8. WIEM, KIM JESTEŚ
Hermiona wykorzystała resztę wolnego na nadrobienie pracy domowej i następną sesję badawczą w bibliotece. Infiltrację gabinetu Dumbledore zaplanowała po zemście na Riddle'u, dlatego też wstrzymała się z poznaniem rutyny profesora. I tym oto sposobem weekend minął bez większych ekscesów.
W poniedziałek czekała na chłopców w umówionym miejscu, to znaczy w korytarzu nieopodal biura Slughorna. Zgodnie z umową, około godziny siódmej zjawili się Longbottom z Lupinem, niosąc o wiele bardziej wypchane torby aniżeli zazwyczaj.
– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się Hermiona. – Macie wszystko, co potrzebne?
– Jasne. – Mark wciąż nie mógł przeboleć zakazu przeklinania Riddle'a.
– Gdzie jest Richard? – Amarys zmarszczył brwi.
– Z pewnością zaraz przyjdzie – odpowiedziała z przekonaniem, a chwilę później chłopak rzeczywiście wyszedł zza zakrętu. – Czy Slughorn jest w Wielkiej Sali? – zapytała, kiedy się zatrzymał.
– Tak. Siedzi przy stole nauczycielskim i opycha się bajglami – powiedział bez tchu.
– Wspaniale, czyli możemy zająć się resztą. Idźcie do jego gabinetu i wszystko przygotujcie. Powinno wam to zająć maksymalnie dziesięć minut. W międzyczasie wrócę do Wielkiej Sali i będę miała na niego oko.
– Rozkaz, jaśnie pani. – Longbottom zasalutował.
– Naprawdę wiecie, co robić? – zapytała po raz kolejny.
Weasley przewrócił oczami.
– Spokojnie, Hermiono. Przerabialiśmy to ze sto razy. Jeżeli jakimś cudem damy ciała, mamy do dyspozycji jeszcze genialny mózg Lupina. – Szturchnął przyjaciela w bok. – W najgorszym wypadku on wszystko naprawi.
– W porządku. – Uśmiechnęła się pogodnie. – Jestem wam strasznie wdzięczna.
Longbottom się zaśmiał.
– Aww, to słodkie, Hermiono. Dziękowałaś nam już z milion razy. Naprawdę uwielbiamy dowcipy. Niczym się nie martw. – Uniósł brwi. – Nie mogę się doczekać przedstawienia, które nam potem zaserwujesz.
– I pomyśleć, że przegapię najlepszą część. – Richard potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Głupie wróżbiarstwo!
– W porządku, ruszajmy. – Uśmiechnęła się zachęcająco.
Gdy dopracowali szczegóły, Hermiona wróciła do Wielkiej Sali. Szczerze mówiąc, była bardzo zdenerwowana. Rzuciła wyzwanie Lordowi Voldemortowi, więc miała prawo do strachu. Czuła się źle, angażując w zemstę kolegów z Gryffindoru, ale zawczasu zadbała, aby nie zostali powiązani ze sprawą. Jeżeli coś pójdzie nie tak, Riddle skupi się wyłącznie na niej. Do diabła, nawet jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, i tak stanie się celem.
Mogła mieć tylko nadzieję, że dywersja w biurze pójdzie gładko. Chłopcy mieli uwarzyć miksturę Kapnosa, której stara receptura została zamieszczona w podręczniku do historii magii. Została wynaleziona w starożytnej Grecji i miała na celu wykurzanie wrogów, dosłownie i w przenośni. Zadanie chłopców ograniczało się więc do uwarzenia eliksiru, a następnie rozlania go po całym gabinecie. Nim minie kilka minut, ciecz zacznie parować, w rezultacie czego wytworzy się gęsty, ciężki dym, którego nie sposób się pozbyć żadnymi zaklęciami. To wspaniale, że Lupin również brał w tym udział, ponieważ był najlepszym warzycielem z całej trójki. Gdy chłopcy skończą pracę, Weasley pobiegnie po profesora, który zaś będzie musiał uporać się z narobionym bałaganem. W rezultacie spóźni się na zajęcia, co da Hermionie czas na załatwienie sprawy.
Weszła do Wielkiej Sali i usiadła przy stole Gryffindoru. Zjadła śniadanie i poczekała, aż Weasley przybiegnie po nauczyciela. Wszystko szło zgodnie z planem, zaś opóźnienie dawało jej od dziesięciu do dwudziestu minut. Spokojnym krokiem zeszła do lochów. Nie musiała się spieszyć, ponieważ wiedziała, że nauczyciel przyjdzie spóźniony, a potrzebowała obecności innych uczniów. Sala eliksirów była po prostu idealnym miejscem. Dzieliła z Riddle'em stanowisko, zaś Rose i Lucia siedziały dosłownie za nią. Z pewnością usłyszą każde słowo, a że obie są wielkimi plotkarami, w okamgnieniu rozniosą wieść po całej szkole.
Gdy podeszła pod klasę, z uśmiechem zarejestrowała dochodzące ze środka rozmowy. Otworzyła drzwi, ale wcześniej wygładziła twarz. Wchodząc do środka, starała się wyglądać na przygnębioną. Jednym spojrzeniem potwierdziła swoje przypuszczenia – Riddle już siedział na swoim miejscu. Kiedy uczniowie zarejestrowali dźwięk otwieranych drzwi, ucichli, najprawdopodobniej spodziewając się nadejścia nauczyciela. Gdy zdali sobie sprawę, że to ona, natychmiast spojrzeli nań z obrzydzeniem. Spuściła głowę i powolnym krokiem podeszła do swojego stanowiska. Ślizgon zachowywał się dosyć nonszalancko – jedną rękę w eleganckiej manierze oparł na krześle, zaś drugą na stoliku; zabłąkany loczek dotykał mu górnej wargi. Obserwowana, usiadła w pierwszej ławce. Kątem oka widziała, że chłopak rzucił jej zadowolone z siebie spojrzenie.
Jeszcze chwila, pomyślała z satysfakcją. Chociaż w środku się uśmiechała, na zewnątrz pokazywała strach i zmartwienie. Chłopak z pewnością był uszczęśliwiony z powodu jej potulnego zachowania.
– Riddle? – zapytała ściszonym głosem.
Uniósł brew i spojrzał na nią kokieteryjnie.
– Tak, DeCerto?
– Ja… – udała zawahanie. – Słuchaj, chciałabym cię przeprosić. – Mogła powiedzieć, że był szczerze zaskoczony. – Wiem, że zachowałam się niewłaściwie. Nie powinnam była na ciebie naciskać – dodała, a z twarzy Riddle'a zniknęła wszelka zarozumiałość, zastąpiona ostrożną podejrzliwością. Oboje bowiem wiedzieli, że nigdy nie wywierała nań żadnej presji. – Jest mi naprawdę przykro, że wyżyłam się na tobie na obronie przed czarną magią i… że osaczyłam cię wtedy na korytarzu.
Z niemałą satysfakcją odnotowała, że rozmowy wokół niej umilkły, a więc uczniowie się przysłuchiwali. To było cholernie ważne, żeby słyszeli każde wypowiedziane przez nich słowo. Teraz wystarczyło poprowadzić rozmowę we właściwym kierunku.
– Myślałam, że zrozumiesz, kiedy powiedziałam ci, dlaczego tak bardzo zależało mi na tej randce – kontynuowała zawstydzonym tonem.
