17. Z POWROTEM W HOGWARCIE


Obudziwszy się następnego dnia, Hermiona po raz pierwszy od dawien dawna czuła się zrelaksowana i w pełni wypoczęta. Specjalnie nie otworzyła oczu, żeby móc swobodnie nacieszyć się tym uczuciem. Wtuliła się mocniej w poduszkę, która była zaskakująco twarda i dopiero wtedy jej jeszcze zamroczony snem umysł zarejestrował poruszenie w łóżku i silne ramiona, otaczające ją w pasie. Zdezorientowana, powoli uniosła powieki. Zamrugała, uzmysłowiwszy sobie, że leży przytulona do Toma, a kiedy spojrzała w górę, zobaczyła jasnoszare, łagodne oczy. Na moment zesztywniała, nie mogąc sobie przypomnieć, dlaczego spali na jednym posłaniu.

W porządku, wczoraj się pocałowaliśmy, co i tak było wystarczająco niewłaściwe, ale jestem przekonana, że nie zapraszałam go do łóżka, podsumowała.

– Dzień dobry, Hermiono. – Uśmiechnął się chłopak, rozbawiony, bowiem najprawdopodobniej bez większego trudu odgadnął jej myśli. Z pewnego rodzaju zażenowaniem odkryła, że nie może odwrócić od niego wzroku. – Spałaś spokojnie? – zapytał, aby rzucić trochę światła na zaistniałą sytuację.

Sugestia przywróciła dziewczynie pamięć. W nocy znów przeżywała jeden z koszmarów. Nie mogła sobie przypomnieć szczegółów, ale z pewnością narobiła wiele hałasu, skoro Tom się obudził i pofatygował, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Czy naprawdę poprosiła go, żeby został…?

– Yhym – odmruknęła.

– To dobrze – podsumował i przyciągnął ją bliżej, a następnie pocałował w czoło.

Będąc otoczoną muskularnymi ramionami, poczuła się bezpiecznie i automatycznie odprężyła. Ponownie przymknęła oczy i poddała się tej błogości, oparłszy się o klatkę piersiową chłopaka. To naprawdę dziwaczne. W normalnych okolicznościach, gdyby spała sama, byłaby wyczerpana nocnymi przeżyciami, ale teraz mogła poszczycić się dobrą formą. Po raz pierwszy od śmierci Harry'ego i Rona nie czuła się osamotniona i zdana na wyłącznie własne siły. Jakim cudem przetrwała w ten sposób przez dwa miesiące? Dopiero teraz, otoczona ciepłem i wparciem, zdała sobie sprawę, że izolacja dokładała jej cierpienia. Hermiona nie chciała dłużej męczyć się z bolesną samotnością. To było niemożliwe do zniesienia. Traciła przyjaciół jednego po drugim, aż w końcu została zupełnie sama. Potem przypadkowo cofnęła się w czasie i trafiła do obcego świata, w którym nikogo nie znała. Walczyła cholernie długo. Zrobiła wszystko, żeby zapewnić czarodziejskiemu światu spokój. Czy nie nadszedł nareszcie moment, żeby odpuścić i skończyć z wojowaniem…?

Szczerze mówiąc, była naprawdę zmęczona – ciągłym oglądaniem się za siebie, koniecznością noszenia różdżki w szybko dostępnej kaburze, przeżywaniem conocnych koszmarów i nieustannym życiem w strachu.

Poświęciła zdecydowanie zbyt wiele!

Czy naprawdę nie zasługiwała na odrobinę szczęścia? Czy nie nadszedł najwyższy czas, żeby odsunęła się od konfliktu? Wojna, na której walczyła, została zakończona. Czy nie powinna złożyć broni i zacząć żyć własnym życiem? Może jej przyjaciele zrozumieją, kiedy przynajmniej spróbuje… zapomnieć o wspólnej walce, ale nie o nich… zapomnieć o obrazach, które na nowo przeżywa każdej nocy…

Czy Harry i Ron zaakceptowaliby fakt, że zapragnęła znaleźć dla siebie szczęśliwe zakończenie…?

Wtem wróciła do rzeczywistości, czując przesuwające się po nagiej skórze palce.

– Co to jest? – zapytał miękkim głosem Tom.

Hermiona nie poddała się elektryzującemu dotyku i spojrzała w dół. Podczas snu podwinęła jej się koszulka oraz odsłoniła brzuch. Smukłe palce chłopaka śledziły sieć białych blizn, zaczynających się od boku i ciągnących ku górze, wzdłuż pleców, aż do prawego ramienia. Westchnęła ze świadomością, że to pozostałość po mrocznym zaklęciu, którym została trafiona, kiedy próbowała ochronić Harry'ego i w rezultacie prawie straciła życie, wykrwawiając się na śmierć. Teraz Tom przesuwał palcami wzdłuż długiej blizny, sięgającej od brzucha do boku, otrzymanej w dniu walki w Ministerstwie Magii i podróży w czasie.

– Skąd je masz? – dodał, zaś dziewczyna zauważyła, że spochmurniał, odkrywszy pamiątki z pola bitwy.

– Cóż, prawdę powiedziawszy, ciężko stwierdzić – odpowiedziała z wahaniem. Oczywiście, nie mogła odkryć wszystkich tajemnic i wytłumaczyć zaistniałej sytuacji. – Dorobiłam się naprawdę wielu i zapomniałam, skąd się wzięły poszczególne – dodała, a potem wpadła na pewien pomysł. – Niemniej jednak bardzo dobrze pamiętam, kto podarował mi tę – kontynuowała z psotnym błyskiem w oku, odsłoniwszy ramię, które szpeciła cienka, biała linia. Tom uniósł brwi, więc nikczemnie się uśmiechnęła. – Wiesz, w szkole napatoczyłam się na przebiegłego ślizgona, który podczas lekcji pojedynków na obronie przed czarną magią rzucił na biedną i niczemu winną dziewczynę okropną klątwę.

Była przekonana, że ten pokaz zawstydzi chłopaka, ale mocno się przeliczyła. Tom odwzajemnił uśmieszek.

– Och, czyżby? – zapytał z zadowoleniem, a potem dotknął cienkiej blizny. – Może gdybyś go nie sprowokowała, nawet nie odczułby potrzeby przejścia do ataku.

– Słucham? – sapnęła z oburzeniem. – Nigdy cię nie podpuszczałam!

– Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że tak dobrze się zabliźniła – dodał, więc zmrużyła drapieżnie oczy. – Zaklęcie miało spowolnić i osłabić proces gojenia się rany.

– Wyobraź sobie, że zauważyłam. Wyleczenie skaleczenia zajęło mi tygodnie – odpowiedziała, patrząc nań z wyrzutem.

– Nie poszłaś do skrzydła szpitalnego? – zapytał, a kiedy potrząsnęła głową, dodał: – To dobrze, ponieważ interwencja magomedyków tylko pogorszyłaby sprawę. Klątwa, której użyłem, odwraca działanie każdej zastosowanej nań magii leczniczej.

Hermiona wytrzeszczyła oczy. Naprawdę dobrze się stało, że postanowiła zrezygnować z pomocy pielęgniarki i pozwoliła ranie naturalnie się zagoić.

– Wiedziałeś o tym, a mimo to poszedłeś ze mną do skrzydła szpitalnego i milczałeś, kiedy uzdrowicielka próbowała wyleczyć skaleczenie? – zapytała z niedowierzaniem.

Tom wzruszył ramionami.

– Wtedy się nienawidziliśmy – powiedział, gwoli wyjaśnienia, zaś dziewczyna zmarszczyła groźnie brwi. Zobaczywszy jej minę, wybuchnął śmiechem. – Daj spokój, Hermiono. To było wieki temu. Nie gniewaj się na mnie.

Westchnęła. Riddle naprawdę powinien uważać się za szczęściarza, że matka natura obdarzyła go równie przeuroczym uśmiechem, bo w przeciwnym razie nie zmiękczyłby jej serca i oberwałby nieprzyjemną klątwą. Znów dała mu się oczarować. Wtem Tom pochylił się do przodu i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Hermiona była zaskoczona i przez chwilę nie wiedziała, czy powinna zareagować. Wątpliwości szybko odeszły w zapomnienie, gdy poczuła nacisk miękkich ust i mimowolnie nań odpowiedziała.

