22. QUIDDITCH I DECYZJE


Ała!

Hermiona spojrzała ze złością na zranioną nogę. Wciąż czuła bolesne pulsowanie, więc była w złym nastroju, a przynajmniej to z upartością osła próbowała sobie wmówić. Poza niedawnym skaleczeniem nie było przecież żadnego innego powodu, dla którego mogłaby się wściekać, prawda?

Sięgnęła po różdżkę, którą wcześniej rzuciła ze złości na umywalkę. Machnęła nią, a bandaż natychmiast zniknął z lewego uda, odsłaniając wciąż wyraźnie rozcięcie na skórze, z zaschniętą wokół ciemną krwią. Nie wyglądało źle, biorąc pod uwagę, że otrzymała je zaledwie dwa dni temu. Najwyraźniej tym razem otrzymane od pielęgniarki eliksiry dobrze się spisywały. Jednym ruchem różdżki nałożyła nowy opatrunek i westchnęła. Niedługo zranienie się wyleczy.

Wyszła z łazienki i zauważyła, że współlokatorki wciąż okupowały dormitorium, gdyż przygotowywały się do zejścia do Wielkiej Sali, a następnie pomaszerowania na boisko do quidditcha, ponieważ dziś był wielki dzień, a mianowicie mecz Gryffindoru kontra Slytherin. Szkolna rywalizacja między tymi dwoma domami mimo różnicy pięćdziesięciu lat nadal była równie silna, co w przyszłości, więc zapowiadało się intensywne starcie. Hermiona nie podzielała entuzjazmu koleżanek i po prostu ograniczyła się do obserwacji. Lucia wyciągnęła z kufra czerwono-złoty szalik, zaś Diana niestrudzenie pracowała nad zaczarowaniem jaskrawoczerwonego transparentu, aby pojawiał się na niej napis „Lwy zawsze wygrywają!". Mimowolnie przewróciła oczami. Oczywiście, uwielbiała swój dom, ale odkąd została zmuszona do opuszczenia szkoły i zawieszenia edukacji, opuścił ją duch dziecinnej rywalizacji.

– Tutaj jesteś, Hermiono! – wykrzyknęła Lucia, zobaczywszy współlokatorkę w drzwiach łazienki. – Czekałyśmy na ciebie.

Jakże miło!, pomyślała z rosnącym rozdrażnieniem.

Reeves doń podeszła i objęła ją ramieniem. Niestety, w tej chwili nie potrafiła docenić koleżeńskiego gestu.

– Wiem, że to musi być dla ciebie trudne – powiedziała ponurym głosem koleżanka, aczkolwiek w jej oczach widać było rozbawienie.

Hermiona zmarszczyła brwi, szczerze zdezorientowana.

– O czym mówisz?

– Której drużynie będziesz kibicować? – Rose zachichotała. – Mark gra dla Gryffindoru, zaś Riddle jest ze Slytherinu.

– Wybór jest oczywisty. Moim zdaniem powinnaś dopingować ślizgonów – poradziła Viola swoim zwyczajowym szorstkim tonem, sięgając po czarną pelerynę. – Jestem przekonana, że Riddle'owi nie spodoba się, jeżeli będziesz zdzierała sobie gardło, kiedy gryfoni zdobędą punkt.

DeCerto ponownie zmarszczyła brwi i omiotła współdomowniczki wzrokiem.

– Spokojnie, będziemy cię wspierać w próbach podboju serca Riddle'a. – Uśmiechnęła się Lucia.

– Super, dzięki – parsknęła z sarkazmem, szczerze zirytowania zachowaniem i bezsensownym szczebiotem dziewcząt. Wszystko, co mówiły, brzmiało, jakby naprawdę musiała pragnąć zdobyć chłopaka.

Cóż, lubisz go. Czy nie byłoby miło, gdyby odwzajemnił uczucia…?

Ze złością wyciszyła naiwny głosik, podszeptujący jej najgłupsze scenariusze i pomaszerowała w kierunku drzwi. Mimo nieprzyjaznego zachowania współlokatorki postanowiły jej towarzyszyć i kontynuować doprowadzanie do białej gorączki. Hermiona zaciskała zęby i spróbowała ignorować poradę za poradą. Gdy nareszcie się wyłączyła, powędrowała myślami do wczorajszej kolacji, przez co znów się wzburzyła. Oczami wyobraźni nadal widziała tę przeklętą dziewuchę, szepczącą Tomowi do ucha. Czemu w pierwszej kolejności utrzymywał przyjazne kontakty z byłą dziewczyną?

Niczym huragan minęła pokój wspólny, a potem podeszła do portretu i naparła nań z większą, niż powinna siłą, co poskutkowało oburzonym krzykiem Grubej Damy. Zignorowała upomnienie i kontynuowała wędrówkę do Wielkiej Sali. Nawet raz nie obejrzała się przez ramię, bowiem wiedziała, że koleżanki podążają za nią krok w krok. Z największą przyjemnością cisnęłaby teraz w nie niewybredną klątwą, zwłaszcza że chichotały pod nosem z jej pochopności. Z trudem stłumiła w sobie mordercze zapędy, kiedy znów skupiła się na Tomie i Nicolls.

Z perspektywy czasu musiała przyznać, że doznała szoku, widząc tę dwójkę razem, bowiem nie spodziewała się, że chłopak utrzymuje bliższe kontakty z innymi dziewczętami, zwłaszcza z niższego rocznika – że z nimi rozmawiał, pozwalał na dotykanie, zdecydowanie wykraczające poza normy koleżeńskości oraz słuchał szeptanych do ucha słodkich słówek. Czuła się cholernie zirytowana i rozwścieczona tym niespodziewanym odkryciem. Czemu się właściwie denerwowała? Zmarszczyła brwi, zdezorientowana torem swoich myśli. Mimo świadomości, jak bezsensowne jest gniewanie się o podobne pierdoły, czuła odbierającą rozum złość. Cóż, musiała przyznać, że się przejmowała. Nie była jednak gotowa przyznać, z jakiego powodu.

