Trzymajcie się od niej z daleka!

Ledo sprawiał wrażenie cholernie zadowolonego, a mimo to chwilę później zrobił zakłopotaną minę. Wydawał się triumfować, więc spojrzał na pozostałych chłopców. Lestrange zmarszczył mocno brwi i, motywowany przebiegiem rozmowy, wystąpił naprzód.

— Czy Avery się myli? — zapytał z wahaniem i wątpliwościami. — Czemu marnujesz tyle czasu na zwyczajną szlamę?

— Nie zamierzam się powtarzać. — Jego magia wściekle zawrzała. — Zrobicie, co wam każę. Trzymajcie się z daleka od Hermiony. — Zrobił kilka kroków naprzód, uwolniwszy więcej swojej mrocznej mocy. — Jeżeli okażecie nieposłuszeństwo, gorzko tego pożałujecie.

— Zupełnie nie rozumiem. — Black okazał zdumienie, a Alba skinął głową, uprzednio zmrużywszy oczy.

— Wszyscy wiemy, że gardzisz szlamami, ale sposób, w jaki się ostatnio zachowujesz, sugeruje coś zupełnie innego — powiedział Lestrange, zaś pozostali mu gorąco przytaknęli z ponurymi minami. — Jeżeli naprawdę potrzebujesz czegoś od tej szlamy, są inne sposoby na osiągnięcie celu.

Napędzany zawrotami głowy, Tom nie był w stanie odpowiedzieć. Widząc jego wahanie, Avery wystąpił naprzód.

— Nie zrozum nas źle, Riddle. Wszyscy rozumiemy, że ta dziewczyna jest całkiem ładna, więc nic dziwnego, że masz na nią ochotę — stwierdził przymilnie. — Niemniej jednak nie potrafimy zrozumieć, dlaczego pozwalasz jej na taką poufałość i bliskość. To tylko bezwartościowa szlama.

Zatrząsł się ze złości, świadomy, iż właśnie pozbył się ostatków samokontroli. Jego magia rzuciła się do przodu i zaatakowała Avery'ego, który aż cofnął się o krok. Czując tę złowrogą moc, obecnie rozpierzchniętą po okolicy, ślizgon nie pochylił głowy i poprosił o przebaczenie, a weselej się uśmiechnął.

— Mamy też nadzieję, że nie zaczynasz słuchać się tej dziewczyny. Wystarczy, że cały zamek jest przekonany, iż naprawdę jesteście parą. Wiemy, że publicznie nie zaprzeczysz, ale prywatnie możesz — kontynuował drażnienie. — Czy rozstawia cię po kątach? Czy wykonujesz jej rozkazy? Ciężko uwierzyć, że pozwalasz brudnej szlamie sobą rządzić.

Brudna szlama.

To określenie odbiło się w umyśle Toma i pozostawiło weń ślad. Właśnie w ten sposób Hermiona była nazywana przez mężczyzn ze wspomnienia, które mu pokazała. Avery, całkowicie przypadkowo, dotknął najwrażliwszego punktu, za co teraz słono zapłaci.

Bez słowa wyciągnął różdżkę.

Crucio.


— Jesteś pijany…? — zapytała z niedowierzaniem.

— Nie — wymamrotał, ewidentnie mając problem z mówieniem.

Zamrugała, szczerze zdumiona. Dopiero teraz dotarło do niej, że lekko się kołysał, a krwistoczerwone oczy miał jakby zasnute mgiełką i szkliste. Hermiona z surowym wyrazem twarzy podeszła bliżej i mu się przyjrzała. Niespiesznie uniósł brew, najprawdopodobniej stu procentowo przekonany, że będzie wyglądał normalnie, ale mocno się przeliczył — gestowi brakowało tradycyjnej elegancji. Gdy przystanęła obok niego, bez większych przeszkód mogła wdychać zapach dymu papierosowego oraz alkoholu. Zacisnąwszy usta w cienką linię, podniosła rękę i stuknęła go dwoma palcami w klatkę piersiową. Aby się nie przewrócić, musiał zrobić krok wstecz.