Spojrzenie Riddle'a pociemniało.
– Niczego takiego nie mówiłaś.
– W porządku. – Westchnęła i iście aktorskim ruchem wytarła nieistniejącą spływającą po policzku łzę. – Gdzieś w środku wiedziałam, że nie słuchałeś mnie uważnie – powiedziała, z trudem hamując prawdziwy płacz.
Z tyłu klasy dobiegło szuranie, które podpowiedziało jej, że siedzący w ostatnich rzędach uczniowie przysunęli się bliżej. W pewnym momencie usłyszała nawet wypowiedziane szeptem „biedna dziewczyna". Nie mogąc się dłużej powstrzymać, zaczęła jawnie płakać. To było naprawdę przezabawne! Chyba jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawiła.
– Więc dlaczego chciałaś się ze mną umówić? – zapytał Riddle, najprawdopodobniej chcąc ją zawstydzić na forum. Zapewne liczył na „Bo jesteś cholernie przystojny", czy coś równie głupiego. Hermiona musiała się naprawdę postarać, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
– Zapewne pamiętasz, że opowiadałam ci o przyjacielu, którego miałam we Francji. Był dla mnie naprawdę ważny. – Spuściła ze smutkiem wzrok. – W pewnym momencie naszej znajomości poprosił mnie o rękę… – urwała, jakby próbując się uspokoić. Gdy podniosła wzrok, zauważyła, że Riddle patrzył nań szczególnie intensywnie. Najwyraźniej zupełnie nie rozumiał, do czego zmierza. – Mówiłam ci, co stało się potem. To było naprawdę straszne. – Westchnęła i z trudem przełknęła ślinę. – Mój narzeczony został zabity – kontynuowała, zaś kilkoro uczniów wciągnęło gwałtownie powietrze. Spojrzawszy w szare oczy, znów przetarła dłonią policzek. Chyba mogłaby spróbować kariery aktorki. – Musiałam opuścić Francję, więc przyjechałam do Anglii, żeby dokończyć naukę w Hogwarcie. – Niemal czuła w powietrzu ciekawość współdomowników. Oczywiście, nie zamierzała ich zawieść. – Opowiedziałam ci trochę o narzeczonym, ale nie wspomniałam, że… wyglądasz zupełnie, jak on! – Spojrzała błagalnie na Riddle'a. – Równie dobrze mógłbyś być jego bliźniakiem.
Szczerze mówiąc, Tom był zszokowany. Wiedział, że bierze udział w przedstawieniu, przejrzał ją na wylot, ale niewiele mógł z tym teraz zrobić, zwłaszcza że wszystkiemu przysłuchiwali się spragnieni sensacji gryfoni i ślizgoni.
Hermiona widziała, że jest wściekły. Gdyby mogła, roześmiałaby się w głos.
– Musiałam spróbować szczęścia. Wiem, że to było głupie. On nie żyje i nigdy do mnie nie wróci, ale ilekroć na ciebie patrzyłam… – urwała, nie zamierzając dokończyć zdania. Znów otarła mokre policzki. – Kiedy dałeś mi kosza, byłam naprawdę zła, ale przede wszystkim na siebie. Byłam głupia, by biec za marzeniami. Przepraszam, że się na tobie wyładowałam.
Riddle się zagapił, ale nie miał zamiar odpuścić.
– Współczuję ci straty, ale zaklęcia, których użyłaś podczas naszego pojedynku były szczególnie niebezpieczne – zagaił zaciekawionym głosem. – Czyli chciałaś jedynie wyładować gniew?
Brzmiał na wyrozumiałego, ale Hermiona nie dała się zwieść. Wyglądał, jakby akceptował jej tłumaczenia, ale serdeczność nie sięgała mu oczu. Był cholernie dobry, ale dziś to nie wystarczy, pomyślała, w pełni przygotowana na udzielenie odpowiedzi.
– Masz rację, były niebezpieczne – przyznała cicho. – Wybacz, poniosło mnie – dodała przepraszającym tonem, chcąc, aby podrążył temat.
Riddle sprawiał wrażenie triumfatora, dlatego też uśmiechnęła się w duchu. Twoje niedoczekanie, palancie.
– Jednego nie rozumiem – powiedział, zmarszczywszy w zakłopotaniu brwi. – Czemu miałabyś atakować kogoś, kto przypomina ci narzeczonego?
– Bo widzisz, nie został zabity przez niego – wyznała ściszonym głosem, dobrze wiedząc, że klasa dopowie sobie resztę. To oczywiste, że wszyscy pomyślą o Gellercie Grindelwaldzie. – Mój narzeczony był naprawdę dobrym człowiekiem, ale to, co działo się we Francji, przechodziło ludzkie pojęcie. Atmosfera była po prostu okropna, ludzie się bali i podejrzewali wszystkich wokół. W pewnym momencie… poznał niewłaściwych ludzi i zaczął obracać się w złym towarzystwie. Właśnie wtedy się zmienił. Został uwiedziony przez czarną magię – kontynuowała i prawie się uśmiechnęła, gdy usłyszała przerażone sapnięcia. – Zerwałam nasze zaręczyny, bo nie mogłam za nim podążać. Zanim się rozstaliśmy, powiedział mi, że dołączył do niego. Niedługo później dowiedziałam się, że zaatakował własną rodzinę, ponieważ odmówili współpracy. – Czas na decydujący moment. Musiała rozegrać to bardzo ostrożnie. – W trakcie ataku… zabił własnego ojca, Riddle.
Ślizgon zesztywniał, chociaż tylko ona to zauważyła. W jego jasnoszarych oczach widać było chłodne poruszenie i emocję, której Hermiona nie potrafiła zidentyfikować.
– Możesz to sobie wyobrazić? – zapytała. – Jak można zabić własnego ojca? To nikczemna zbrodnia! – Oczywiście, że wiedział, jakie to uczucie. Jakby nie patrzeć, kilka miesięcy temu pozbawił życia swojego tatę i mugolskich dziadków. – Wyjechałam z Francji tuż po tym, jak dowiedziałam się, że został złapany przez aurorów. Wywiązała się brutalna walka, w której zginął – wyszeptała i upewniła się, że w jej głosie słychać smutną nutę. – W trakcie naszego pojedynku na lekcji obrony byłam zdezorientowana. Zupełnie was pomyliłam. Kiedy podniosłeś różdżkę, wróciły do mnie wszystkie wspomnienia i zatraciłam się w myślach. Zapomniałam, z kim mam do czynienia, przestraszyłam się i skupiłam na walce. Używałam niebezpiecznych zaklęć, bo byłam przekonana, że jeżeli się poddam, to zostanę zabita. – Wzięła głęboki, z pozoru uspokajający oddech. – Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Spojrzała nań wyczekująco, podobnie jak reszta klasy. Siedział na swoim krześle z wyprostowanymi plecami, przywodząc na myśl gotowego do ataku drapieżnika. Najprawdopodobniej rozważał możliwe opcje, aczkolwiek w gruncie rzeczy nie miał większego wyboru. Co mógł przecież zrobić? Powiedzieć biednej dziewczynie, która straciła na wojnie najlepszego przyjaciela, że nigdy jej nie wybaczy? Nie, to zniszczyłoby jego doskonałą reputację, nad którą pracował od pierwszego roku nauki. Najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku, ponieważ uśmiechnął się doń czarująco.