Odkąd przybyła do Hogwartu, słyszała niejedną historię o Tomie Riddle'u, najpopularniejszym chłopaku w szkole, posiadającym tuziny wielbicielek w każdym domu. Wszędzie miała z nimi do czynienia. Czego innego się spodziewała? Że nagle przestanie się spotykać z koleżankami? Czemu miałby zrezygnować z rozwiązłości, do której niejednokrotnie pił podczas rozmów i żartów? Schodząc po schodach, rozważała wszystkie możliwości.

Ważniejsze było inne pytanie. Dlaczego tak właściwie chciała, żeby przestał interesować się innymi dziewczętami? W głębi duszy dobrze wiedziała, ale broniła się nogami i rękami przed przyznaniem prawdy.

Zasadniczą częścią problemu jest to, że w pewnym momencie przestała nim gardzić, a potem ta pseudonienawiść przerodziła się w coś na kształt sympatii, zaś od przerwy świątecznej prawdziwie go polubiła. Ciężko jej było zaakceptować podstawowe fakty, ponieważ wiedziała, z kim spędzała czas. Niemniej jednak w głowie rozdzieliła od siebie te dwie osoby – Toma Riddle'a i Lorda Voldemorta. Teraz myślała o nim przez pryzmat chłopaka, z którym miała styczność w święta, a następnie w szkole. Z czasem przestała się go obawiać, a wkrótce zupełnie nie czuła doń strachu. Nawet lubiła z nim rozmawiać i się przekomarzać, lubiła się do niego przytulać i się z nim całować. Mimo to nie zdusiła w sobie wszelkich wyrzutów sumienia. Jak mogła cieszyć się z towarzystwa Toma? Gdyby jej przyjaciele żyli, z pewnością nie pochwaliliby podobnej postawy i byliby do cna zniesmaczeni. Co gorsza, ten związek, czy jakkolwiek to nazwać, miał sporą szansę rozsadzić linię czasową i doprowadzić do najprawdziwszej katastrofy. Najokropniejsze jest to, że poczucie winy nie zdołało zmienić jej uczuć, a już na pewno nie powstrzymywało jej przed pieszczotami. Melanie Nicolls pojawiła się znienacka i bezwiednie zmusiła Hermionę do konfrontacji z własnym egoizmem, ale nie mogła dłużej go spychać w najczarniejsze zakamarki swojego umysłu. Lubiła Toma, nawet bardzo. Może nareszcie nadszedł czas na szczerość, podsumowała z gorzkim uśmiechem na twarzy. Czy dalsze zaprzeczanie miało jakiś sens? Zawsze poddawała się uczuciom, czego doskonałym przykładem była akcja w bibliotece. To zdecydowanie wykraczało poza ramy głupiego, szczenięcego zauroczenia, dodała.

Szczerze się zakochała.

Jak mocno…?, potrząsnęła głową.

Chciała, żeby tylko z nią spędzał czas i chodził za rękę. Absolutnie nie akceptowała idei dzielenia się chłopakiem. Zacisnęła usta, uświadamiając sobie zależności.

Westchnęła, a podążające zań współlokatorki najprawdopodobniej wyciągnęły własne wnioski, ale postanowiła zupełnie zignorować szepty, które podsłuchała. Gdy w końcu zaakceptowała prawdę, na horyzoncie pojawiła się Nicolls, przez którą znów zaczęła kwestionować lojalność Toma. Może po prostu stanowiła miłą odskocznię od szarej codzienności? Kiedy pomyślała, że może być jedynie zabawką, czy też źródłem rozrywki, poczuła, jak coś nieprzyjemnego osiada jej na żołądku.

Spójrzmy prawdzie w oczy, podsumowała ze smutkiem. Czemu w pierwszej kolejności miałby zapałać doń sympatią? Nigdy nie grzeszyła wielką urodą, ani w niczym nie przypominała młodej kobiety z lat czterdziestych – znacznie się wyróżniała. W przeciwieństwie do obecnych dziewcząt była w pełni niezależna, nie podporządkowywała się mężczyznom, ani nigdy nie zgrywała panienki w opałach. Odkładając to wszystko na bok, zignorowawszy powszechne normy epokowe, wciąż nie rozumiała, dlaczego mogłaby stać się obiektem czyjegoś zainteresowania. Została napiętnowana przez wojnę i wiedziała o tym aż za dobrze. Wyszła z koszmaru, który pozostawił na niej blizny, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Kto chciałby obdarzyć uczuciem złamaną dziewczynę…?

Hermiona przeczesała dłonią włosy, jeszcze bardziej je kołtuniąc. Została wtedy upomniana przez Rose i usłyszała, że jeżeli o siebie nie zadba, nigdy nie uwiedzie Toma Riddle'a.

Gdyby to było takie proste. Prawdę powiedziawszy, włosy były jej najmniejszym problemem. Wiedziała, że miała prawdziwy talent do tuszowania krzywd, których doznała. Co więcej, nikt nie wiedział o jej smutku. Tom był, oczywiście, wyjątkiem od reguły, bowiem naprawdę nie potrafiła zachować pozorów, kiedy wykazywał zainteresowanie i wydawał się troszczyć. Widział jej ból i niemal natychmiast potrafił go ukoić.

Kiedy uporządkowała swoje uczucia, zaczęła się martwić o chłopaka.

Może po prostu powinna zignorować całą sprawę? Ujarzmić naturę serca, gdyż bywa zmienne i mieć nadzieję, że po pewnym czasie spojrzy przychylnie na kogoś innego?

W międzyczasie razem z dziewczętami dotarła do Wielkiej Sali i z niechęcią weszła do środka. Nade wszystko pragnęła braku towarzystwa i czasu, żeby na spokojnie pomyśleć. Chociaż był sobotni poranek, wielu uczniów wcinało śniadanie. Istniało, oczywiście, wyłącznie jedno wytłumaczenie. Gryfoni i ślizgoni obrzucali się nawzajem nieprzyjemnymi spojrzeniami, a niektórzy nawet syczeli pod nosem, mniej bądź bardziej wyraźnie, najróżniejszej maści obelgi. Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła. Niektóre rzeczy pozostają te same, podsumowała, współczując pozostałym uczniom, uwięzionym pomiędzy.

