2. WITAMY W HOGWARCIE


Szanowna panno DeCerto,

Muszę przyznać, że pani prośba jest dość nietypowa, zwłaszcza że Hogwart jeszcze nigdy nie gościł ucznia z przeniesienia. Oczywiście, należy poświęcić chwilę na właściwą refleksję nad trudnymi czasami, w których przyszło nam wszystkim żyć. Ubolewam nad pani traumatycznymi przejściami – proszę przyjąć wyrazy mojego współczucia.

Nie zależy mi na pogarszaniu i tak ciężkiej sytuacji, dlatego też zaoferuję pani miejsce w Hogwarcie. W załączniku przesyłam listę potrzebnych przyborów i artykułów szkolnych.

Aby dostać się do zamku, proszę użyć sieciu Fiuu. Kominek zostanie odbezpieczony 18 października o godzinie czwartej.

Z poważaniem,

Armando Dippet

Dyrektor Hogwartu.

Hermiona odczuła ulgę, gdy otrzymała ten list przed dwoma dniami. Teraz stała w kolejce do kominka w Dziurawym Kotle. Dłoń opierała na rączce szkolnego kufra, wypełnionego wszystkim, co potrzebne. Gdy w końcu podeszła do przodu, wzięła odrobinę proszku i weszła w płomienie.

– Gabinet dyrektora w Hogwarcie! – powiedziała wyraźnie.

Zaledwie kilka sekund później z gracją opuściła palenisko i rozejrzała się po biurze. Centralną część gabinetu zajmowało biurko, które pamiętała, ale wszystko inne wyglądało zupełnie inaczej. Za kadencji Albusa Dumbledore'a pokój był trochę nieuporządkowany, czasem różnej maści przedmioty leżały postawione w losowych i dziwacznych miejscach, zaś jedną część ściany w pełni wypełniała biblioteczka. Gabinet profesora Dippeta został inaczej zagospodarowany. Charakteryzował się przede wszystkim porządną organizacją miejsca pracy. Masywne biurko z ciemnego drewna zajmowała znaczną część przestrzeni, a za nim postawiono dużą, przeszkloną gablotę z różnego rodzaju medalami, pucharami i nagrodami. Atmosfera wydawała się gęściejsza, aniżeli w przyszłości. Gabinet miał zaimponować wszystkim go odwiedzającym. Za biurkiem siedział starszy czarodziej o krótko przyciętych siwych włosach i szarych, raczej nieprzystępnych oczach.

– Ach, zapewne panna DeCerto. Witam w Hogwarcie. – Wstał i uścisnął Hermionie rękę.

– Dziękuję za gościnę, profesorze – odpowiedziała uprzejmie.

– To dość niezwykłe, przyjąć uczennicę z przeniesienia, ale musimy sobie pomagać, zwłaszcza w chwili zagrożenia – kontynuował pompatycznym tonem Dippet, przywodząc dziewczynie na myśl nadętego Percy'ego Weasleya. – W liście napisała pani, że chciałaby uczęszczać na szósty rok nauki. Ile ma pani lat? – zapytał, sprawiając wrażenie człowieka, który chciałby szybko załatwić wszelkie formalności.

– Siedemnaście, proszę pana – skłamała. W rzeczywistości miała osiemnaście, ale chciała uchodzić za młodszą. Szósta klasa oferowała jej dwa lata na badania dotyczące podróży w czasie i zdobycie Czarnej Różdżki.

– W takim razie wszystko się zgadza, o ile pomyślnie przejdzie pani testy kwalifikacyjne. – Dyrektor usiadł za biurkiem, ale nie zaproponował Hermionie krzesła naprzeciwko.

– W porządku, profesorze – odpowiedziała, spokojna i rozluźniona. Wiedziała, że posiada odpowiednie umiejętności i niczego nie zawali.

– Zanim jednak zostaniesz oceniona, musisz zostać przydzielona do jednego z naszych domów. Czy jest pani zaznajomiona z hogwardzkim systemem grupowym? – zapytał, a gdy skinęła głową, dodał: – W takim razie egzaminem zajmie się twój nowy opiekun.

Nic dziwnego, Dippet zrzucił to zadanie na kogoś innego. Mężczyzna machnął leniwie różdżką, przywołując na biurko Tiarę Przydziału; następnie wskazał wykonał bliżej nieokreślony ruch dłonią. Hermiona posłusznie założyła kapelusz. Na pierwszym roku nauki był na nią zdecydowanie zbyt duży, zjeżdżał i zasłaniał pole widzenia, ale teraz, choć wciąż olbrzymi, zatrzymał się na uszach.

Nowa uczennica? Nie masz jedenastu lat, wyszeptała Tiara.

Jestem w wyjątkowej sytuacji, odparła w głowie ze świadomością, że zaraz zostanie prześwietlona na wylot.

Rozumiem. To powiedziawszy, Tiara przystąpiła do działania. Doskonale chronisz swój umysł. Zastanawiam się, co próbujesz ukryć, podsumowała, natrafiając na wzniesione bariery oklumencyjne. Jeżeli jednak nie odpuścisz, nie będę w stanie cię przydzielić.

Obawiam się, że to wykluczone. Hermiona przewidziała podobną możliwość. Byłabym wdzięczna, gdybyś umieściła mnie w Gryffindorze, powiedziała z grzecznością, licząc na owocną współpracę.

Niestety, panienko. Moim zadaniem jest przydzielanie uczniów, a nie spełnianie zachcianek. Nie możesz sama wybrać domu.

Byłam przekonana, że bierzesz pod uwagę wyboru swoich podopiecznych. W ten właśnie sposób pokierowałaś moim przyjacielem, kusiła. Z początku chciałaś umieścić go w Slytherinie, ale ostatecznie przychyliłaś się do jego prośby i trafił do Gryffindoru.

Och, tak? W głosie Tiary słychać było pewnego rodzaju przekorność. W porządku, skoro nalegasz, panienko. Niech będzie GRYFFINDOR!, wykrzyczała ostatnie słowo.

Dziękuję, pomyślała Hermiona, zanim ściągnęła kapelusz z głowy. Zadowolona z rezultatu, odłożyła go z powrotem na biurko.

– Wspaniale! – zawołał dyrektor. – Zaraz złapię profesora Dumbledore'a, to znaczy opiekuna pani domu. – Podszedł do kominka i cisnął proszkiem w płomienie. Wsadziwszy głowę w zielone płomienie, dopełnił formalności.

Kilka chwil później z paleniska wyszedł wysoki mężczyzna. Oczywiście, Hermiona wiedziała, że Dumbledore jest teraz cały i zdrowy, ale zobaczenie tego na żywo nijak się miało do wyobrażeń. Niewiele brakowało, aby się rozpłakała ze wzruszenia. Miał kasztanowe włosy i równie długą, co zawsze, brodę, również brązową. Najwyraźniej nawet za młodszych lat był prawdziwym ekscentrykiem, bowiem miał na sobie jasnoczerwoną szatę przyozdobioną maleńkimi srebrnymi gwiazdkami.

– Ach, zapewne nasza nowa uczennica. – Uśmiechnął się w dobrotliwy sposób.

– Zgadza się, profesorze. Nazywam się Hermiona DeCerto – odpowiedziała. – Właśnie zostałam przydzielona do Gryffindoru.

– To wspaniały dom, panno DeCerto. Myślę, że powinniśmy porozmawiać w moim gabinecie – stwierdził z zagadkowym błyskiem w oku. – Chciałbyś coś dodać, Armando? – dodał w stronę dyrektora.

– Wszystko załatwiliśmy, Albusie. Jesteście wolni. – Dippet przysiadł do przeglądania dokumentów i wyglądał na niezainteresowanego dalszymi formalnościami.

Dumbledore ponownie się uśmiechnął i podszedł do drzwi wyjściowych. Otworzył je na oścież i przepuścił dziewczynę przodem.

– Dziękuję za poświęcony czas, profesorze – powiedziała na odchodne Hermiona, patrząc wymownie na Dippeta, ale ten nawet nie podniósł wzroku znad sterty pergaminów.