Gdy chłopak się odsunął, otworzyła oczy i zlustrowała go wzrokiem, nieszczególnie zaskoczona, że uśmiechał się z zadowoleniem. Co ciekawe, nie poczuła się zirytowana. Zamiast tego, z psotnym błyskiem w oku, postanowiła przejść do kontrataku. Jednym ruchem znalazła się nad Tomem, którego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, co odnotowała z satysfakcją, po czym po prostu sięgnęła po leżący na nocnej szafce zegarek.

Jak gdyby nigdy nic, sprawdziła godzinę.

– Czy wiesz, że trochę zaspaliśmy? Musimy być na dworcu o jedenastej.

Ślizgon odebrał od niej zegarek, po czym nonszalanckim ruchem założył go na nadgarstek.

– Jest dopiero dziewiąta. Mamy wystarczająco dużo czasu, żeby dotrzeć na miejsce – odpowiedział.

– Jesteś zbyt dużym lekkoduchem – podsumowała go pod nosem, a następnie go popchnęła, żeby się zwlekł z łóżka.


Prawie zemdlała, kiedy sprawdziła godzinę. Spakowanie wszystkiego, co ze sobą przytaszczyli, zajęło im wieki, a potem musieli wrócić do Dziurawego Kotła, żeby dopakować całą resztę. Tom był nieszczególnie pomocny, raczej dobrze się bawił, obserwując jej spanikowane poczynania.

Hermiona zacisnęła w dezaprobacie usta. Siedzieli właśnie w londyńskim metrze. Nie mogli normalnie dotrzeć na dworzec, ponieważ aportacja wzbudziłaby zainteresowanie mugoli. Jedynym sensownym i w miarę szybkim rozwiązaniem okazało się metro. Mogliśmy zebrać się szybciej, pomyślała, zirytowana. Zdecydowanie nie zamierzała spóźnić się na pociąg, bo to tylko zwróciłoby na nich niepotrzebną uwagę. Zawsze była na peronie na czas, więc tak będzie i tym razem.

Sprawdziła zegarek.

– Wiesz, patrzenie co minutę na godzinę nie przyspieszy naszej podróży – podsumował drwiącym tonem Tom.

Automatycznie spojrzała nań wilkiem. Siedział obok niej i sprawiał wrażenie całkowicie zrelaksowanego.

– Gdybyś miał trochę wyczucia czasu, nie bylibyśmy spóźnieni – syknęła, a potem sapnęła z oburzeniem, gdy olśniewająco się uśmiechnął.

– Gwoli ścisłości, to obudziłem się wcześniej od ciebie.

– Właśnie przyklasnąłeś wszystkim zarzutom. To tym bardziej twoja wina, że się spóźniliśmy. Mogłeś mnie obudzić – odpowiedziała, niezadowolona z jego dobrego nastroju.

Wtem Tom pochylił się w bok.

– Nie potrafiłem się powstrzymać, zwłaszcza że wyglądasz cholernie pociągająco, kiedy śpisz – wymruczał jej do ucha, wcześniej odgarnąwszy włosy z twarzy.

Serce Hermiony prawie wyskoczyło z piersi. Wstrzymała oddech, czując na skórze ciepły oddech oraz dłoń przesuwającą się z karku na plecy. Wypuściła go, dopiero kiedy chłopak zatrzymał się na jej talii, przyciągnął bliżej siebie i zakończył całą tyradę. Czemu znów przestała logicznie myśleć? Co ten facet z nią robił? Powinna skoczyć na równe nogi, a potem uciec, gdzie pieprz rośnie. Oczywiście, nawet nie drgnęła. Zamiast tego, przymknęła oczy i westchnęła z zadowoleniem, moszcząc się wygodniej. Dzięki temu oszczędziła sobie widoku zdegustowanych spojrzeń innych pasażerów, bowiem nie przystoi młodej kobiecie tak lubieżne zachowanie w środku komunikacji miejskiej.

– O czym śniłaś? – zapytał Tom po dłuższym czasie. – Mam na myśli te koszmary – doprecyzował.

Hermiona uniosła głowę i spojrzała na niego niepewnie.

– Ja… – zaczęła, a potem urwała, bo przecież co mogła mu powiedzieć. Może część prawdy? Nie zaszkodzi, podsumowała. – W mojej przeszłości wydarzyły się naprawdę okropne rzeczy – odparła stanowczym tonem. – Czasami wciąż nękają mnie po nocach.

Chłopak wzmocnił uścisk, okazując w ten sposób troskę. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, zobaczyła również coś innego, znacznie mroczniejszego.

– Co się stało? – spytał, ale ponieważ nie otrzymał odpowiedzi, kontynuował: – Kto cię skrzywdził?

– To bez znaczenia – odparła, mocniej się doń przytuliwszy. – To przeszłość.


Ostatecznie dotarli na dworzec na czas, ale musieli się pospieszyć, żeby zdążyć na właściwy peron. Kiedy przeszli przez barierkę oddzielającą czarodziejski świat od mugolskiego, zobaczyli czerwony szkolny ekspres, szczęśliwie, wciąż stojący na torach. Hermiona odetchnęła z widoczną ulgą, aczkolwiek widok aroganckiego uśmieszku na twarzy Toma, wytrącił ją z równowagi. Ostatnią rzeczą, jakiej jej brakowało, było usłyszenie czegoś w stylu „A nie mówiłem?".

Była wdzięczna, że zamiast z niej kpić, po prostu złapał ją za rękę i poprowadził przez tłum zgromadzonych na stacji ludzi – dorośli, w tradycyjnej manierze, odprowadzali swe pociechy i ze łzami w oczach machali tym siedzącym już w pociągu. Większość zajmowała miejsca i wyglądała przez uchylone okna oraz rozmawiała z przyjaciółmi.

Tom zapakował bagaż Hermiony, a następnie się doń odwrócił.

– Muszę iść do przedziału prefektów.

– Będziesz tam siedział przez całą podróż? – zapytała, zmarszczywszy brwi, ponieważ w przyszłości, prefekci gromadzili się głównie przed końcem drogi na kilkuminutowe zebranie.

– Niestety tak. – Skrzywił się z widocznym na twarzy niezadowoleniem. – Naprawdę nie pamiętam, dlaczego chciałem zostać prefektem. Słuchanie tych idiotów gadających w kółko o niczym jest cholernie uciążliwe.

Zachichotała.

– Cóż, zawsze możesz użyć legilimencji i wypełnić sobie czas zaglądaniem do umysłów kolegów i koleżanek – zasugerowała kpiącym tonem.

– Właściwie już to zrobiłem – odpowiedział, uprzednio rzuciwszy jej zamyślone spojrzenie. – Uwierz, że w głowie mają sieczki.

Hermiona spiorunowała Toma wzrokiem.

– Nie powinieneś używać legilimencji w tak nieodpowiedzialny sposób!

Chłopak uśmiechnął się drapieżnie, a potem przygwoździł ją do pociągu, kładąc jedną rękę przy głowie dziewczyny. Ach, ta stara sztuczka.

– Naprawdę powinnaś nauczyć się dobrze bawić, Hermiono – wyszeptał zmysłowo wprost do jej ucha.

Automatycznie się spięła, kiedy wyprowadził swój atak. Znów był niebezpiecznie blisko i nie wiedziała, w jaki sposób zareagować. Prawdę powiedziawszy, najlepszym rozwiązaniem byłoby go odepchnąć, ale nawet nie wyciągnęła rąk. Ostatecznie potrząsnęła tylko głową.

– I musisz się nauczyć, jak nie nadużywać swojej magii – dodała.

– Znasz mnie. – Uśmiechnął się Tom i objął ją w pasie. – Nigdy nie posunąłbym się do czegoś podobnego – wyszeptał, po czym delikatnie musnął wargami jej usta.

Znów pocałowana, nawet nie spróbowała walczyć z uczuciem. Miała wrażenie, że została mu podporządkowana, a przez to reagowała na jego bliskość przeciwnie, niż powinna. Nim minęła minuta, odzyskała swą wolność i zdolność myślenia.

– Chcesz może, żebym zaniósł ci kufer do przedziału? – zapytał uprzejmie.

– Nie, w porządku – odpowiedziała, po czym wzięła głęboki oddech, żeby uspokoić nerwy. – Zdecydowanie wolałabym, żebyś nie spóźnił się na spotkanie prefektów i nadszarpnął swoją opinię – parsknęła, zanim chwyciła za rączkę swego bagażu. Następnie, uniosła prowokacyjnie brew i pociągnęła go w głąb pociągu.