– Oczywiście, że przyjmuję twoje przeprosiny. Rozumiem, że naprawdę wiele przeszłaś.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się z ulgą Hermiona, ale oboje doskonale wiedzieli, że ów uśmiech był równie szczery, co przeprosiny i przebaczenie.
W tym samym momencie drzwi do klasy otworzyły się na oścież i do środka wpadł profesor Slughorn. DeCerto niemal zachichotała na idealne wyczucie, które nieświadomie zaprezentował uczniom. Wyglądał na lekko rozczochranego.
– Wybaczcie mi, proszę, małe opóźnienie, ale napotkałem po drodze problem, który musiałem w pierwszej kolejności rozwiązać – powiedział na wstępie nauczyciel, gdy podszedł do biura. – Nie marnujmy więcej czasu. – Wyciągnął z torby stos pergaminów, po czym rozdał je uczniom. – Przeczytałem wasze eseje na temat eliksiru Ortus – oświadczył, podając wypracowanie Lupinowi. – Jestem zachwycony, że większość z was zrozumiała istotę tego wspaniałego eliksiru. Niestety inni powinni zastanowić się nad podstawami – dodał, marszcząc brwi na Longbottoma. – Gdy profesor podszedł do pierwszej ławki, bez słowa wręczył Malfoyowi wypracowanie. Potem uśmiechnął się do swojego ulubieńca. – Jak zwykle, doskonała praca, panie Riddle'a. – Następnie spojrzał na DeCerto. – Pani esej na temat eliksiru Ortus był pierwszorzędny, panno DeCerto. Nigdy nie czytałem równie szczegółowego opisu. To było naprawdę pouczające. – Uśmiechnął się Slughorn.
Ku rozbawieniu Hermiony, Riddle dyskretnie spiorunował ją wzrokiem. Najwyraźniej nie podobało mu się, że również jest chwalona, ale szczerze mówiąc, spodziewała się pochwały. Odkąd na pierwszej lekcji wspomniał, że będą warzyć Ortis, przestudiowała każdą dostępną w bibliotece książkę, gromadząc mnóstwo informacji. I było gorzej, niż się spodziewała. Mikstura rzeczywiście potrafiła określić faktyczną datę urodzenia poddawanego próbie. Wniosek? Wpadła w poważne tarapaty.
Resztę zajęć profesor Slughorn przeznaczył na wykładanie o różnicach w jakości ingrediencji i ich wpływie na przygotowywane mikstury. Hermiona uważała lekcję za całkiem interesującą, dopóki nie zobaczyła, że Riddle nawet nie kłopotał się spisywaniem notatek. Zamiast tego po prostu mordował ją wzrokiem. Zauważywszy to spojrzenie, zapragnęła, aby zajęcia szybko się skończyły. Wtedy mogłaby uciec przed zemstą chłopaka.
Plan, który opracowała, okazał się spektakularnym sukcesem. Czas pokaże, czy uczniowie zmienią do niej podejście, ale gdzieś w środku wiedziała, że owszem i to całkiem szybko. Najlepsze było to, że osiągnęła cel, zmuszając Riddle'a do przyjęcia przeprosin. Jeżeli przestanie być atakowana, będzie za to odpowiedzialny, czyli poniekąd spełnił swoją obietnicę. Niestety, wnioskując po jego niezadowolonej minie, też był zdania, że został przechytrzony. Z pewnością znajdzie kreatywny sposób, żeby się odwdzięczyć pięknym za nadobne. Niemniej jednak zemsta była słodka. Ślizgon wykorzystał swoją popularność, żeby zniszczyć jej reputację, więc zastosowała tę samą strategię. Oczywiście, zawsze mogła go wyśmiać bądź przekląć, ale to było zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące, zwłaszcza że zupełnie się nie spodziewał takiego obrotu spraw.
Wiedziała, że potrzebowała czegoś subtelniejszego. Riddle włożył naprawdę wiele wysiłku w rozdmuchanie plotki i dostarczenie światu dowodów, więc najlepszym rozwiązaniem okazało się wykorzystanie przygotowanego zawczasu gruntu. Z początku plotka miała na celu pokazanie jej, kto tutaj rządzi, umniejszenie samooceny, zamknięcie w labiryncie kłamstw oraz przedstawienie jej jako szalonej prześladowczyni. Hermiona skorzystała z tej drogi, wplatając między zdania kilka własnych wymysłów. Kiedy przyjmował wyimaginowane przeprosiny, prawie się trząsł ze złości. Kontrolowała każdy aspekt rozmowy, przez co był zmuszony robić dokładnie to, czego chciała. Oczywiście, dla Lorda Voldemorta najgorszą rzeczą było przyznanie się do porażki.
Z zamyślenia wyrwało ją dopiero zakończenie przez profesora zajęć. Uczniowie wstali i zaczęli pakować swoje torby, z zamiarem opuszczenia klasy. Gdy Hermiona mijała biurko Slughorna, ten rzucił jej wyczekujące spojrzenie.
– Proszę zaczekać, panno DeCerto.
W oczach nauczyciela zobaczyła ten niesławny błysk i w mig się domyśliła, czego od niej oczekuje.
– Oczywiście, proszę pana – odpowiedziała posłusznie, ale obejrzała się na drzwi wyjściowe. Longbottom stał na korytarzu i dłonią dawał jej do zrozumienia, że zaczeka na zewnątrz. Szczerze mówiąc, była mu za to wdzięczna, bo naprawdę nie chciała, żeby Riddle napadł na nią w drodze powrotnej do pokoju wspólnego.
– Cóż, mam nadzieję, że znalazła pani trochę czasu, żeby rozważyć moje zaproszenie – zagaił przyjaźnie profesor.
Spróbowała się uśmiechnąć. Nie zamierzała dołączać do Klubu Ślimaka, ale wiedziała, jak uparty potrafi być Horacy Slughorn. Co więcej, zdecydowanie nie potrzebowała, aby zainteresował się jej odmową równie namolnie, co Riddle.
– Tak, proszę pana. Z chęcią się przyłączę – skłamała.
– Wybornie, bardzo się cieszę. – Uśmiechnął się profesor. – Szczęśliwie się złożyło, że w ten piątek organizuję małe przyjęcie. Liczę, że się pani zjawi.
Hermiona z trudem utrzymała uprzejmy wyraz twarzy.
– Oczywiście, profesorze.
– Wspaniale. Zaczniemy około godziny ósmej. Naturalnie, możesz zabrać ze sobą osobę towarzyszącą. Jestem pewien, że masz mnóstwo wielbicieli – kontynuował i puścił jej oczko.
Opuszczając klasę, pomyślała, że to po prostu niesamowite, jak mało w ciągu pięćdziesięciu lat zmienił się Slughorn. Miał teraz gęściejsze włosy i trochę mniejszy brzuszek, ale wciąż był sobą z przyszłości. W jakiś pokręcony sposób znalazła w tym odkryciu ukojenie.
Zgodnie z obietnicą, Lupin i Longbottom czekali nań na korytarzu. Mark pomachał jej radośnie ręką, za to Amarys sprawiał wrażenie zamyślonego.