Gdy podeszła do stołu Gryffindoru, spojrzała na Slytherin. Tom siedział na swoim tradycyjnym miejscu i również szukał jej wzrokiem. Kiedy się delikatnie uśmiechnął, ze świstem wypuściła długo wstrzymywane powietrze.

Czego właściwie od niego chciała?

Automatycznie przeniosła wzrok na ławę obok i zobaczyła pustą przestrzeń. Zamrugała, uzmysłowiwszy sobie, że dziewczyna tym razem postanowiła usiąść naprzeciwko niego. Zmrużyła ze złości oczy i zlustrowała Nicolls wzrokiem. Nijak się od wczoraj zmieniła – wciąż miała długie, lśniące włosy i śliczną buzię. Czyli to właśnie takie panny sobie upodobał. Gdyby było zgoła przeciwnie, nigdy nie zostaliby parą. Hermiona zacisnęła dłonie w pięści i z powrotem spojrzała na Toma, nadal patrzącego nań z niewinnością.

Zabija nudę?

Odwróciła wzrok, zupełnie nie wiedząc, co począć z buzującymi emocjami. Odkąd straciła na wojnie przyjaciół, utraciła część człowieczeństwa, ale teraz, przypadkowo wrzucona do innego świata, odzyskała zdolność czucia i miała problem w poskromieniu obaw i trwogi.

Szybko wypatrzyła siedzących przy stole przyjaciół, więc doń podeszła. Wyglądało na to, że Longbottom i Weasley byli mocno zaangażowani w gorącą dyskusję z innymi gryfonami, ale Lupin nie przysłuchiwał się rozmowie. Oczywiście, nawet nie musiała zgadywać, o czym dywagowali – najprawdopodobniej skupili się wyłącznie na quidditchu. Zrozumiawszy, że ma tylko jedno rozwiązanie problemu, zajęła miejsce obok Amarysa.

– Dzień dobry – zagaiła.

– Witaj – odparł chłopak, podnosząc wzrok. – Cieszę się, że nareszcie przyszłaś. Miło będzie pogawędzić z rozsądną osobą.

– Quidditch? – zapytała, szarpiąc głową w kierunku rozemocjonowanych współdomowników.

W odpowiedzi Lupin westchnął.

– Dokładnie tak zrobimy i zetrzemy ich w proch! – Usłyszała głos Longbottoma, który po krótkiej chwili wyczaił, że zeszła na śniadanie. Na jego twarzy pojawił się olbrzymi uśmiech. – Obiecuję, że zobaczysz najlepszy mecz w historii – rzucił doń z entuzjazmem.

– Jestem o tym przekonana – odparła z rozbawieniem.


Tom stłumił ziewnięcie. Był zmęczony. Czemu musiał wstawać o tak wczesnej porze akurat w sobotę? Z nudów zaczął wodzić wzrokiem po współdomownikach, którzy wręcz kipieli z nadmiaru emocji. Parsknął pod nosem, nie mogąc uwierzyć w powód ich zestresowania. Wokół było głośno, co tylko potęgowali pozbawieni hamulców i ogłady społecznej gryfoni. Zdecydowanie bardziej wolałby spędzić ranek w cieplutkim łóżku, niż siedzieć i marznąć na trybunach, bez entuzjazmu patrząc na ryzykujących życiem idiotów na zaczarowanych kijach. Sęk w tym, że był prefektem. Jak by to wyglądało, gdyby postanowił odpuścić sobie mecz, żeby poleniuchować w dormitorium? Żeby podtrzymać swą reputację, musiał opuścić lochy i wesprzeć swój dom.

Jego nastroju nie poprawiała siedząca naprzeciwko i rzucająca mu zalotne spojrzenia Melanie Nicolls. Czy ta dziewczyna już zawsze będzie mu uprzykrzać życie? Szczęśliwie, szybko odwrócił od niej uwagę, wypatrzywszy wchodzącą do Wielkiej Sali Hermionę. Co interesujące, towarzyszyły jej współdomowniczki. Trochę się uspokoił, ale nie na długo. Gdy tylko omiótł ją wzrokiem, ogarnęła go żądza posiadania. Najwyraźniej z dnia na dzień było coraz gorzej. Musiał szybko znaleźć sposób, żeby osiągnąć cel – dziewczyna była mu przeznaczona i uznał, że najwyższy czas, aby przyznała mu rację.

Hermiona rozejrzała się po komnacie i prawie natychmiast skrzyżowała z nim spojrzenie. Był cholernie zadowolony, że szuka go przy każdej możliwej okazji. Uśmiechnął się doń, ale szybko odwróciła wzrok, nie odwzajemniwszy gestu. Zmarszczył brwi, kiedy zerknęła na ślizgoński stół. Wyglądała na zdenerwowaną. Co się stało?

Po krótkiej chwili ponownie nań spojrzała, wściekła niczym osa, i, prawdę powiedziawszy, z trudem powstrzymał się przed uniesieniem ze zdziwienia brwi. Automatycznie zastanowił się, czy zrobił ostatnio coś, co mogłoby wyprowadzić ją z równowagi. Moment później doszedł do wniosku, że nieszczególnie, bo rzucenie z rana czaru na uciążliwą pierwszoroczną nie wchodziło w rachubę – mała zdecydowanie zbyt głośno darła gębę. Co więcej, do Hermiony z pewnością nie doszły wieści o tym incydencie. Mimo to sprawiała wrażenie doprowadzonej do białej gorączki. Miał ochotę podejść do niej i zapytać wprost, ale wystarczyło szybkie spojrzenie na jej rozwścieczoną minę, żeby wybić sobie ten pomysł z głowy.

