20. RYCERZE WALPURGII
Obudziwszy się następnego dnia, Hermiona czuła się zaskakująco wypoczęta. To wspaniałe, móc delektować się spokojnymi nocami, nieprzerwanymi przez okropne koszmary. Co interesujące, ostatnimi czasy naprawdę spała do samego rana. Kiedy ostatni raz obudziła się wystraszona i spocona? Szczerze mówiąc, nie pamiętała. Przewróciła się na boczek i ponownie zamknęła oczy, próbując rozkoszować się spokojem. To przerażające, że każdej nocy musiała na nowo przeżywać wszystkie straszne rzeczy, których doświadczyła. Cokolwiek odpędzało koszmary, nie zamierzała narzekać. Westchnęła z przyjemnością, zakopana w cieplutkiej pościeli, a potem uświadomiła sobie, że leży w dormitorium, a wokół niej toczone są rozmowy. Wcześniej to do niej nie docierało, głównie przez zamroczenie ostatkami snu, ale teraz, gdy była już rozbudzona, usłyszała chichoty i przekomarzanki. Z trudem powstrzymała się od jęknięcia. Dobrze, że zanim poszła spać, pomyślała o zasłonięciu kotar wokół swojego łóżka. Wczoraj miała naprawdę dużo szczęścia, że kiedy wślizgnęła się do dormitorium, współlokatorek wciąż nie było i cudem uniknęła konfrontacji. Dziś czuła, że los nie oszczędzi jej cierpień. Naprawdę nie chciała stawić czoła koleżankom, zwłaszcza że wyciągnęły zupełnie niewłaściwe wnioski. Natknąwszy się na nią i Toma, wychodzących z nieużywanej sali, w różnym stopniu rozchełstania, dopowiedziały sobie całą resztę. Z pewnością wymyśliły dotąd kilkanaście mocno naciąganych historii o ich rzekomym związku i okolicznościach spotkań.
Cóż, nie tak do końca „rzekomym", poprawiła się w myślach.
Gdy przypomniała sobie pocałunek w klasie, zaledwie kilka godzin po mocnym postanowieniu zachowania dystansu, miała ochotę wrzeszczeć ze złości i frustracji. Co sprawiało, że nie potrafiła trzymać się od niego z daleka? Zacisnęła usta, czując się diablo winną. Nawet nie chciała sobie wyobrażać, co takiego pomyśleliby jej przyjaciele, gdyby dowiedzieli się prawdy. Na wspomnienie chłopców westchnęła pod nosem, po czym powoli zwlekła się z łóżka. Mimo pragnienia nie mogła przeleżeć w łóżku całego dnia, próbując rozszyfrować swoje mieszane uczucia. Rozsunęła kotary i została natychmiast przywitana podekscytowanymi spojrzeniami współlokatorek. Automatycznie wyczuła nadchodzący ból głowy.
– Nareszcie wstałaś! – krzyknęła Rose.
– Właśnie miałyśmy cię budzić – dodała Lucia, stojąc obok swojego podejrzanego różowego łóżka i podskakując w miejscu.
Hermionę naprawdę kusiło, żeby zasunąć z powrotem zasłonę i położyć głowę na poduszce, a następnie udawać, że do niczego wczoraj nie doszło. Wiedziała jednak, że wścibskie koleżanki nie poszyłyby na podobny układ.
Rose skoczyła na łóżko DeCerto.
– Musisz nam wszystko opowiedzieć – powiedziała, szturchając ją łokciem. – Co robiłaś wczoraj z Tomem Riddle'em?
Wszystkie dziewczęta zachichotały, razem z Dianą, która przysiadła obok Violi na różowym posłaniu i rzuciła jej zaciekawione spojrzenie. Hermionie wcale nie było do śmiechu. Jakim cudem wpakowała się w bagno…?
– Nigdy nie wierzyłam, że Riddle się tobą zainteresował, ale po wczorajszym musiałam zmienić zdanie – zagaiła protekcjonalnym tonem Brown.
– Zdradź więcej szczegółów! – Lucia była cholernie podekscytowana. – Jak się zachowywał, gdy byliście tylko we dwoje? Pocałował cię w klasie?
Rose zachichotała.
– Jestem pewna, że zrobił o wiele więcej.
Hermiona się zapatrzyła, gorączkowo myśląc nad najlepszym sposobem na wybrnięcie z problematycznej sytuacji.
– Naprawdę wolałabym o tym nie rozmawiać – powiedziała stanowczym tonem z nadzieją na zduszenie tematu. Kiepski pomysł, podsumowała po chwili. Koleżanki z pewnością nie zadowolą się brakiem przynajmniej szczątkowych wyjaśnień.
– W żadnym wypadku – stwierdziła Rose, więc przewróciła oczami. – Zaraz wszystko nam opowiesz.
– Owszem, żadnych tajemnic – dodała Lucia. – W końcu jesteśmy przyjaciółkami.
DeCerto zmarszczyła brwi. To, że przypadkiem zamieszkiwały jedno dormitorium, nie oznaczało, że automatycznie stały się sobie bliskie.
– Tom Riddle przypomina ci narzeczonego, prawda?
Spojrzała na Dianę, po raz kolejny zahipnotyzowana tymi niesamowicie zielonymi oczami, tak podobnymi do Harry'ego. Zamrugała, zupełnie nie rozumiejąc, do czego nawiązuje dziewczyna. Potrzebowała chwili, żeby przypomnieć sobie łzawą historyjkę, którą wcisnęła całej szkole przed lekcją eliksirów. Odegrała się wówczas, ale najwyraźniej był to miecz obosieczny. Ironia losu, prawda?, parsknęła w myślach. Niekoniecznie, dodała i wstała z łóżka. Zdecydowanie miała dość tej głupiej paplaniny i nie chciała dłużej wysłuchiwać westchnień współlokatorek.
– Gdzie idziesz? – zapytała Rose.
– Jest późno – odparła, siląc się na spokój. – Mark, Richard i Amarys najprawdopodobniej czekają na mnie w pokoju wspólnym.
– No wiesz co, Hermiono! Nie możesz ciągle spędzać czasu z chłopcami. – Lucia potrząsnęła w niedowierzaniu głową. – Tom z pewnością nie będzie zadowolony – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.
– Właśnie, właśnie. – Rose gwałtownie pokiwała głową. – Może stać się zazdrosny.
DeCerto zacisnęła usta i odmówiła odpowiedzi. Jej cierpliwość wisiała na włosku. Zirytowana do granic możliwości, skierowała się do łazienki.
– O rany, o rany! – Lucia wytrzeszczyła oczy, jakby doznawszy olśnienia. – Wczoraj widzieliśmy cię rano w Wielkiej Sali. Chłopcy już się o ciebie kłócili, prawda?
Hermiona popatrzyła po współlokatorkach. Nie wiedziały, kiedy przestać i zaczęły wymyślać niestworzone historie. Może powinna po prostu je zignorować i zapomnieć o ich istnieniu? W tej chwili to rozwiązanie wydawało się aż nazbyt kuszące. Czasami miło byłoby mieć ciągoty ku mrokowi…
– Mark Longbottom też jest w tobie zakochany. – Rose wyrzuciła ręce w powietrze. – To niesprawiedliwe, że podobasz się dwóm fantastycznym facetom!
Zamrugała i zmarszczyła brwi. Mark też…?
Cóż, najprawdopodobniej, podsumowała, pomyślawszy o jego ostatnim zachowaniu. Westchnęła pod nosem, a następnie weszła do łazienki.
Jakiś czas później zeszła do pokoju wspólnego, niestety wciąż w towarzystwie współlokatorek, które, jakby wyczuły podstęp i postanowiły nań poczekać oraz wysępić kilka dodatkowych, a najlepiej pikantnych smaczków. Szczerze mówiąc, kiedy znalazły się wśród ludzi, była zdziwiona, rzeczywiście widząc siedzących na kanapie chłopców. Nie spodziewała się, że po tak długim czasie, wciąż tutaj będą, bo przecież specjalnie spędziła wieki zamknięta w łazience. Czemu sami nie poszli do Wielkiej Sali?
– Cześć, Mionka! – Uśmiechnął się Weasley. – Dobrze spałaś?
– Nawet, nawet – odpowiedziała. – Dlaczego nadal tutaj czatujecie? Myślałam, że zobaczymy się na śniadaniu. Jest naprawdę późno.
– Już zapomniałaś? – Longbottom uniósł brwi. – Uzgodniliśmy, że nie pozwolimy ci chodzić samej po szkole. Wokół nie jest bezpiecznie.
– Och, naprawdę?
Usłyszawszy podejrzanie słodki głos dochodzący zza pleców, odwróciła się i zobaczyła swoje współlokatorki, wciąż stojące w pokoju wspólnym i przysłuchujące się rozmowie.
– Nie, żeby powinno cię to interesować, ale Hermiona przypadkowo zwróciła uwagę Riddle'a – odpowiedział Mark, patrząc na zaciekawioną Rose. – Musimy ją chronić.
To podsumowanie sprawiło, że dziewczęta zachichotały, rzucając dziewczynie wymowne spojrzenia. DeCerto stała pośrodku całego zamieszania i pragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej – najlepiej jak najdalej od plotkarek niemających własnego życia.
– Ach, dwóch wielbicieli, prawda? – zapytała Lucia, uprzednio się uspokoiwszy i poklepawszy ją po ramieniu. – Masz naprawdę wielkie szczęście. Jesteś całkiem popularna, czyż nie?
Hermiona nie odpowiedziała, cholernie zadowolona, że dziewczęta postanowiły oszczędzić jej dalszych cierpień i wreszcie poszły na śniadanie.
– Co z nimi? – Longbottom przeczesał dłonią włosy. Był wyraźnie zdezorientowany sceną, w której brał przed momentem udział.
– Żebym to wiedziała – mruknęła pod nosem, poprawiła ramiączko torby i skierowała się do wyjścia z pokoju wspólnego.
– Zaczekaj!