– Łał, to była naprawdę niesamowita gra aktorka, Hermiono. Nigdy nie widziałem równie zdezorientowanego Riddle'a. – Uśmiechnął się Longbottom, kiedy podeszła bliżej. – Ten dupek naprawdę nie wiedział, co ci powiedzieć na samym końcu.
– Myślicie, że to zadziała?
– No baa! – Mark objął ją po przyjacielsku ramieniem. – Stawiam, że wieść rozniesie się do wieczora i na kolacji nikt cię nie zaczepi. Wszyscy przestaną cię drażnić, zobaczysz.
Drażnić…? Hm, zdecydowanie użyłaby tutaj innego terminu, ale stłamsiła te chęci, zadowolona z sukcesu własnej intrygi. Wtem zauważyła, że Lupin wciąż wyglądał na niepewnego.
– Nie pochwalasz tego, co zrobiłam? – zapytała ze śmiałością.
– Ciężko stwierdzić. Historia, którą opowiedziałaś, jest naprawdę skomplikowana i momentami wręcz bardzo niewiarygodna.
– Lepiej porozmawiać o tym w pokoju wspólnym, niż na środku korytarza. Nie chcę, żeby ktoś nas podsłuchał.
Jak powiedziała, tak zrobili. W trakcie drogi Hermiona zastanawiała się, ile powinna zdradzić kolegom, podczas gdy Longbottom wciąż wyśmiewał zdezorientowaną minę Riddle'a. Kiedy usiedli na kanapie, rzuciła zaklęcie wyciszające.
– Rozumiem twoje wątpliwości, Amarysie. I pojmuję twoją perspektywę – powiedziała poważnie, zanim którykolwiek z chłopców zdążył zabrać głos. – Wymyślanie łzawej historyjki, żeby inni mi współczuli, na pierwszy rzut oka wydaje się poniżej mojej godności, zwłaszcza że chciałam odegrać się na Riddle'u.
– Skończ z samooczernianiem. To przecież było genialne! – Mark zachichotał.
– Sęk w tym, że ta historia ma w sobie ziarno prawdy – kontynuowała ściszonym głosem.
Chłopcy zaniemówili. Lupin zrobił wielkie oczy, zaś Longbottom natychmiast przestał się śmiać.
– Opowiedziałaś prawdę? – Amarys był zszokowany.
Hermiona na chwilę spuściła wzrok.
– Mniej więcej.
– Która część była prawdziwa? – Lupin położył jej dłoń na ramieniu. W trudnych chwilach był dlań naprawdę dużym wsparciem.
– Mój przyjaciel naprawdę był podobny do Riddle'a – wyznała, w duchu przepraszając Harry'ego. – Był dla mnie bratem i strasznie go kochałam. Owszem, miał do czynienia z mrocznym czarodziejem, ale nigdy do niego nie dołączył – kontynuowała ze smutkiem. – Był prawdziwym bohaterem. Za wszelką cenę próbował go powstrzymać i ostatecznie pokonał go w pojedynku. – Uśmiechnęła się z nostalgią. – Był wspaniałym czarodziejem.
– Był…? – zapytał cicho Amarys.
Wzięła głęboki oddech.
– Yhym. Harry zrobił wszystko, co mógł, walczył dzielnie, ale stracił życie. Niestety, ten czarnoksiężnik również był bardzo potężny.
Chłopcy zamilkli. Hermiona spojrzała na swoje złączone na kolanach dłonie. Miała nadzieję, że Harry wybaczy jej modyfikację prawdziwej historii. Z drugiej strony odegrała się na Riddle'u, więc może nawet byłby zadowolony.
– Szczerze współczujemy.
– Tak, nawet nie przypuszczaliśmy.
Chłopcy wciąż siedzieli na kanapie, ale wyglądali na bardzo przygnębionych.
– W porządku. Jestem pewna, że gdziekolwiek jest teraz Harry, śmieje się wniebogłosy. – Uśmiechnęła się ze pogodniej. Nie chciała już widzieć smutnych twarzy. Miała ich dość na całe życie. – On też nie polubiłby Riddle'a – dodała ze złośliwością.
Przez resztę dnia Hermiona z satysfakcją obserwowała, jak uczniowie reagują na nowo zdobyte informacje. Kiedy szła na następne zajęcia, zauważyła, że liczba piorunujących ją wzrokiem dziewcząt stopniowo maleje, zaś podczas lunchu odparła jedną klątwę, a nie dziesięć zwyczajowych. Była szczerze zaskoczona, gdy jedna z młodszych gryfonek podeszła do winnej krukonki i z oburzeniem zaczęła prawić jej morały. Tempo, w jakim rozprzestrzeniła się usłyszana historia, było naprawdę niesamowite. Cieszyłaby się jeszcze bardziej, gdyby nie nachmurzone spojrzenia Riddle'a. W miarę, jak inni łagodnieli, on coraz to mocniej się gapił. Zaraz po incydencie z reprymendą w Wielkiej Sali, Hermiona podłapała jego wzrok. Emanował władzą, potęgą, nienawiścią i obietnicą straszliwej zemsty. Po kręgosłupie przeszedł jej zimny dreszcz i natychmiast odwróciła spojrzenie.
Paradoksalnie, dzień okazał się bardzo długi. Odetchnęła ze spokojem, dopiero kiedy znalazła się w pokoju wspólnym, gdzie razem z chłopcami zwaliła się na kanapę. Ogień wesoło trzaskał w kominku, więc z przyjemnością przymknęła oczy, niespodziewanie znużona. Użeranie się z Tomem Riddle'em przyprawiało ją o ból głowy i odbierało siły do życia. Walczyła już z Lordem Voldemortem i nie chciała powtarzać tego doświadczenia. Wiedziała, że był niebezpiecznym i okrutnym przeciwnikiem. Ostatnim razem towarzyszyli jej przyjaciele, ale tutaj, w przeszłości, była zupełnie sama. Oczywiście, znalazła dobrych znajomych, ale chłopcy byli nieświadomi jej problemów z czasem, a nie zamierzała obciążać ich wiedzą o przyszłych wydarzeniach. Wciąż nie wiedziała, dlaczego obudziła się w latach czterdziestych. Czy to kara za przełamanie Czarnej Różdżki?
Westchnęła.
– Wszystko w porządku, Hermiono?
Usłyszała głos Longbottoma, więc otworzyła oczy i ujrzała siedzących na kanapie chłopców. Amarys i Richard byli w trakcie partii czarodziejskich szachów, którą Lupin spektakularnie przegrywał. Wyglądało na to, że strategiczne myślenie jest częścią weasleyowskiej spuścizny. Mimowolnie się uśmiechnęła.
– Jestem po prostu zmęczona – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Cóż, najwidoczniej snucie sprytnych intryg to cholernie męczące zajęcie. – Wyszczerzył się Richard, podnosząc wzrok znad szachownicy.
– No owszem. – Odwzajemniła uśmiech. – Niemniej jednak było warto.
– Miałem rację, Hermiono. – Longbottom wypiął dumnie pierś. – Zanim ten dzień się skończy, wszyscy poznają „prawdę". Co więcej, wśród gryfonów już zyskałaś na popularności. Nikt nie zamierza cisnąć w ciebie klątwą – dodał, po czym mimo wszystko rozejrzał się po pokoju.
– Co chciał od ciebie Slughorn? – zapytał nagle Lupin.