Idąc przed siebie, ze zdumieniem zauważyła, że ekspres ruszył, a więc naprawdę mogli się spóźnić. Żeby odnaleźć przyjaciół, musiała przejść prawie całą długość pociągu. Usłyszawszy ich już z korytarza, otworzyła drzwi do przedziału i uśmiechnęła się do trójki pasażerów. Lupin siedział przy oknie z książką w ręku, zaś Longbottom i Weasley naprzeciwko siebie, grając w eksplodującego durnia. Gdy weszła do środka, wszyscy trzej podnieśli głowy.

– Hermiona! – Wyszczerzył się Mark. – Już myśleliśmy, że przegapiłaś godzinę odjazdu.

– Właśnie, czemu przyszłaś tak późno? – zawtórował koledze Richard.

– Cześć i czołem – przywitała się z radością. Szczerze mówiąc, trochę tęskniła za ich beztroskim podejściem i swobodą. – Yhym, miałam mały poślizg, ale cieszę się, że zdążyłam.

– Chodź, siadaj. – Longbottom poklepał miejsce obok siebie. – Musisz nam koniecznie opowiedzieć o swoich świętach.

– Rozmawialiśmy o tym, Mark. Zanim zaczniesz bombardować Hermionę pytaniami, pozwól jej przynajmniej na spokojnie usiąść. – Lupin udzielił przyjacielowi cichej reprymendy. – Jak minęła ci przerwa świąteczna? – zapytał w kierunku dziewczyny. – Dobrze się bawiłaś?

DeCerto zajęła miejsce, po czym obrzuciła wszystkich wesołym uśmiechem.

– Nie spodziewałam się tego, ale było całkiem ekscytująco. – Oparła głowę o oparcie siedziska i westchnęła z sentymentem. Hogwardzki ekspres, pomyślała. Kto by pomyślała, że jeszcze kiedyś będę nim jechać?


Na stację Hogsmeade dojechali późnym wieczorem. Podróż upłynęła Hermionie w przyjemnej atmosferze. Mimo wszystko cieszyła się z towarzystwa przyjaciół, za którymi zdążyła zatęsknić. Co więcej, chłopcy skutecznie odwrócili jej uwagę od zmartwień. To była całkiem miła odmiana, bowiem wolała przestać myśleć o Tomie. Wróciła po przerwie do Hogwartu i znów miała cały zamek do dyspozycji, żeby nie wchodzić mu zbytnio w drogę. Gdy wsiadali do powozów, które miały ich zawieźć do szkoły, przez chwilę podziwiała piękno zaprzęgniętych do pracy testrali.

– Na co się patrzysz? – zapytał Longbottom i również wytężył wzrok.

– Właściwie to na nic – odpowiedziała i nań spojrzała. Następnie chwyciła go za ramię i pociągnęła ku reszcie. – Chodźmy!

Kiedy usiadła w powozie, wyjrzała przez okno, szybko odnajdując wzrokiem Toma. Najwyraźniej był pochłonięty obowiązkami prefekta, bowiem starał się nie zgubić żadnego pierwszo- czy drugorocznego. Hermiona zmarszczyła brwi. Nawet nie zauważyła, że próbowała go wypatrzeć, dopóki naprawdę nań nie spojrzała.

Święta się skończyły. Czas wrócić do rzeczywistości. Wciąż mam misję do wykonania, powiedziała sobie i właśnie wtedy powóz ruszył, rozpoczynając podróż w kierunku zamku. Gdy dotarli na teren szkoły, poczuła dziwaczne mrowienie na skórze. Nie było to bolesne wrażenie, ale z pewnością nieprzyjemne, trochę przypominające uczucie napływania z powrotem krwi do odrętwiałej kończyny. Chcąc przyspieszyć ten proces, potarła ramiona, wciąż patrząc przez okno powozu. Wkrótce wszystko powoli minęło.

Co to za dziwaczne uczucie…?

W międzyczasie postanowiła poszukać przyczyny tych ciarek. Czy istniał jakiś związek między nimi, a wjazdem na teren szkoły? Zastanowiwszy się, pozwoliła swojemu spojrzeniu wędrować po okolicy. Wtem sapnęła z zaskoczenia, kiedy spoczęło na zamku. Na dworze się ściemniło, zaś Hogwart był oświetlony przez pozapalane w oknach pochodnie oraz świetlistą, jasnoniebieską poświatę, która otaczała kamienne mury i zdawała się pulsować w mniej więcej regularnych odstępach czasu, zupełnie jakby zamek żył i oddychał.

– Wszystko dobrze? – Usłyszała i się odwróciła.

– Też to widzisz? – zapytała Lupina, wskazując dłonią na oświetloną szkołę.

Amarys zmarszczył brwi, ale wyjrzał przez okno, a razem z nim Longbottom i Weasley.

– Co masz na myśli, Hermiono? – zainteresował się Mark.

– Nie widzę żadnych zmian – odpowiedział po chwili Lupin.

Hermiona ponownie spojrzała na Hogwart. Czy chłopcy naprawdę nie dostrzegli różnicy? Poświata wciąż rzucała się w oczy. Zacisnęła usta, po czym wzięła głęboki, uspokajający wdech.

– Wydawało mi się, że Wielka Sala była przyciemniona i pomyślałam, że skrzaty domowe zapomniały, że dziś zaczyna się następny semestr.

Longbottom odchylił się na swoim siedzeniu i potrząsnął przecząco głową.

– To dlatego się zlękłaś? Czy naprawdę wyszlibyśmy źle na ich pomyłce? Nie możesz się doczekać, aż rozpoczniemy lekcje, prawda? – zapytał, wyraźnie rozbawiony. – Szczerze mówiąc, nie miałbym nic przeciwko kilku dodatkowym dniom wolnym.

Odetchnęła z ulgą. Wymyślone naprędce usprawiedliwienie spełniło swą rolę. Najprawdopodobniej żaden z chłopców nie wyczaił, że kłamała, aczkolwiek Lupin rzucił jej zaciekawione spojrzenie. Przełknąwszy ślinę, ponownie powiodła wzrokiem w kierunku zamku. Jasnoniebieska poświata nie zniknęła.

Co to jest, na Merlina…?

Im bardziej powóz zbliżał się do szkoły, tym mocniej odczuwała to dziwaczne pulsowanie. Jej mentalny warkocz podrygiwał w rytm wibracji. Wszystko zaczęło się, gdy przejechali bramy Hogwartu. Czy podczas przerwy świątecznej nauczyciele nałożyli na włości nowe bariery ochronne? Jeżeli tak, to dlaczego tylko ona wyczuwała zmianę w magicznej strukturze?

Czemu…?

Spojrzała na zamek. Wiedziała, że otaczające szkołę tereny były obłożone bardzo silnymi zaklęciami i urokami, zaś magia przenikała przez każdą cegłę. Czy to możliwe, że mrowienie, które czuła wcześniej oraz jasnoniebieska poświata stanowiły podstawę bariery?

Wróciła myślami do innych dziwacznych incydentów, z którymi miała niedawno styczność. Na pierwszy rzut poszła czarna jaszczurka, którą na lekcji, zgodnie z poleceniem nauczyciela, przetransmutowała w puchar. Aby przełamać naturalną zdolność iguany, sięgnęła ku magii Czarnej Różdżki. Następnie tylko dlatego wygrała legilimencyjne starcie z Tomem, bo w przełomowym momencie uzyskała wsparcie. Gdy znalazła Riddle'a w sierocińcu, odegrała się na Carterze i przełamała ministerialne zabezpieczenia. Skończywszy rozbrojenie, dokonała aportacji łącznej na zastrzeżony teren – zamiast wylądować w wyznaczonej strefie na ulicy, zmaterializowali się w pokoju, który wynajmowała.

Wszystkie te incydenty miały wspólną cechę, a mianowicie styczność z zaklęciami alarmującymi. Hermiona zapatrzyła się w poświatę. Czy teraz mogła w jakiś niewytłumaczalny sposób widzieć otaczające Hogwart bariery…?

Czy ta nowo odkryta moc była manifestacją magii Czarnej Różdżki? Zacisnęła usta. Chociaż przeczytała znaczną część skradzionego manuskryptu, nigdzie nie natknęła się na podobne informacje, czy choćby wzmiankę o różdżce.

Muszę szybko skończyć lekturę, pomyślała, nadal zapatrzona w zamek. Najbardziej obawiała się, że zrozumie przedstawionych w niej teorii, jeżeli złapie właściwy trop. Zacisnęła dłonie w pięści. Odmawiała przyznania, że manuskrypt ją przerasta.