— Merlinie, naprawdę jesteś pijany! — wykrzyknęła z oburzeniem.

— Mmmm — wymruczał, zapewne chcąc zaprzeczyć oskarżeniu.

— Nie mogę w to uwierzyć!

Ze zmarszczonymi brwiami obserwowała, jak Tom próbuje schować różdżkę — jedną ręką chwycił przód swojej szaty, a drugą próbował niezdarnie wcisnąć oręż do kieszeni. Niestety, nie trafił, więc drewno z cichym stukotem upadło na ziemię. Ewidentnie potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że coś poszło nie tak, a potem przez moment gapił się na swoją zgubę. To wszystko sprawiło, że Hermiona mocniej zmarszczyła brwi i pomasowała nasadę nosa. Gdy pochylił się do przodu, aby podnieść broń, oczami wyobraźni zobaczyła, jak traci równowagę i ląduje twarzą w trawie, dlatego też postanowiła wkroczyć do akcji, zrobiła krok naprzód i sięgnęła po różdżkę. Rzuciwszy mu piorunujące spojrzenie, schowała mu ją do kieszeni szaty.

— Co ty najlepszego wyprawiasz, szwendając się po pijaku po krzakach? — zapytała ze złością. — Dlaczego przeklinasz tych idiotów? Zupełnie nie pomyślałeś, co by się stało, gdybyś został zobaczony przez jakiegoś nauczyciela. Jesteś głupi?

Zamrugał powoli, jakby przytłoczony wszystkimi usłyszanymi informacjami, co sprawiło, że z frustracji przeczesała kręcone włosy. Opieprzanie go za nieuwagę i lekkomyślność nie miało teraz najmniejszego sensu. Nie rozumiał tego, co się doń mówiło i następnego dnia najprawdopodobniej nie zapamięta ani jednego szczegółu ochrzanu.

— O rany. — Westchnęła i spojrzała na zamek. Jak miała zaprowadzić Toma do dormitorium w lochach i położyć do łóżka, żeby nie zostali przyłapani na szwendaniu się po korytarzach po ciszy nocnej? Zmarszczyła brwi, kiedy zauważyła, że siada na ziemi, nagle niezainteresowany powrotem do Hogwartu. — Nie, nie, nie! — skarciła go, chwyciła za ramię i powstrzymała przed klapnięciem na tyłek. — Żadnego odpoczynku.

Tom jęknął w proteście, a następnie objął ją ramieniem i się nań uwiesił. Mimowolnie się zachwiała, przytłoczona nagłym ciężarem. Jasna cholera, w jaki sposób zaciągnąć go z powrotem do zamku? Przez moment na poważnie rozważała przelewitowanie do lochów, ale szybko odrzuciła ten pomysł. Trudno było nieść w powietrzu człowieka, który wierzga się i porusza, a w tym stanie, w którym się znajdował, to było wysoce prawdopodobne.

Może go unieruchomisz?, podpowiedział wewnętrzny głos, dzięki czemu poddała się krótkiej refleksji. Kilka sekund później odrzuciła również tę opcję. Z pewnością nie doceniłby starań, jakie podjęłaby dla jego bezpieczeństwa. Gdyby podczas drogi jakimś sposobem zneutralizował zaklęcia, miałaby nielichy problem z uspokojeniem go i wpadłaby tylko w jeszcze większe kłopoty.

— Cóż, pozostaje nam mugolski sposób — powiedziała i owinęła ramię wokół talii chłopaka.

Zdeterminowana, ruszyła w stronę zamku, zaś Tom podążał za nią niepewnym krokiem. Aby zapewnić sobie lepszą równowagę, przerzucił rękę przez jej ramię. Śmierdział niczym sklep alkoholowy, przez co Hermiona zmarszczyła nos. Kiedy zaczęli się wspinać po kamiennych schodach prowadzących do drzwi wejściowych, niespodziewanie postanowił się rozgadać, aczkolwiek miał problemy z poprawnym sklecaniem zdania.