Na miejsce dotarli w okamgnieniu, ponieważ była zajęta oglądaniem szkolnych korytarzy, ruchomych obrazów zawieszonych na ścianach i ustawionych w rzędach zbroi. Była podekscytowana powrotem do Hogwartu. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej zamkowych murów. Naturalnie, wzięła też pod uwagę reakcję Dumbledore'a – profesor z pewnością nabrałby podejrzeń, gdyby nie zachwycała się wszechobecnym pięknem. Nie mógł też wiedzieć, że spacerowała już po tych korytarzach, że uczęszczała tu na zajęcia oraz że właśnie dała się porwać uczuciu nostalgii.

Gabinet profesora okazał się całkiem przytulny, chociaż zagracony. Wiele podejrzanie wyglądających artefaktów, mniejszych bibelotów i książek leżało porozrzucanych w różnych częściach pokoju.

– Niech pani usiądzie – powiedział uprzejmie czarodziej, po czym wskazał dłonią jeden z foteli stojących obok kominka. – Może napije się pani herbaty? – dodał, gdy posłusznie zajęła miejsce.

– Chętnie, profesorze. Dziękuję – odparła, a kilka sekund później na stoliku pomiędzy zmaterializowała się taca z dwiema parującymi filiżankami.

– W porządku, panno DeCerto. Dyrektor Dippet prosił mnie, żebym określił stan pani wiedzy, a następnie dokonał przydziału do klasy – wytłumaczył zwięźle. – Spokojnie, czuję, że nie musi się pani obawiać. Jestem pewien, że zda pani śpiewająco. – Uśmiechnął się przyjaźnie. – Zaczniemy od czegoś z mojej dziedziny zainteresowań. Czy potrafi pani przemienić tę łyżeczkę w kolibra? – zapytał i podał srebro rozmówczyni.

Cóż, podchwytliwe zadanie. Przemiana zwierzęcia w przedmiot nieożywiony było całkiem łatwe, ale odwrotna sytuacja jawiła się bardziej skomplikowanie. Pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę, zaś Dumbledore uniósł brew i zachował milczenie. Hermiona prawie przygryzła wargę, zdając sobie sprawę, że najprawdopodobniej trochę przesadziła. Może magicznie zmodyfikowane kabury nie są w tych czasach szczególnie powszechne, a przynajmniej nie wśród przypadkowych, niewinnie wyglądających nastolatków.

Wzięła głęboki oddech i ponownie skupiła się na zadaniu. W głowie wyobraziła sobie małego ptaszka z długim dziobem i zielonym upierzeniem, a potem machnęła różdżką i pomyślała „Mutatio Res!". Mimo że nie wypowiedziała inkantacji, łyżeczka zaczęła się przemieniać w koliberka, który – w pełni przekształcony – zaczął radośnie latać wokół głowy profesora.

– Cudownie, panno DeCerto! – krzyknął z błyszczącymi oczami Dumbledore. – Duży plus za magię niewerbalną. – Smagnął różdżką, a ptak powrócił do swej pierwotnej postaci. W porządku, przejdźmy do następnego przedmiotu. – Odchylił się na fotelu i uśmiechnął do Hermiony.


Godzinę później Hermiona stała przed wejściem do pokoju wspólnego Gryffindoru. Dumbledore solidnie ją przemaglował. Nie pominął żadnego z przedmiotów, a czasem nawet zadawał podchwytliwe pytania. Ogólnie rzecz biorąc, poradziła sobie dobrze, może nawet za dobrze, ponieważ profesor zaproponował jej przeskoczenie roku i rozpoczęcie siódmej klasy. Oczywiście, odmówiła. Aby rozwiązać zagadkę podróży w czasie, potrzebowała przynajmniej dwóch lat, a nie roku. Na swoje wytłumaczenie powiedziała, że po równie traumatycznych wydarzeniach z pewnością wolniej przyzwyczai się do szkolnego rytmu i chciałaby mieć więcej czasu na asymilację. Ostatecznie Dumbledore wyraził zgodę i przez godzinę grali razem w czarodziejskie szachy. Gdy skończyli, czarodziej odprowadził ją do pokoju wspólnego i zostawił pod portretem Grubej Damy.

Miała niecałą godzinę do kolacji, ale przecież nie będzie sterczeć tyle czasu na korytarzu. Była zdenerwowana i stremowana, zaś przejście przez obraz budziło w niej mieszane uczucia. Ostatnim razem była w pokoju wspólnym pod koniec szóstego roku, kiedy to razem z przyjaciółmi planowała poszukiwania horkruksów. Gryffindor przywoływał wspomnienia, zarówno te dobre, jak i te bolesne. Hermiona nie był pewna, czy jest w stanie stawić im wszystkim czoła.

– Wchodzisz czy wychodzisz, dziewczyno? Zdecyduj się wreszcie! Nie mam całego dnia! – zganiła ją Gruba Dama w swój charakterystyczny szorsko-sympatyczny sposób.

– Aardvark – podała hasło i niechętnie weszła do środka.

Chociaż miała się za wytrzymałą, nie przygotowała się na ponowne zobaczenie pokoju wspólnego gryfonów. Wciągnęła gwałtownie powietrze, uświadomiwszy sobie, że był dokładnie taki sam, jakim go zapamiętała. Ściany pokrywała jasnoczerwona tapeta ozdobiona małymi złotymi literkami „G", zaś w kominku wesoło tlił się ogień, owiewając ciepłym powietrzem stojące niedaleko brązowe, skórzane fotele, obecnie okupowane przez grupkę trzecio- lub czwartorocznych odrabiających lekcje i rozmawiających ze sobą. Z drugiej strony pomieszczenia wzniesione zostały schody prowadzące do dormitorium dziewcząt i chłopców.

Gdy skończyły się zajęcia, pokój wspólny wypełniła chmara uczniów, którzy głośno się śmiali i plotkowali; niektórzy rozłożyli szachy i rozpoczęli rozgrywki, zaś inni postanowili pograć w eksplodującego durnia. Obserwując te spokojne i kojące sceny, Hermiona poczuła rozprzestrzeniające się po sercu ciepło i, paradoksalnie, bolesną melancholię. Tęskniła za przyjaciółmi z domu, bawiącymi się przy palenisku i narzekającymi na nawał esejów, czekającymi na jej powrót z biblioteki. Pokój wspólny może i zawierał w sobie duszę jej znajomych, ale gromadzący się w nim ludzie już nie. Każda twarz, na którą spojrzała, była dlań obca.

– Hej, kim jesteś?

Wyrwana z zamyślenia, Hermiona zamrugała ze zdziwienia i spojrzała na nieznajomego. Był wysoki i raczej muskularny, miał blond włosy i psotny błysk w niebieskich oczach.

– Ee… Hermiona DeCerto – wyjąkała mniej składnie.

– Całkiem ładnie – odpowiedział, zupełnie jakby smakował jej imię. – Jestem Mark Longbottom. – Wyciągnął doń rękę. – Miło cię poznać, Hermiono.

Automatycznie uścisnęła jego dłoń, wciąż pod wpływem szoku spowodowanego usłyszeniem znajomego nazwiska.

– Ej, Longbottom? Co ty najlepszego wyprawiasz? – Do Marka podszedł kolega i trzepnął go w ramię. Był równie wysoki, ale miał rude włosy i brązowe oczy. – Znowu podrywasz fajne dziewczyny?

– Jak śmiesz, Weasley. To pomówienia. Nigdy nie zrobiłbym czegoś tak haniebnego – odparował kpiącym tonem. – Po prostu powitałem tę uroczą damę w naszym pokoju wspólnym.

Gdy usłyszała nazwisko drugiego gryfona, Hermionę zamurowało. Weasley…? Czy to krewny Rona…? Kiedy bliżej mu się przyjrzała, dostrzegła pewne podobieństwo. Współdzielili czekoladowe oczy, długi, uroczy nos oraz piegowatą twarz. Zobaczywszy chłopaka żywego, całego i zdrowego, sprawiło, że w gardle urosła jej gula. Szczęśliwie, żaden z nowo poznanych nie zauważył, że straciła nad sobą panowanie.