Wtem dziewczyna odwróciła się i podeszła do własnego stołu. Tom zamrugał. Raczej nie była rozdrażniona starciem z jego rycerzami. Gdy się bliżej przyjrzał, zobaczył, że trochę kuleje. Mimowolnie również się rozzłościł. Wciąż odczuwała ból, ponieważ ci idioci nie powściągnęli emocji i okazali nieposłuszeństwo. Powinien był wymierzyć im surowszą karę, zwłaszcza jeżeli Hermiona zirytowała się ich samowolką. Znów zmarszczył brwi. To wydarzyło się przedwczoraj i wówczas nie sprawiała wrażenie rozeźlonej. Czemu niespodziewanie zmieniła zdanie? Czy istniała możliwość, żeby rozgniewało ją coś zupełnie innego…?


– Powodzenia! – zawołała, kiedy Longbottom i Weasley razem z resztą gryfońskiej drużyny wstali od stołu. Musieli wcześniej zakończyć śniadanie, bowiem przed meczem powinni być już przebrani w stroje sportowe.

– Szczęście jest zbędne! – Uśmiechnął się na odchodne Mark.

Odwzajemniwszy gest, z radością mu pomachała.

– Myślę, że nie powinnaś go jeszcze zachęcać – powiedział Lupin, wciąż rozbawiony.

Hermiona zachichotała pod nosem, a potem ze spokojem wróciła do jedzenia jajecznicy. W przeciwieństwie do innych gryfonów, zbyt podekscytowanych, żeby dokończyć posiłek, bez pośpiechu wcięła śniadanie. Gdy napełniła brzuch, Wielka Sala świeciła pustkami. Rzuciła okiem na stół Slytherinu i z nieprzyjemnym wstrząsem uzmysłowiła sobie, że Tom również wyszedł. Co gorsze, Nicolls także zniknęła. Zagryzła wargę, zaniepokojona najróżniejszymi scenariuszami. Czy kiedy opuszczali śniadanie, trzymała go pod rękę?

– Idziesz?

Zamrugała, wyrwana z zamyślenia przez głos Lupina. Chłopak wstał już od stołu i nań czekał. Uśmiechnęła się i również podniosła. Razem wyszli z Wielkiej Sali i skierowali się w kierunku boiska do quidditcha. Gdy przechodzili przez hol wejściowy, zobaczyła, że Dumbledore także się zbierał.

– Profesorze – zagaiła, gdy podeszli bliżej. – Dzień dobry.

– Ach, panna DeCerto, pan Lupin. Dzień dobry. – Nauczyciel uśmiechnął się uprzejmie i właśnie wtedy Hermiona zauważyła, że miał na sobie puszystą, jasnoniebieską pelerynę podróżną. – Wspaniała pogoda na mecz, prawda?

– Oczywiście, profesorze – odpowiedział z o wiele mniejszym entuzjazmem Amarys.

Widząc to, dziewczyna zachichotała.

– Będzie pan oglądał rozgrywkę?

Zwyczajowy blask w oczach Dumbledore'a trochę przygasł, przez co prawie uniosła brwi ze zdziwienia.

– Bardzo bym chciał, panno DeCerto, ale niestety wzywają mnie inne obowiązki. Muszę zająć się pewną naglącą sprawą. Ten weekend spędzę w Londynie – odpowiedział, brzmiąc na szczerze zasmuconego. – Oczywiście, to nie powinno powstrzymywać was, młodych, przed spędzeniem wspaniałego dnia z przyjaciółmi – dodał z zachętą. – Mam nadzieję, że wygra dziś właściwa drużyna.

Hermiona uśmiechnęła się ze zrozumieniem, a potem pożegnała się z profesorem i w milczeniu patrzyła, jak rzeczywiście opuszcza zamek.

– Czasem jest naprawdę dziwny – podsumował nauczyciela Lupin.

– Owszem. Ciekawe, jakie to pilne sprawy go wezwały.

– Ciężko stwierdzić. – Amarys wzruszył ramionami. – Chodźmy na trybuny. Mark nas zabije, jeżeli przegapimy rozpoczęcie meczu.

Gdy wreszcie dotarli na boisko, dziewczynę ogarnęła przemożna potrzeba natychmiastowego powrotu do dormitorium, którą z trudem zwalczyła. Trybuny były wypełnione po brzegi, a wielkie transparenty zostały zawieszone na niższych rzędach. Westchnęła i pozwoliła poprowadzić się Lupinowi przez pandemonium, którym były miejsca Gryffindoru. Kiedy wspięła się po schodach i zobaczyła współlokatorki, schowała się za przyjacielem.

– Spróbujmy ominąć moje koleżanki, dobrze? – wyszeptała do rozbawionego chłopaka.

– Wydawało mi się, że lubisz sobie poplotkować – odpowiedział kpiącym tonem.

Przewróciła oczami i pociągnęła go do kąta, z daleka od natrętnych bajkopisarek. Zdążyli w samą porę, ponieważ gdy tylko usiedli, zobaczyli wchodzące na boisko drużyny.

– Oto i dzisiejsze gwiazdy! – Usłyszała magicznie wzmocniony głos komentatora. – Slytherin i Gryffindor! – Hermiona wyciągnęła szyję, żeby lepiej widzieć. Narratorem wydarzenia był nieznajomy uczeń z Hufflepuffu, trzymający w dłoniach coś, co wyglądało jak mocno przestarzały mikrofon. – Większość z was zapewne słyszała o zmianie w ślizgońskiej drużynie. Lestrange dziś nie zagra, bo doznał kontuzji podczas treningu. Jego miejsce zajął gracz rezerwowy, Stephen Wilkins. Zobaczymy, co nam pokaże – dodał.