Chłopcy podążyli za nią do Wielkiej Sali. Oczywiście, wiedziała, że ich ostrożność wynika z troski, ale miała szczerze dość ciągłego monitoringu i nadzoru. Niestety, nie było sposobu, żeby ich powstrzymać, bowiem byli naprawdę wytrwałymi ochroniarzami, a przecież nie mogła się zdradzić z tym, że Tom kierował się zupełnie innymi pobudkami, aniżeli morderczymi.
Jesteś pewna?, zapytał ten paskudny głosik, który zawsze zasiewał w niej ziarno niepewności.
Westchnęła po drodze, co zwiększyło zaniepokojenie przyjaciół. Podeszła do stołu Gryffindoru, odprowadzona zaciekawionymi i trochę niedowierzającymi spojrzeniami współdomowników. Część ograniczała się do ukradkowego zainteresowania, ale reszta otwarcie się nań gapiła.
Cóż, byłam przygotowana, pomyślała z irytacją. Wyglądało na to, że plotka o jej związku z Tomem rozprzestrzeniła się po szkole z prędkością błyskawicy, chociaż dziewczęta naprawdę nie miały za dużo czasu, żeby roznieść wieść. Starając się ignorować ciekawskie spojrzenia, a czasem nawet gromy, zajęła miejsce siedzące i sięgnęła po dzbanek z czarną kawą. Nienawidziła bycia w centrum zainteresowania.
Z pewnością nie będzie gorzej, niż wtedy, kiedy wszyscy myśleli, że jestem szaloną prześladowczynią, podsumowała. I tym razem Tom nie będzie dolewał oliwy do ognia.
Automatycznie odszukała wzrokiem chłopaka. Siedział przy stole Slytherinu, przystojny jak zawsze i uśmiechał się doń dziwnie zarozumiale.
Hm, albo będzie gorzej, dodała i napiła się łyka.
– Co wszystkich ugryzło? – Longbottom był zdezorientowany.
– Ciężko stwierdzić – odpowiedział Weasley.
Hermiona rzuciła im uważne spojrzenie. Chłopcy usiedli obok niej, zaś Lupin naprzeciwko. Cała trójka najwyraźniej zauważyła, że inni uczniowie patrzyli nań wścibsko, ale ich niezrozumienie potwierdzało, że nie wszyscy usłyszeli plotkę.
– Naprawdę nie wiecie?
Usłyszawszy gniewny głos, spojrzała w górę i prawie jęknęła, zobaczywszy dziewczynę, która miała czelność się odezwać. Nie mogła sobie przypomnieć jej imienia, ale zapamiętała twarz, podobnie jak jej dwóch koleżanek – spotkały się wszak na korytarzu, tuż po szlabanie u profesora McGraya. Właśnie wtedy Tom posunął się do podstępu i podsycił plotkę swoim zachowaniem, przez co została jeszcze bardziej znienawidzona; chwilę później te trzy gryfonki próbowały same wymierzyć sprawiedliwość. Hermiona zmrużyła oczy, rzuciwszy blondynce podszyte pogardą spojrzenie – to ona posunęła się do Reducto. W tej chwili wszystkie trzy dziewczęta były doń wrogo nastawione, więc poświęciła moment na zastanowienie się, dlaczego tak bardzo pragną zmieszać ją z błotem, ale prawie natychmiast doszła do wniosku, że miała to gdzieś. Cała ta sprawa była po prostu śmieszna.
– Czego takiego? – zapytał Lupin.
– Twoja przyjaciółeczka jest po prostu tanią dziwką – odpowiedziała dziewczyna o krótkich brązowych włosach, uprzednio uśmiechnąwszy się z wyższością.
Longbottom stracił nad sobą panowanie.
– Uważaj, co mówisz!
– Mówienie prawdy jest zakazane? – warknęła blondynka i zmierzyła chłopaka zadziornym spojrzeniem. – Jesteś najprawdziwszą zdzirą, prawda? – rzuciła w stronę Hermiony.
DeCerto nie wiedziała, co odpowiedzieć, bo wdawanie się w spór z młodszymi współdomowniczkami było głupie i całkowicie pozbawione sensu. Naprawdę nie miała nic przeciwko nim, ale była ponad to.
– Skończcie z tym obrażaniem!
Zmarszczyła brwi, usłyszawszy znajomy głos i odwróciła głowę, żeby zobaczyć, kto postanowił wyjść przed szereg i stanąć w jej obronie. Gdy omiotła spojrzeniem stół, odnotowała, że wszyscy śledzili rozwój wydarzeń, a niektórzy nawet przerwali jedzenie, żeby niczego nie przegapić. Ze zdziwieniem zauważyła, że to Lucia zabrała głos. Co za niespodzianka. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się, że którakolwiek z jej współdomowniczek wyciągnie doń pomocną dłoń. Niestety, następne zdanie przekreśliło to dobre wrażenie.
– Jesteś po prostu zazdrosna – kontynuowała Reeves. – Czemu nie pogodzisz się z prawdą? Riddle lubi Hermionę, a nie ciebie.
– Słucham? – Longbottom był oburzony. – Że niby co takiego?
DeCerto miała ochotę rozszarpać Lucię na strzępy, a koleżanka poprawnie odczytała jej intencje, dlatego też przez chwilę wyglądała na diablo winną.
– Przykro mi, Mark, ale wszystko wskazuje na to, że Tom Riddle lubi Hermionę.
– Właśnie. – Rose skinęła głową, dobrze się bawiąc obserwowaniem przedstawienia. – Riddle jest zakochany w Hermionie – dodała, a potem zachichotała.
– Nieprawda! – syknęła blondynka.
– Czyś ty oszalała? – Longbottoma prawie rozniosło.
To był moment, w którym DeCerto miała serdecznie dość. Relacja między nią z Tomem była wystarczająco zagmatwana i naprawdę nie potrzebowała roztrząsania jej na szkolnym forum. Rzuciła okiem na stół Slytherinu. Oczywiście, chłopak wydawał się zainteresowany wszechobecnym zamieszaniem – patrzył się nań z rozbawieniem i przekornym uśmieszkiem. Przewróciła oczami, po czym wstała od stołu i, nie skończywszy śniadania, skierowała się ku wyjściu z Wielkiej Sali. Nie zdążyła odejść za daleko, kiedy dołączył do niej Mark, razem z depczącymi mu po piętach Amarysem i Richardem.
– Co wstąpiło we wszystkich? – Longbottom nadal był zły. – Może jednak głupota jest zaraźliwa. Przecież to oczywiste, co się dzieje – dodał, więc spojrzała na niego trochę spanikowana. – To sprawka Riddle'a i jednocześnie stara sztuczka. Facet znów próbuje zrujnować ci reputację – kontynuował, gwoli wyjaśnienia.
– Myślę, że masz rację. Próbował tego samego przed przerwą świąteczną. – Weasley skinął głową.
– Szczerze mówiąc, nie jestem przekonany – powiedział Lupin. – To nie brzmi wiarygodnie. Czemu miałby ponownie posuwać się do tego samego podstępu, skoro poprzednim razem nie zadziałał?
– To wstrętny palant – odpowiedział Mark, uprzednio rzuciwszy przyjacielowi puste spojrzenie. – I jest głupi – dodał tylko dla zasady.
– Nieprawda! – Hermiona zareagowała automatycznie. W zaprzeczenie oskarżeniu włożyła znacznie więcej mocy, aniżeli powinna.
Czemu się znów angażowała i go broniła? Gdy zerknęła na Longbottoma, dostrzegła w jego oczach zakłopotanie.
– Niestety racja. Nie sposób zaprzeczyć, że jest bardzo inteligentny – powiedział Amarys. – Właśnie dlatego jest niebezpieczny – dodał, zmarszczywszy brwi.
– To oznacza tyle, że musimy wzmocnić naszą ochronę – podsumował Mark, ponownie skupiając się na Lupinie. – Facet ewidentnie coś kombinuje.
Niemalże jęknęła. Czy nigdy nie odzyska wolności…?
Nadopiekuńczość przyjaciół sięgnęła zenitu. Po śniadaniu poszli razem z nią na opiekę nad magicznymi stworzeniami. Najwyraźniej profesor Kettleburn wrócił do zdrowia, aczkolwiek stracił kilka placów u prawej ręki. Zajęcia tradycyjnie odbywały się na zewnątrz i w normalnych okolicznościach nie byłoby to problemem, gdyby chłopcy dali jej trochę przestrzeni. Tym razem siedzieli wokół niej, gotowi do odparcia ataku w każdej chwili, co było po prostu absurdalne, ponieważ podczas lekcji była najbezpieczniejsza w świecie. Ogólnie rzecz biorąc, strasznie się ucieszyła, że zajęcia dobiegły końca i mogła wrócić do zamku.
Siedząc na starożytnych runach, słuchała nauczycielki. Nie mogła się jednak skoncentrować na wykładzie, ponieważ była naprawdę zirytowana. Lupin siedział obok niej w ławce, aczkolwiek nie on był źródłem jej zdenerwowania, a grupa zajmujących następną ławkę dziewcząt z Ravenclawu, emocjonujących się tematem najnowszej plotki.
– Zostali znalezieni w sali lekcyjnej? – zapytała jedna z krukonek.
– Yhym – odpowiedziała po cichu druga. – Słyszałam, że się całowali.
Hermiona zacisnęła dłonie na podręczniku i z trudem pohamowała swą magię. Wyglądało na to, że z biegiem czasu plotce dodano pikanterii, ale, prawdę powiedziawszy, to następne stwierdzenie sprawiło, że poczuła potrzebę uduszenia dziewcząt.
– Nie, nie, źle usłyszałaś. Dowiedziałam się wszystkiego od Susan z Hufflepuffu. Według niej DeCerto i Riddle zostali znalezieni w schowku na miotły – odparła krukonka. – Najprawdopodobniej byli w trakcie… – dodała, uprzednio zrobiwszy dramatyczną pauzę.
Dziewczęta zachichotały, a Hermiona zagryzła z wściekłości zęby. Czy naprawdę nie widziały, że obiekt ich rozmów siedzi ławkę przed nimi? Co więcej, nieszczególnie dbały o zachowanie pozorów, chociaż powinny mieć przynajmniej tyle przyzwoitości, skoro tak lubiły plotkować na niestworzone tematy. Zacisnęła dłonie w pięści, żeby powstrzymać odruch sięgnięcia po różdżkę i ciśnięcia weń zaklęciem.