– Hm…?
– Zatrzymał cię po eliksirach, prawda?
– Aa, no tak. Zapytał mnie o Klub Ślimaka, więc dołączyłam. – DeCerto musiała walczyć, żeby powstrzymać niechęć, która potrzebowała werbalizacji. – Chwilę później zaprosił mnie na spotkanie w piątek.
– Słyszałem: Klub Ślimaka? – Longbottom prawie podskoczył na kanapie, a potem zaczął strzelać oczami między Hermioną a Amarysem. – Czyli wybieracie się tam razem?
Lupin wybuchnął śmiechem.
– Co cię tak śmieszy? – zapytała, zdziwiona wybuchem przyjaciela.
– Mark zawsze chciał iść na sławną imprezę do Slughorna – wytłumaczył z uśmiechem na twarzy.
– Jesteś po prostu mistrzem subtelności, Longbottom. – Wyszczerzył się Richard, po czym szturchnął chłopaka w bok.
– Chciałbyś, żebym cię zaprosiła? – zapytała słodko Hermiona, aczkolwiek uśmiech, który zaprezentowała, przeczył pokazywanej niewinności.
– Oj, bardzo – odpowiedział z miną proszącego szczeniaczka.
– No nie wiem, Longbottom. Mam naprawdę wielu wielbicieli – parsknęła. – Przecież nie wezmę ze sobą pierwszego lepszego faceta.
– Właśnie, właśnie. Nie schodź poniżej pewnego pułapu. – Richard zrobił poważną minę. – Myślę, że powinnaś zaprosić Riddle'a.
W grupie zapadła cisza, by po kilku sekundach zostać przerwaną przez gromki wybuch śmiechu.
– Może naprawdę powinnam. Jestem ciekawa, jaką zrobiłby minę. – Uśmiechnęła się szeroko. – Wracając do poważnych rozważań, byłoby bardzo miło, gdybyś zechciał towarzyszyć mi na przyjęciu – dodała w stronę Marka, uprzednio kładąc mu dłoń na ramieniu. Chłopak gwałtownie się zaczerwienił, więc postanowiła się ewakuować. Nie otrzymawszy odpowiedzi, wstała z kanapy. – Lecę spać, jestem po prostu padnięta – powiedziała na odchodne kolegom i ruszyła w stronę dormitorium dziewcząt.
– Jasne, dobranoc, Miona! – zawołał za nią wciąż rozbawiony Weasley.
Gdy weszła do sypialni, prawie prychnęła z irytacją, zastawszy trzy z czterech współlokatorek czytających magazyn o modzie na różowym posłaniu. Zgodnie ze swoim zwyczajem, w milczeniu podeszła do swojego łóżka.
– Idziesz już spać, Hermiono? – zapytała Rose.
Och, więc wróciliśmy do imion?, pomyślała ze złością.
– Tak, jestem zmęczona – odpowiedziała grzecznie, choć beznamiętnie.
– Absolutnie wykluczone! Musisz nam opowiedzieć więcej o chłopcu, który jest podobny do Toma Riddle'a! – poprosiła skomlącym głosem Lucia.
DeCerto wzięła głęboki oddech, aby uspokoić nerwy; ognisty temperament dawał o sobie znać głośno i wyraźnie. Czy te pustogłowy naprawdę oczekiwały, że po ostatnich tygodniach, gdzie ciągle robiły jej na złość i dokuczały na wszystkie możliwe sposoby, przyjdzie czas na koleżeńskie zwierzenia?
– Nie jestem skłonna plotkować o przyjacielu, który nie żyje – odpowiedziała chłodnym tonem.
Dziewczęta miały chociaż na tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na zawstydzone. Lucia natychmiast spuściła wzrok i zaczęła nerwowo wyłamywać sobie palce.
– Oczywiście – mruknęła z widocznym zakłopotaniem.
DeCerto odwróciła się i, wciąż rozzłoszczona, pomaszerowała wprost do swojego łóżka. Gdy podeszła do szkolnego kufra, usłyszała głos Diany.
– Hermiono? Naprawdę nam przykro, że byłyśmy dla ciebie okropne – powiedziała skruszona dziewczyna, a dwie pozostałe gorąco jej przytaknęły. To najprawdopodobniej wina potterowskich genów, ale DeCerto całkiem szybko minęła złość, pozostawiając po sobie nutę rozgoryczenia.
– W porządku – burknęła.
Diana uśmiechnęła się doń niepewnie, więc odwzajemniła gest. Potem wzięła z kufra piżamę i pomaszerowała do łazienki.
Riddle z zaciśniętymi w pięści zmierzał do pokoju wspólnego Slytherinu. Musiał się naprawdę postarać, żeby nie rzucić w nikogo klątwą.
Co za suka! Za kogo się uważała? Zrobiła ze mnie idiotę!
Automatycznie wrócił wspomnieniami do pierwszej rozmowy, którą odbył zaraz po eliksirowych rewelacjach.
– Och, Tom. – Jedna z tych głupich dziewcząt miała czelność użyć jego imienia. – Naprawdę DeCerto opowiedziała ci wcześniej tą historię? Biedna dziewczyna. Skoro wiedziałeś, że nie miała w życiu lekko, to dlaczego tak źle ją potraktowałeś?
Wziął głęboki uspokajający oddech. Jasna cholera, nie dość, ze DeCerto zrehabilitowała się w oczach uczniów, to teraz on został otoczony przez harpie.
– To zrozumiałe, że nie chcesz się z nią umawiać – dodała inna dziewczyna. – Może powinieneś zaproponować jej przyjaźń.
Naprawdę wiele kosztowało go niewyciągnięcie różdżki i powstrzymanie morderczych zapędów. Zamiast tego łagodnie się uśmiechnął, ale spojrzenia, jakimi go obdarzono, podpowiedziały mu, że nie wyglądał wiarygodnie.
– Wiesz, może najlepiej będzie, jeżeli przeprosisz DeCerto.
To wystarczyło. Magia, którą dotąd powstrzymywał, prawie znalazła ujście.
– Zachowałeś się lekceważąco, to do ciebie zupełnie niepodobne. Nie wysłuchałeś jej historii. Jestem pewna, że potajemnie wypłakiwała sobie oczy w poduszkę.
Ugryzł się w język, aby nie palnąć wielkiej głupoty. Miał ochotę rozsmarować te smarkule na ścianie, ale mokre czerwone placki wzbudziłyby zbyt dużo podejrzeń. Że niby DeCerto płakała w tajemnicy…? Wspaniały dowcip! Cokolwiek robiła w swoim dormitorium, z pewnością nie było rozpaczaniem i użalaniem się nad sobą.
– Zastanów się nad swoim postępowaniem, Tom. Jej narzeczony niedawno zginął. Jestem przekonana, że chciała wyjaśnić ci tę sytuację, ale miałeś to gdzieś – powiedziała jedna z dziewcząt. – Byłeś taki nieczuły. Zdecydowanie powinieneś przeprosić.
Skąd się brały te upośledzone umysłowo idiotki? Musiał toczyć wewnętrzną walkę, żeby zachować na twarzy uprzejmy uśmiech oraz sprawiać wrażenie winnego i trochę zawstydzonego. W rzeczywistości rozsadzała go wściekłość w najczystszej postaci.