Nicolas Flamel wyszedł z kominka i znalazł się w dobrze zorganizowanym chaosie, jakim był gabinet jego wieloletniego przyjaciela.

– Dobry wieczór, Albusie – powiedział w kierunku siedzącego przy biurku czarodzieja.

Dumbledore uniósł głowę i zamrugał z zaskoczeniem, widząc zmęczenie i wyczerpanie na twarzy gościa. Mężczyzna był nawet pozbawiony swego charakterystycznego błysku w oku.

– Nicolasie. – Uśmiechnął się na powitanie. – Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się twoich odwiedzin, zwłaszcza o późnej porze.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

Albus wstał z krzesła i podszedł bliżej. Flamel, naturalnie, zauważył krzykliwy kolor szaty, którą ten przywdział, ale nijak to skomentował, przyzwyczajony do ekscentryzmu przyjaciela. Nigdy nie rozumiał, dlaczego upierał się przy noszeniu odstających od przyjętej normy ubrań – niemniej jednak żółty był interesującym wyborem, zwłaszcza jeżeli dodać do tego malutkie jednorożce, wyhaftowano tu i ówdzie. Niedorzeczne, ale jednocześnie zabawne, podsumował w myślach. Szybko porzucił uśmiech, który mimowolnie ujrzał światło dzienne. Nie przyszedł na pogaduszki, a rozwiązać istotny problem.

– Usiądź, proszę. – Gospodarz wskazał dwa wygodnie wyglądające fotele.

Kiedy obaj zajęli miejsca, Albus machnął różdżką i przywołał dwie filiżanki herbaty. Flamel natychmiast sięgnął po swoją – oczywiście, miętową. Miał szczęście, że przyjaciel pamiętał o szczegółach i wiedział, jaką lubi najbardziej.

– Co sprowadziło cię na drugi koniec kraju? – Dumbledore poprawił okulary.

– Obawiam się, że przynoszę złe wieści – odpowiedział powoli. Naprawdę nie chciał opowiadać o włamaniu, ale musiał.

Gospodarz uniósł brwi.

– Mam nadzieję, że z Perenelle wszystko w porządku.

– Tak, tak. Perenelle ma się dobrze. Przesyła ci najlepsze życzenia – potwierdził naprędce, a potem się zawahał. – Przejdę do sedna sprawy. Bardzo mi przykro, Albusie. Skradziono manuskrypt Peverella.

W oczach rozmówcy zamigotał szok, który został szybko opanowany.

– Jak to się stało?

Flamel zacisnął usta. Wiedział doskonale, ile czasu Albus spędził na poszukiwaniach manuskryptu. Nie spodziewał się kradzieży, ale i tak zabezpieczył skrytkę najlepiej jak potrafił. Niestety, nadaremnie.

– Miałem włamanie do mieszkania – powiedział. – Znasz zaklęcia, jakimi obłożyłem teren. Złodziej zdecydowanie wiedział, co robi. Zlokalizował szafkę z książką, a wtedy przełamał następne zabezpieczenia. Musiał być bardzo utalentowany. Użyłem naprawdę mocnych uroków, aczkolwiek manuskrypt przepadł – zakończył poważnym tonem i spojrzał przyjacielowi w oczy.

Dumbledore wydawał się zaszokowany śmiałością i zdolnościami złodzieja, najprawdopodobniej równie mocno, co Nicolas, gdy odkrył kradzież. Jakim cudem udało się przełamać zaklęcia zabezpieczające, wciąż pozostawało tajemnicą. Tylko ktoś posiadający duże doświadczenie we włamaniach do czarodziejskich mieszkań mógł sprostać zadaniu, ewentualnie bardzo potężny czarodziej.

– To nie wszystko. Zastałem ślady walki, więc wezwałem na miejsce aurorów, którzy potwierdzili moje przypuszczenia – kontynuował Flamel, zaś Albus odchylił się na fotelu i westchnął, sprawiając wrażenie zamyślonego. Czyżby wiedział, kto mógł mieć chętkę na księgę…? – Czy przychodzi ci do głowy ktoś naprawdę uzdolniony, kto pokusiłby się na równie cenny manuskrypt? – Zwerbalizował swoje myśli.

– Mam kilka pomysłów, Nicolasie – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia rozmówca. – Myślę, że warto rozważyć parę osób, ale nie mam żadnej pewności. Znam czarodziejów, którzy przełamaliby się przez twoje zabezpieczenia i wiem, że mogliby wykazywać pewne zainteresowanie dziennikiem. – Westchnął, po czym kontynuował łagodniejszym tonem: – Jeden z nich jest całkiem prawdopodobny, zaś powrót do dawnych złodziejskich sztuczek pasuje do jego charakteru. Mimo wszystko mam nadzieję, że się mylę. Jest całkiem zaradny i przypuszczam, że byłby szczerze zainteresowany zawartą w manuskrypcie wiedzą. Mam pewne wskazówki, że w czasie włamania do twojego mieszkania, mógł przebywać w Londynie. Zbadam tę sprawę, Nicolasie.

Flamel przeskanował wzrokiem twarz Dumbledore'a. Zastanawiał się, o kim mówi przyjaciel. W ciągu kilku minut rozmowy mężczyzna jakby postarzał się o dobre dziesięć lat.

– Wyglądasz na zmęczonego, Albusie – podsumował. – Co robiłeś przez ostatnie tygodnie? Próbowałem się z tobą skontaktować zaraz po odkryciu kradzieży, ale byłeś nieosiągalny.

– Ach, tak. Miałem na głowie kilka niecierpiących zwłoki spraw – odpowiedział ogólnikowo gospodarz.

– Gellert…? – zapytał z niepokojem.

– Owszem – przytaknął naprędce Albus.

– Zlokalizowałeś go?

Dumbledore ponownie westchnął.

– Miałem sporą szansę, Nicolasie, ale niestety był o krok przede mną. Obawiam się, że zbyt długo zwlekałem, żeby stawić mu czoła. Strach zapędził mnie w kozi róg, a przez to straciłem ślad. Znów zszedł do podziemia.

– Nie powinieneś się tak obwiniać. Uwierz, że nie zawsze jesteś odpowiedzialny za grzechy całego świata, a już z pewnością nie za zbrodnie Gellerta. Sam wybrał swoją drogę – odparł stanowczym głosem.

W oczach Albusa zobaczył błysk niepewności.

– Wiesz, że kiedyś byłem bardzo podobny do niego, Nicolasie. Wiele mnie kosztował powrót na właściwą ścieżkę.

Flamel potrząsnął głową.

– Nie możesz wiecznie obwiniać się za błędy młodości. Przeżyłeś naprawdę wiele, ale to było dawno temu. Zmieniłeś się, więc skup się na teraźniejszości, a nie top smutków w przeszłości.

– Mówisz, że dawno temu…? – Albus westchnął. – Akurat ty, ze wszystkich żyjących na świecie ludzi, powinieneś wiedzieć, że czas jest pojęciem względnym.


Hermiona odchyliła się na ławie oraz z zadowoleniem zatopiła się we wszechobecnym hałasie i zgiełku. Tęskniła za Hogwartem, chociaż mając osiemnaście lat, nie powinna uczyć się w szkole. Z drugiej strony, tęskniła również za swoim ostatnim rokiem nauki, więc to chyba w porządku, że dostała szansę, aby go powtórzyć. Nie podobała jej się nieznośnie długa przemowa dyrektora, którego pompatyczny styl bycia był przytłaczający i męczący. W przyszłości, kiedy tę funkcję przejął Dumbledore, ograniczał się do krótkich wstępów, za co była mu teraz niezmiernie wdzięczna. Wyglądało na to, że Dippet po prostu lubił dźwięk swojego głosu i katował nim wszystkich pozostałych.

– I właśnie wtedy moja siostra wysadziła choinkę! – Hermiona przysłuchiwała się rozmowie trójki przyjaciół. Weasley opowiadał o raczej dziwnych świętach, które przyszło mu przeżyć. – Szkoda, że nie widzieliście miny mojej matki. Była taka szczęśliwa!

– Czekaj, czekaj. – Lupin uniósł dłoń. – Cieszyła się z wysadzenia choinki? – Spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem.