Gdy profesor zakończył zajęcia, nadal powstrzymywała swoją magię przed manifestacją. Z rozmachem wrzuciła pióro, pergamin i podręcznik do torby, a następnie gwałtownie wstała od stołu z zamiarem natychmiastowej ewakuacji z sali.
– Nie słuchaj tego, co mówią, Hermiono – powiedział doń uspokajającym tonem Amarys. – Ludzie, którzy wierzą plotkom, są po prostu naiwni.
Westchnęła i spojrzała na przyjaciela. Właśnie miała mu przyznać rację, ale zanim otworzyła buzię, została uprzedzona przez nauczycielkę.
– Czy mógłby pan chwilkę poczekać, panie Lupin?
– Oczywiście, profesorze – odparł grzecznie gryfon, a potem rzucił dziewczynie zaniepokojone spojrzenie.
– W porządku, nie musisz się martwić – stwierdziła, żeby go uspokoić. – Wiesz, że potrafię o siebie zadbać.
– Dobrze – odpowiedział, chociaż wciąż sprawiał wrażenie niepewnego.
DeCerto się uśmiechnęła, a następnie wyszła z klasy. Idąc korytarzem, starała się ignorować ciekawskie spojrzenia innych uczniów. Nie wracała do pokoju wspólnego, gdyż chciała pobyć trochę w samotności. Wcześniej walczyła z zaakceptowaniem prawdy, ale im więcej czasu nad tym myślała, tym bardziej miała mieszane uczucia. Nie chodziło o to, że znów stała się obiektem plotek – po prostu sama dobrze nie wiedziała, czy jest w nich ziarno prawdy, czy też nie. Co właściwie było między nią a Tomem?
Zyskawszy trochę spokoju, postanowiła z niego skorzystać. To naprawdę irytujące, że przyjaciele wciąż żyli w przekonaniu, że potrzebuje ochrony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wiedziała, że chcieli jej pomóc, ale powoli miała serdecznie dość. Potrzebowała trochę czasu, żeby po prostu przemyśleć kilka spraw, zwłaszcza tę związkową. To, że cała szkoła wydawała się zainteresowana ich relacją, jedynie przeszkadzało, gdyż była cholernie niepewna swoich uczuć i powinności. To oczywiste, że lubiła Toma i nie zamierzała dłużej temu zaprzeczać. Niemniej jednak wciąż nie wyciszyła w sobie tej części osobowości, która doń krzyczała, żeby zdusiła związek w zarodku i nie dała się ponieść zauroczeniu. Sumienie nie pozwalało jej całkowicie zapomnieć, że w rzeczywistości miała do czynienia z Lordem Voldemortem, czego najlepszym dowodem było zachowanie, które zaprezentował względem Longbottoma. Sprawę komplikowała jedna zmienna, a mianowicie kwestia jej samopoczucia – czuła się zdecydowanie lepiej, gdy przebywał w pobliżu i odganiał smutek. Dawno temu porzuciła wszelkie nadzieje, że jeszcze kiedyś zapanuje nad swoimi wspomnieniami i bólem, ale kiedy wylądowała w latach czterdziestych, zyskała tę możliwość. Oczywiście, niektóre wojenne okropności wciąż ją dręczyły, ale naleciałości raczej nigdy się nie wyzbędzie, a dzięki obecności i bliskości Toma stały się zdecydowanie mniej bolesne, a nawet zaczęły schodzić na dalszy plan. Szczerze mówiąc, to więcej, niż mogła sobie wymarzyć.
Skręciła za róg, trafiając na opustoszały korytarz. Jej kroki odbijały się echem od kamiennej posadzki. Nie wiedziała, dokąd dokładnie zmierza, ale potrzebowała chwili wytchnienia. Z początku pomyślała o Pokoju Życzeń, ale potem przypomniała sobie, że Tom również o nim wiedział i gdyby chciał, przeszukawszy całą szkołę, z pewnością sprawdziłby i tę miejscówkę. Najprawdopodobniej używał ukrytej komnaty do swoich małych śmierciożerczych zebrań. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było przypadkowe wtargnięcie na czarnomagiczne spotkanie. Ostatecznie skończyło się na tym, że bezcelowo błąkała się po zamku.
Musiała znaleźć rozwiązanie swojego problemu. Czy powinna trzymać się od Toma z daleka, czy też odpuścić? Przebywanie w jego towarzystwie zdecydowanie było niebezpieczne, nie tylko przez wzgląd na przeznaczenie, ale również dlatego, że był bystry i uwielbiał rozwiązywać tajemnice. Hermiona zaś miała masę sekretów, które pragnęła zataić. Co więcej, powinna wziąć też pod uwagę uczucia Toma. Czy naprawdę pałał doń sympatią? Czy postanowił użyć innej metody, żeby wydobyć z niej informacje? Czy stanowiła miłą odmianę dla szarej szkolnej codzienności, więc zechciał się zabawić? Jeżeli miała być szczera, dobrze wiedziała, co powinna zrobić – pierwsza decyzja była słuszna i w pełni zasadna. Zachowanie dystansu brzmiało najrozsądniej, zaś nieunikanie go zaliczało się do najczystszej głupoty. Było naprawdę wiele powodów, żeby się doń nie zbliżać, a główny przyćmiewał wszystkie pozostałe. Odkąd przeniosła się w czasie, zdążyła nieźle narozrabiać w przeszłości.
Wtem została wyrwana z zamyślenia.
– Cóż za przyjemny widok dla mych zbolałych oczu, DeCerto. – Usłyszała.
Była bardziej niż zaskoczona, widząc grupkę stojących niedaleko ślizgonów. Jak mogła ich przeoczyć…?
– Niesamowity zbieg okoliczności, doprawdy. Cudownie się złożyło. Nie sądzisz, Avery? – zapytał jeden z chłopców i się uśmiechnął ze złośliwością.
Hermiona rozpoznała w nim Primusa Lestrange'a. Avery również się wyszczerzył, równie obrzydliwie, co zawsze. Chociaż otwarcie pożerał ją wzrokiem, w jego spojrzeniu dopatrzyła się pewnego rodzaju uznania. Za nimi stało jeszcze dwóch uczniów. Black opierał się plecami o ścianę tuż obok ślizgona, któremu niegdyś ukradła różdżkę – najprawdopodobniej Alby.
Momentalnie poczuła ucisk w żołądku. Z pewnością nie chcieli się przywitać i wesoło pogawędzić.
– Owszem, wspaniały zbieg okoliczności – potwierdził Avery, po czym arogancko uniósł głowę.
Nie spuszczając wzroku z grupy, dyskretnie rozejrzała się po otoczeniu. Korytarz był całkowicie opustoszały, gdyż znajdowali się w mało używanej części zamku, a to zaś sprawiło, że prawie przeklęła się za głupotę. Czemu zawędrowała na niepewne terytorium? Była tak pogrążona w myślach, że straciła orientację w terenie i teraz ponosiła konsekwencje. Gdyby coś takiego wywinęła na wojnie, przyjaciele znaleźliby w pewnym momencie jej martwe i skatowane ciało. Zacisnąwszy usta, doszła do wniosku, że nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem.
Skup się, a nie myśl o pierdołach!, upomniała samą siebie.
Wtem przypomniała sobie, że niedawno widziała drzwi, najprawdopodobniej prowadzące do starej, nieużywanej sali lekcyjnej. To mogłoby się przydać w późniejszym czasie, zwłaszcza że najlepiej będzie, jeżeli spróbuje uniknąć starcia.
– Dlaczego mnie szukaliście? – zapytała ślizgonów, uprzednio omiótłszy wszystkich stanowczym spojrzeniem.
Avery zrobił kilka kroków naprzód, więc automatycznie przyjęła postawę do pojedynku.
– Jest coś, co musimy sobie wyjaśnić, dziewczynko – zadrwił.
– Co takiego? – spytała bezczelnie i drgnęła, w pełni przygotowana do walki.
– Nie zgrywaj się, głupia pizdo! – krzyknął Lestrange.
Zmrużyła oczy.
– Byłabym naprawdę wdzięczna za oświecenie. Z góry dziękuję – zakpiła.
– Odważyłaś się obrazić naszego lidera, dziwko. Myślałaś, że zniewaga ujdzie ci na sucho? – warknął rozwścieczony Primus.
Hermiona uniosła brwi, szczerze zdziwiona. Mówili o swoim przywódcy? Co mieli na myśli, mówiąc, że obraziła ich lidera? Chwilę pomrugała ze zdezorientowaniem, a potem doznała olśnienia. Wczoraj rano, kiedy zapuściła się do lochów, rzeczywiście spotkała grupkę ślizgonów z Tomem na czele, ale przecież zachowywała się zupełnie normalnie.
Naturalnie, była zła i obrażona, ale nikogo nie znieważyła…
Wtem o czymś pomyślała. Czy Tom nasłał na nią swoich popleczników, żeby się odegrać? Nagle zaniepokojona, z trudem przełknęła ślinę.
– Czy dostaliście konkretne wytyczne? Wie, że tu jesteście? – Spojrzała gniewnie na Lestrange'a, który na chwilę zaniemówił. Stojący za nim chłopcy poruszyli się niezręcznie, co stanowiło odpowiedź na pytanie. Ślizgoni postanowili wziąć sprawę w swoje ręce. Uzmysłowiwszy sobie prawdę, odczuła najprawdziwszą ulgę. – Rozumiem, że nie wydał wam polecenia – podsumowała z zadowoleniem. – Może wyszlibyście na tym lepiej, gdybyście w pierwszej kolejności zapytali go o zdanie. Wasze groźby nie robią na mnie żadnego wrażenia i nie widzę w was zagrożenia. – Uśmiechnęła się niewinnie.
Lestrange natychmiast wyciągnął różdżkę, zaś pozostali chłopcy poszli w jego ślady. Hermiona pstryknęła palcami i przywołała do siebie oręż.
– Znaj swoje miejsce, brudna dziwko!