Ostatnie słowa zostały odebrane różnie – ślizgoni wybuchnęli gromkim wiwatem, zaś gryfoni zaczęli buczeć. DeCerto potrząsnęła głową i ponownie spojrzała na boisko. Obie drużyny zgromadziły się na środku, zaś kapitanowie właśnie wymieniali obowiązkowy uścisk dłoni. Zamrugała ze zdziwienia, uzmysłowiwszy sobie, że liderem Slytherinu jest Avery. To naprawdę interesujące, że wybrali akurat najzłośliwszego chłopaka. Pan Cooper, sędzia i nauczyciel latania, sięgnął po gwizdek. Szczerze mówiąc, nawet faceta nie kojarzyła, bo zawsze wolała twardo stąpać po ziemi, aniżeli unosić się w powietrzu. Nienawidziła latać, aczkolwiek z mugolskich środków transportu całkiem lubiła samoloty. Kiedy usłyszała gwizdek, mecz się rozpoczął, a gracze natychmiast wskoczyli na miotły i przystąpili do gry. Hermionie zakręciło się w głowie od samego patrzenia na to, co się działo w górze.

– Longbottom przejął kafla. Czy zdobędzie punkty? – krzyknął podekscytowany komentator. – Tak, strzelił do obręczy! Dziesięć do zera dla Gryffindoru!

Trybuny wybuchnęły wiwatem, do którego chętnie się przyłączyła.

– Hopton podaje do Millera, a Miller do Longbottoma...

Avery natychmiast poleciał w kierunku Marka, który znów miał kafla. Nie zatrzymał się w odpowiednim momencie, a celowo się z nim zderzył.

– Faul ze strony Slytherinu!

W przeciwieństwie do komentatora pan Cooper nie dopatrzył się niewłaściwej zagrywki, dlatego też nie przerwał meczu i nie zarządził rzutu karnego. Ślizgoni przejęli piłkę i rozpoczęli intensywną wymianę. W końcu dotarli do obręczy Gryffindoru i Avery zdobył bramkę.

– Gol dla Slytherinu. Dziesięć do dziesięciu!

Cholerni ślizgoni!, pomyślała, patrząc na grę. Wtem przypomniała sobie, że przecież jest jednym zainteresowana, więc zwróciła uwagę na pokryte zielenią i srebrem trybuny. Potrzebowała chwili, żeby go odnaleźć wśród rozemocjonowanej reszty. Był opatulony czarną szatą, a dłonie wcisnął w kieszenie. Zdawał się śledzić grę, ale znudzony wyraz twarzy podpowiedział jej, że wcale nie był zainteresowany przebiegiem rozgrywki. Mimowolnie się zastanowiła, czy w ogóle potrafił latać na miotle, bowiem naprawdę nie potrafiła sobie wyobrazić, jak wzbija się w powietrze. Tyle dobrego, że nie jest wielkim fanem quidditcha, podsumowała z niewielkim uśmieszkiem na twarzy, kiedy dyskretnie sprawdził zegarek. Szczerze mówiąc, była bardzo zaskoczona, że w ogóle postanowił zaszczycić współdomowników swoją obecnością. W końcu był sobotni poranek, a dobrze wiedziała, że lubił sobie pospać. Najprawdopodobniej zwlekł się z łóżka, bowiem chciał podtrzymać swój wizerunek idealnego ucznia.

– Hermiono?

Oderwała wzrok od rzędów Slytherinu.

– Tak?

Obok Lupina stała dziewczyna w barwach Ravenclawu. Była raczej drobna, nawet mniejsza od niej samej. Miała okrągłą, przyjaźnie wyglądającą twarz i ciemniejszą cerę, która mocno kontrastowała z jej blond włosami.

– To Stella – powiedział Amarys, ewidentnie trochę zdenerwowany.

Naprawdę lubi Lovegood, pomyślała, z rozbawieniem skanując rozbiegane spojrzenie przyjaciela.

– Miło mi cię poznać. – Uśmiechnęła się ciepło. – Jestem Hermiona.

– Och, DeCerto. Wiele o tobie słyszałam – odpowiedziała energicznym głosem krukonka.

– Mam nadzieję, że dobre rzeczy.

Stella zerknęła nań z zainteresowaniem.

– Nieszczególnie – odparła radosnym tonem. – Niektórzy z moich przyjaciół mówią, że jesteś pomylona. Jeszcze inni, że posuwasz się dalej i jesteś szaloną prześladowczynią.

– Eee, naprawdę…?

Wspaniale, zrobiło się niezręcznie, podsumowała Hermiona. Co interesujące, Lovegood nie wydawała się podzielać tej opinii, bowiem nie patrzyła nań ze zdegustowaniem i się uśmiechnęła.

– Yhym. Czy naprawdę jesteś prześladowczynią?

– Ee, nie – odpowiedziała, szczerze zdezorientowana. Zupełnie nie wiedziała, w jaki sposób powinna zareagować na otwartość nowej koleżanki.

– Cóż, szkoda – podsumowała rozmarzonym głosem krukonka. – Myślałam, że trochę mi opowiesz o najnowszych technikach i sekretach nagabywania.

– Jak widzisz, nieszczególnie… – odburknęła i spojrzała na Amarysa w poszukiwaniu pomocy. Ten jednak z głębokim rumieńcem patrzył na błyszczące z podekscytowania oczy Stelli. Na szczęście została uratowana od kontynuowania tej dziwacznej rozmowy przez puchońskiego komentatora.

– Dwadzieścia do dziesięciu dla Gryffindoru!

Zanim przeniosła wzrok na boisko, spojrzała na Lovegood, która aktualnie szeptała coś na ucho zawstydzonemu Lupinowi. Hermiona szczerze wątpiła, czy chłopak zrozumiał przynajmniej słowo z monologu, gdyż sprawiał wrażenie rozkojarzonego bliską obecnością obiektu westchnień. Nawet nie próbowała powstrzymywać się od uśmieszku. Tworzyli razem naprawdę wyjątkową parę. Stella wydawała się dziwna, przez co przypominała jej Lunę – tym samym zaś miała zagwarantowaną sympatię.