Harpie chodziły za nim cały dzień. Niektóre zwracały mu uwagę, inne ograniczyły się do biernej, potępiającej obserwacji. Zupełnie nie wiedział, czego od niego oczekiwały. Może śledziły go, żeby przypadkiem nie przegapić wzruszającej sceny przeprosin.
Szczerze mówiąc, rozważał wzięcie DeCerto na stronę i odegranie następnego przedstawienia, byleby się ich tylko pozbyć, ale potem doszedł do wniosku, że nie zniósłby jej pełnego wyższości i triumfu uśmiechu. Wtem poczuł, że zaraz dosłownie wysadzi szkolny korytarz, więc mocno się skoncentrował i uspokoił swoją magię.
Oszukała go. Naprawdę zdołała go przechytrzyć. Chociaż chciał temu zaprzeczać, musiał przyznać, że była sprytna. Jej łzawa historyjka przekonała tych wszystkich bezmózgich idiotów, dzięki czemu zyskała spokój i zdjęła z siebie presję, którą dotąd starannie wywierał. Zamiast mścić się na DeCerto, harpie postanowiły zawracać mu głowę i umoralniać. Chytry ruch, bardzo mądry, prawdę powiedziawszy. Oczywiście, nie zamierzał puścić tego upokorzenia w niepamięć, a wbrew przeciwnie. Gdy nadejdzie odpowiednia chwila, pokaże DeCerto, z kim tak naprawdę zadarła.
Wszedł do pokoju wspólnego, minął go bez słowa i popędził prosto do dormitorium. Ku swojej irytacji, zastał tam Avery'ego i Albę. Obaj spojrzeli nań, gdy wszedł.
– Wynocha! – warknął.
Anthony natychmiast wstał z łóżka, najwyraźniej świadomy kiepskiego nastroju przywódcy. W przeciwieństwie do kolegi Primus wydawał się mieć opory.
– Dopiero co tutaj przyszliśmy, Riddle – jęknął. – Pozwól nam zostać.
Tom rzucił mu miażdżące spojrzenia, a potem wyciągnął różdżkę.
– Abicere! – powiedział, uprzednio obrawszy cel. Ciemnoniebieskie światło pognało w kierunku Lestrange'a, który w ostatecznym rozrachunku został zrzucony z łóżka i upadł z łoskotem na podłogę. Zanim chłopak zdążył się pozbierać, Riddle powtórzył bardziej agresywnym tonem: – Wynocha!
Primus nie potrzebował dodatkowej zachęty. Szybko pozbierał się z ziemi, po czym ze spuszczonym wzrokiem uciekł z dormitorium.
Cholerna dziewucha!
Następne dni minęły stosunkowo spokojnie. Hermiona cieszyła się, że uczniowie zaprzestali ataków w zaskoczenia i obraz – to zdecydowanie ułatwiło jej życie. Riddle z kolei nawet na moment nie przestał ciskać w nią gromów. Prawdę powiedziawszy, jego upór był niepokojący. Wiedziała, że coś knuł, ale starała się go ignorować. Spędzała każdą możliwą chwilę w bibliotece. Wielogodzinne sesje badawcze sprawiły, że pani Peters poczuła się w obowiązku upomnieć ją, że nie powinna przesiedzieć całej młodości pośród książek. Hermiona tylko się uśmiechnęła. Lubiła bibliotekarkę i właśnie dlatego po chwili odpowiedziała, że dorosła dawno, dawno temu.
Piątek, czyli dzień spotkania w Klubie Ślimaka, nadszedł zdecydowanie zbyt szybko. Naprawdę nie chciała uczestniczyć w przyjęciu. Riddle z pewnością zaszczyci Slughorna swoją obecnością, a nie sądziła, że spędzanie z nim więcej czasu, aniżeli to konieczne, jest dobrym pomysłem. Co więcej, nie pragnęła zawiązywać nowych znajomości, a w lochach zjawią się ludzie, którzy jeszcze kilka dni temu szczerze życzyli jej śmierci. Niestety, przyjąwszy zaproszenie od profesora, sama przypieczętowała na siebie wyrok. Z wielkim ociąganiem chwyciła jedną ze swoich formalnych spódnic i zwykłą białą bluzkę, ot standardowy ubiór uczennicy z lat czterdziestych. Dobrze, że to Slughorn organizował przyjęcie, a nie Legifer. Gdy w końcu opuściła sypialnię, znalazła Lupina i Longbottoma siedzących na kanapie w pokoju wspólnym. Zobaczywszy jej kreację, Mark się zaczerwienił.
– Cześć, Hermiono. Gotowa? – Uśmiechnął się Amarys.
– Jasne, chodźmy! – Im szybciej dotrą na miejsce, tym szybciej będzie mogła wrócić do dormitorium.
– Ładnie wyglądasz, Hermiono – powiedział Longbottom, kiedy schodzili do lochów.
Oby nie myślał, że to randka, pomyślała z pewnego rodzaju przerażeniem.
Oczywiście, lubiła Marka, ale nie była nim zauroczona. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się, że jeszcze kiedyś się zakocha – nie po śmierci Rona. Gdy wracała do niego myślami, bolało ją serce. Tak strasznie za nim tęskniła i nadal nie mogła uwierzyć, że już nigdy go nie zobaczy. Wspomnienie ich walki w Ministerstwie Magii wciąż było bardzo wyraźne. Ilekroć zamykała oczy, widziała, jak uchodzi z niego życie.
– Wszystko w porządku? – zainteresował się Longbottom.
– Tak. – Skinęła głową.
– Nie martw się Riddle'em – powiedział ze współczuciem Lupin, błędnie interpretując wyraz jej twarzy. – Na przyjęciu będzie się dobrze zachowywał.
– Nie pozwolimy, aby się szarogęsił – dodał z przekonaniem Mark.
Hermiona, chociaż szczerze pragnęła, nie mogła podzielić ich optymizmu, ale była wdzięczna za okazane wsparcie. Idąc ze znajomymi, czuła się pewniej i szczęśliwiej, aczkolwiek zdawała sobie sprawę, że to złudne poczucie bezpieczeństwa. Ani Lupin, ani Longbottom nie znali prawdy o Tomie Riddle'u.
Wkrótce dotarli do gabinetu profesora. Wszystko było dokładnie takie samo, jak za pięćdziesiąt lat, łącznie z wystrojem pomieszczenia. Pokój był przestronny, ale za to wypełniony ludźmi. Hermiona rozpoznała kilku członków Klubu Ślimaka. Oczywiście, większość z nich została przydzielona na pierwszym roku do Slytherinu. Osób towarzyszących prawie nie znała, tak samo jak zaproszonych celebrytów, którzy najprawdopodobniej reprezentowali Ministerstwo Magii bądź środowisko quidditchowe.
– Może coś zjemy? – zaproponował Lupin i wskazał dłonią na ekstrawagancko wyglądający bufet.
DeCerto z chęcią się zgodziła, zwłaszcza że pominęła obiad na rzecz kolejnej, bezowocnej sesji w bibliotece. We trójkę ruszyli w stronę jedzenia, ale zanim zdążyli doń podejść, zostali przechwyceni przez Slughorna.
– Jak miło, że dotarliście na nasze małe spotkanie panno DeCerto, panie Lupin. – Uśmiechnął się nauczyciel, jakby nie zauważając istnienia Longbottoma.