— Skoro jesteś mugolaczką…

Zacisnąwszy usta, doszła do wniosku, że ta podróż nie może dobrze się skończyć. Automatycznie przygotowała się na pełną uprzedzeń tyradę.

— Opowiedz mi o mugolach… — poprosił. — Czy wynaleźli wreszcie lekarstwo… na ospę wietrzną?

Zmarszczyła brwi, szczerze zaskoczona pytaniem. Zdecydowanie nie spodziewała się podobnego tematu.

— Eee, co takiego? — Machnięciem ręki otworzyła główne wrota.

— Miałem ospę wietrzną, kiedy byłem dzieckiem — stwierdził, dając się wciągnąć do zamku. — Pani Cole była raczej zadowolona, że… nie mogłem wstać z łóżka i narobić kłopotów… — dodał, ale nijak mu odpowiedziała. Jak się okazało, nie potrzebował kompana do rozmów, a osobę, która co jakiś czas będzie dawała mu znak, że słucha. — Oczywiście, odpowiednio się odegrałem — kontynuował z triumfem w głosie. — Użyłem magii i… podpaliłem jej sukienkę.

— Jestem przekonana, że Dippet byłby z ciebie dumny — podsumowała.

Niestety, nie pojął, że użyła sarkazmu, bowiem pokiwał gorliwie głową i spróbował nie potknąć się o własne stopy. Hermiona wzmocniła uścisk i pociągnęła go w stronę ruchomych schodów. Wciąż mamrotał pod nosem jakieś bzdury, ale nie wydawał się obrażony jej monosylabowymi odpowiedziami i mruknięciami.

— „Voldemort" to ciekawy… pseudonim, prawda? — zapytał w pewnym momencie.

— Oczywiście — odparła uspokajająco, nie chcąc go niepotrzebnie denerwować.

— Yhym, naprawdę. — Skinął sobie głową. — Bardzo… egzo… egzotyczny — stwierdził i nań spojrzał. Odetchnęła pod nosem z ulgą, ponieważ znacznie się uspokoił, dzięki czemu znów mógł się poszczycić jasnoszarymi oczami, teraz zasnutymi alkoholem. Dobrze, że poszedł po rozum do głowy, bo gdyby zostali przyłapani na nocnych wędrówkach i to jeszcze pod wpływem, nie wiedziałaby, jak dodatkowo wytłumaczyć fakt, iż świeci czerwonymi tęczówkami. — Nawet nie wiesz, ile czasu… zajęło mi wymyślenie odpowiedniego… pseudonimu — kontynuował, nie myśląc o podobnych zmartwieniach.

— Masz rację — odpowiedziała, ponieważ zerknął nań wyczekująco. — Jak długo?

— Hmm, wymyśliłem go… jakieś kilka lat temu…? — Uśmiechnął się promiennie. — Możliwe, że na czwartym roku… Hm, miałem wtedy podwójną historię magii z Binnsem, więc… robiłem coś pożytecznego… albo pisałem wypracowanie z eliksirów. Spędziłem całą lekcję na rozmyślaniu. Potrzebowałem do tego… zobaczmy… ile godzin…? — Zmarszczył lekko brwi, próbując doliczyć się czasu na placach lewej dłoni, ale chwilę później zupełnie zapomniał, do czego zmierzał.

Oczywiście, nie zachęcała go do dalszych prób, wykorzystując okazję do przyspieszenia kroku. Po kilku minutach dotarli do ruchomych schodów, więc na nowo rozważyła pomysł zaprowadzenia Toma do lochów. Szczerze mówiąc, nie była przekonana, czy to najlepsze rozwiązanie problemu. Żeby dostać się do ślizgońskiego dormitorium, musieliby przejść przez pokój wspólny, a wtedy mogliby zostać zauważeni przez nocnych marków. Oczywiście, sytuacji nie poprawiał fakt, iż Tom był wstawiony i ledwo chodził, co z pewnością nadszarpnęłoby jego autorytet wśród innych. Co więcej, nie chciała ponownie spotkać pierwszych śmierciożerców.