Primus przeszedł do ataku. Machnął ręką i posłał ku niej niebieskawą klątwę, której uniknęła bez większego wysiłku.
– Jeżeli chcesz mnie pokonać, potrzebujesz czegoś znacznie mocniejszego – zadrwiła i po chwili doszła do wniosku, że popełniła błąd, bowiem ślizgoni poczuli się sprowokowani i również dołączyli do walki.
– Nauczę cię szacunku, zdziro!
Lestrange z uśmiechem na twarzy zakręcił różdżką i cisnął weń klątwą, która aż trzeszczała w powietrzu. Pozostali także porzucili hamulce i postanowili używać mocniejszych zaklęć.
Ciekawe, kto nauczył ich tych wszystkich przekleństw, pomyślała z irytacją i gdyby nie była uwikłana w pojedynek, przewróciłaby oczami. Nie czas na sarkazm, dodała i uniosła różdżkę, po czym wykonała skomplikowany ruch nadgarstkiem.
Aberrare!
Z satysfakcją patrzyła, jak rzucone weń zaklęcia zmieniają swój tor i rozbijają się o pobliskie ściany. Wyglądało jednak na to, że ślizgonom ciężko było zaimponować, gdyż szybko się pozbierali i ponowili atak. Hermiona uchyliła się i skoczyła ku murom. Chociaż nie została draśnięta, poczuła moc przelatujących jej nad głową zaklęć. Z niesmakiem uświadomiła sobie, że oparta plecami o ścianę i skulona, będzie łatwym celem. Musiała się albo ruszyć, albo ukryć. Wyczarowanie magicznej tarczy nie jest najlepszym pomysłem, ponieważ to znacznie utrudniłoby jej przejście do ofensywy. Wtem przypomniała sobie o widzianych wcześniej drzwiach. Znajdowały się zaledwie kilka metrów za nią.
– Skończyły ci się odzywki, co? – Uśmiechnął się Lestrange. – Zaraz przeprosisz naszego przywódcę na kolanach.
Twoje niedoczekanie!, pomyślała i machnęła różdżką. Tergus!
Korytarz wypełnił się gęstą mgłą. Hermiona wykorzystała powstałe zamieszanie i popędziła w kierunku klasy. Wiedziała, że zaklęcie nie utrzyma się długo, a chłopcy wkrótce ruszą w pogoń. Niestety, nie była wystarczająco szybka, ponieważ zanim mgła się przerzedziła, ślizgoni wznowili atak. Z rozmachem otworzyła stare drzwi i schowała się za nimi. Kilka sekund później zaklęcia w nie uderzyły. Z początku użycie ich w charakterze tarczy wydawało się dobrym pomysłem, bowiem sprawiały wrażenie solidnych, ale teraz, kiedy przyjęły na siebie uderzenie, zaczęła mieć wątpliwości. Gdy tylko odsunęła się od wrót, cudem uniknęła potężnej klątwy, która przebiła się przez drewnianą powierzchnię i wypaliła dziurę w kamiennej podłodze. Hermiona spojrzała na swoje nogi, bowiem poczuła pieczenie i zobaczyła, że na lewym udzie ma głębokie rozcięcie. Najwyraźniej troszkę oberwała. Krew zaczęła moczyć jej pończochę, ale na szczęście skaleczenie nie było bolesne – najprawdopodobniej za sprawą buzującej adrenaliny, która skutecznie zamaskowała ból. Później, gdy będzie mogła odpocząć, rana o sobie przypomni.
Przeklęci ślizgoni, podsumowała ze złością. Głupie, bezwartościowe drzwi!
– Co teraz, dziwko? Mam nadzieję, że przemyślałaś sprawę i postanowiłaś uklęknąć! – Usłyszała Lestrange'a. – Szczerze mówiąc, przede mną też byś mogła – dodał sugestywnym tonem, a potem zarechotał ze sprośnego żartu.
Wystarczy!
Jak do tej pory, powstrzymywała się przed używaniem mroczniejszych klątw, bo nie chciała walczyć i odsłaniać się przed uczniami, ale sami się prosili. Wzmocniła uchwyt na różdżce i podniosła się z ziemi. Drzwi wciąż osłaniały ją od ślizgonów, ale słyszała ich poruszenie. Najwyraźniej próbowali dostać się do środka.
W porządku!
Odsunęła się od wrót, uniosła różdżkę i machnęła nią wściekle.
Subverto!
Mimo że nie dotknęła drewna, drzwi roztrzaskały się na drzazgi, zaś Hermiona rzuciła następne zaklęcie, dzięki czemu odłamki zawisły w powietrzu niczym chmura. Wyglądało to tak, jakby eksplodujące wrota jakimś cudem zatrzymały się w czasie. Miała teraz doskonały widok na korytarz, gdzie chłopcy się rozdzielili i tak naprawdę w ogóle ze sobą nie współpracowali. Najbliżej stał Lestrange, który od razu zabrał się do pracy, ale nie czekała, aż skończy inkantację. Natychmiast poruszyła różdżką tylko w sobie znany sposób.
Exuro!
Drzazgi stanęły w płomieniach, więc tchnęła w nie własną magię, przez co czuła każdą z osobna. Machnęła ręką, a odłamki poszybowały do przodu, prosto na ślizgonów. Avery i Lestrange wyczarowali niebieską tarczę, ale nadaremnie, bowiem pociski były dodatkowo wzmocnione i zabezpieczone na prawie każdą ewentualność. Szczapki z łatwością przebiły się przez osłonę, a Hermiona uśmiechnęła się z zadowoleniem. Broń, którą naprędce stworzyła, eksplodowała przy kontakcie z obcą magią. Lestrange został odrzucony do tyłu, gdy jeden z odłamków uderzył go prosto w klatkę piersiową. Upadł na podłogę i przejechał kilka metrów po korytarzu. Avery nie skończył lepiej – drzazgi wbiły mu się w nogę i ramię. Alba i Black zaniechali prób czarodziejskiej obrony i spróbowali uskoczyć płonącym pociskom. Nie dopisało im szczęście, gdyż szczapek było zbyt wiele. Oni również zostali trafieni. Prawdę powiedziawszy, to było nawet zabawne, patrzeć jak kilku krzepkich chłopaków przewraca się na ziemię po pierwszym mocniejszym zaklęciu, jakie wystosowała.
Naturalnie, nie roztkliwiała się nad osiągniętym sukcesem, ponieważ klątwa nie była szczególnie niebezpieczna i nim minęła chwila ślizgoni ponownie stanęli na nogach. Nie chciała sterczeć w trochę spustoszonej klasie, gdy odzyskają siły, więc rzuciła im usatysfakcjonowany, kpiący uśmieszek, zarejestrowawszy wściekłą minę Lestrange'a, a następnie wypadła na korytarz i zbiegła z pola bitwy.
Gdy przebiegła przez kilka rozwidleń, poczuła ból w udzie i musiała trochę zwolnić tempa. Gdy podwinęła spódnicę, zobaczyła, że rana wciąż krwawiła, a to zaś sprawiało, że zranienie wyglądało na głębsze, niż było w rzeczywistości. Kiedy skręciła za następny róg, zorientowała się we własnym położeniu. O ile dobrze pamiętała, jeżeli skręci w lewo, znajdzie się w toalecie. Miała rację. Otworzyła drzwi i weszła do damskiej łazienki, szczęśliwie, pustej. Machnięciem różdżki zamknęła za sobą wrota i nałożyła nań kilka zabezpieczeń, żeby zapewnić sobie trochę prywatności.
Oparła się o umywalkę i raz jeszcze obejrzała nogę. Rana wciąż mocno krwawiła. Żeby więcej zobaczyć, musiała się pochylić. Skaleczenie rzeczywiście było głębokie, ale niezanieczyszczone. Najprawdopodobniej zaklęcie ominęło tętnicę i po prostu wżarło się w mięso.
– Curatio! – powiedziała, machnąwszy różdżką nad zranieniem.
Krew natychmiast skrzepła, a strup sprawił, że cięcie wyglądało na stare, sprzed przynajmniej kilku dni, a nie minut. W następnej kolejności umyła udo, dzięki czemu odzyskała trochę normalnego wyglądu – wcześniej wyglądała, jakby ktoś próbował co najmniej odpiłować jej nogę. Wyczarowała bandaże i starannie zabezpieczyła skaleczenie. Sapnęła, kiedy rana została uciśnięta. Zabolało.
Cholerni ślizgoni!, przeklęła w duchu, zanim podreptała do wyjścia.
Z ostrożnością wyjrzała na korytarz, ale nigdzie nie zobaczyła żadnego wroga. Gdy wznowiła krok, czuła cholernie nieprzyjemne pulsowanie. Co powinna teraz zrobić? Może najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do dormitorium i odpoczynek?
Yhym, bo współlokatorki pozwolą ci na drzemkę, przewróciła oczami. Wszystkie opcje wydawały się odpadać, ponieważ w pokoju wspólnym mogli czekać nań przyjaciele. Będąc świeżo po bitwie, nie chciała konfrontować się z ich troską i mieć wyrzutów sumienia. Rozważyła inne opcje. Wciąż miała przy sobie szkolną torbę, więc zawsze mogła podskoczyć do biblioteki i odrobić lekcje. W zacisznym miejscu nikt nie powinien jej niepokoić, a tym bardziej atakować.
Jak postanowiła, tak też zrobiła.
– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się pani Peters. – Już panienka wróciła?
Hermiona odwzajemniła gest.
– Naprawdę bym nie chciała, żeby zmarnowała panienka swoją młodość wśród starych książek – dodała bibliotekarka.
– Spokojnie.
Aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę się „marnować" pośród regałów, niż walczyć z nadgorliwymi śmierciożercami, pomyślała. Większość stolików była zajęta przez odrabiających lekcje uczniów. Co prawda, wypatrzyła kilka wolnych miejsc, ale ludzie powoli zaczęli zwracać nań uwagę. Grupka czwartorocznych krukonek bezczelnie się gapiła, siedząc tuż obok sekcji ze starożytnymi runami. Hermiona zdecydowanie potrzebowała samotności, więc przeszła całkiem spory kawałek, zanim rzeczywiście znalazła wolny stolik. Szczęśliwie, znajdował się daleko od materiałów potrzebnych do większości wypracowań, więc żywiła nadzieję, że dzięki temu zyska trochę spokoju.