– Ano. – Uśmiechnął się Richard. – Mała ma osiem lat i nigdy wcześniej nie wykazywała magicznych zdolności. Szczerze mówiąc, byliśmy przekonani, że jest charłaczką. – Wzruszył ramionami. – Choinką zaprzeczyła naszym przypuszczeniom. To był naprawdę imponujący wybuch przypadkowej magii. Drzewko po prostu wyleciało w powietrze! – Spróbował udawać płonącą choinkę, ale nijak mu wychodziło. Niemniej jednak rozśmieszył przyjaciół, bo Longbottom prawie pokładał się na podłodze. – Naprawianie szkód zajęło mojemu tacie praktycznie cały dzień. Rodzinka była szczęśliwa. No, oczywiście, poza ciotką Henriettą – podsumował fiasko. – Ma co najmniej sto lat i jest głucha niczym pień. Nie zauważyła, że coś jest nie w porządku, dopóki nie zapaliła jej się peruka od szczątków płonącej choinki – dodał, widząc uniesione brwi Hermiony. – Jako jedyna miała pretensje. Wygarnęła nam nawet, że peruki są strasznie drogie. – Uśmiechnął się Weasley.

– Kupiliście nowe drzewko? – wykrztusił pomiędzy chichotami Mark.

– W żadnym wypadku! Matka nalegała, żebyśmy świętowali przy tym zwęglonym. Stwierdziła, że to drzewko szczęścia – odpowiedział Richard.

Kiedy skończyli jeść, we czwórkę wstali od stołu, wciąż się śmiejąc z opowiedzianej historii.

– W porządku, Hermiono. – Uśmiechnął się Longbottom i objął dziewczynę ramieniem. – Jaki kawał zaplanowałaś na ten semestr? Zdradź nam kilka szczegółów. Eliksir dymny był fantastyczny, ale zdecydowanie musimy go przebić.

DeCerto odwzajemniła uśmiech. Naprawdę dobrze było mieć przyjaciół przy sobie. Chłopcy byli tacy… odświeżająco beztroscy.

Cieszyła się z powrotu do szkoły.


Strasznie nużąca, podsumował przemowę Tom. Czy ten człowiek próbował zanudzić uczniów na śmierć? Jeżeli tak, to był na dobrej drodze. Oczywiście, przywdziawszy uprzejmą minę, nie pokazywał po sobie znużenia. Dippet był wszak dyrektorem i nawet jeśli bywał śmieszny, wypadało zachować pozory. Zapewnienie profesora, że go lubi, nie było szczególnie trudne – idiotów łatwo oszukać. Noszenie maski pracowitego wzorowego ucznia przychodziło mu naprawdę prosto i mało kto potrafił ją przejrzeć. To niemal smutne, że manipulacja przychodziła mu tak łatwo. Wszyscy byli oszołomieni wizerunkiem urokliwej i jednocześnie błyskotliwej sieroty, który wokół siebie stworzył, że pozostali ślepi na całą resztę. Jakże byliby zaskoczeni, pomyślał, gdy omiatał wzrokiem siedzących w Wielkiej Sali ludzi. Ostatecznie zatrzymał się na znużonej czarownicy przy stole Gryffindoru.

Hermiona była inna. Od samego początku wydawała się odporna na próby oczarowania. Nie dała się zwieść jego wyglądowi i zawsze potrafiła przejrzeć grę aktorską, w którą niejednokrotnie wkładał całe serce. Znała go całkiem dobrze. Nie tylko zdołała sobie sprawę, że naprawdę był wzorowym uczniem, za którego uchodził, ale i zdołała przejrzeć maski, które zakładał.

Najdziwniejsze było to, że chociaż doświadczyła przebłysków jego osobowości, wciąż się doń przywiązała, a nawet pomogła mu, kiedy wpadł w kłopoty. Prawie zadrżał, gdy wrócił myślami do sierocińca i Cartera, tego parszywego mugola. Zawsze pragnął pokazać mu, co znaczy prawdziwy ból – chciał go przekląć, ale został wyprzedzony przez Hermionę. Wciąż miał problem ze zrozumieniem, dlaczego zdecydowała się wyciągnąć do niego pomocną rękę, ale w jakiś sposób nie miało to większego znaczenia. Czymkolwiek się wówczas kierowała, to oczywiste, że go polubiła. Może chciała zaprzeczyć samej sobie, ale wiedział lepiej i wyczuł zmianę, kiedy się pocałowali. Zdecydowanie jej na nim zależało, nawet po wszystkim, co jej uczynił i czego się dowiedziała. Szczerze mówiąc, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że ktoś obdarzy go sympatią, jeżeli pozna ciemną stronę jego osobowości. Kiedyś mu nawet na tym nie zależało.

Zamrugał, wciąż skupiony na wesoło się śmiejącej Hermionie. To, że zdawała się pałać do niego uczuciem, znacznie ułatwiało sprawę i pomogłoby jej zaakceptować fakt, że stała się jego własnością. Tom wiedział, że nadal nie była w stu procentach pewna ich związku. Od dawna widzieli w sobie wrogów, a ona nie chciała na zawsze zapomnieć o sporze z początku roku. Musiał bardzo uważnie rozgrywać swoje karty, żeby jej nie zrazić i przypadkowo odsunąć. Cokolwiek by się nie stało, ta czarownica należała w pełni do niego. Nie może zaprzeczyć swemu przeznaczeniu, pomyślał chciwie.

Wtem wstała od stołu, a za nią podążyła trójka gryfonów. Automatycznie zmrużył oczy, patrząc na ich zbytnie pouchwalanie się. Zawsze kręcili się wokół Hermiony. Zdecydowanie mu się to nie podobało.

Gdy Longbottom dotknął dziewczyny, w Tomie wezbrała się złość – ten idiota naprawdę miał czelność objąć ją ramieniem. Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści. Najwidoczniej musiał nauczyć Hermionę jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie że nie potrzebowała nikogo innego do szczęścia.

– Och, cieszę się, że wróciłeś, Tom. – Usłyszał obok siebie dziewczęcy głos, który w mniemaniu właścicielki z pewnością miał być uwodzicielski. Odwrócił się i zobaczył stojącą za jego krzesłem Melanie Nicolls. Ciemnobrązowe włosy splotła w warkocz, a teraz pochyliła się do przodu i położyła mu dłoń na ramieniu. – Tęskniłam za tobą – dodała.

Z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami. Czego ta dziewucha od niego chciała? Jasne, raz się ze sobą przespali, bo była ładna, ale potem zupełnie stracił nią zainteresowanie. Jeżeli nadal będzie go dręczyć, posunie się o krok dalej i pokaże jej, że rozgniewany nie jest najlepszym kompanem do rozmów. Zignorowawszy współdomowniczkę, zerknął w stronę Hermiony, ale nigdzie jej nie zobaczył. Wspaniale, dzięki Nicolls stracił dziewczynę z oczu. Prawie zacisnął z gniewu zęby, ale potem wziął uspokajający oddech i spojrzał na ślizgonkę. Wciąż patrzyła nań wyczekująco. Zmrużył oczy, a następnie wstał od stołu.

– Wybacz, ale muszę się czymś zająć – powiedział chłodno na odchodne i zanim wyszedł z Wielkiej Sali, zarejestrował jeszcze jej rozczarowane westchnienie.

Istotnie, miał priorytety. Jakby nie patrzeć, było coś, co musiał odzyskać. Targały nim sprzeczne uczucia. Chciał odebrać zarekwirowaną różdżkę, ale wolał uniknąć spotkania z Dumbledore'em. Prawdę powiedziawszy, nie miał więc za dużego wyboru. To kolejny powód, dla którego nienawidził tego przeklętego starca. Głupiec zawsze stawiał go w sytuacjach, w których był zmuszany do robienia czegoś, czego wcale nie chciał.

Szedł znajomymi korytarzami, aż w końcu stanął przed znienawidzonymi drewnianymi drzwiami. Z niechęcią w nie zapukał. Naprawdę wolałby siedzieć w pokoju wspólnym. W biurze Dumbeldore'a zawsze czuł się słabszy i gorszy, a były to uczucia, którymi szczerze gardził i poprzysiągł w sobie zdusić. Niestety, dziś musiał je przeboleć.

– Proszę. – Usłyszał.

Z odrazą otworzył drzwi, wszedł do gabinetu i natychmiast omiótł wzrokiem zagracone wnętrze. Musiał się wręcz siłą powstrzymać przed zmarszczeniem w obrzydzeniu nosa. Wiedział, że część przedmiotów, które przez lata gromadził profesor, była wartościowa, ale irytowało go niedbalstwo i wszechobecny bałagan. Za niektóre artefakty Tom byłby w stanie zabić – jak na przykład za to małe srebrne urządzenie, przypominające z wyglądu mugolski zegar słoneczny. W rzeczywistości był to magiczny wzmacniacz, umożliwiający użytkownikowi chwilowe zwielokrotnienie ilości wkładanej w zaklęcie mocy.