Gdzie najlepiej się przyczaić?, rozmyślała, ignorując przy tym skrzypienie schodów. Gryfońska sypialnia z miejsca odpadała, bo nie chciała sobie nawet wyobrażać, co powiedziałby współlokatorki, gdyby przyuważyły, że zaciągnęła do łóżka pijanego mężczyznę, który na co dzień jest wzorowym uczniem i prefektem. Zaśmiała się ze swoich rozważań i kontynuowała niestrudzoną wędrówkę. Wreszcie zdecydowała, gdzie należy pójść.

— To anagram — oświadczył z dumą ślizgon, kiedy minęli drugie piętro.

— Czym jest anagram? — zapytała z rozkojarzeniem, nieco zdyszana od ciężaru, który się nań uwiesił.

— Mówię o Voldemorcie — powiedział raczej protekcjonalnie, a potem zmarszczył brwi. — Och, też mam tajemnice… — urwał, zawiesiwszy na moment głos. — Drugie imię, na przykład.

— Naprawdę? — burknęła.

Skinął głową, głuchy na sarkazm, którym się popisała. Następnie pochylił się trochę w bok.

— Tak, nie mów nikomu — poprosił ze święcącymi się z radości oczami, a sekundę później zachichotał pod nosem. — Marvolo.

— Tom Marvolo Riddle — podsumowała z nikłym uśmiechem na twarzy.

Przytaknął entuzjastycznie.

— Cieszy mnie to. Z samym „Tom Riddle" niewiele można zdziałać…

— Rozumiem — zgodziła się cierpliwie, a potem prawie zapiszczała z radości. Wreszcie dotarli na właściwe piętro. Automatycznie wzmocniła swój uścisk, bo był naprawdę ciężki. W duchu miała zaś nadzieję, że szybko dotrą do celu.

— Ciekawe, co się stało z Marvolo. Zapewne nie żyje… — kontynuował, najprawdopodobniej nie zdając sobie sprawy, że mówi na głos. — To mój dziadek — wytłumaczył wspaniałomyślnie, a potem zmarszczył w zastanowieniu brwi. — Co się stało z babcią…? Hm, nigdy o niej nie słyszałem… — Wzruszył ramionami. — Może uciekła, kiedy miała okazję. Ciężko ją winić... Moja matka zrobiła dokładnie to samo, ale nie wiem… czy powinienem mieć do niej pretensje… — Zamilkł na moment, skoncentrowany na poprawnym stawianiu kroków. — Wygląda na to, że w mojej rodzinie jest tradycja uciekania kobiet od mężczyzn… — Wtem zmarszczył brwi i rzucił Hermionie niepewne spojrzenie. — Nie zamierzasz mnie zostawić, prawda…?

— Nie martw się pierdołami, Tom — odparła i nieświadomie mocniej doń przylgnęła. — Jestem tutaj.

Uśmiechnął się, najprawdopodobniej promiennie, aczkolwiek upojenie alkoholowe sprawiło, że wyglądał, jakby jednocześnie się krzywił. Wiedząc, że był zadowolony z odpowiedzi, bez wahania odwzajemniła gest.

To niesamowite, jak wszystko szybko może się zmienić, mimo że sekundę wcześniej szło gładko. Powinna była wiedzieć, że szczęście nie trwa zbyt długo. Zanim się zorientowała, usłyszała zbliżające się kroki, ale nie miała czasu na zareagowanie. Nie wiedziała, czy wybuchnąć śmiechem, czy też płaczem, gdy zobaczyła, że zostali nakryci na włóczęgostwie przez Albusa Dumbledore'a. Oczywiście, nie zrobiła ani jednego, ani drugiego i po prostu stała nieruchomo w miejscu.