– Pozwól, że przedstawię ci Hermionę DeCerto – kontynuował Longbottom, po czym odwrócił się do wyżej wspomnianej. – Ten łobuz to Richard Weasley. – Wskazał dłonią na kolegę, który ukłonił się szarmancko.

– Najjaśniejsza pani. – Uśmiechnął się rudzielec i złożył na jej dłoni pocałunek. – Cóż to za szczęście sprowadziło cię w nasze skromne progi?

– Szczerze mówiąc, pozwolenie dyrektora. Zostałam… przeniesiona. – Zaczerwieniła się niczym piwonia. Richard tak bardzo przypominał Rona. – Tiara przydzieliła mnie do Gryffindoru.

– Och, szczęścia ciąg dalszy. – Uśmiechnął się Mark.

– Naprawdę zostałaś przeniesiona? Nigdy wcześniej nawet nie słyszałem o podobnej sytuacji. – zdumiał się Weasley. – Na którym roku jesteś?

– Szóstym.

– No proszę, proszę. – Longbottom puścił jej oczko. – Wspaniały zbieg okoliczności. We trójkę jesteśmy w tej samej klasie.

– Gdzie twój mundurek, Hermiono? – zapytał Richard. – Nie, żebym miał coś przeciwko twojemu obecnemu ubiorowi.

– Ech, no właśnie. Profesor Dumbledore powiedział, że mundurek będzie czekał na mnie w dormitorium. Muszę się przebrać przed kolacją – wytłumaczyła, nadal zaszokowana rodzinnym podobieństwem.

– Jasne, żaden problem. Chwila, zaraz znajdę ci przewodnika. – Mark odwrócił się do siedzących nieopodal na kanapie dziewcząt. – Diana! – zawołał.

– Czego chcesz? – Uniosła brew czarownica o kruczoczarnych, długich włosach. – Nie widzisz, że jestem zajęta? – I rzeczywiście, na stoliku przed nimi rozłożone były kolorowe magazyny, najprawdopodobniej traktujące o modzie.

– Czy mogłabyś zaprowadzić Hermionę do dormitorium z szóstego roku? – zapytał uprzejmie. – Jest nowa – dodał, gwoli wyjaśnienia.

Koleżanki Diany spojrzały nań z zainteresowaniem, ta zaś podniosła się z miejsca i podeszła bliżej.

– Jesteś nową uczennicą? – zapytała. – W porządku, chodź za mną – kontynuowała, zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć. – Wskażę ci drogę, bo też jestem w szóstej klasie. – To powiedziawszy, zmierzyła ją sceptycznym spojrzeniem i ruszyła w stronę schodów prowadzących do dormitoriów. Hermiona, nie mając innego wyjścia, ruszyła za nią.

– Jeżeli zabraknie dla ciebie miejsca, zawsze możesz przeprowadzić się do naszej sypialni! – zawołał za nią Weasley, zaś Longbottom trzepnął go w głowę.

DeCerto dobrze znała drogę, ale nie mogła zdradzić się z wiedzą przed nową współdomowniczką – musiała więc pierwszorzędnie odgrywać rolę nowej koleżanki z roku, która nigdy wcześniej nie postawiła nogi w Hogwarcie.

Podobnie jak pokój wspólny, dormitorium dziewcząt nieszczególnie się zmieniło. Największą różnicą w porównaniu do przyszłości, był wszechobecny porządek. Nie, żeby jej poprzednie współlokatorki straszliwie bałaganiły, ale tu było wręcz sterylnie czysto. Na podłodze nie walały się żadne ubrania, na stoliku nocnym nie leżały rozwalone książki, zaś wszystkie łóżka były perfekcyjnie zaścielone. Hermiona nigdy nie uważała się za niezorganizowaną, ale ten wystrój był dlań po prostu przerażający.

– Kogo przyprowadziłaś, Diano? – zapytała dziewczyna o długich ciemnych blond włosach. Siedziała na łóżku, pisząc coś, co wyglądem przypominało pamiętnik – przynajmniej tak można było wywnioskować po różowej, puchatej okładce zeszytu. Narzuta, na której się wylegiwała, również była niepokojąco rumiana.

– To nowa uczennica – odpowiedziała szorstko Diana.

– Interesujące, doprawdy. Jak się nazywasz?

Hermiona odwróciła się, aby zlokalizować właścicielkę tego chłodnego głosu i zobaczyła dziewczynę, która akurat wychodziła z łazienki. Miała bladą, nieskazitelną cerę i krótkie brązowe włosy, uczesane w stylu lat czterdziestych. Obiektywnie i niezaprzeczalnie, była bardzo ładna.

– Hermiona DeCerto.

– Ja jestem Viola Brown. Ta różowa dziwaczka to Lucia Reeves, a Dianę Potter już poznałaś. – Uśmiechnęła się zarozumiale.

DeCerto zamrugała, zaskoczona rewelacjami – nie spodziewała się, że jej przymusowa przewodniczka będzie spokrewniona z Harrym, a w pokoju wspólnym będzie czekał na nią Richard Weasley. Nie wiedziała, jak powinna zareagować, bo przecież chłopcy byli jej najbliższymi przyjaciółmi i ostatkami rodziny. Tutaj, co prawda, spotkała ich przodków, ale… to byli obcy ludzie.

– Ostatnie łóżko należy do Rose Smith, ale uwierz, to nikt wart bliższego poznania – zakończyła zarozumiale Brown.

– Viola! – zganiła koleżankę Diana, ale ta wzruszyła tylko ramionami.

Hermiona zastanowiła się przez chwilę, czy ta Brown jest w jakiś sposób spokrewniona z Lavender. Obie sprawiały wrażenie wrednych i pustogłowych. W swoich czasach nie przepadała za Lav, zwłaszcza podczas jej krótkotrwałego związku z Ronem, ale w porównaniu z tą wiedźmą, była zaledwie maleńką drzazgą w palcu.

– Dobrze, muszę się przebrać – powiedziała, nie chcąc dłużej rozmawiać ze współlokatorkami.

– Oczywiście, możesz wziąć ostatnie łóżko. Twój bagaż został już dostarczony. – Diana machnęła ręką.

– Dziękuję.

Hermiona podeszła do posłania i na nim usiadła, cholernie zmęczona. To był naprawdę długi dzień, a co najgorsze, jeszcze się nie skończył, ponieważ nie minęła jeszcze pora kolacji. I, jeżeli dobrze rozszyfrowała charakter Armando Dippeta, pan dyrektor planował wygłosić płomienną przemowę, w której przedstawiłby ją całej szkole.

Westchnęła.

Mundurek leżał starannie złożony u wezgłowia łóżka. Składał się z białej bluzki, szarej spódnicy w stylu lat czterdziestych i znajomych czarnych szat wierzchnich z przyszytą do piesi czerwono-złotym emblematem Gryffindoru. Z szatami wiązała wiele szczęśliwych wspomnień, zwłaszcza że nie odbiegały wyglądem od tych, które niegdyś nosiła. Gdy chodziła do szkoły, świat wydawał się piękniejszy, o wiele, wiele jaśniejszy. Wciąż była tą niewinną, beztroską dziewczynką, której największym zmartwieniem były zajęcia i odrabianie zadanych prac domowych. Teraz znacznie wydoroślała. Wojna odebrała jej rodzinę i przyjaciół, zaś niewinność odeszła w zapomnienie.

Aby zwalczyć cisnące się do oczu łzy, wzięła mundurek i zamknęła się w łazience. Nie zamierzała przebierać się w dormitorium, gdyż wciąż była posiniaczona. Koleżanki z pewnością zauważyłby otarcia i zaczęły prowadzić przesłuchanie. „Och, te rany? Nic wielkiego, ot wynik pojedynku ze zwolennikami pewnego niebezpiecznego czarnoksiężnika. Spokojnie, zabiłam ich wszystkich". Z trudem powstrzymała się przed parsknięciem śmiechem. To zdecydowanie byłby dobry temat na zapoznawczą pogawędkę.