– Dobry wieczór, Tom. – Głos Dumbledore'a wyrwał go z zamyślenia i przywrócił do rzeczywistości. – Czekałem na ciebie – dodał swoim irytująco protekcjonalnym tonem.

Riddle spróbował powstrzymać swą nienawiść, kiedy nauczyciel wskazał mu dłonią krzesło naprzeciwko biurka. To było ciche zaproszenie, aby usiadł, a właściwie bardziej rozkaz. Zacisnął zęby, czując przypływ obrzydzenia, a potem powolnym krokiem podszedł do stołka i zajął miejsce.

– Jak ci minęły święta, Tom? – zapytał go uprzejmym tonem profesor.

Nie słyszał pogardy w głosie Dumbledore'a, ale wiedział, dobrze ją zamaskował.

– W porządku. Dziękuję za troskę, proszę pana – odparł, wcale nie mając tego na myśli.

– Czy jest coś, co chcesz mi powiedzieć? – spytał niespodziewanie nauczyciel, zaś umysł ślizgona ponownie zalała fala gniewu. W co ten staruch pogrywał?

– Nie, proszę pana.

Profesor przez dłuższy moment po prostu lustrował go wzrokiem. Gdyby był mniej wytrzymały, z pewnością zadrżałby pod tym świdrującym spojrzeniem. Nie zamierzał okazywać słabości przy wrogu. Automatycznie wzmocnił swe bariery oklumencyjne, ot tak na wszelki wypadek. Nie miał żadnej pewności, czy Dumbledore nie spróbowałby przypuścić ataku z zaskoczenia, ale nie mógł pozwolić sobie na zdradzenie się z sekretami. Był cholernie spięty, więc zacisnął usta, żeby rozładować powstałe napięcie i zmrużył oczy.

Po dłuższej chwili profesor westchnął, a Tom był zaskoczony, zobaczywszy na jego twarzy zmęczenie i smutek. Następnie, niczego nie przedłużając, mężczyzna wstał od biurka i podszedł do jednej z szafek, powiewając trochę absurdalnie żółtymi szatami. Niemal potrząsnął w niedowierzaniu głową. Naprawdę, co było nie tak z tym człowiekiem? Dumbledore machnął różdżką, po czym otworzył którąś szufladę i wyciągnął z niej zarekwirowany oręż. Oczy Toma rozszerzyły się z pożądania, kiedy rozpoznał jasne cisowe drewno, ale zdołał się opanować, gdy profesor z powrotem usiadł na krześle. Z trudem pohamował też gniewne warknięcie, widząc swoją różdżkę w rękach innego czarodzieja.

– Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego nie możesz mieć różdżki podczas przerwy świątecznej – powiedział nauczyciel, a w jego głosie zabrzmiał niezrozumiały smutek. – Ten układ jest bezpieczniejszy – dodał, kiedy nie uzyskał odpowiedzi. Ślizgon patrzył nań twardo, ale pojmował, że Dumbledore próbuje mu coś przekazać, niemniej jednak nie dbał o szczegóły. – Nasze porozumienie stanowi gwarant dla ludzi wokół ciebie, Tom. W ostatecznym rozrachunku przynosi ci również same korzyści.

Och, z pewnością, pomyślał, rozwścieczony. To przecież oczywiste, że brak różdżki równa się bezpieczeństwo.

– Tak, proszę pana – odpowiedział, ledwo powstrzymując drżenie własnego głosu.

Profesor ponownie westchnął, co jeszcze bardziej rozzłościło Toma, a następnie oddał mu zarekwirowaną cisową różdżkę. Gdy zacisnął palce na znajomej drewnianej strukturze, Dumbledore nie puścił oręża. Zamiast tego wzmocnił uścisk i odezwał się poważnym tonem.

– Uważaj, w jaki sposób używasz magii, chłopcze. Raz popełnione błędy mogą kiedyś wrócić, żeby cię prześladować.

W Riddle'u się zagotowało. Jak dotąd miał pewność, że zachowywał neutralny wyraz twarzy, ale najwyraźniej się przeliczył, bowiem Dumbledore przez moment sprawiał wrażenie zaskoczonego. Po czasie, który wydawał się wiecznością, nauczyciel w końcu puścił różdżkę. Tom natychmiast wstał i schował swój skarb, po czym wyszedł z gabinetu tak szybko, jak to możliwe. Tylko utrzymanie pozorów powstrzymywało go przed biegiem.

Stanowczym ruchem zamknął za sobą drzwi, a potem oddalił się na kilkanaście metrów, zanim pozwolił sobie na odetchnięcie z ulgą. Przy każdym stawianym kroku był świadom ciążącego mu w kieszeni drewna. Drżącą ręką wyciągnął swą różdżkę.

Cóż za wspaniałe uczucie! Gładkie i chłodne drewno natychmiast mu się poddało, więc bez żadnego problemu poczuł przepływającą przez nie magię – szumiała mocą i kusiła, żeby jej użyć. Czuł cholernie dużą ulgę, znów mogąc czarować. Ograniczony przez Dumbledore'a, pozbawiony możliwości ataku i ochrony, był niekompletny, bezbronny i słaby. To było naprawdę odrażające wrażenie. Z radością zacisnął dłonie na uchwycie.

Na jego przystojnej twarzy zagościł złowieszczy uśmiech. Nareszcie odzyskał wolność, swobodę i potęgę.


W pokoju wspólnym Hermiona siedziała skulona na jednej z miękkich kanap z książką w rękach, zaś Lupin okupował fotel i grał z Dianą w czarodziejskie szachy. Mimowolnie się zastanowiła, co porabiał teraz Tom. Nie byli w stanie ponownie porozmawiać, odkąd rozdzielili się w pociągu. Cholernie za nim tęskniła i była zirytowana własnymi uczuciami.

Weź się w garść, Granger!, wymierzyła sobie mentalnego kopniaka. Wróciłaś do Hogwartu, a Tom przestał cię potrzebować.

Raczej nie była w błędzie, prawda? Jedynym powodem, dla którego spędzili razem przerwę świąteczną, był fakt, iż chłopak nie miał żadnej sensownej alternatywy. Co więcej, oboje na tym lepiej wyjdą, jeżeli zaprzestaną spotkań i rozmów. Wiedziała, że poprawnie zinterpretowała uczucie, którego doświadczyła podczas pocałunku i nie było sensu mu zaprzeczać – zapałała doń sympatią, znacznie przekraczającą granicę przyjaźni. Wpadła niczym śliwka w kompot, ale to było zaledwie głupie, szczenięce zauroczenie, gdyż ich koleżeńska relacja również nie miała solidnych podstaw i była… niewłaściwa pod wieloma względami.

Przeczesała włosy dłonią i uzmysłowiła sobie, że patrzyła w książkę, nie widząc słów i przekazywanych treści. Mając przy sobie Toma, czuła się naprawdę dobrze. Kiedy spędzali razem czas, mogła bez przeszkód cieszyć się odprężeniem i bezpieczeństwem.

Bezpieczeństwem…?

Zapomniała co to, odkąd zdecydowała się wziąć udział w wojnie. Wokół zawsze za dużo się działo, przez co żyła w nieustannym stresie. Ostatecznie zdołała wyciszyć swe uczucia, bowiem był to jedyny sposób, żeby przetrwać wszystkie okropieństwa, których doświadczyła. Cokolwiek nie zrobiła i do czegokolwiek się nie posunęła, zawsze towarzyszył jej żal oraz samotność. Po pewnym czasie zdołała się do nich przyzwyczaić i w gruncie rzeczy je zaakceptowała. Żyła w bólu, który ostatecznie stał się jej częścią.

Tom tymczasowo zabrał ten smutek i samotność, podsumowała. To niesprawiedliwe, że zaznawszy ukojenia, musiała z niego zrezygnować. Świadomość przymusowej alienacji uderzyła w nią ze zdwojoną siłą i powróciła, żeby rozpocząć prześladowanie.

Znów chciała poczuć się wolna i wiedziała, że to samolubne i niewłaściwe. Teraz gdy poznała smak życia bez ciągłych koszmarów, ponownie chciała doświadczyć tego wyzwalającego uczucia.