Gdy nauczyciel zarejestrował ich obecność, natychmiast zmarszczył brwi. Kiedy z kolei rozpoznał Toma, przyjął chłodniejszą postawę i surowszą minę. Ślizgon wciąż obejmował ją ramieniem i niebezpiecznie się kołysał. Nawet nie spojrzał na nadchodzącego czarodzieja i całkiem możliwe, że nie zauważył, iż mają towarzystwo. W tej chwili był żywym obrazem pijaństwa i nierządu. Sądząc po zdegustowanej minie Dumbledore'a, profesor doszedł do podobnych wniosków.

— Nie jest pod wpływem alkoholu, prawda? — zapytał surowo.

— Oczywiście, że nie — odpowiedziała automatycznie, zaskoczona usłyszaną bezpośredniością.

Mężczyzna uniósł brwi, nie wierząc w to kłamstwo, a potem skoncentrował się na Riddle'u, który wciąż próbował zachować równowagę i mamrotał do siebie pod nosem. Westchnąwszy, spojrzał z powrotem na Hermionę, która z trudem stłumiła jęk, widząc pełen dezaprobaty błysk w niebieskich oczach.

— Panno DeCerto — zaczął, gdyż zapewne uważał, iż rozmawianie, a tym bardziej pouczanie ślizgona, nie miało obecnie najmniejszego sensu. — Wiem, że jest tu pani od zaledwie kilku miesięcy, ale jestem przekonany, że przeczytała pani szkolny regulamin i rozumie, że picie alkoholu lub napojów wyskokowych jest surowo zabronione przez uczniów.

— Tak, profesorze — odpowiedziała potulnie. — Bardzo mi przykro.

— W przeciwieństwie do pani Tom wie o tym z pierwszej ręki, bowiem jest prefektem i systematycznie uczestniczy w posiedzeniach uczniowskich — kontynuował, nie utraciwszy na swojej surowości. W jego oczach można było dostrzec naganę i potępienie działań, dlatego też poczuła się nieswojo. — Rozmawialiśmy wcześniej o skłonności Toma do łamania zasad i jasno się wyraziłem, że powinien odpowiednio się zachowywać.

Nieśmiało skinęła głową i przyciągnęła chłopaka bliżej.

— Jestem pewna, że miał naprawdę zły dzień, profesorze — odparła. — W normalnych okolicznościach nigdy nie sięgnąłby po alkohol.

Usłyszawszy to stwierdzenie, Dumbledore spojrzał na Riddle'a sceptycznie, zupełnie jakby spodziewał się, że pod wpływem procentów całkowicie mu odbije i zaraz wyciągnie różdżkę, żeby rzucić kilka niewybrednych przekleństw.

Cóż, ma podstawy tak sądzić, podsumowała w myślach.

— Strasznie pana proszę o przymknięcie oka na ten wyskok — kontynuowała, nie zważając na surowość nauczyciela. — Przysięgam, że więcej tego nie zrobi. Zajmę się nim i obiecuję, że nie będzie sprawiał żadnych problemów.

Nauczyciel westchnął, ewidentnie nieprzekonany. Wciąż uważał podopiecznego za zagrożenie dla innych uczniów.

Właśnie ten moment wybrał sobie Tom, zupełnie nieświadomy obecności Dumbledore'a, na małe zaloty. Pochylił się w kierunku Hermiony i spojrzał nań swoimi jasnoszarymi, błyszczącymi oczami.

— Wiesz, że jesteś piękna? — zapytał i przeczesał dłonią jej bujne, kręcone loki. — Twoje włosy przypominają lwią grzywę. Może dlatego jesteś w Gryffindorze… — Zamrugał, najwyraźniej mocno się skupiwszy. — Chwila. Lwice nie mają grzywy, prawda…? — spytał ze zmarszczonymi brwiami, a potem się rozjaśnił i poklepał ją po głowie. — Niepotrzebnie się martwisz. Wciąż cię lubię. — Uśmiechnął się promiennie.