Opadła na krzesło i westchnęła z ulgą. Skaleczenie na nodze naprawdę zaczynało jej mocno doskwierać. Podwinęła spódnicę, żeby sprawdzić bandaż i zobaczyła, że choć wciąż był ciasno owinięty wokół uda, powoli zaczął przemakać. Nieważne, podsumowała. Bywało gorzej. Miała wielkie szczęście, że nie otrzymała zaklętej rany, z którą byłoby znacznie więcej problemów. Wzruszyła ramionami, postanawiając, że zajmie się cięciem później. Sięgnęła do torby i wygrzebała z niej podręcznik do zielarstwa. Pani profesor poprosiła ich wczoraj, żeby napisali długi na dwie stopy esej dotyczący różnego zastosowania czarciego pazura. Szczerze mówiąc, chciała mieć to z głowy, więc otworzyła książkę i wyszukała odpowiedniego rozdziału. Zastanawiała się, dlaczego w pierwszej kolejności zawraca sobie głowę pracą domową. Nie musiała przecież wybitnie przykładać się do zajęć i być sumienną uczennicą. Jakby nie patrzeć, nie zamierzała zostawać tu na zawsze. Siedziała w Hogwarcie tylko i wyłącznie dla Czarnej Różdżki, prawda? Wtem pomyślała o Tomie. Nie, nie teraz, podsumowała i zacisnęła usta.
Jesteś tu dla Dumbledore'a i Czarnej Różdżki. Nie waż się zmieniać priorytetów!
Westchnęła i spróbowała się skupić na zielarstwie. Wszystko wskazywało na to, że nie była w stanie porzucić swojej natury mola książkowego.
Gdy napisała jakieś trzy strony, poczuła, że ktoś do niej dołącza. Przerwała wypracowanie i podniosła wzrok, aby zobaczyć Toma, na którego twarzy błąkał się delikatny uśmiech. Rozsiadł się wygodnie i przesunął palcami po okładce jednej z wyciągniętych lektur.
– Co robisz? – zapytał, patrząc w jej pergamin.
– Jak myślisz? – odparła. – Odrabiam pracę domową.
– Szukałem cię od dłuższego czasu – kontynuował ze spokojem, aczkolwiek wyczuła w jego głosie żądanie. – Gdzie się szwendałaś?
Zesztywniała, czując przesuwające się palce po przedramieniu. Ten dotyk zawsze wywoływał w niej to dziwaczne uczucie, które powinno być zabronione. Mimo to rozkoszowała się wywoływanym mrowieniem.
– Czemu miałabym ci się zwierzać? – skontrowała zaskakująco stanowczym głosem.
– Cóż za zaskoczenie – podsumował i pochylił się w bok, aby wymruczeć jej prosto do ucha: – Nie chcę, żebyś spacerowała gdzieś po błoniach beze mnie.
Ucałowana w policzek, Hermiona spojrzała na Toma. Patrzył nań z zadowolonym z siebie rozbawieniem. Znów była zdziwiona nieoczekiwaną miękkością, którą wręcz emanował. W jego oczach zobaczyła również coś zgoła innego, a mianowicie zaborczy błysk. Najwyraźniej nie dane jej będzie dokończyć wypracowania na zielarstwo, więc zwinęła pergamin.
– Czemu mnie szukałeś? – zapytała, pakując swoje rzeczy.
Tom oparł się swobodniej o krzesło.
– Szczerze mówiąc, bez większego powodu – odpowiedział i nie musiała nawet na niego spojrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiecha.
Mimo to trochę się zirytowała. Dlaczego ciągle kręcił się w okolicy, skoro chciała zachować dystans? Gdy tylko sformułowała tę myśl, doszła do wniosku, żeby nie pragnęła, aby odszedł. Czuła się opuszczona przez zbyt wielu ludzi. Jeszcze raz spojrzała na Toma, tym razem uśmiechającego się arogancko. Co interesujące, gniew nie wziął jej we władanie.
Musisz trzymać się od niego z daleka, Granger!, zganiła się w myślach, znów owładnięta tym zdradzieckim uczuciem.
Spakowawszy rzeczy, chwyciła torbę i wstała, zaś ślizgon poszedł w jej ślady. Hermiona spróbowała go zignorować i zrobiła krok naprzód, ale właśnie wtedy, kiedy przeniosła ciężar ciała na lewą nogę, została przeszyta ostrym bólem. Mimowolnie syknęła i ze świstem wciągnęła powietrze. Żeby nie upaść, złapała się ramienia Toma i przez chwilę po prostu stała, chcąc uspokoić mocniej bijące serce. Zacisnęła oczy i czekała, aż ból przejdzie. Jakież to głupie. Zupełnie zapomniała o zranionym udzie. Cięcie było dość głębokie, więc powinna być ostrożniejsza i przykładać większą wagę do szczegółów. Chłopak natychmiast owinął rękę wokół jej talii, będąc dlań podporą. Zamroczona, pozwoliła sobie na małe odciążenie.
– Co się stało? – zapytał ze zmartwieniem.
Kiedy z powrotem zajęła miejsce, rzuciła mu pełen wdzięczności uśmiech. Tom przykucnął przy niej i spróbował wywnioskować, co zawiniło. Szybko zwrócił uwagę na jej lewą nogę, ponieważ w pozycji siedzącej bandaż, którym owinęła sobie udo, był na wpół odsłonięty. Znalazłszy winowajcę, zmrużył oczy, a potem bez wahania wystarczająco wysoko podwinął jej spódnicę. W miejscu rozcięcia widniała krwistoczerwona plama, a opatrunek nadawał się do wymiany.
– Jak do tego doszło? – natychmiast zażądał odpowiedzi.
Hermiona uniosła brwi.
– Spokojnie, to nic poważnego – odparła miękkim tonem i obciągnęła spódnicę, ponownie zakrywając bandaż. Następnie spróbowała wstać z krzesła, ale została powstrzymana. Tom położył jej dłoń na ramieniu i z powrotem posadził na miejsce.
– Jak się zraniłaś? – zapytał.
Na moment przymknęła oczy. Zgodnie z oczekiwaniami był wściekły.
– Można stwierdzić, że integrowałam się z twoimi koleżkami – wyznała.
– To znaczy? – drążył, wyraźnie zdziwiony.
Westchnęła i oparła się na krześle. Najwyraźniej nie wywinie się z powiedzenia prawdy.
– Cóż, nie zapałaliśmy do siebie sympatią – podsumowała powoli. – Nie byli zadowoleni z naszej wczorajszej rozmowy, więc spróbowali się odegrać.
– Poproszę o szczegóły. – Tom sprawiał wrażenie opanowanego, ale w jego oczach błyszczał szkarłat.
– Zostałam zaatakowana na korytarzu – odpowiedziała, na poważnie zaniepokojona przebiegiem tłumaczeń i mocniejszym odcieniem czerwieni.
– Słucham? – zapytał chłodnym tonem, uwolniwszy swoją mroczną magię, która zaczęła trzaskać w powietrzu, pozbawiona kontroli.
Hermionie przeszedł po kręgosłupie nieprzyjemny dreszcz. Rozwścieczony, nieźle onieśmielał. Wzięła głęboki oddech, chcąc się uspokoić, a potem wstała z krzesła i nie pozwoliła sobie na zatrzymanie. Wzięła swoją torbę i zaczęła kuśtykać, z uporem ignorując ostry ból w nodze. Tom również się podniósł i zaraz doń dołączył.
– Gdzie się wybierasz? – spytał wciąż zimnym głosem.
Kiedy na niego spojrzała, upewniła się, że nadal nie ochłonął, o czym świadczyły krwistoczerwone oczy.
– Zamierzałam pójść do pokoju wspólnego – odpowiedziała i chciała odejść w swoją stronę, ale została chwycona za ramię i przytrzymana w miejscu. Rzuciła mu następne spojrzenie, ale niczego nie wyczytała. Szkarłat skutecznie maskował emocje, którymi się teraz kierował.
– Wykluczone.
Uniosła brwi, zaskoczona usłyszanym zakazem. Natychmiast skamieniała i na moment wstrzymała oddech. Tom zabrał jej torbę i zarzucił sobie na ramię, a potem, nadal jej nie puściwszy, wznowił krok. Hermiona była szalenie zaniepokojona zaciekawieniem na twarzach mijanych uczniów, które w połączeniu z plotką, która obiegła szkołę, nie wróżyło niczego dobrego.
Wkrótce opuścili bibliotekę. Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiała, dlaczego nie stawiała oporu. Uścisk ślizgona był piekielnie silny, ale w jakiś niewyjaśniony sposób pozwalał jej odciążyć zranioną nogę. Po chwili zaryzykowała spojrzenie na Toma i z ulgą zarejestrowała, że poskromił swą magię i znów wrócił do jasnoszarych oczu.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytała.
– Tam, gdzie powinnaś się udać zaraz po zranieniu, czyli do skrzydła szpitalnego.
– To nic poważnego – odpowiedziała automatycznie.
Ślizgon zatrzymał się, zmarszczył brwi i obrzucił ją wzrokiem. Teraz kiedy miał normalny kolor oczu, była w stanie dostrzec w nich emocje. Nadal wydawał się rozzłoszczony, ale był również zatroskany.
– Krew spływa ci po nodze – wytknął po chwili milczenia, a następnie wznowił wędrówkę.
Idąc za nim, Hermiona spojrzała na siebie i stwierdziła, że rzeczywiście miał rację. Szczerze mówiąc, to naprawdę nic w porównaniu z wcześniejszym krwotokiem. Najprawdopodobniej cięcie ponownie się otworzyło, a strup odpadł, chociaż był zabezpieczony. Nim minęła chwila, dotarli do skrzydła szpitalnego. Zdecydowanie wolałaby być gdzieś indziej. Wciąż żywiła przekonanie, że samodzielnie poradzi sobie ze zranieniem, ale nie miała czasu na taktyczny odwrót, ponieważ ślizgon zapukał do drzwi. Moment później madam Dulan im otworzyła i bardzo szybko zorientowała się w sytuacji.