Była za kwadrans szósta, gdy Hermiona zeszła do Wielkiej Sali w towarzystwie koleżanek z dormitorium. Całą drogą przysłuchiwała się bezsensownej paplaninie i ploteczkach, kto się w kim kochał oraz jaki kolor eyelinera pasował do poszczególnych rodzajów szat. Wszystkie były irytujące, łącznie z Rose Smith, drobną, pulchną dziewczyną, bez końca gadającą o chłopaku z Ravenclawu, który najwyraźniej był szalenie przystojny. Jedyną osobą niebiorącą udziału w tej bezsensownej konwersacji była Diana Potter – ona, chociaż połowicznie, bo miała swe momenty, zachowywała się przyzwoicie. Hermiona dość szybko zapałała doń sympatią, aczkolwiek miała świadomość, że równie dobrze mogła przenieść na nią uczucia związane z Harrym.

Przed wejściem do Wielkiej Sali stał Dumbledore.

– Mam nadzieję, że spodobało się pani w nowym miejscu. – Uśmiechnął się pogodnie.

– Oczywiście, profesorze. – Odwzajemniła uśmiech, bowiem wciąż nie mogła uwierzyć, że jest cały i zdrowy.

– Wspaniale. Chciałbym, żeby mi pani towarzyszyła. Jestem przekonany, że profesor Dippet zamierza przedstawić cię szkole.

Zanim zdążyła się powstrzymać, Hermiona westchnęła, a stojące za nią koleżanki z dormitorium zachichotały.

– Cóż, przewidywałem podobną reakcję.

Dumbledore mrugnął doń porozumiewawczo, a następnie poprowadził ją do bocznego wejścia do Wielkiej Sali, znajdującego się tuż obok stołu nauczycielskiego. Kiedy stali na korytarzu, uczniowie normalnie się gromadzili. Umiejscowiony w oddali stół Gryffindoru sprawiał wrażenie najgłośniejszego, ale to puchoni śmiali się dobrodusznie. Krukoni, tradycyjnie, byli głównie zaczytani w książkach i zakopani w pergaminach. Nie po pierwszy raz zastanowiła się, dlaczego nie została przydzielona do Ravenclawu. Ostatni uczniowski stół przynależał do Slytherinu, więc wyciągnęła szyję, żeby mieć lepszy nań widok. Trochę się bała, ale jednocześnie pragnęła zobaczyć młodego Lorda Voldemorta. Niestety uczniów było zbyt wielu i nikt nie wyróżniał się z tłumu.

– Chciałbym coś ogłosić, zanim przystąpimy do kolacji. – Usłyszała głos Dippeta i zaczęła się denerwować. Naprawdę nie cierpiała być w centrum uwagi. – Od dzisiaj będziemy mieć nową uczennicę szóstego roku. – Wskazał na nią dłonią, więc w akompaniamencie szeptów posłusznie podeszła do dyrektora, odprowadzana ciekawskimi oczami, które sprawiały, że czuła się nieswojo. – Witamy Hermionę DeCerto – kontynuował i objął dziewczynę ramieniem. – Panna DeCerto pochodzi z Francji, ale z powodu niefortunnych okoliczności musiała opuścić swój dom. To właśnie powód, dla którego dokończy swą edukację w Hogwarcie. Jak widzicie, została już przydzielona do Gryffindoru. Mam nadzieję, że przyjmiecie ją serdecznie i nie będziecie sprawiać żadnych kłopotów. – To powiedziawszy, ponownie uścisnął jej dłoń i delikatnym ruchem popchnął ją w kierunku innych gryfonów.

Hermionie ulżyło, gdy Dippet skończył. Szybkim krokiem podeszła do stołu Gryffindoru, mimo uszu puszczając gromkie oklaski ze strony współdomowników. W głębi duszy cieszyło ją uznanie, które otrzymała, ale była zbyt skrępowana, aby odpowiednio zareagować. Wielką Salę wciąż wypełniały szepty, przez co żałowała, że nie miała przy sobie peleryny niewidki Harry'ego.

Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła machających do niej Longbottoma i Weasleya. Z uśmiechem na ustach podeszła bliżej, a następnie zajęła miejsce. Właśnie w tym momencie na stole pojawiło się jedzenie, więc część uczniów skupiła się na radosnym pałaszowaniu. Szczerze mówiąc, przecież nie była wybitnie interesująca, prawda?

– Cześć, Hermiono. Miło się znów zobaczyć. – Uśmiechnął się siedzący po jej prawej stronie Mark.

– Co sądzisz o Hogwarcie? – zapytał Richard. Chociaż był Weasleyem z krwi i kości, mógł poszczycić się potarganymi i nieokiełznanymi włosami. DeCerto zarechotała w myślach, ponieważ przypominał krzyżówkę Rona i Harry'ego.

– Cóż, nie zwiedziłam jeszcze całego zamku, ale na razie jest w porządku. – Uśmiechnęła się i przystąpiła do kolacji. Od czasu śniadania w Dziurawym Kotle nie miała niczego w ustach i była bardzo głodna.

– Jeżeli potrzebujesz przewodnika, z przyjemnością cię oprowadzę – zaproponował Mark.

– To niesprawiedliwe, Longbottom. Nie możesz zarezerwować sobie Hermiony. – Richard pogroził przyjacielowi palcem. – I jestem pewien, że woli miłych facetów – dodał, postukawszy się w pierś.

– Całkiem możliwe. – Uśmiechnął się Mark. – Dam jej znać, jeżeli jakiegoś zobaczę.

– Skoro tak ładnie prosisz, to w następnym meczu strzelę cię tłuczkiem. – Weasley zamachnął się skrzydełkiem z kurczaka.

– Nie jesteście przypadkiem w jednej drużynie? – zapytała z rozbawieniem Hermiona.

Chłopcy spojrzeli na nią z kpiącym zdziwieniem.

– Niee, naprawdę? Wiedziałeś o tym? – Longbottom odwrócił się w stronę przyjaciela, który starał się zachować pozory powagi.

– Szczerze mówiąc, pierwsze słyszę. Może to właśnie dlatego ostatnim razem prawie przegraliśmy? – Weasley prawie wytrzeszczył oczy, jakoby doznał olśnienia.

– Spokojnie, przestaną, jeżeli zaczniesz ich ignorować. Są po prostu nieznośnymi palantami.

DeCerto spojrzała na chłopaka, który się odezwał. Siedział naprzeciwko nich. Co ciekawe, wydawał jej się w jakiś sposób znajomy, ale nie potrafiła skojarzyć, do kogo z przyszłości jest podobny.

– Skończ z tymi plugawymi pomówieniami, Lupin. Hermiona jest nowa i jeszcze się nie przekonała, jakim ty jesteś palantem. – Mark podniósł pieczone skrzydełko i rzucił nim we wpółdomownika. Ten zaś złapał je bez większego wysiłku, po czym nonszalancko zjadł.

– Łoł, zdecydowanie powinieneś rozważyć przystąpienie do drużyny, Lupin. Z twoim refleksem byłbyś idealnym szukającym – powiedział Richard. – Od zawsze ci to powtarzam.

– Stanowczo odmawiam – zaśmiał się chłopak. – Naprawdę kiepsko latam na miotle.

– To Amarys Lupin. Szóstoklasista – poinformował dziewczynę Longbottom. – W sumie to byłby z niego całkiem fajny facet, gdyby nie antyquidditchowe nastawienie.

– To szalenie niebezpieczny sport. O ile pamiętam, podczas ostatniego meczu złamałeś sobie rękę – dodał Amarys, patrząc znacząco na Marka. – Miło cię poznać, Hermiono.

DeCerto się uśmiechnęła. Gdy poznała nazwisko gryfona, przypasowała go do potomka. Ciemnoblond włosy i przyjazna twarz upodobniały go do Remusa. Oby nie w wilkołaczej naturze, dodała w myślach.