Dziewczyna zaniemówiła, kiedy pochylił się i bez żadnego skrępowania czy hamulców złożył na jej policzku mokrego buziaka, a potem wsadził jej rękę pod bluzkę i przesunął palcami po płaskim brzuchu. Momentalnie się zarumieniła, gdy uzmysłowiła sobie, że nie miał najmniejszego zamiaru przestać, bo kontynuował składanie pocałunków i sekundę później objął ją w talii.

Wspaniale, po prostu wspaniale, pomyślała. Była obmacywana przez Toma i to jeszcze na oczach Albusa Dumbledore'a. Przerażona sytuacją, natychmiast odepchnęła od siebie chłopaka.

— Trzymaj ręce przy sobie! — syknęła, cała czerwona ze wstydu.

W odpowiedzi Tom tylko coś mruknął, a potem zwiesił głowę, zaprzestał swoich działań i oparł się na niej jeszcze mocniej, przez co prawie się zachwiała. Zmagając się z nadprogramowym ciężarem, niespodziewanie usłyszała chichot. Gdy uniosła wzrok, zmarszczyła w zdziwieniu brwi, bowiem zobaczyła, że nauczyciel naprawdę się śmiał, a jego niebieskie oczy odzyskały tradycyjny, dobrotliwy blask.

— Wygląda na to, że naprawdę ma pani wszystko pod kontrolą — powiedział z rozbawieniem, przez co prawie opadła jej szczęka. — Najlepiej zrobimy, jeżeli rzeczywiście udamy, że się dzisiaj nie spotkaliśmy, dobrze?

— Eee, w porządku… — odparła, wyrwana z osłupienia.

Dumbledore przez moment przyglądał się, jak Tom z zafascynowanym wyrazem twarzy przeczesuje dłonią jej kręcone włosy. Czując się niekomfortowo pod wpływem tego spojrzenia, z roztargnieniem odsunęła rękę chłopaka i wzięła głęboki, uspokajający oddech, wciąż mocno zaczerwieniona. Odzyskawszy jasność myślenia, skinęła głową i uśmiechnęła się wdzięcznie. Znacznie mniej zdenerwowana, wzmocniła swój uścisk i poprowadziła chłopaka ciemnym korytarzem.

— Och, panno DeCerto? — zawołał za nią profesor, więc zerknęła przez ramię. — Cieszę się, że zdecydowała się pani dać mu drugą szansę — dodał z ciepłym uśmiechem.

Odwzajemniła gest.

— Wydaje mi się, że to już trzecia lub czwarta. Niezbyt dokładnie pamiętam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeżeli znów coś zmaści, nie będę miała innego wyjścia, jak tylko porządnie go przekląć — dodała żartobliwym tonem. — Eee, oczywiście, nawet nie rozważam niebezpieczniejszych klątw — powiedziała naprędce, bowiem przypomniała sobie, że przecież rozmawia z pedagogiem, a nie kolegą.

Dumbledore się zaśmiał.

— Jako nauczyciel nie pochwalam podobnych praktyk. — Przeczesał dłonią długą, kasztanową brodę. — Niemniej jednak, gdyby naprawdę wydarzyło się coś takiego, osobiście byłbym skłonny na moment się zapomnieć — stwierdził. — Dobranoc.

— Nawzajem, panie profesorze — odpowiedziała, co definitywnie zakończyło tę rozmowę.

Hermiona odetchnęła z ulgą, kiedy wreszcie dotarli do właściwego korytarza. Oparła ślizgona o ścianę i przespacerowała się przed kamiennym wejściem. Chwilę później już stała przed wielkimi wrotami, które się zmaterializowały na życzenie. Westchnąwszy, ponownie podeszła do chłopaka i pomogła mu przekroczyć próg pomieszczenia.

Weszli do przytulnego pokoju z dużym, stojącym pośrodku, iście królewskim łóżkiem, naprzeciwko którego znajdowały się drzwi do niewielkiej łazienki. Zadowolona z wyglądu sypialni, zamknęła za sobą przejście i pociągnęła Toma w kierunku leża. Gdy tylko dotknął twarzą miękkiej poduszki, zamruczał z zadowoleniem i przymknął oczy. Mimowolnie zacisnęła usta w cienką linię. Wyglądał tak niewinnie, a sprawił jej dziś masę kłopotów. Wręcz niepojęte.