– Co ci się stało, kochanie? – krzyknęła ze zmartwieniem, po czym się odsunęła, żeby mogli przejść.
Odprowadzona do najbliższego łóżka, z westchnieniem ulgi usiadła na miękkim materacu, zaś pielęgniarka doń podeszła.
– Widzę, że masz naprawdę dużego pecha. Najpierw ramię, a teraz noga – podsumowała i pokręciła głową. – Niestety uzdrowiciel Perry jest obecnie nieosiągalny, dlatego też obiecuję, że zrobię wszystko, żeby ci pomóc.
Hermiona zmarszczyła w zakłopotaniu brwi, a potem przypomniała sobie starszawego czarodzieja, widzianego również ostatnim razem, krótko po pamiętnym pojedynku na lekcji obrony.
Madam Dulan spojrzała na Toma, który sprawiał wrażenie nietypowo zdenerwowanego.
– Wybacz, młody człowieku, ale musisz się odsunąć. Zajmę się twoją dziewczyną najlepiej, jak tylko potrafię.
Usłyszawszy pielęgniarkę, DeCerto prawie się zakrztusiła. Czemu wszyscy zawsze wyciągają pochopne wnioski? Mimowolnie się zaczerwieniła, a sytuacji nie pomagał ślizgon, który zamiast zaprzeczyć stwierdzeniu, uśmiechnął się olśniewająco.
– Oczywiście, proszę pani.
Uzdrowicielka zaciągnęła zasłony wokół łóżka, a Hermiona zastanowiła się, dlaczego zadała sobie trudu, żeby zapewnić im trochę prywatności. Czemu robiła coś równie zbędnego? Przecież zraniła się tylko w nogę, nic wielkiego, a przynajmniej nic, czego Tom już nie widział. Mimowolnie wróciła wspomnieniami do przerwy świątecznej, kiedy spali w jednym łóżku i natychmiast się zarumieniła.
– Sama wyczarowałaś opatrunek? – zapytała pielęgniarka, wyrywając ją z zamyślenia. Wskazywała dłonią na bandaż owinięty wokół odsłoniętego uda, teraz mocno przesiąkniętego krwią.
– Owszem.
Madam Dulan skinęła głową, po czym wyciągnęła różdżkę i zaklęciem usunęła przemoczony opatrunek. Bandaż zniknął, odsłaniając rozcięcie. Kobieta zmrużyła oczy.
– Jak to się stało, kochana?
– Ee, zabłąkana klątwa – wymruczała.
Pielęgniarka westchnęła i potrząsnęła głową, a potem machnęła ręką nad raną, dzięki czemu Hermiona poczuła mrowienie w nodze. Następnie wzięła małą fiolkę z miksturą i odwróciła się z powrotem do pacjentki.
– To pomoże nam zamknąć ranę. Obawiam się, że może trochę zaboleć.
DeCerto przytaknęła, więc Dulan otworzyła fiolkę i z największą ostrożnością polała cięcie eliksirem. Zacisnęła zęby, ale prawdę powiedziawszy, nie było szczególnie źle. Gdy skończyła, uzdrowicielka owinęła bandaż wokół jej uda, o wiele miększy i grubszy, aniżeli ten, który wcześniej sama wyczarowała.
– Była panienka bardzo dzielna, to wszystko. Zaraz będziesz mogła wstać z łóżka. – Uśmiechnęła się pielęgniarka. – Obawiam się jednak, że zostanie blizna – dodała, patrząc nań ze współczuciem, zupełnie jakby niewielka szrama była co najmniej końcem świata. – Jestem przekonana, że twój chłopak nie zostawi cię z tego powodu. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Hermiona, gdyby teraz mogła, przewróciłaby oczami. Yhym, prawie odcięto mi nogę, ale najważniejsze, żeby mój chłopak nie miał nic przeciwko bliznom. Lata czterdzieste cechowały się niepojętym dla niej szaleństwem.
– Dziękuję – odpowiedziała grzecznie, siląc się na spokój.
Madam Dulan wstała i odsunęła zasłony. Hermiona była zaskoczona, jak szybko Tom znalazł się przy niej i po swojemu obejrzał opatrunek.
– Nie musisz się martwić, chłopcze. Wkrótce wyzdrowieje – powiedziała uzdrowicielka, widząc jego zmartwienie. – Zostanie mała blizna, ale to nic wielkiego – dodała, rzuciwszy pacjentce niepewne spojrzenie.
Zesztywniała, zauważywszy błysk czerwieni w jasnoszarych oczach. Czarownica błędnie zinterpretowała jej reakcję i spróbowała załagodzić sytuację.
– To będzie naprawdę maleńka blizna, prawie niewidoczna – powiedziała do Toma, zupełnie jakby chciała go przekonać, żeby nie odchodził.
W pewien sposób to nawet zabawne, podsumowała. Kto by pomyślał, że nadejdzie kiedyś dzień, w którym szkolna pielęgniarka będzie przekonywała Voldemorta, żeby nie porzucał swojej dziewczyny.
– Dziękujemy – powiedział ze spokojem.
Hermiona wstała przy pomocy Toma, zadowolona z możliwości opuszczenia skrzydła szpitalnego. Madam Dulan była naprawdę przemiłą kobietą i dobrze się z nią rozmawiało podczas drobnych zabiegów, ale po prostu nie lubiła ambulatoriów. Nie zamierzała urządzać sceny, więc pozwoliła chwycić się ślizgonowi pod ramię i wyprowadzić na korytarz. Skaleczenie, co prawda, nie było niczym poważnym, ale teraz, kiedy znów zaczęła chodzić, bolało przy każdym stawianym kroku. Żeby trochę odciążyć nogę, oparła się o chłopaka.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu, że zostałaś zaatakowana? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.
– Czemu miałabym? – Zamrugała ze zdziwienia.
– Cóż, mogliby znów spróbować swoich sił – odpowiedział, patrząc nań zatroskanym wzrokiem.
Zmarszczyła brwi.
– Wiesz, że potrafię o siebie zadbać.
Tom westchnął z frustracji i wzmocnił uścisk.
– Następnym razem, gdy zostaniesz zaatakowana, po prostu mi o tym powiedz. Wszystkim się zajmę.
– Naprawdę myślisz, że jestem bezbronna? – zapytała ze wzburzeniem.
– To nie kwestia twojej siły – odpowiedział chłodnym tonem, a potem w wymowny sposób spojrzał na jej nogę. – Jeżeli już sprzeczamy się o umiejętności, wychodzi na to, że jednak masz kilka dziur w swojej obronie.
– Wypadki chodzą po ludziach – syknęła.
– Raczej niebezpieczne klątwy – odparł z uporem, a następnie przyciągnął ją bliżej. – W przyszłości masz mi mówić, jeśli staniesz się obiektem gróźb.
Hermiona się zapatrzyła. Tom nie odwrócił wzroku i sprawiał wrażenie onieśmielającego, dlatego też wstrzymała się od kąśliwej odpowiedzi. Skąd ta nieustępliwość? Czemu wydawał się rozwścieczony faktem, iż została zaatakowana? Zupełnie nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Szczerze mówiąc, ostatnio był trochę dziwny. Może to wina niepewności, bowiem ich relacja zmieniła się podczas przerwy świątecznej, ale jeszcze nie nadali jej żadnej konkretnej formy; oboje stali w miejscu. Czego właściwie chciał?
Gdyż nie odpowiedziała na rozkaz, czy cokolwiek to było, wzmocnił uścisk i ponownie wyznaczył kierunek. Była zbyt zdezorientowana, żeby zrobić coś więcej, aniżeli podążanie za nim. Idąc w milczeniu, zatopiła się w myślach. Jeszcze przed wyjazdem na święta, z pewnością byłoby mu zupełnie obojętne, czy z kimś walczyła, czy też nie – albo gorzej, mógłby być zachwycony.
Teraz wydawał się zainteresowany stanem jej zdrowia, co zaś generowało następne pytanie, a mianowicie czy w równym stopniu ciekawiło go, co wyrabia w czasie wolnym. Nie aprobowała nagłej zmiany charakteru i wręcz nadgorliwości w „opiece". To, że zawsze był w pobliżu, znacznie utrudniało jej rozwiązanie problemu z Czarną Różdżką i podróżą w czasie. W obliczu zagrożenia, w którym się dzisiaj znalazła, wykazywał władczą i dominującą postawę. Wymagał odpowiedzi, a nie prosił. Co więcej, nadal trzymał ją w żelaznym uścisku. Chociaż powinna się tym przejmować, zrobiła coś zupełnie innego. Zbliżyła się doń jeszcze bardziej i zaczęła wdychać przyjemny zapach. Jego bliskość sprawiła, że znów zachwiała się w swojej decyzji. Absolutnie niedopuszczalne. Nienawidziła tej kruchej część siebie, która lgnęła go czułości i poczucia bezpieczeństwa.
Jakiego znowu bezpieczeństwa?, zganiła się w myślach. Mówisz o Voldemorcie, kretynko! Jesteś po prostu szalona! Zamknęła oczy, akceptując swą chorobę. Gdy uniosła powieki, spojrzała na Toma. Wciąż szedł obok i chociaż poluzował uścisk, nadal mogła się na nim oprzeć.
Co się zmieniło? Ciągle był onieśmielający i trochę przerażający, ale odkryła, że wyzbyła się strachu, zastąpiwszy go zgoła innym uczuciem.
Niewłaściwym!
Razem przeszli jeszcze kilka korytarzy, a potem stanęli przed wejściem do pokoju wspólnego Gryffindoru. Hermiona była mu naprawdę wdzięczna za odprowadzenie, bowiem zraniona noga utrudniała poruszanie, a teraz nieprzyjemnie pulsowała. Wypuszczona z uścisku, odwróciła się w stronę portretu Grubej Damy. Zanim zdążyła wypowiedzieć hasło, Tom ponownie przyciągnął ją do siebie, więc automatycznie objęła go w talii. Zamknęła z błogością oczy i oddała się chwilowej przyjemności. Wspaniale było mieć przy sobie kogoś, kto służył wsparciem i bliskością. Dotąd żyła w przekonaniu, że to uczucie umarło razem z jej najbliższymi.