– Dobry wieczór, profesorze – odpowiedziała grzecznie. – Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie.
– Selekcja naturalna, moja droga. Oczywisty wybór. Jesteś jedną z moich najbardziej obiecujących uczennic. Nie chciałem zmarnować twojego talentu – odparł z uśmiechem Slughorn. – Chciałem cię też komuś przedstawić. – Przez moment skanował wzrokiem gości, a potem pomachał do stojącego kilka metrów dalej dość pulchnego mężczyzny. Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat. Miał cienkie, tłuste brązowe włosy i wydatny nos. – Tu jesteś, Anthony. Panno DeCerto, z przyjemnością przedstawiam Anthony'ego Vickersa, niesamowicie obiecującego młodego prawnika pracującego w Wizengamocie. Jestem przekonany, że pewnego dnia zostanie Naczelnym Magiem. – Puścił sędziemu oczko.
Hermiona zmarszczyła brwi. Dlaczego Slughorn postanowił przedstawić jej jakiegoś prawnika…?
– Anthony, poznaj Hermionę DeCerto. To ta młoda dama, o której ci opowiadałem – kontynuował pewnym tonem profesor.
Vickers wyciągnął doń rękę, więc z przyzwoitości ją uścisnęła. Była nieprzyjemnie wilgotna, jakby mężczyzna się stresował.
– Naprawdę miło mi poznać, panno DeCerto.
Hermiona skinęła głową, wciąż niepewna powodu tego spotkania. Czuła nieodpartą potrzebę, żeby się o to zapytać, ale właśnie wtedy Slughorn przeszedł do meritum.
– Musi pani wiedzieć, panno DeCerto, że Anthony jest już w wieku, w którym należałoby się ustatkować i założyć rodzinę…
Uniosła brwi. Od kiedy Slughorn zajmuje się swataniem…? Spojrzała na Vickersa i zauważyła, że patrzy na nią z dużym zainteresowaniem. Mimowolnie się wzdrygnęła. Czy naprawdę jedynym sposobem, jakim kobieta mogła odnieść sukces, jest dobre zamążpójście…? Najwyraźniej młode, utalentowane czarownice nie miały za dużych możliwości w latach czterdziestych. Prawie zacisnęła z dezaprobaty usta.
– Ee, to fascynujące… – odpowiedziała, nie mogąc się powstrzymać przed podniesieniem głosy przy ostatniej sylabie.
– Hermiono? – zagaił niespodziewanie Lupin. – Czy nie obiecałaś przypadkiem Dianie, że zaraz do niej wrócisz? Wydaje mi się, że trochę na ciebie czeka.
DeCerto spojrzała na przyjaciela i zmarszczyła brwi. O co mu chodziło? Nigdy nie składała podobnej obietnicy. Wtedy zobaczyła, że Amarys prawie niezauważalnie puszcza jej oczko i doznała natychmiastowego olśnienia.
– Och tak, rzeczywiście! – powiedziała, po czym odwróciła się do Slughorna i Vickersa. – Najmocniej panów przepraszam, ale powinnam poszukać przyjaciółki.
– Oczywiście, panno DeCerto. – Uśmiechnął się profesor. – Widzisz? Niezawodna młoda panna – dodał w kierunku Anthony'ego.
Hermiona szybko się stamtąd oddaliła.
– Dzięki za ratunek – powiedziała do Lupina, gdy szli w stronę bufetu.
Amarys się wyszczerzył, najprawdopodobniej rozbawiony sytuacją, której był przed momentem świadkiem.
– Szczerze mówiąc, przez chwilę zastanawiałem się, czy na pewno chcesz mojej pomocy – odparł, za co zarobił kuksańca w bok.
– Co za alfons! – podsumował profesora Longbottom z wyraźnym niezadowoleniem.
Hermiona się roześmiała. Jej rechot wydawał się zaraźliwy, bowiem chłopcy również parsknęli śmiechem. Gdy w końcu udało im się dostać trochę jedzenia, usiedli przy wolnym stoliku. Na szczęście przez jakiś czas nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.
Niedługo później Lupin ich przeprosił i odszedł, bo najwyraźniej zobaczył gdzieś Stellę Lovegood. DeCerto prawie zemdlała, usłyszawszy następne znajome nazwisko. W jaki sposób ta dziewczyna była spokrewniona z Luną?
– Amarys się w niej podkochuje – powiedział Mark, patrząc za oddalającym się przyjacielem.
Hermiona uniosła brwi. Lupin i Lovegood…? Cóż, czemu nie. Wtem wyobraźnia podsunęła jej obraz Remusa umawiającego się z Luną. Nie mogąc się powstrzymać, parsknęła śmiechem.
Gdy Longbottom poszedł im po coś do picia, stała z daleka od tłumu, skupiając się na biernej obserwacji. Liczyła, że nie znajdzie jej ani Slughorn, ani Vickers.
– Dobrze się bawisz? – Usłyszała.
Odwróciła się z prędkością światła i zobaczyła Toma Riddle'a. Chociaż się uśmiechał, jego twarz pozostawała bez wyrazu. Wymierzyła sobie mentalnego kopniaka, że nie wyczuła go wcześniej. Osoba, której chciała dziś za wszelką cenę uniknąć, zaszła ją od tyłu, gdy na kilka minut odpłynęła myślami.
– Całkiem nieźle – odpowiedziała równie beznamiętnie. – Oczywiście, pomijając obecne towarzystwo – dodała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Uniósł jedną brew, aczkolwiek nie starł z twarzy uprzejmego uśmiechu. Z pewnością ponownie go rozzłościła. Najprawdopodobniej miała do tego wrodzony talent.
– Ostrożnie, DeCerto. Chyba nie chcesz wyjść na źle wychowaną – stwierdził.
Odsunęła się o krok.
– Czego chcesz, Riddle? – zapytała i była zaskoczona tym, że zabrzmiała naprawdę pewnie.
– Cóż, tylko ci pogratulować – powiedział nonszalancko, chociaż w jego głosie słychać było chłód. – Jesteś wyjątkowo dobrą kłamczuchą.
– Możliwe, ale to ty zasługujesz na podium.
Nagle Riddle zrobił krok naprzód i złapał jej prawy nadgarstek. Hermiona sapnęła, gdy poczuła żelazny uścisk i spojrzała nań szeroko otwartymi oczami. Chyba nie zamierzał zacząć sceny? Przecież w pokoju było z milion ludzi, tylu świadków! Gwałtownie wciągnęła powietrze, czując jego agresywną, mroczną magię. Wbił w nią przenikliwe spojrzenie, nawet na sekundę nie zmieniając wyrazu twarzy. W jego oczach mieniła się chwilami najprawdziwsza czerwień. Mimowolnie zadrżała ze strachu.
Zastraszywszy ofiarę, Riddle pochylił się do przodu.
– Nie popadaj w samozachwyt – wyszeptał jej prosto do ucha. – I nie myśl, że ujdzie ci to na sucho. Jesteś zbyt bezczelna.
Hermiona zesztywniała, gdy poczuła na skórze gorący oddech, tak różny od zimno wypowiedzianych słów. Instynkt samozachowawczy kazał jej uciekać, gdzie pieprz rośnie, tak szybko, jak to możliwe, ale z doświadczenia wiedziała, że ucieczka przed problemem jedynie pogorszy sytuację. Zebrała więc w sobie resztki odwagi, stanęła na palcach, żeby sięgnąć jego ucha i przytrzymała się dłonią muskularnego ramienia.