Zapragnęła, aby Tom przepędził zmory przeszłości.

Wtem została wyrwana ze swoich myśli przez głośny chichot siedzących w pokoju wspólnym dziewcząt. Uniosła wzrok znad książki i spojrzała na trzecio- lub czwartoklasistki, siedzące na kanapie obok portretu. Każda z nich była zarumieniona.

Hermiona wstrzymała oddech, kiedy zobaczyła powód wszechobecnego rozentuzjazmowania. Tom właśnie przeszedł przez dziurę i przystanął, żeby przeskanować wzrokiem otoczenie. Szybko ją zlokalizował i uśmiechnął się pociągająco, po czym doń podszedł. Mimowolnie zarejestrowała, że im głębiej się zapuszczał, tym bardziej wszyscy cichli.

– Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób znosisz te niepokojące czerwono-złote kolory – zagaił, gdy wystarczająco się zbliżył, a następnie usiadł na kanapie.

– Cóż, nie wszyscy możemy być podstępnymi małymi wężami i mieszkać w lochach – odparła lekkim tonem, chociaż czuła się raczej zaszokowana tym, że przyszedł w odwiedziny.

Tom tylko się zaśmiał i kontynuował rozglądanie się po pokoju wspólnym Gryffindoru. Całkowicie zignorował przy tym ciekawskie spojrzenia rzucane mu przez gryfonów.

– Jak się tu w ogóle dostałeś? – Zmarszczyła brwi. – Nie znasz przecież hasła.

Chłopak uniósł brew, a potem uśmiechnął się złośliwie.

– Jestem prefektem, więc znam obecnie obowiązujące hasła.

– To nieprawda. Prefekci nie mają dostępu do pokojów wspólnych innych domów – odpowiedziała.

– Jesteś zbyt mądra dla własnego dobra, Hermiono. – Tom oparł się wygodniej na kanapie, wyglądając na zadowolonego z siebie.

Westchnęła.

– Czemu tutaj przyszedłeś? – zapytała.

Natychmiast spoważniał.

– Chciałem ci coś dać – powiedział i ponownie rozejrzał się po pokoju wspólnym. – Chodźmy w bardziej ustronne miejsce – dodał, kiedy zaczęła mu przeszkadzać obecność innych.

Wstał z kanapy i podał jej rękę, którą chwyciła bez zastanowienia i dała się pociągnąć. Gdy mijali stolik z rozłożonymi szachami, zobaczyła pojawiające się na czole Lupina zmarszczki i oddaliła się ze świadomością bycia obserwowaną. Gdy w końcu wyszli na zewnątrz, odetchnęła z ulgą, bowiem nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Z drugiej strony Tom wydawał się tym zupełnie nie przejmować. Szli teraz przyciemnionym korytarzem, wciąż trzymając się za ręce.

– Jak poszło spotkanie prefektów? – zapytała z nietypowym dla siebie zażenowaniem, gdyż zauważyła, że chociaż uciekli przed ciekawskimi spojrzeniami jej współdomowników, została sam na sam z chłopakiem, do którego coś czuła.

– Nieszczególnie interesująco, zgodnie z oczekiwaniami. Omawialiśmy najbardziej przyziemne rzeczy, jak na przykład harmonogram obchodów i odpowiedzialność za pierwszorocznych. Same nudne rzeczy – odpowiedział. – Po kolacji poszedłem do gabinetu Dumbledore'a – dodał po kilku kolejnych krokach.

Hermiona zmierzyła go uważnym spojrzeniem, bowiem – najprawdopodobniej nieświadomie – wzmocnił uchwyt na jej dłoni.

– Odzyskałeś różdżkę? – zapytała łagodnym tonem, a Tom ograniczył się do skinięcia głową. – To raczej dobrze, prawda?

– Oczywiście, ale po prostu nienawidzę tam chodzić.

W milczeniu kontynuowali podróż, aż zatrzymali się przed drzwiami prowadzącymi do klasy numerologii.

– Myślę, że wystarczy nam spaceru – podsumował chłopak, wyzbywając się niepewności, która towarzyszyła mu przez całą drogę.

Kiedy wyciągnął różdżkę, mimowolnie zesztywniała i przesunęła wzrokiem po jasnym drewnie. To oręż Lorda Voldemorta.

Ślizgon najwyraźniej nie zauważył jej zaniepokojenia, bowiem machnął tylko różdżką, odbezpieczając dotąd zamknięte drzwi. Otworzył je na oścież i ponownie złapał dziewczynę za rękę, po czym pociągnął do środka. Następnym ruchem ręki zapalił stojące na niektórych stołach świece. Hermiona się zmartwiła. Podczas przerwy świątecznej był pozbawiony różdżki, co znacznie ułatwiało całą sprawę. Teraz gdy odzyskał swoją broń, stał się bardziej niebezpieczny.

– Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? – zapytała, zaskoczona usłyszaną w swoim głosie stanowczością, o którą właściwie się nie podejrzewała. Prawdę powiedziawszy, czuła się w tym momencie naprawdę bezsilna.

Tom oparł się plecami o jeden ze stołów i w nonszalanckiej manierze wznowił obserwację. Nawet w półmroku sali lekcyjnej Hermiona mogła dostrzec uśmieszek, którym mógł się poszczycić. Najprawdopodobniej zadowolony z wyciągniętych wniosków, oderwał się od biurka i podszedł doń powolnym krokiem. W oczach błyszczał mu drapieżny błysk, przez co przypominał gotowe do ataku dzikie zwierzę. Chwilę później dostrzegła w jego oczach coś innego, ale trudnego do zidentyfikowania.

Wyciągnął do przodu ręce i przyciągnął ją do uścisku. Przytulona do piersi, natychmiast się odprężyła, a potem wymierzyła sobie mentalnego kopniaka. Wiedziała, że nie powinna cieszyć się tym uczuciem, a jednak to robiła. W gruncie rzeczy zaprzeczała sama sobie, ale bliskość chłopaka wpływała nań uspokajająco.

– Och, Hermiono. Szczerze mówiąc, przychodzi mi do głowy wyłącznie jeden powód, dla którego miałbym przyprowadzić niewinną młodą damę do obecnie nieużywanej sali lekcyjnej.

No właśnie, podsumowała. Mając różdżkę, Tom był zdecydowanie bardziej niebezpieczny i wymagający.

– Skąd przekonanie, że jestem niewinną trzpiotką, panie Riddle? – wyszeptała i podniosła głowę.

– Wybacz, masz rację – odpowiedział z rozbawionym błyskiem w oku. – Musiałem cię pomylić z inną niewiastą – dodał z drwiącym uśmiechem, za co został szturchnięty w bok.

– Skończ, albo oberwiesz zaklęciem.

Tom zachichotał, a potem się odsunął, na nowo przywdziewając swoją tradycyjną beznamiętną maskę.

– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać.

Uniosła brwi, szczerze zdezorientowana.

– O moich umiejętnościach różdżkarskich?

– Niekoniecznie – odpowiedział poważnym głosem. – Właściwie o twojej różdżce.

Jej zmieszanie zniknęło, gdy wyciągnął z kieszeni oręż, który natychmiast rozpoznała. To była różdżka, z którą przeniosła się w czasie. Nieśmiało wyciągnęła po nią rękę. Kiedy zacisnęła dłoń na uchwycie i poczuła znajomą drewnianą strukturę, pozwoliła swojej magii przepłynąć przez rdzeń. Uczucie było niesamowicie przyjemne. Dotąd nie zauważyła, jak bardzo stęskniła się za swoją dawną różdżką. Uśmiechnęła się, zachwycona ponownym zjednoczeniem. Kiedy spojrzała na ślizgona, zobaczyła, że wciąż patrzył na nią z chłodną maską.

– Dziękuję ci, Tom.

– Myślałem, że się rozzłościsz. – Uniósł brwi.

– Dlaczego miałabym się gniewać? – zapytała.

– Cóż, ukradłem ci różdżkę – wytłumaczył, przerwawszy kontakt wzrokowy. – Chwilę później… rzuciłem na ciebie Cruciatusa.

– Yhym, no tak. – Uśmiechnęła się Hermiona. – Już to przerabialiśmy, Tom. Nie zadręczaj się przeszłością, bo naprawdę nie jestem zła. Oczywiście, na początku byłam wściekła, ale już mi przeszło. Zapomnijmy o sprawie, dobrze? – Znów skupiła się na różdżce. – Szczerze mówiąc, to nie był pierwszy raz, kiedy zostałam trafiona Cruciatusem – powiedziała z roztargnieniem.