Po chwili nieuwagi ponownie skupiła się na rozgrywce. Zawodnicy byli niesamowicie szybcy, ale odniosła wrażenie, że gdzieś w powietrzu mignął jej rozmazany blondyn. Możliwe, że był to Longbottom, ale nie miała stuprocentowej pewności. Gryffindor znów zapunktował. Grają całkiem nieźle, podsumowała, aczkolwiek nie była quidditchowym ekspertem. Niestety, Slytherin również dobrze sobie radził. W końcu zrobiło się siedemdziesiąt do pięćdziesięciu dla gryfonów, zaś Hermiona była szczęśliwa, że Mark strzelił kilka imponujących bramek.

Tłocząc się na trybunach w towarzystwie współdomowników, popadła w lekką nostalgię. Minęło sporo czasu, odkąd ostatnim razem miała okazję oglądać mecz quidditcha – właściwie to na szóstym roku w tradycyjnych szkolnych przebiegach. Rozgrywka między Ravenclawem a Gryffindorem miała zadecydować o przydziale Pucharu Domów. Naturalnie, krukoni przegrali. Harry nawet nie wsiadł na miotłę, bowiem odbywał wówczas szlaban. Wtem poczuła bolesne ukłucie w sercu, więc postanowiła pomyśleć o czymś zgoła innym. Zdecydowanie nie chciała zatopić się w smutnych wspomnieniach.

– Dziewięćdziesiąt do siedemdziesięciu dla Gryffindoru! – krzyknął komentator.

Hermiona ponownie skoncentrowała się na meczu. Ścigający aktualnie przekazywali sobie kafla, podczas gdy ślizgoni próbowali go odzyskać. Wciągnęła ze świstem powietrze, kiedy zobaczyła, że jeden z wrogich pałkarzy posyła ku Longbottomowi tłuczka. Szczęśliwie, Weasley natychmiast ruszył mu na pomoc – zanim piłka dosięgła celu, uderzył ją własną pałką, przez co prawie zrzucił z miotły jednego ślizgońskiego ścigającego.

– Sto do siedemdziesięciu dla Gryffindoru!

DeCerto uśmiechnęła się radośnie i zerknęła na Lupina. Wciąż stał obok Stelli z wielkim rumieńcem na twarzy i zdawał się uważnie słuchać czegoś, co mu mówiła. To całkiem zabawne, że zazwyczaj opanowany, tak szybko tracił swój spokój ducha.

Gdy pomyślała o niewzruszonych ludziach, mimowolnie spojrzała na trybuny Slytherinu. Szybko zlokalizowała Toma, wciąż siedzącego w tym samym miejscu, co wcześniej i zagotowała się ze złości, zobaczywszy obok Nicolls. Zacisnęła dłonie w pięści oraz musiała się siłą powstrzymać przed wyciągnięciem różdżki i ciśnięciem przekleństwem w dziewczynę. Czemu znów stała tak blisko? Prawie się o siebie ocierali ramionami. Co gorsza, na twarzy ślizgonki znów była wypisana miłość – nawet na moment nie odwróciła wzroku, żeby spojrzeć na toczoną grę, w pełni skoncentrowana na byłym chłopaku. Dlaczego w pierwszej kolejności przyszła na mecz, skoro nie była nim zainteresowana? Hermiona zmrużyła oczy. Była wściekła. Nagle nabrała ochoty, żeby pobiec do przeciwnych trybun i zmazać dziewczynie z twarzy ten obrzydliwy, najprawdopodobniej uwodzący uśmiech. Oczywiście, musiała się powstrzymać. Czemu znów dawała się porwać złości, skoro nie miała ku temu solidnych podstaw? Najwidoczniej Tom lubił mieć Nicolls obok siebie.

Nieważne!, postanowiła, a następnie wzięła głęboki oddech i spróbowała zapanować nad szalejącymi emocjami. Szkoda, że nadaremnie.


Tom był straszliwie znudzony. Czemu musiał wstawać o równie nieludzkiej porze, a potem marznąć na mrozie, patrząc na nieinteresujące starcie? Schował dłonie w kieszeniach płaszcza. Stercząc na dworze, tylko tracił czas, który powinien wykorzystać na coś znacznie bardziej produktywnego, jak na przykład dowiedzenie się, dlaczego Hermiona była na niego zła. Wciąż nie mógł zrozumieć jej motywów i zachodził w głowę, co takiego znów schrzanił. Zdecydowanie nie podobało mu się to mroczne spojrzenie w Wielkiej Sali.

– Dziewięćdziesiąt do siedemdziesięciu dla Gryffindoru! – wykrzyczał Panshaw, neutralny komentator z Hufflepuffu, wyraźnie rozemocjonowany.

Merlinie, ile jeszcze? Z minuty na minutę stawał się coraz to bardziej zirytowany. Wtem z zamyślenia wyrwał go znajomy, jeszcze bardziej drażniący głos.

– Cześć, Tom.

Odwrócił głowę i zobaczył szczerzącą się doń Nicolls.

– Melanie – przywitał się zdawkowo.

– Myślisz, że wygramy? – Spróbowała nawiązać koleżeńską rozmowę, czym tylko dolała oliwy do ognia. W odpowiedzi wzruszył ramionami, zdecydowany, aby ignorować jej starania. – Gdybyś był w drużynie, zwycięstwo mielibyśmy w kieszeni. – Uśmiechnęła się zalotnie, więc wydał z siebie niezobowiązujący dźwięk, mogący znaczyć dosłownie wszystko; dobrze, że nigdy nie widziała go na miotle. – Czemu właściwie nie podszedłeś do naboru? – zapytała z oślim uporem. – Niektórzy z twoich przyjaciół dołączyli do drużyny.

Usłyszawszy równie absurdalne stwierdzenie, prawie parsknął śmiechem. Z trudem powstrzymał wybuch złośliwej wesołości. Czy naprawdę żyła w przekonaniu, że ci idioci byli jego przyjaciółmi? Absurd nad absurdami! Nie potrzebował żadnych kul u nogi, niemniej jednak gnojki bywały przydatne.

Odwrócił się w stronę dziewczyny i sam był zaskoczony, że udało mu się stłumić uszczypliwą uwagę.