– Złość piękności szkodzi. Spokojnie, nie popadnę w samozadowolenie. Zbyt dobrze wiem, kim naprawdę jesteś, Voldemorcie.
Chłopak zesztywniał i wzmocnił uścisk na jej nadgarstku. Odsunął się o krok i spojrzał nań przenikliwie. Był wyraźnie zdezorientowany i zszokowany. Wyglądał na podejrzliwego, zanim ponownie zapanował nad rozchwianymi emocjami.
DeCerto była przekonana, że albo zaraz po prostu jej przywali, albo – co znacznie gorsze – przeklnie na minimum tysiąc sposobów. Od niechybnej śmierci uratował ją Longbottom, który niespodziewanie zmaterializował się obok. Spojrzał na nią zmartwiony, a potem na Riddle'a.
– Wszystko w porządku? – zapytał wahaniem, nie odrywając wzroku od ślizgona.
Riddle puścił Hermionę, a potem przybrał beznamiętną minę.
– Oczywiście – odpowiedział, patrząc na Longbottoma ze znużeniem. – Właśnie ucinaliśmy sobie małą pogawędkę.
– Jasne – parsknął Mark, nie wierząc w ani jedno słowo, a potem skupił się ponownie na DeCerto. – Idziemy? – zapytał, a dziewczyna z chęcią mu przytaknęła, zadowolona z możliwości umknięcia gniewowi Riddle'a. – Co za drań! Za kogo się uważa? – dodał, kiedy znaleźli się poza zasięgiem słuchu. – Na pewno nic ci nie zrobił? – spytał zatroskanym tonem.
Potrząsnęła głową.
– Wszystko w porządku – odpowiedziała, a następnie zachichotała. – Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona, że nie przeklął mnie na miejscu. Dziękuję za ratunek.
– Zawsze do usług. – Uśmiechnął się chłopak.
– Dobrze, przejdźmy do konkretów, czegoś znacznie bardziej interesującego – kontynuowała, rozbawiona. – Co jest między Amarysem a Stellą Lovegood?
Longbottom się roześmiał.
– Cóż, to dłuuuga historia. Wszyscy wciąż czekamy na szczęśliwe zakończenie.
Hermiona leżała na swoim łóżku. Ostatecznie wyszli z imprezy całkiem późno i była szczerze zaskoczona, że naprawdę dobrze się bawiła.
No, mniej więcej.
Gdy wracała myślami do momentu, w którym Riddle nań naskoczył, drżała na duszy i ciele. Przewróciła się na boczek, chcąc znaleźć sobie wygodniejszą pozycję.
Czemu nie trzymała języka za zębami…?
Zagubiła gdzieś rozum, bo nazwała go Voldemortem. Teraz był rozwścieczony nie tylko tym, że przechytrzyła go przy całej klasie, ale też jej wiedzą na tematy owiane najpilniej strzeżoną tajemnicą. Z pewnością doszedł do poprawnych wniosków – że od samego początku wie więcej, aniżeli pokazuje. Nie powinna była się tak odsłaniać. Najprawdopodobniej mało kto był świadom znaczenia anagramu, jedynie najwierniejsi poplecznicy. Zdradzenie się z wiedzą z pewnością było cholernie kiepskim pomysłem. Sęk w tym, że mleko się wylało i niewiele mogła zrobić, aby w okamgnieniu posprzątać bałagan. Stłumiła ziewnięcie. Jutro zajmie się problemem. Teraz była zbyt zmęczona, żeby logicznie myśleć.
Biegła po kałużach, starając się przeskakiwać nad odstającymi korzeniami drzew. Całkiem szybko stała się zwierzyną. Słyszała ich pośród ciemności. W głębi duszy wiedziała, że nie ucieknie, ale każdy przebiegnięty metr oznaczał odciągnięcie prześladowców z daleka od Rona i Harry'ego oraz zapewnienie im większego bezpieczeństwa.
Nie mogła zasnąć, więc wyszła z namiotu, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Gdy odeszła kawałek od obozowiska, usłyszała dochodzące z niedaleka głosy. Z ostrożnością podkradła się bliżej źródła dźwięku z przygotowaną do obrony różdżką. Właśnie wtedy zobaczyła grupę śmierciożerców, skrupulatnie przeszukujących okolicę. Wstrzymała oddech, zdawszy sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie podeszli równie blisko. Byli zaledwie kilka metrów od ich namiotu. Szczerze mówiąc, nie miała większego wyboru – musiała odciągnąć wrogów od chłopców. W momencie przeszła do ataku, dlatego też teraz biegła. Im dalej odciągała ich od namiotu, tym bardziej zwiększała szanse przyjaciół.
Cudem uniknęła klątwy. Zaklęcie przeleciało tuż obok niej, słyszała świst przecinanego powietrza. Chyba czas zmienić strategię, zaprzestać ucieczki i przejść do ofensywy. Śmierciożerców było czterech, więc miała nikłą szansę na zwycięstwo, ale ani myślała się poddawać. Gdy minęła następne drzewo, rzuciła się za pień i bez wahania strzeliła własną klątwą. Ci ludzie pragnęli ich śmierci i nie mieli oporów przed rzuceniem Avady. Ciskała weń wszystkimi przekleństwami, które w sytuacji stresowej przychodziły jej do głowy. Byli na wojnie. Nie walczyli z czarną magią, tylko z Lordem Voldemortem. Jeżeli miała możliwość używania mrocznych, dotąd zakazanych dlań zaklęć, nie miała nic przeciwko, byleby tylko zwyciężyć. Było to poświęcenie, na które przygotowywała się od dawna.
Jeden ze śmierciożerców upadł na ziemię, trafiony klątwą. Wystrzeliła następną i ponownie odnosiła sukces. Niestety nie zauważyła lecącego nań uroku, przez co skończyła z głębokim rozcięciem na ramieniu. Zalała się krwią, a siła zaklęcia przewróciła ją na plecy. Wciąż leżąc, cisnęła kolejną klątwą i powaliła trzeciego przeciwnika.
Zanim zdążyła dorwać ostatniego śmierciożercę, ten rozpłynął się w powietrzu i zmaterializował tuż przed nią. Wstrzymała oddech, kiedy zobaczyła uformowany pod białą maską okrutny uśmiech. Została złapana za rękę i wypuściła z dłoni różdżkę. Wytrzeszczyła ze strachu oczy, zaś mężczyzna zaśmiał się triumfująco i pochylił do przodu.
– Pożałujesz tego, suko! – wyszeptał i wymierzył jej siarczystego policzka.
Upadła na ziemię, mając przed oczami czarne plamki. Chociaż była troszkę zamroczona, szybko odzyskała sprawność umysłu i pozwoliła, żeby nienawiść przyćmiła jej zmysły. Nie zamierzała dać się zabić. Gdyby przegrała tę walkę, śmierciożerca wznowiłby poszukiwania, może zwołał większą grupę, aż w końcu znalazłby Rona i Harry'ego. Zdeterminowana, zaczęła macać ziemię w poszukiwaniu różdżki. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości. Nie przegram tej walki, pomyślała z ogniem w oczach.