Chłopcy przedstawili ją kilku innym uczniom, nie tylko z szóstego roku, niemniej jednak nie zapamiętała większości imion. Znów czuła się nieswojo, będąc w centrum uwagi. Wszystkich rozpierała ciekawość, w jaki sposób trafiła do Hogwartu i co się z nią działo przedtem.

– Gdzie mieszkałaś we Francji, Hermiono?

– Uciekałaś z powodu wojny?

– Co z twoją rodziną?

– Jesteś mugolaczką czy czystokrwistą?

– Masz chłopaka?

Ostatnie pytanie padło z ust uśmiechniętego Marka Longbottoma. Hermiona starała się udzielać ogólnikowych odpowiedzi, żeby nie wdawać się za bardzo w szczegóły. Fałszywą historię swojego życia wymyśliła, jeszcze zanim otworzyła skrytkę w banku. Chociaż niechętnie ukrywała swoje prawdziwe pochodzenie, przedstawiła się jako czarownica czystej krwi. Nieszczęśliwie się złożyło, że mugolaki nie cieszyły się uznaniem nawet za czasów Grindeldwalda, a zdecydowanie nie potrzebowała dodatkowej uwagi. Ponadto mieszkała z rodziną w małej wiosce na północy Francji, najbardziej zagrożonym obecnie rejonie kraju. Ostatnie ataki zmusiły ją do opuszczenia rodzinnego domu, a następnie ucieczki za granicę. Właśnie w ten sposób wylądowała w Hogwarcie.

Przedstawiona historia wydawała się zadowalać wszystkich zainteresowanych, więc resztę czasu przeznaczonego na kolację spędziła rozmawiając i śmiejąc się z Longbottomem, Weasleyem i Lupinem. Było naprawdę miło i przyjemnie. Chłopcy okazali się sympatyczni, aczkolwiek lekko zbzikowani. W trakcie rozmowy dołączyła do nich Diana Potter. Ostatecznie spędzili ponad dwadzieścia minut na dywagowaniem nad bezpieczeństwem latania na miotle, a próbą oswojenie smoka i osiodłania go.

Gdy później leżała w łóżku, mimowolnie zaczęła wspominać cały dzień. Dziwacznie było wrócić do Hogwartu. To nie to samo, nie bez Harry'ego i Rona. Zamek nijak się zmienił, ale mieszkający w nim ludzie byli inni, atmosfera również.

Może mam paranoję. Może to ja się zmieniłam, pomyślała i przewróciła się na bok, chowając głowę w poduszce. Zupełnie nie mogła zasnąć.

Współdomownicy byli mili, zaś chłopcy po prostu wspaniali. Całkiem szybko polubiła Longbottoma i Weasleya, a Lupin, chociaż cichszy i grzeczniejszy od swoich dwóch kolegów, zdecydowanie wzbudzał sympatię. Niestety dziewczęta stanowiły inną bajkę. Jedyne, czym zdawały się martwić, to dobór dodatków do stroju na następny dzień. Wyjątek stanowiła Diana, która wydawała się mieć więcej rozumu w głowie. Szczerze mówiąc, to żaden problem. Zawsze miała lepszy kontakt z kolegami, aniżeli koleżankami. W Hogwarcie dzieliła dormitorium ze współlokatorkami, ale nigdy nie były ze sobą szczególnie blisko. Westchnęła pod nosem. Nie przyjaciele się teraz liczyli, a priorytety. Wszyscy byli tacy beztroscy, tacy dziecinnie niewinni. Ich najgorszym problemem były egzaminy i prace domowe. Hermiona czuła się oderwana od szkolnej rzeczywistości. W niczym ich nie przypominała, ale pamiętała, że kiedyś doświadczała tego samego, co oni. Mimo że wiedziała, że powrót do „normalności" jest dlań niemożliwy, na przekór wszystkiemu pragnęła odzyskać swą utraconą niewinność.

Skończ z głupotami. Straconego nie sposób przywrócić, zganiła się w myślach. Skończ z płakaniem nad rozlanym mlekiem.

Miała wszak cel. Jedynym powodem, dla którego wróciła do Hogwartu, były przechowywane w zamku informacje oraz możliwość późniejszego zdobycia Czarnej Różdżki. Musiała trzymać się na uboczu i nie rzucać przesadnie w oczy.

Zmiany w czasie przyniosłyby fatalne konsekwencje.

Wróciła myślami do kolacji w Wielkiej Sali. Ostatecznie nie odważyła się spojrzeć w stronę stołu Slytherinu. Wiedziała, że Lord Voldemort spożywał kolację razem ze swoimi współdomownikami, ale bała się wypatrzeć go w tłumie. To wszystko było cholernie skomplikowane. Chcąc przestać myśleć, przewróciła się na drugi bok. Zapragnąwszy przytulić się do Rona, pozwoliła sobie na zanurzenie się w smutku.

Natychmiast przestań. Rozpacz nie sprowadzi go z powrotem, pomyślała, zanim odpłynęła.

Zewsząd latały klątwy. Czasami musiała się uchylać, aby którejś uniknąć. Śmierciożercy znienacka zaatakowali Zakon Feniksa. Voldemort rósł w siłę, stawał się coraz to odważniejszy i wiedział, że bez Dumbledore'a byli bardzo osłabieni. W pewnym momencie wypatrzyła charakterystyczną czerwoną szatę bliżej niezidentyfikowanego aurora uwikłanego w pojedynek z zamaskowanym śmierciożercą. Obydwaj miotali zaklęciami jak szaleni, tak szybko, że nie mogła nadążyć za nimi wzrokiem. Wróciwszy do rzeczywistości, postanowiła odszukać Harry'ego. Miała nadzieję, że jest cały i zdrowy. Odczołgała się z daleka od tamtej potyczki. Gdy ruszyła do przodu, natknęła się na leżące nieruchomo ciało, a gdy rozpoznała ów czarodzieja, na moment przestała oddychać. To był Remus Lupin. Z przerażenia przymknęła oczy, ale te kilka sekund wystarczyło, aby obraz paskudnie okaleczonego trupa zapadł w jej pamięci. Był zalany krwią, miał oderwaną część głowy i obie nogi. Zakrztusiwszy się smrodem, wróciła do czołgania. Zostawiła za sobą zmasakrowane ciało tragicznie zmarłego nauczyciela, jak również pewną część siebie…


Hermiona drgnęła. Gdy sprawdziła zegarek, była siódma trzydzieści. Trochę wcześnie, ale skoro już się obudziła, równie dobrze mogła wstać i spożytkować pozostały czas. Nie zwlekając, poszła do łazienki.

Do Wielkiej Sali weszła za kwadrans ósma. Wciąż była zmęczona po wczorajszym oraz rozdrażniona przez niemożliwość ujarzmienia własnych włosów – sterczały chyba na wszystkie możliwe strony. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Była gotowa na nowy dzień. Jak przewidywała, stół Gryffindoru był prawie pusty, poza kilkoma pierwszo- bądź drugorocznymi. Usiadła w ustronnym miejscu i zaczęła jeść śniadanie. Wtem coś ją zaniepokoiło. Z początku nie mogła zlokalizować źródła swoich obaw, ale potem się rozejrzała.

Właśnie wtedy go zobaczyła. Po drugiej stronie sali siedział ciemnowłosy chłopak w barwach Slytherinu. Miał na sobie białą koszulę, a na nią założony ciemnozielony sweter z herbem szkoły na prawej piersi, zaś na szyi zawiązany krawat. Oczywiście, nawet na śniadanie włożył tradycyjne czarne szaty.

Jest prefektem, zanotowała, patrząc na jego złotą odznakę.

Przewróciła oczami. Nawet nie musiała zgadywać, bowiem od razu wiedziała, na kogo spojrzała. Oto Tom Marvolo Riddle w pełnej okazałości, drodzy państwo. Siedział przy ślizgońskim stole, jakby był panem tego miejsca. Najgorsze, że skrzyżowali spojrzenia. Po kręgosłupie Hermiony przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Czemu się gapił…? Czegoś się domyśla…? Nie, to przecież niemożliwe!