– Słucham? – Chłopak się spiął. – Kto jeszcze cię skrzywdził? – zapytał, nagle rozzłoszczony.

Uniosła głowę i zlustrowała ślizgona wzrokiem. Ewidentnie się wkurzył.

– Spokojnie, to przeszłość – odpowiedziała. A raczej przyszłość, dodała z goryczą w myślach.

– Francja? – kontynuował, wciąż podminowany.

– Owszem.

– Więcej szczegółów.

Hermiona zamrugała. W oczach Toma tlił się gniew, który znalazł swe odzwierciedlenie w karmazynowym blasku świec.

– Nie musisz drążyć tematu. Stało się i minęło – powiedziała uspokajającym głosem.

– Czym podpadłaś we Francji? – zapytał rozkazującym tonem, zmrużywszy podejrzliwie oczy. – Mów.

Uniosła brwi, ponieważ wyglądał, jakby zaraz miał przekroczyć granicę, zaś w powietrzu trzaskała czarna magia, którą przestał kontrolować. Mimo faktu, iż był naprawdę wściekły, pozwoliła sobie na mały uśmieszek.

– Myślałam, że mieliśmy umowę – powiedziała zadziwiająco spokojnie. – Czyżbyś zapomniał? – kontynuowała, gdy zmarszczył w niezrozumieniu brwi. – W trakcie przerwy świątecznej zapytałeś mnie, dlaczego przez pewien czas mieszkałam w namiocie. Obiecałam cię wtajemniczyć, a dodam, że te dwie sprawy są ze sobą powiązane, o ile odwdzięczysz mi się tym samym. Informacja za informację. Zdradzę ci kilka swoich tajemnic, jeżeli powiesz, dlaczego masz rekwirowaną różdżkę na czas wyjazdu ze szkoły.

– Mógłbym cię zmusić do spowiedzi – oświadczył po dłuższej chwili milczenia Tom.

– Szczerze wątpię. – Uśmiechnęła się Hermiona, puszczając groźbę mimo uszu.

Widziała, że obnażył zęby, ale ani nie drgnęła. Uparcie stała w miejscu, patrząc nań wyzywającym wzrokiem. Po chwili westchnął, sfrustrowany.

– Twoja impertynencja jest niebywała.

– Cóż, zawsze do usług – dodała, a następnie pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę z naramiennej kabury – tę samą, którą ukradła ślizgonowi, który przytrzymywał ją na dworze. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie przyzwyczaiła się do nowego rdzenia i była cholernie szczęśliwa, że odzyskała swoją broń. Spojrzała z uczuciem na różdżkę i pstryknięciem odesłała ją do kabury. Zadowolona, zerknęła na drugą. – Co z tą? – zapytała.

Tom wzruszył ramionami.

– Obojętne, równie dobrze możesz ją gdzieś wyrzucić.

– Czy przypadkiem nie należy do jednego z twoich podwładnych?

– Chyba nie oczekujesz, że będę biegał za Albą, żeby zwrócić mu różdżkę. Poza tym, o ile pamiętam, próbował rzucić na ciebie klątwę – odparł, całkowicie ignorując fakt, iż chłopak działał na jego polecenie. – W porządku, skończmy z pierdołami. Zduśmy problem w zarodku. – Odebrał oręż od Hermiony i wymamrotał pod nosem inkantację. Różdżka, którą trzymał, natychmiast stanęła w jasnozielonym płomieniu, ale go nie poparzyła. Przez chwilę się tliła, a potem rozsypała w proch.

DeCerto zamrugała z niedowierzaniem, ale ponieważ nigdy szczególnie nie lubiła tej różdżki, podeszła do sprawy obojętnie.

Tom podszedł bliżej i ponownie przyciągnął ją do uścisku. Jest zaborczy, pomyślała, przestając się zastanawiać, bowiem prawie odpłynęła, czując przesuwające się po policzku ciepłe palce. Gdy dotarł do podbródka, uniósł jej głowę i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Hermiona przymknęła oczy i oplotła go ramionami wokół szyi. Wszelki protest, który z początku zamierzała wznieść, stał się nieistotny, gdyż oboje zatracili się w namiętności.

Gdy później wślizgnęła się do pokoju wspólnego, z ulgą odnotowała, że jest puściutki. Weszła po schodach prowadzących do dormitorium i tu również zastała zgaszone światło, co zaś oznaczało, że współlokatorki poszły spać. Na paluszkach pomaszerowała do łazienki, a potem do swojego łóżka. Zanim się położyła, wyciągnęła z kufra manuskrypt. Cichutko położyła się na plecach, ale nie otwarła księgi, bowiem przez głowę przelatywały jej tysiące myśli.

W jaki sposób określić relację z Tomem…? Przecież zdecydowała, że najlepszym rozwiązaniem będzie trzymanie się od niego na dystans. Wystarczyło jednak, że pofatygował się po pokoju wspólnego Gryffindoru, żeby znów straciła dlań głowę. Raz za razem pozwalała mu się całować, przytulać, a nawet dotykać.

To się musi skończyć.

Co powiedzieliby chłopcy, gdyby się dowiedzieli? Hermiona zadrżała, wyobrażając sobie zdegustowanie i rozczarowanie na ich twarzach. Wiedziała, że powinna przestać spotykać się z Tomem, ale sama myśl sprawiała, że czuła się gorzej.

Westchnęła i przewróciła się na boczek. Chcąc się rozproszyć, postanowiła zajrzeć do manuskryptu i poszukać rozwiązania wszystkich swoich problemów.

Jasnoniebieska poświata, którą wdziała dziś wokół zamku, wzbudzała niemały niepokój. Potrzebowała znaleźć przynajmniej kilka przydatnych informacji, żeby choć trochę się uspokoić. Wszystko wskazywało na to, że Czarna Różdżka zaczynała powoli przekształcać jej własną magię, a końcowy efekt nie musiał przynieść niczego dobrego. Zdecydowanie powinna odnaleźć sposób na podróż w przyszłość i zaprzestanie siania spustoszenia w przeszłości. W trakcie tych kilku miesięcy spowodowała wystarczająco dużo zamieszania.

Sięgnęła ku manuskryptowi, ale zapisane w nim treści wciąż sprawiały trudności. Szczerze mówiąc, miała wrażenie, że w miarę postępu w czytaniu, księga z kartki na kartkę stawała się cięższa w odbiorze i bardziej skomplikowana. Kimkolwiek był Ignotus Peverell, złym mrocznym czarodziejem, czy też szalonym badaczem, nie sposób było zaprzeczyć geniuszowi, jaki prezentował. Teorie, które przedstawiał światu, były interesujące, wyrafinowane oraz prawie niemożliwe do zrozumienia. Po jakimś czasie natknęła się na następny boczny komentarz autora, znów wątpliwej natury.

Teraz gdy pojąłem koncepcję stojącą za tworzeniem magicznych przedmiotów, chciałbym wykorzystać zdobytą wiedzę w praktyce. Pierwszy stworzony przeze mnie artefakt przy użyciu nowych zaklęć, był zaledwie prototypem i prymitywną próbą. Mimo ogromnych braków, które wszem wobec przedstawiał, wciąż był znacznie lepszy od jakiegokolwiek innego magicznego przedmiotu, na jaki się dotąd natknąłem.

Jako bazy użyłem szkła powiększającego, wykonanego z najlepszego stopu srebra i ozdobionego złotymi ornamentami. Tchnąłem w przedmiot całkiem sporo magii, nadałem jej odpowiedni kształt oraz stworzyłem cenną klątwę.

Kiedy skończyłem dzieła, całkowicie zmieniłem naturę lusterka. Nadal pokazywało odbicie spoglądające weń czarodzieja, ale dokonałem jednej zasadniczej zmiennej. Zobaczony obraz zyskał na wartości, bowiem wydaje się tak niewymownie piękny i tak czarujący, że będzie przynosił czystą radość i przyjemność. Osoba spoglądająca w lustro utknie wpatrzona w taflę i nigdy nie odwróci wzroku. Nieszczęśnik zostanie zniewolony przez własne odbicie, a także próżność, że umrze z tęsknoty. Naturalnie, istnieje spore prawdopodobieństwo, że ów czarodziej zrozumie pułapkę, w której się znalazł, aczkolwiek nie będzie dlań żadnego ratunku.