– Cóż, sesje treningowe kolidowałyby z moimi obowiązkami prefekta. Naprawdę nie chciałbym zaniedbywać powinności.

– Zawsze jesteś taki odpowiedzialny! – Uśmiechnęła się Melanie.

Z zadowoleniem przyjął przerwanie rozmowy.

– Sto do siedemdziesięciu dla Gryffindoru!

Szczęśliwie, Nicolls również skupiła się na boisku. Tom spojrzał nań ze zmrużonymi oczami. Czy przysporzyłby sobie dużo kłopotów, gdyby po prostu zepchnął tę natrętną muchę z trybun? W tym zamieszaniu mało kto by zauważył, prawda?

Westchnął pod nosem i spróbował odnaleźć wzrokiem Hermionę. Udało mu się to po dłuższej chwili. Siedziała pośród reszty gryfonów, ale w przeciwieństwie do nich nie była zainteresowana meczem. W tej chwili patrzyła na trybuny Slytherinu, znów nie wiadomo czym rozzłoszczona. Tom wyniósł z ostatniego starcia bardzo cenną lekcję, a mianowicie, że kiedy była rozwścieczona, prezentowała światu iście ognisty temperament. Nie mógł sobie pozwolić na ponowną sprzeczkę, bo wtedy znów znacznie oddaliłby się od swoich planów.

Właśnie wtedy zrozumiał, że nie piorunowała go wzrokiem, a stojącą obok Melanie Nicolls. Zmarszczył brwi w zakłopotaniu. Czemu przyczepiła się do ślizgonki, z którą nawet nie miała szansy zamienić dwóch zdań? Nie miała wszak żadnego powodu, aby pałać doń nienawiścią.

Cholernie dziwne.

Automatycznie wrócił myślami do śniadania. Wtedy również Hermiona wydawała się zła. Zanim jednak zaczęła ciskać gromy, omiotła spojrzeniem stół Slytherinu. Zamrugał, uzmysłowiwszy sobie, że Nicolls siadła naprzeciwko niego. Czemu złościła się na nieznajomą? Zmarszczył lekko brwi, próbując połączyć kropki.

Gdy nareszcie doznał olśnienia, nie mógł się powstrzymać przed zarozumiałym uśmieszkiem. Wychodziło na to, że Hermiona naprawdę była zazdrosna. Jakże wspaniale, że zaniechał pomysłu zrzucenia Nicolls z trybun. Jak widać, ona również czasem bywała przydatna.


To głupie, podsumowała, oderwawszy spojrzenie od ślizgonki. Weź się w garść, Granger!

W porządku, lubiła Toma i nie chciała, aby spacerował po Hogwarcie z innymi dziewczętami, ale zazdrość była niewłaściwa i całkowicie bezpodstawna. Mimo to…

Zmusiła się, żeby więcej nie patrzeć na trybuny Slytherinu. Skupiwszy się na grze, doszła do wniosku, że to wcale nie poprawiło jej humoru, bowiem ślizgoni przejęli kafla. Ścigający podawali sobie piłkę, aż wreszcie trafiła w ręce Avery'ego, który natychmiast popędził w kierunku obręczy. Chociaż Weasley cisnął w niego tłuczkiem, nie uratował sytuacji. Chłopak oddał strzał i osiągnął sukces.

– Sto do osiemdziesięciu dla Gryffindoru! – krzyknął komentator. – Slytherin idzie prawie łeb w łeb.

Wtem Longbottom przejął piłkę i popędził w kierunku ślizgońskich obręczy. Gdy był już naprawdę niedaleko, zobaczyła, że pędził ku niemu Avery, najprawdopodobniej znów chcąc go sfaulować. Im był bliżej, tym bardziej zaciskała z nerwów zęby.

Na szczęście, kiedy drastycznie wzrosła szansa na zderzenie, znikąd zmaterializował się tłuczek i z trzaskiem uderzył w ślizgona. W międzyczasie Mark dotarł do obręczy i rzucił kaflem, zaś Avery złapał się za obolałe ramię i zsunął z miotły.

– Sto dziesięć do osiemdziesięciu dla Gryffindoru!

Longbottom poszybował w stronę Weasleya, który okazał się jego zbawicielem. Chłopcy w powietrzu przybili sobie piątki, podczas gdy trybuny Gryffindoru wybuchnęły gromkim wiwatem. Cały stadiom wyglądał na ucieszony, naturalnie, za wyjątkiem rzędów przeznaczonych dla Slytherinu. Hermiona klaskała razem ze współdomownikami.

Mimowolnie spojrzała na trybuny przeciwników. Gdy odnalazła Toma, uśmiech natychmiast spełzł jej z twarzy, a oczy rozszerzyły się z przerażenia. Miała wrażenie, że wszystko przed nią zastygło w bezruchu, zagłuszając wszelkie okrzyki i wiwaty. Nicolls stała na palcach, ściskając ramię uśmiechniętego chłopaka. Miała zamknięte z błogości oczy i aktualnie całowała go w policzek. Naprawdę cieszył się chwilą?

Hermiona była tak wstrząśnięta pokazem czułości, że usłyszała tylko ostatnie zdanie komentatora.

– Dave Howe złapał znicza! Gryffindor wygrywa dwieście sześćdziesiąt do osiemdziesięciu!

Trybuny ponownie wybuchnęły głośnymi oklaskami, ale dziewczyna tego nie zareagowała, wpatrzona w ślizgonów. Nicolls patrzyła na chłopaka rozmarzonym wzrokiem, nadal kurczowo trzymając go za ramię.

– Chodźmy na dół. – Usłyszała głos Lupina, ale nie odwróciła wzroku od tej obrzydliwej sceny.

– W porządku – odpowiedziała beznamiętnym tonem, ale nawet przez sekundę nie myślała o dotrzymaniu mu towarzystwa. – Zejdź pierwszy. Zaraz do ciebie dołączę.