Niepokojące.

Była dumna, że zdołała zachowań kamienną twarz. Cieszyła się, że nie wytrzeszczyła na niego oczu, ani nie rzuciła mu spojrzenia godnego bazyliszka. Po chwili, w której myślała, że albo zaraz umrze bolesną śmiercią, albo w świetle dziennym popełni morderstwo, napięcie zniknęło, a Tom Riddle się uśmiechnął.

W co pogrywał…?

Zesztywniała z wrażenia. Najgorszy czarodziej, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi, na spokojnie siedział przy śniadaniu i szczerzył do niej zęby! Prawdę powiedziawszy, wolałaby, gdyby zaczął strzelać doń klątwami. To było złe, niewłaściwe. Absolutnie niedopuszczalne. Straciwszy apetyt, wstała od stołu i wyszła z Wielkiej Sali.


Jak co dzień, Tom Riddle wstał wcześnie i, idealnie ubrany, opuścił lochy Slytherinu. Wyglądał perfekcyjnie i naprawdę lubił tę atmosferę wszechobecnego porządku – cóż, taki właśnie był: doskonały w każdym calu.

Pełnym gracji krokiem udał się do Wielkiej Sali. Naturalnie, zajął swoje tradycyjne miejsce przy stole, którego nikt inny nie miał odwagi zarezerwować. Na śniadaniu było już kilku ślizgonów, ale przywitali go pełnym szacunku skinieniem głowy. Jak zawsze, zignorował ich i usiadł. Nalał sobie filiżankę kawy i sięgnął po Proroka Codziennego, nie dbając o zdanie prawowitego właściciela. Ze znudzeniem przeglądał gazetę, kiedy zobaczył, że do Wielkiej Sali wchodzi ta nowa dziewczyna. Wczesne wstawanie było wśród gryfonów czymś niespotykanym, więc momentalnie się zainteresował. Automatycznie uniósł kąciki ust. Francuzka, jak gdyby nigdy nic, usiadła przy stole Gryffindoru i sięgnęła po jedzenie.

Co zrobiła ze swoimi włosami?, pomyślał z obrzydzeniem. Wyglądały, jakby co najmniej zagnieździły się w nich ptaki.

Nałożyła sobie pełen talerz, zapewne chcąc się tak napchać, jak wczoraj. Czy nie miała ani odrobiny godności? I rzeczywiście, zaczęła nie zjadać, a pochłaniać, śniadanie. Aż dziw, że zdecydowała się używać widelca.

Riddle odstawił filiżankę na spodek i kontynuował obserwację. Nie była szczególnie wysoka, ale za to chuda, co stanowiło wręcz fenomen, biorąc pod uwagę ilości konsumowanego jedzenia. Z twarzy nie wyróżniała się niczym szczególnym, aczkolwiek mogłaby uchodzić za całkiem ładną, gdyby włożyła trochę wysiłku w poprawienie swojego wyglądu.

Wtem przestała jeść i rozejrzała się po sali. Czego szukała? Jej spojrzenie omiotło stół Slytherinu i zatrzymało się dosłownie na nim. Nie spodziewał się, że zostanie przyłapany. Odchylił się lekko na krześle, ale nie przerwał kontaktu wzrokowego. Jej twarz przybrała dziwnie pusty wyraz. Cóż, to oczywiste, był przecież najprzystojniejszym chłopakiem w całej szkole; dotąd żadna mu się nie oparła.

Postanowił przeprowadzić próbę. Uśmiechnął się najlepiej, jak tylko potrafił. Wiedział, że w ten sposób oczaruje każdą niewiastę. Uwiedzenie kogoś średnio atrakcyjnego nie stanowiło dlań żadnego problemu. Dawno temu stracił nadzieję, że ktoś podejmie się wyzwania, ponieważ dziewczęta natychmiastowo ulegały jego urokowi.

Przez chwilę sprawiała wrażenie zaskoczonej. Prawie parsknął, widząc jej szeroko otworzone oczy i niedowierzające spojrzenie. Zaraz się zarumieni lub zacznie głupio chichotać. Banał w najczystszej postaci.

Został rozczarowany. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem, jakby miała się za lepszą. Jakim prawem? Pospiesznie wstała od stolika i opuściła salę, wciąż z tym zniesmaczonym wyrazem twarzy.

Suka.

Co było z nią nie tak? Jak śmiała nim pogardzać? Chociaż nie dał tego po sobie poznać, a w środku kipiał z wściekłości. Chwilę potem bardziej poczuł, aniżeli zobaczył, że ktoś zajmuje miejsce obok niego.

– Riddle. – Usłyszał powitanie.

– Lestrange – odpowiedział chłodnym głosem.

– Zastanawialiśmy się, kiedy zorganizujesz kolejne spotkanie – zagaił ostrożnie ślizgon.

– W następną sobotę – odparł, choć nie był w nastroju do użerania się z idiotami.

– To data wyjścia do Hogsmeade – jęknął Lestrange.

Riddle, wytrącony z równowagi zachowaniem nowej dziewczyny, odwrócił się do współdomownika.

– Jeżeli masz lepsze rzeczy do roboty, nie będę cię zmuszał do uczestnictwa – podsumował, a potem prawie się uśmiechnął z zadowoleniem.

Lestrange porządnie się wystraszył.

– Nie, nie. Oczywiście, że będę, będę – zapewnił, nie patrząc rozmówcy w oczy.

Riddle wstał, usatysfakcjonowany służalczą postawą kolegi. Jeśli nie chciał się spóźnić na lekcje, powinien zacząć się zbierać. Bez słowa pożegnania opuścił Wielką Salę i pomaszerował na zaklęcia.


Hermiona była skołowana. Szła na zajęcia, wciąż zaniepokojona pokręconym zachowaniem Riddle'a w Wielkiej Sali. Gdy podeszła do drzwi, okazało się, że jednak coś się w Hogwarcie zmieniło przez ten czas – zamiast na zaklęcia, weszła na historię magii drugiego roku. Z początku szukała w pobliżu właściwej klasy, ale nadaremnie. Kiedy otworzyła jedne drzwi, okazało się, że trafiła do schowka na miotły, przez co spadło jej na głowę stare wiadro, będące częścią wyposażenia szkoły. Spóźniła się na pierwsze zajęcia, chociaż wstała najwcześniej ze wszystkich. Weszła w inny korytarz, głośno przeklinając swój los.

– To słownictwo nie przystoi młodej damie! – zagrzmiał surowy kobiecy głos, więc automatycznie się odwróciła i zauważyła, że w jej kierunku zmierza nauczycielka, której dotąd nie poznała. – Pięć punktów od… Gryffindoru – dodała, uprzednio sprawdziwszy jej domową przynależność.

Hermiona zacisnęła z irytacji zęby. Nie dość, że była spóźniona, to jeszcze została zrugana jak pierwszoroczny.

– Najmocniej przepraszam, pani profesor, ale chyba się zgubiłam. Jestem nowa. – Z trudem powstrzymała nerwy.

– To nie jest powód, aby używać równie wulgarnego języka.

Nauczycielka wyglądała na mniej więcej czterdzieści lat. Była wysoka i szczupła, miała czarne włosy i zdecydowanie zbyt szpiczasty nos. Sprawiała wrażenie oschłej i nieatrakcyjnej kobiety.

Jak się okazało, Austeria Legifer nauczała zaklęć i uroków domowych. Hermiona nigdy wcześniej nie słyszała o takowych zajęciach, ale powiedziano jej, że są obowiązkowe.

Nieważne, pomyślała z irytacją.

Pani profesor marudziła przez następne pięć minut, zanim wskazała jej drogę. „Co się stało z twoimi włosami?", „Twój mundurek jest pomięty, to niedopuszczalne!", „To szkolna torba, czy pierwszy lepszy stary worek?".