– Ci idioci nigdy więcej cię nie skrzywdzą – powiedział po dłuższej chwili.
Spojrzała w górę i zobaczyła, że w oczach płonie mu determinacja.
– Nie zabijesz ich, prawda? – zapytała na wpół żartobliwie.
– O ile okażą skruchę – odparł poważnym tonem i, szczerze mówiąc, nie wiedziała, czy również żartuje, czy powiedział prawdę.
Zanim zdążyła się w to zagłębić, pochylił się do przodu i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Przymknęła oczy i odwzajemniła pieszczotę. Nadal była oszołomiona zachowaniem, które niedawno zaprezentował, ale znów mu się poddała. Gdy poczuła, że się odsuwa, uniosła powieki i zobaczyła, że uśmiecha się zarozumiale.
– Siewka – powiedział, uprzednio odwróciwszy się do portretu.
Gruba Dama najprawdopodobniej przyglądała im się od dłuższego czasu, gdyż sprawiała wrażenie niezadowolonej zakończeniem przedstawienia oraz głęboko rozczarowanej. Kobieta zacmokała, ale posłusznie otworzyła wejście.
– Jak poznałeś hasło? – zapytała z czystej ciekawości, rzucając mu przy tym zaintrygowane spojrzenie.
Ślizgon nie odpowiedział, ale uśmiechnął się czarująco. Widząc starą zagrywkę, przewróciła oczami, a potem przeszła przez dziurę.
– Zobaczymy się jutro. – Usłyszała i mimowolnie się uśmiechnęła.
Odprowadziwszy Hermionę, Tom wrócił do własnego pokoju wspólnego. Gdy dziewczyna znalazła się w bezpiecznym miejscu, pozwolił swojej magii trzaskać w powietrzu. Jakim prawem odważyli się przejść do ataku, nie zapytawszy go o zgodę? Zacisnął dłonie w pięści, kiedy przypomniał sobie bandaż na udzie dziewczyny. Te bezużyteczne gnojki. Hermiona doń należała, a naprawdę nie lubił, gdy ktoś kładł ręce na jego własności. Nie zamierzał tolerować podobnych wyskoków.
Podszedł do kamiennej ściany prowadzącej do pokoju wspólnego i spróbował okiełznać swą magię. Wciąż tańczyła wokół, rozkosznie wściekła.
– Żmija.
Wrota otworzyły się i odsłoniły przejście. Gdy wszedł do środka, od razu zobaczył siedzących na kanapie ślizgonów. Ruszył naprzód, ale właśnie wtedy poczuł dłoń na ramieniu. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, a potem spojrzał w bok. Melanie Nicolls przez chwilę patrzyła nań wyczekująco, po czym zabrała głos.
– Gdzie byłeś? Czekałam na ciebie cały dzień.
Tom prawie parsknął pod nosem i zastanowił się, czemu w pierwszej kolejności w ogóle się wysilał. Ta dziewczyna działała mu na nerwy. To, że się ze sobą przespali, nie oznaczało zażyłości i bliskości, której najwyraźniej oczekiwała.
– Nie mam czasu – odpowiedział chłodnym tonem i wyrwał rękę z niechcianego uścisku. Zignorował rozczarowany wyraz twarzy dziewczyny i wznowił marsz. Gdy spojrzał na swoich zwolenników, z trudem powstrzymał się od publicznego mordu. Siedzieli sobie na kanapie, wesoło gawędzili i się śmiali.
Już niedługo, pomyślał z mściwą satysfakcją.
Szybko zauważyli, że do nich podszedł, bowiem nie ukrywał swej magii, wściekłej i gotowej do podduszenia ofiary. Gdy się doń zbliżył, omiótł wszystkich wzrokiem. Natychmiast przestali głupio paplać i wbili w niego przestraszone, podszyte szacunkiem, spojrzenia. Niewystarczająco, dodał.
– Za mną! – syknął, a potem odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju wspólnego.
Ani razu nie obejrzał się przez ramię, czy wykonali polecenie, świadomy, że zbyt dobrze wiedzieli, czym grozi nieposłuszeństwo. Nie odezwał się też ani jednym słowem. Po jakimś czasie dotarł do znajomego przejścia. Wyglądało całkiem niepozornie, ale skrywało jeden z najznakomitszych sekretów Hogwartu. Tym razem nie kłopotał się angażowaniem któregoś z chłopców i wziął sprawy we własne ręce. Przespacerował się korytarzem, skoncentrowany na zadaniu, aż w końcu w ścianie zmaterializowały się drzwi. Otworzył je na oścież i omiótł spojrzeniem wnętrze komnaty. Była bardzo długa i słabo oświetlona. Imponujące filary wznosiły się aż do sufitu, całkowicie skrytego w ciemności. Chociaż nigdzie nie było widać lamp czy świeczek, zielony blask nadawał pokojowi fascynującej poświaty. Tom lekko się uśmiechnął, wchodząc do dokładnej repliki Komnaty Tajemnic. Szedł prosto przed siebie, nadal nie patrząc na ślizgonów. Wystarczyło, że słyszał ich odbijające się od posadzki kroki. Minął kilka kamiennych filarów, na których wyrzeźbiono węże, obecnie wijące się i syczące, gniewnie przypominające intruzom, komu są podległe. Niemal mógł wyczuć obecność bazyliszka i musiał sobie przypomnieć, że to tylko magiczne odwzorowanie, zaś prawdziwa Komnata Tajemnic znajduje się w zamkowych podziemiach, obecnie dlań niedostępna, dzięki uprzejmości przeklętego Albusa Dumbledore'a. Na myśl o znienawidzonym nauczycielu transmutacji prawie zagotował się ze złości i pozwolił swojej magii na małą manifestację.
Minąwszy ostatnie kolumny, przystanął przed posągiem Salazara Slytherina i omiótł spojrzeniem kamienną figurę swego przodka, a następnie odwrócił się do chłopców, których tu przyprowadził. Stali zaledwie kilka metrów za nim, trochę przygarbieni i skuleni, zupełnie jakby obawiali się ataku samego pokoju. Szczerze mówiąc, ich strach nie byłby bezpodstawny, gdyby tylko znajdowali się w prawdziwej komnacie.
Wziął głęboki oddech. Wspaniale było tutaj wrócić, nawet jeżeli to tylko odzwierciedlenie oryginału. Znalezienie wejścia do swojego dziedzictwa zajęło mu cztery długie lata. Nie mogąc zaryzykować ponownego otwarcia, musiał zadowolić się repliką. Może powinien podjąć odpowiednie kroki, żeby zabezpieczyć kontynuowanie szlachetnego dzieła Salazara Slytherina? Postanowił pomyśleć nad tym później, bowiem miał teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Kiedy spojrzał na swoich zwolenników, ponownie rozgorzała w nim złość. Musieli zostać ukarani za nieposłuszeństwo i niecny atak na kogoś, kto doń należy. Gestem zachęcił ich, aby podeszli bliżej i prawie natychmiast utworzyli półkrąg. Omiótł chłopców wzrokiem i z zadowoleniem odnotował, że wszyscy się wiercili. Sprawiali wrażenie przestraszonych i, prawdę powiedziawszy, mieli ku temu solidne podstawy. Z trudem zwalczył pragnienie rozerwania im gardeł, ale oczami wyobraźni widział zakrwawiony opatrunek na nodze Hermiony i prawie słyszał każde jej syknięcie, gdy próbowała samodzielnie chodzić. Ta czarownica była mu przeznaczona i nie zamierzał pozwolić, żeby krzywdził ją ktokolwiek inny. Ślizgoni wyrwali się do przodu, nie zapytawszy go wcześniej o zdanie, a ich głupota pozostawiła trwały ślad na skórze dziewczyny.
Zapłacą sowicie, pomyślał mściwie. Mroczne, chłodne wyobrażenia przebiegły mu przez głowę, zniewalając umysł i domagając się krwawej zemsty. Owładnęła nim mordercza determinacja i wiedział, że nie oprze się temu pragnieniu – nawet nie chciał.
– Moi drodzy przyjaciele – zaczął życzliwie, nie zdradzając gniewu, który nim targał. – Chwilę temu dotarły do mnie informacje o waszych dzisiejszych poczynaniach. – Spojrzał na każdego z osobna. Aż zadrżał, gdy zauważył iskierki dumy w oczach niektórych zwolenników. Czy naprawdę spodziewali się pochwały? – Zdecydowałem się na małe spotkanie, gdyż nie chciałem, żeby nas podsłuchiwano. – Owszem, to był jeden z powodów, dla których wybrał odosobnione miejsce, z daleka od ciekawskich uczniowskich uszu. Drugim, o wiele ważniejszym, było to, że nikt nie będzie słyszał krzyków w Komnacie Tajemnic. Zaczął się przechadzać między chłopcami, patrząc na każdego z uwagą, ale żaden nie odpowiedział na jego prośbę. Czyżby nareszcie wyczuli niebezpieczeństwo, w którym się znaleźli? Wkrótce zatrzymał się przed Blackiem, który automatycznie zrobił pół kroku wstecz. – Zapewniam, że nie chcecie niczego przede mną ukrywać – podsumował, pozwoliwszy, aby w jego słowach zabrzmiała groźba.
Ślizgon odwrócił wzrok.
– Oczywiście.
Tom przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, a potem podszedł do Avery'ego.
– Co dzisiaj robiłeś? – zażądał nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Chłopak się wzdrygnął.
– Ukaraliśmy tę bezczelną dziewczynę – odparł po dłuższej chwili milczenia, kiedy to zbierał się na odwagę.
– Zemściliście się na DeCerto? – Riddle był stanowczy. Nienawiść przepełniała go do cna. Zagryzł zęby, żeby nie rozwalić ścian i po raz kolejny powstrzymał swoją magię przed potrzebą uwolnienia. – Nie wydałem wam podobnego polecenia, ale i tak poczuliście się do obowiązku – kontynuował wypranym z emocji głosem.
– Ta dziwka cię obraziła. – Avery spanikował. – Chcieliśmy nauczyć ją dobrych manier – dodał drżącym głosem.