— Masz cholerne szczęście, że Dumbledore ci odpuścił — prychnęła nań gniewnie, na co zareagował cichym jękiem i przewróceniem się na plecy; na sekundę nie uniósł powiek. Westchnęła przeciągle i pochyliła się, aby ściągnąć mu buty. — Czym się właściwie schlałeś?

— Nie wiem — mruknął.

— Nawet nie żartuj — warknęła.

Rzuciwszy obuwie na podłogę, zabrała się za pozbawienie go szat wierzchnich. Zadanie okazało się ciężkie, bowiem Tom był bezwładny, a przez co okropnie ciężki. W końcu po kilku minutach zmagań zdołała ściągnąć mu część mundurka. Upewniła się, że nie zgubił nigdzie po drodze różdżki, przerzuciła szatę przez oparcie stojącego nieopodal krzesła i, rozgniewana, oparła ręce na biodrach. Chłopak, jakby wyczuwając, że zaraz zażąda wyjaśnień, ziewnął głośno i powiercił się na łóżku, chcąc znaleźć sobie wygodniejszą pozycję.

— Byłeś w Hogsmeade, prawda? Jakim cudem zdołałeś wrócić do Hogwartu, skoro się tak upiłeś? — zapytała ze złośliwością, ściągnąwszy mu krawat i zabrawszy się za odpinanie guzików koszuli.

Tom nawet nie otworzył oczu.

— Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej wiosce, proszę pani — wymamrotał.

Hermiona westchnęła z irytacją. Jeżeli chce, aby zrozumiał jej zarzuty, musiał wytrzeźwieć, a więc powinna przełożyć tę rozmowę na jutrzejszy dzień. Warcząc gniewnie pod nosem, okryła chłopaka lekkim kocem i odwróciła się, aby wrócić do swojego dormitorium. Nie zdążyła zrobić przynajmniej jednego kroku, kiedy została złapana za nadgarstek. Zacisnąwszy usta, spojrzała przez ramię i skrzyżowała z nim spojrzenie. O dziwo, wyglądał na bardzo spokojnego.

— Nie odchodź… — poprosił.

— Zrozum, że… — urwała, gdyż wzmocnił swój uścisk. Naprawdę nie chciała spędzać nocy poza Wieżą Gryffindoru i przyczynić się do rozpuszczenia nowych plotek, ale wszystko wskazywało na to, że nie ma innego wyjścia. Ostatecznie ugięła się pod błagalnym spojrzeniem. — Cóż, w porządku.

Czemu właściwie przejmowała się szkolnymi pomówieniami?

Zdjęła buty i wślizgnęła się pod koc, zaś Tom natychmiast przysunął się bliżej. Owinął wokół niej ramię i przycisnął do swojej klatki piersiowej, po czym wtulił twarz w zagłębienie jej szyi. Dosłownie sekundę później zaczął składać delikatne pocałunki na odsłoniętej skórze i przesuwać dłońmi po jej ciele. Zanim zdążyła zareagować, rozpiął kilka guzików bluzki i złapał ją za pośladki.

Hermiona przewróciła oczami, a potem chwyciła go za ręce i przytrzymała w miejscu.

— Żadnego obmacywania, Tom — powiedziała stanowczym tonem. — Nie jestem w nastroju, a ty śmierdzisz whisky.

Słysząc protest, zaprzestał swoich działań i się rozluźnił. Leżał bezwładnie ze wciąż przyciśniętymi do jej szyi ustami, więc oswobodziła mu ręce. Gdy się nie poruszył, westchnęła pod nosem i delikatnie przeczesała mu dłońmi czarne włosy, co sprawiło, że mocniej się doń przytulił. Po chwili usłyszała, że zaczyna miarowo oddychać, więc również przymknęła oczy. Nim minęła minuta, oboje spali.