Wspaniale, teraz to dopiero jestem spóźniona!

Hermiona pospieszyła we wskazanym kierunku i nim minęła minuta, stanęła przed właściwą klasą. Z wahaniem zapukała do drzwi, po czym otworzyła je i weszła do środka.

– Tak, kochana? W czym mogę pomóc? – zapytała starszawa, przemiła nauczycielka, najprawdopodobniej prowadząca.

– Chciałabym przeprosić za spóźnienie, pani profesor. Nazywam się Hermiona DeCerto i zabłądziłam po drodze…

– Ach, no tak, panna DeCerto. Zastanawiałam się, gdzie się pani podziała. – Uśmiechnęła się uprzejmie starsza pani. – Nazywam się Merrythought. Proszę usiąść i przestać się martwić. Spóźnienie zdarza się nawet najlepszym.

– Dziękuję i jeszcze raz przepraszam, pani profesor.

Hermiona rozejrzała się po sali i zauważyła, że weszła na zajęcia Gryffindoru ze Slytherinem. W tylnym rzędzie dostrzegła Longbottoma i Weasleya, którzy pomachali jej radośnie, ale niestety ich ławka była w pełni zajęta. Gdy omiotła wzrokiem przednie stoliki, z przerażeniem zauważyła, że jedyne wolne miejsce znajdowało się obok siedzącego przy oknie Toma Riddle'a. Nie mając innego wyjścia, podeszła do biurka, położyła torbę na podłodze i usiadła na krześle obok. Ten dzień zapowiadał się naprawdę fantastycznie. Wyciągnęła podręcznik do zaklęć, pióro i kilka arkuszy pergaminu oraz spróbowała skoncentrować się na ignorowaniu towarzystwa aspirującego Czarnego Pana.

W międzyczasie profesor Merrythought wznowiła przerwaną lekcję, wracając do tematu uroku Procelli. Hermiona całkiem dobrze go znała. Wypowiadając inkantację, można było stworzyć dosłownie wszystko, począwszy od lekkiej bryzy, a skończywszy na najprawdziwszym tornadzie. Nie był ani przydatny, ani praktyczny podczas pojedynków, ponieważ zgromadzenie odpowiedniej ilości magii i skumulowanie jej w jednym miejscu wymagało czasu, koncentracji i nakładu pracy – czyli wszystkiego, czego podczas bitwy brakowało. Nauczycielka zręcznie pominęła brak zastosowania bojowego uroku, mówiąc, że jest idealny na gorące, parne dni. To ma sens, pomyślała i wzruszyła w roztargnieniu ramionami.

Zaryzykowała spojrzenie na Riddle'a. Siedział na krześle z gracją i notował co ważniejsze informacje. Pisał schludnie i nie popełniał błędów ortograficznych. Wydawał się kompletnie pochłonięty przez zajęcia. Tak jakby, dodała w myślach. Najprawdopodobniej po cichu planuje, jak zniszczyć świat. Albo myśli o innych okropieństwach, na jakich skupiają się czarnoksiężnicy.

Ciemne włosy wpadały mu do oczu, które – jak mimowolnie zauważyła – były szare i kuszące. Zapewne przez wzgląd na przyszłość, ale spodziewała się zobaczyć krwistoczerwone tęczówki. Miał delikatne, atrakcyjne rysy twarzy, prosty nos, troszkę zaokrąglony na końcu i typowo męską szczękę. Skórę miał bladą, ale nie chorobliwie, czy do przesady. Cóż, musiała przyznać, że zapierał dech w piersiach. Gdyby nie wiedziała, że jest psychopatą, nazwałaby go cholernie przystojnym.

Może nawet najprzystojniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek widziałam, pomyślała z niesmakiem, zdegustowana własną postawą. Nie sposób przecież zaprzeczyć faktom. Skurczybyk jest pociągający. Jakie ma to znaczenie?

Wtem zauważyła, że jego kąciki ust unoszą się ku górze. Odłożył pióro i spojrzał na nią, unosząc jedną brew. Stało się najgorsze – została przyłapana na bezmyślnym gapieniu się. Po chwili, która wydawała się Hermionie wiecznością, opuścił brew, ale nie odwrócił wzroku. Miał naprawdę niespotykane oczy, nieludzko jasnoszare, błyszczące nawet w świetle padającym z okna. Uśmiechnął się, ale bez złośliwości, ot zachęcająco.

To kłamliwy uśmieszek, prawda? Idealnie odgrywał rolę wzorowego ucznia. Nigdy nie był dobrym człowiekiem. Zbyt dobrze wiedziała, czym się stał, żeby dać się nabrać – ot, zimnym, wyrachowanym, złym czarodziejem.

Odwróciła wzrok, nie odwzajemniwszy uśmiechu. Zdecydowanie nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Jak planowała to rozegrać? Myślała, że po prostu będzie go unikać i wszystko jakoś się ułoży? Jednak wciąż jestem naiwna. Nawet nie pomyślała, że pierwszego dnia wyląduje obok niego w ławce. Machinacje losu są naprawdę przerażające.

Przez resztę lekcji pozostała skupiona na wykładzie. Gdy dobiegła końca, w pośpiechu spakowała swoje rzeczy i pogalopowała do drzwi wyjściowych, ale zanim zdążyła wyskoczyć na korytarz, została zawołana.

– Zaczekaj.

Odwróciła się i zauważyła, że zatrzymał ją Riddle. Mimowolnie zarejestrowała, że był od niej o ponad głowę wyższy.

Czego chciał…?

– Słucham?

– Nie mieliśmy wcześniej przyjemności. Nazywam się Tom Riddle. – Z czarującym uśmiechem wyciągnął do niej rękę.

– Hermiona DeCerto. – Zawahała się, ale jeżeli nie chciała wzbudzać podejrzeń, musiała się przekonać. Uścisnęła mu dłoń, rejestrując, że była miła i przyjemna w dotyku.

– Wiem, dyrektor cię wczoraj przedstawił – odpowiedział. – Jak się czujesz w Hogwarcie?

Gdyby nie ty, byłoby mi weselej.

– Jest naprawdę miło.


Tom Riddle usiadł na swoim miejscu, a Merrythought zaczęła się rozwodzić nad niewiele przydatnym zaklęciem, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Przerwał sporządzanie notatek i zobaczył, że do klasy weszła ta nowa dziewczyna. Sprawdziwszy zegarek, zorientował się, że spóźnienie było ponad dziesięciominutowe. Opuściła Wielką Salę na długo przed nim, więc gdzie się dotąd podziewała? Jeżeli to fizycznie możliwe, była jeszcze bardziej rozczochrana, niż na śniadaniu.

Ewidentnie szukała wolnego miejsca. Cóż, miała tylko jedną możliwość. Gdy zobaczyła, że obok niego jest puste krzesło, znowu przybrała ten zniesmaczony wyraz twarzy. Naprawdę nie cierpiał tego zdegustowanego spojrzenia. Chociaż rozsadzało go od środka, nie mógł się skrzywić. Najprawdopodobniej najlepszą rozwiązaniem problemu będzie unikanie jej źródła. Nawet nie drgnął, gdy doń podeszła i zwaliła się na krzesło bez grama wdzięku.

Merrythought wznowiła wykład, chcąc ich pomęczyć urokiem Procelli. Czy ta lekcja może być jeszcze nudniejsza? Każdy mądry wiedział, że to zaklęcie jest kompletnie bezużyteczne. Mimo że miał ochotę odchylić się na krześle, paradoksalnie, pochylił się do przodu i wrócił do skrupulatnego notowania. Musiał dbać o reputację pilnego ucznia, a Merrythought bardzo go lubiła. Cóż, wszyscy nauczyciele za nim przepadali. Jakby nie patrzeć, nie sposób było mu się oprzeć.