To wystarczyło, aby Tomowi puściły nerwy. Uniósł różdżkę i weń wycelował.
– Crucio!
Komnatę natychmiast wypełnił krzyk. Ledo upadł na podłogę, tarzając się z bólu. Oprawca przyglądał się cierpieniu ofiary bez cienia współczucia. Gdy zobaczył wypisaną na twarzy współdomownika agonię, jego gniew trochę ostygł. Pozostali chłopcy stali w miejscu, nie drgnąwszy nawet o minimetr. W żaden sposób nie próbowali pomóc koledze, a tym bardziej powstrzymać rzucającego zaklęcie – po prostu mieli nadzieję, że nie podzielą podobnego losu.
W pewnym momencie przerwał klątwę, a krzyki ucichły. Avery wciąż leżał na posadzce i ciężko oddychał. Uśmiechnąwszy się złośliwie, Tom wciąż nie zaspokoił swojego gniewu. Odwrócił się w stronę sponiewieranego ślizgona, a następnie spojrzał na kamienną statuę Salazara Slytherina.
– Nie przypominam sobie, żebym wydał rozkaz bronienia mojego honoru – podsumował. Oderwał wzrok od przodka i ponownie zlustrował zwolenników. Wyczuwał strach każdego z osobna. – Powiedzcie, czy założyliście, że jestem zbyt słaby, aby samemu dokonać zemsty? – zapytał opanowanym głosem, a potem zrobił krok naprzód. Uwolnił swą magię i pozwolił odczuć współdomownikom, jak bardzo jest zły. Ci, naturalnie, poruszyli się nerwowo. – Myślicie, że potrzebuję waszej pomocy, aby ustawić DeCerto w miejscu? – zapytał niskim głosem, rozkoszując się strachem, który widział w ich oczach.
Ostatecznie to Alba nie wytrzymał presji i wyszedł z półkręgu.
– Oczywiście, że nie. Chcieliśmy po prostu być przydatni – powiedział, drżąc niczym osika.
Tom uniósł różdżkę.
Sagitta!
Klątwa przybrała formę maleńkich świecących strzał. Machnięciem różdżki posłał ją ku chłopakowi, a ten, gdy został trafiony, upadł z krzykiem na kolana. Chociaż nie krwawił, ani nie miał poprzeszywanego ciała, przekleństwo wyrządziło poważne szkody, bowiem atakowało magię wewnątrz czarodzieja. Żeby odzyskać panowanie nad swoją mocą i zregenerować siły, Alba będzie potrzebował trochę czasu.
– Naprawdę myślicie, że potrzebuję waszej pomocy? – ponowił pytanie. – Wyobraźcie sobie, że jestem niezależny! – syknął, podkreślając każde słowo, a potem ponownie zakręcił różdżką. Anthony poturlał się po podłodze, a Tom rozkoszował się cichymi jękami, które z siebie wydawał. Następnie odwrócił się do Abraxasa, obok którego zatrzymał się Alba. Był cholernie nim rozczarowany, ponieważ zazwyczaj cechował się niezawodnością i posłuszeństwem. – Brałeś w tym udział, Malfoy?
– Nie – odparł ślizgon, sprawiając wrażenie przestraszonego.
Tom uniósł brew. Czyżby Abraxas nie był winien krzywdy Hermiony? Wtem zauważył ciekawą rzecz, a mianowicie chłopak odwracał wzrok.
– Niemniej jednak wiedziałeś o planowanym przedsięwzięciu – podsumował tonem znawcy. – Dlaczego zdecydowałeś się milczeć? – Nie otrzymawszy odpowiedzi i zobaczywszy poczucie winy, Riddle uniósł różdżkę i posłał ku zwolennikowi klątwę torturującą. Ten, oczywiście, podobnie jak Avery, natychmiast z krzykiem upadł na ziemię. W akcie miłosierdzia nie przedłużał mu cierpienia. – Czyj to był pomysł? – zapytał groźnie. – Daję wam szansę na dobrowolną spowiedź. Jeżeli postanowicie wymigać się od odpowiedzi, użyję innych metod. Wiem, że nie chcecie, abym wydusił z was prawdę.
W komnacie zapadła cisza.
– Lestrange!
Spojrzał na Avery'ego, który właśnie podnosił się z ziemi. Skrzyżował spojrzenie z przerażonym chłopakiem i nie zawahał się przed użyciem legilimencji. Nie napotkawszy żadnych barier mentalnych, z łatwością wniknął do jego umysłu. Od razu wyszukał wspomnienie, którego potrzebował, mając gdzieś delikatność. Ledo syknął z bólu, a potem zupełnie się poddał penetracji – upadł na ziemię i złapał się za pulsującą głowę. Zdobywszy potrzebne informacje, Tom się wycofał i podszedł do Lestrange, odpowiedzialnego za podżeganie innych do buntu oraz atak na Hermionę.
Zidentyfikowawszy sprawcę, pozwolił, aby mrok wziął go we władanie. Czuł przemożną potrzebę zadawania bólu. Magia ochoczo mu wtórowała, podsycana pragnieniem krwawej zemsty. Wiedział, że nie przestanie, dopóki nie będzie zadowolony.
– Czyli to był twój pomysł – podsumował niebezpiecznym głosem, skończywszy z ukrywaniem gniewu, po czym patrzył, jak ślizgon się od niego odsuwa, spocony i przerażony. Nie miał ani wyrzutów sumienia, ani litości.
– Wybacz, Riddle… Chciałem ci tylko służyć… Nigdy nie zlekceważyłbym twoich rozkazów… – wybełkotał i pochylił głowę.
Okazana uległość nijak uspokoiła Toma. Owładnięty chłodną nienawiścią, natychmiast przeszedł do ataku.
Ensis!
Oślepiająco jasna klątwa poszybowała w stronę winowajcy. Zanim roztrzaskała się o kamienną podłogę, przeszyła nogę chłopaka, który wrzasnął z bólu i natychmiast złapał się za krwawiące miejsce. Widok pożądanej czerwieni nie zaspokoił apetytu Toma, a wręcz przeciwnie. Ponownie machnął różdżką, a Lestrange poleciał na podłogę. Siła zaklęcia sprawiła, że przejechał po ziemi kilka dobrych metrów, zanim się zatrzymał. Szkarłatna rozmazana plama idealnie odwzorowała drogę, którą przebył. Spokojnym ruchem podszedł doń bliżej, a następnie się pochylił. Cholernie wielką przyjemność sprawiło mu patrzenie z góry na wykrzywioną w agonii twarz.
– Wybacz, Riddle – wyjąkał ślizgon. – Nie chciałem cię urazić.
Tom nie odpowiedział, tylko znów zgiął nadgarstek, pozwalając swojej magii na owinięcie się wokół ofiary. Primus krzyknął, gdy został brutalnie uniesiony w powietrze – zawisł bezwładnie, niczym czekająca na komendę marionetka. Riddle zaśmiał się bezdusznie, a potem zmusił podwładnego do rozłożenia rąk, przez co wyglądał na ukrzyżowanego. Wiedziony instynktem, skupił się na jego prawej ręce. Ręce, w której podczas ataku trzymał różdżkę, podsumował w myślach.
Zrobił kilka kroków naprzód i ostatecznie zatrzymał się tuż przed Lestrange'em.
– Nigdy więcej nie okażesz nieposłuszeństwa – powiedział wymagającym tonem, skrzyżowawszy z nim spojrzenie.
Gdy to mówił, owinął swoją magię wokół palca wskazującego i wygiął go w niewłaściwym kierunku. Sapnął z rozbawienia, z przyjemnością obserwując przedstawienie. Nie przestawał, uskuteczniając torturę naprawdę powoli. Lestrange wył z bólu, ale nijak mógł mu zaradzić. Kiedy palec dotknął grzbietu dłoni, dokonując niemożliwego, z sadystyczną radością wysunął kość ze stawu. Wrzaski wypełniły replikę Komnaty Tajemnic, ale nawet na moment nie przestawał. Skierował swą magię do drugiego palca i spróbował dokładnie tego samego.
– Błagam, przestań! – zdołał wybełkotać Primus.
– Błagania są zbędne. – Uśmiechnął się Tom i kontynuował. Gdy następny palec został wyrwany ze stawu, zaśmiał się, ubawiony spektaklem.
– Miej litość! To się więcej nie powtórzy!
Riddle wybuchnął śmiechem, widząc spływające po policzkach chłopaka łzy.
– To oczywiste. Osobiście się upewnię – odpowiedział i kontynuował. Lestrange krzyczał, płakał i pociągał nosem, ale to go nie powstrzymało, dopóki nie wyłamał ofierze wszystkich palców prawej dłoni.
Wycofał swoją magię i pozwolił chłopakowi upaść z łoskotem na ziemię – wciąż łkał z bólu. Zadowolony z osiągniętego rezultatu, odwrócił się od niego i spojrzał ze współczuciem na resztę zwolenników, którzy nadal stali w tym samym miejscu, co wcześniej.
– Słuchajcie uważnie, bo nie będę się powtarzał. – Zerknął w przelocie na skomlącego Primusa. – Macie się trzymać z daleka od Hermiony DeCerto. Ona jest moja. – Omiótł każdego z osobna wzrokiem, ale żaden nie wyszedł przed szereg. Wszyscy byli przerażeni, zauważył z satysfakcją i pochylił się nad Lestrange'em. – Wygląda na to, że zraniłeś się podczas treningu quidditcha. Jesteś straszną niezdarą. – W zmatowiałych z bólu oczach Primusa dostrzegł błysk zrozumienia. To oczywiste, że będzie milczał niczym grób na temat powodu swoich obrażeń. – Może powinieneś pójść do skrzydła szpitalnego?
Śmiech Toma odbił się echem od kamiennych ścian Komnaty Tajemnic. Gdy schował różdżkę, po raz ostatni omiótł zwolenników wzrokiem. Niektórzy drżeli, a inni próbowali udawać niewzruszonych. Ci ostatni go rozbawili, więc zachichotał pod nosem oraz odwrócił się i pewnym krokiem skierował do wyjścia.