Minęła chwila, zanim zauważył, że dziewczyna nie robiła żadnych notatek. Zaintrygowany, zaryzykował spojrzenie kątem oka. Oczywiście, gapiła się na niego niczym bezmyślne ciele. Najwyższy czas, aby doceniła piękno. Była raczej tępawa, prawda? Ale teraz, kiedy siedzieli tak blisko siebie, i ona musiała dostrzec, że nie jest pierwszym lepszym przeciętniakiem. Od samego początku wiedział, że w końcu nie wytrzyma i zakocha się w nim na zabój. Niczym się nie różniła od innych, równie beznadziejnych, pragnących atencji dziewczynek.

Zaryzykował bardziej bezpośrednie podejście. Odłożył pióro i spojrzał na nią z czarującym uśmiechem. Naprawdę nie wiedział, dlaczego tak się poświęca – przecież była poniżej jego godności. Poranny incydent w Wielkiej Sali wyprowadził go z równowagi i w jakiś niewytłumaczony sposób rozbudził w nim, dotąd uśpionego, ducha walki. Zamierzał sprawić, aby oddała mu serce, a potem zgnieść jej nadzieje zwykłą ignorancją.

Gdy została przyłapana, przybrała speszoną minę. Musiał się naprawdę postarać, żeby ten „szczery" uśmiech nie stał się pełen złośliwości.

Sądził, że zatriumfował, ale znowu się przeliczył. W momencie się zmieniła. Wbrew przypuszczeniom, nie zarumieniła się, nie zachichotała, a po prostu patrzyła na niego z pustymi oczami; następnie odwróciła wzrok. Zamrugał, zaskoczony. Ta dziewczyna naprawdę działała mu na nerwy. Wrócił do tworzenia notatek, ale zupełnie utracił wcześniejsze skupienie. W międzyczasie zerknął na nią ponownie, ale wydawała się nieporuszona. Jak śmiała go ignorować?

Przez resztę czasu próbował odzyskać nad sobą panowanie. Pod koniec lekcji miał wielką ochotę zgnieść ją niczym robaka. Co interesujące, dziewczyna wyglądała, jakby wiedziała, co chodzi mu po głowie i próbowała uciec z sali, zanim się spakuje.

– Zaczekaj – powiedział, wyprzedzając fakty.

– Słucham? – zapytała tonem, jakby jej przeszkadzał.

– Nie mieliśmy wcześniej przyjemności. Nazywam się Tom Riddle. – Sprawnie wszedł w rolę gentelmana.

– Hermiona DeCerto.

– Wiem, dyrektor cię wczoraj przedstawił. – Odnotował, że przez chwilę się wahała, nim uścisnęła mu dłoń. – Jak się czujesz w Hogwarcie? – Śmiało, suko. Masz okazję się wygadać.

– Jest naprawdę miło – odparła z roztargnieniem, patrząc na coś ponad jego ramieniem. Jej twarz się rozjaśniła, po czym podniosła do góry rękę. Sekundę później podeszli doń Longbottom i Weasley.

– Hej, Hermiono. – Uśmiechnął się Richard. – Cześć, Riddle.

Jak on gardził tymi bęcwałami. Najchętniej powiedziałby słowo lub dwa, ale musiał się powstrzymać i zachować pozory. Wszak był prefektem.

– Longbottom. Weasley. – Na przekór wszystkiemu skinął im głową.

– Cześć – wymamrotał pod nosem Mark, a Tom niemal się uśmiechnął. Obaj za sobą nie przepadali.

– Wybacz nam, Riddle – wtrąciła DeCerto. – Musimy zdążyć na historię magii. Wolałabym nie spóźnić się na następną lekcję.

To powiedziawszy, całą trójką opuścili salę. Kiedy został sam, natychmiast zrzucił masę idealnego ucznia. Wykrzywił we wściekłości wargi i obnażył zęby. Ta dziewczyna była niemożliwa. Poświęcił się i zagadał do niej pierwszy, a ona najzwyczajniej w świecie go wystawiła. Zostając w tyle, poczuł się jak największy idiota. To oburzające i musi się skończyć. Trzeba postawić DeCerto do pionu i pokazać jej, kto tutaj rządzi. Nie zamierzał dłużej znosić równie uwłaczającego zachowania.


Gdyby Hermiona zinfiltrowała umysł Toma Riddle'a, byłaby przerażona. Nieświadoma rosnącego zagrożenia, po prostu zabrała się za pałaszowanie obiadu. Zajęcia z historii magii były straszliwie nudne. Prawdę powiedziawszy, jedynym interesującym momentem było wkroczenie profesora do sali, bowiem okazało się, że w tych czasach Binns jeszcze żył. Kiedy zobaczyła, że wchodzi przez drzwi, a nie przenika przez ścianę czy podłogę, była bardzo zaskoczona i potrzebowała chwili, aby dojść do siebie. Niestety na tym różnice się skończyły, bowiem profesor przez lata nie zmienił sposobu prowadzenia zajęć. Najgorsze przyszło, dopiero gdy mężczyzna zaczął swój tradycyjny wykład. Hermiona w mig zrozumiała, że dawno przerobiła ten materiał, a teraz musiała go wysłuchiwać ponownie. Kiedy zajęcia dobiegły końca, była bardziej niż szczęśliwa. Razem z Longbottomem, Weasleyem i Lupinem pomaszerowała do Wielkiej Sali na obiad. Naprawdę zapałała do nich szczerą sympatią, zwłaszcza że dwójka nieświadomie uratowała ją przed Riddle'em po zaklęciach.

– Poważnie, DeCerto? Nie przesadzasz aby z porcją? – Siedząca naprzeciwko Viola Brown spojrzała na talerz Hermiony z wypisanym na twarzy obrzydzeniem.

– Jestem głodna. – Wzruszyła ramionami.

– To twój drugi duży posiłek. Szybko przytyjesz – dodała Lucia Reeves z miną, jakby był to los gorszy od śmierci.

Żyjąc w biegu przez ostatnie dwa lata, Hermiona nieraz głodowała. Czasami wędrowała z pustym brzuchem przez dwa lub trzy dni, więc gotowane w Hogwarcie posiłki wydawały jej się prawdziwym luksusem.

– Przestańcie, niech wcina! – wtrącił się Weasley.

W tym samym momencie do Wielkiej Sali wszedł Riddle w towarzystwie grupy ślizgonów. Od razu ruszył w stronę stołu Slytherinu, zaś koledzy posłusznie podążyli za nim.

– Och, to Riddle! – zaszczebiotała Rose Smith.

– Najseksowniejszy facet w szkole – dodała Lucia.

– Fuj, dziewczyny! – Longbottom był oburzony. – To antypatyczny gbur!

– Antypatyczny? – zapytała niewinnym tonem Hermiona, chcąc wyciągnąć więcej informacji od współdomowników.

– Arogancki kretyn! – dodał, niczego nie wyjaśniając.

– Zdecydowanie przesadzasz, Mark. – Weasley rzucił przyjacielowi zirytowane spojrzenie. – Gość wcale nie jest taki zły.

– Twierdzisz tak tylko dlatego, że pomógł ci z napisaniem eseju na zielarstwo. – Longbottom był nieugięty w swojej ocenie.

– Naprawdę jest okropny? – drążyła DeCerto, w pełni zainteresowana tematem.

– Owszem, to zarozumiały mały gnojek! – powiedział z przekonaniem Mark.

– Longbottom jest po prostu zazdrosny – skontrowała kolegę Rose.

– To naprawdę miły chłopak. Jest prefektem i prymusem w każdej klasie – dodała Lucia. – I oczywiście jest bardzo przystojny oraz popularny. W szkole założony został nawet fanklub Riddle'a. Chcesz się przyłączyć, DeCerto?

– Co takiego…? Nie, spasuję.

– Chociaż jedna dziewczyna ma trochę rozumu w głowie! – wykrzyknął Mark, zakańczając rozmowę.

Hermiona spojrzała z powrotem na Riddle'a. Siedział przy stole Slytherinu i rozmawiał z chłopakiem obok. Raczej nie są przyjaciółmi, pomyślała. To relacja na zasadzie pan-sługa. Longbottom ma całkowitą rację – facet jest wcieleniem zła.