Amarys zmarszczył w zaniepokojeniu brwi, ale został rozproszony przez Stellę, która pociągnęła go za rękę. Oboje zeszli na boisko, gdzie drużyna Gryffindoru świętowała swoje miażdżące zwycięstwo. Hermiona pozostała na miejscu, wciąż wpatrzona w Toma i Nicolls. W tej chwili nie mogła skupić się na niczym innym, zaślepiona złością. Czyżby stara miłość nie rdzewiała?, pomyślała rozwścieczona, zaciskając dłonie w pięści. Krew w niej wrzała, co rusz odtwarzając w głowie tę przerażającą scenę. Aby odzyskać utracony spokój, wzięła kilka głębokich oddechów. Niestety, nadaremnie.

Jej magia szalała, żądając gwałtownego uwolnienia, zwłaszcza że Tom i Nicolls razem schodzili z trybun. W dezaprobacie zacisnęła usta.

Nie zamierzała być temu obojętna. W okamgnieniu podjąwszy decyzję, natychmiast wcieliła ją w życie. Zignorowała uszczęśliwionych współdomowników, którzy zgromadzili się pośrodku boiska do quidditcha, drąc się wniebogłosy i klaszcząc, żeby podkraść się do ślizgonów. Potrzebowała trochę czasu, żeby ich znaleźć w tym zamieszaniu. Kiedy natrafiła na ślad, gryfoni zdążyli opuścić murawę – niewątpliwie postanowili przenieść świętowanie do pokoju wspólnego. Wyglądało na to, że Tom i Nicolls nieszczególnie się spieszyli do zamku lub z jakiegoś powodu celowo pozostawali w tyle. Hermiona zmrużyła oczy. Co planowali, skoro nie chcieli, aby im przeszkadzano?

Niedługo później zaczęła się skradać, bo wciąż śledziła ślizgonów. Ten pokaz podczas meczu quidditcha w zupełności jej wystarczył. Była wściekła i zdeterminowana, żeby dopiąć swego. Nie zamierzała pozwolić, żeby ta obrzydliwa dziewczyna wyobrażała sobie cuda i wciąż lgnęła do niewłaściwego chłopaka. Ze zwężonymi oczami przyglądała się, jak Nicolls przywiera do Toma. Czemu nijak zareagował? Czemu nie cisnął weń przekleństwem? Normalne nie byłby równie niezdecydowany.

W drodze słyszała, jak dziewczyna głupkowato chichocze. Hermiona rozejrzała się wokół i zauważyła, że nie są obserwowani, bowiem inni uczniowie zdążyli już wrócić do zamku.

– Naprawdę chcesz wracać do szkoły?

Ze wzburzeniem spojrzała na Nicolls. Ślizgonka zadała to pytanie uwodzicielskim głosem, obiecującym coś niemoralnego.

Niewiarygodne.

To przechyliło szalę. Za kogo ta dziewczyna się uważała? Hermiona cmoknęła pod nosem, porzuciwszy przykrywkę. Przyspieszyła kroku i chwilę później przecięła ślizgonom drogę – oboje musieli się zatrzymać. Chłopak w charakterystycznej manierze uniósł brew, ale zupełnie go zignorowała, zbyt zajęta piorunowaniem piątorocznej wzrokiem.

– Łapy precz! – syknęła.

Nicolls skrzywiła się z niesmakiem, zaś na twarzy Toma pojawił się zarozumiały uśmieszek.

– Słucham?

– Chcę, żebyś zostawiła go w spokoju – powiedziała niskim głosem, nie pozbywszy się mrocznego błysku w oku.

Ślizgonka prychnęła, ale nie spełniła polecenia.

– Słyszałeś to, Tom? – zapytała, ewidentnie szukając poparcia. – Brzydula śmie mi rozkazywać.

Hermiona drgnęła, przesunąwszy spojrzenie na drobne, wypielęgnowane dłonie, wciąż kurczowo trzymające chłopaka za rękę. W momencie zapragnęła dobyć różdżki i po prostu cisnąć w nią zaklęciem.

– Nie zamierzam się powtarzać – dodała powoli ostrzegawczym tonem. – Puść go!

– Za kogo ty się masz? – Nicolls była oburzona przerwaniem schadzki. – Jesteś tylko głupią psychofanką – dodała z wyraźnym obrzydzeniem i pogardą. – Naprawdę myślisz, że Tom marnowałby swój cenny czas na pogaduszki z tobą?

Zacisnąwszy usta w cienką linię, zarejestrowała, że ślizgonka przylgnęła do Ridlde'a mocniej. Chłopak z kolei wyglądał na cholernie z siebie zadowolonego i z widocznym zainteresowaniem obserwował sprzeczkę dziewcząt.

Melanie zachichotała, czym znów przyciągnęła uwagę.

– Nie mów, że naprawdę żywisz przekonanie, że masz szansę u Toma? – zadrwiła i potrząsnęła w niedowierzaniu głową. – Uświadomię cię, że jesteś w wielkim błędzie – kontynuowała, szyderczo wykrzywiając buzię. – Kiedy ostatnim razem patrzyłaś w lustro, parszywa brzydulo?

Hermiona siłą powstrzymała się przed wyciągnięciem różdżki. Wiedziała jednak, że dziewczyna ma trochę racji, bowiem nigdy nie należała do najpiękniejszych.

– Masz siano zamiast mózgu, idiotko. Myślałaś, że jeżeli rozpuścisz po szkole kilka okropnych plotek, to nagle zyskasz adoratora? – Melanie się zaśmiała. – Spójrz wreszcie prawdzie w oczy. Z takim wyglądem nigdy nie zdobędziesz chłopaka!

DeCerto niewiele brakowało do wybuchu godnego gryfonki. Nawet jej ręce drżały od ledwo tłumionego gniewu. Czuła, że jej magia wiruje wokół, zwłaszcza że Nicolls rzuciła Tomowi uwodzicielskie spojrzenie i delikatnie przesunęła mu palcami po ramieniu.

– Wracajmy do zamku – powiedziała sugestywnie. – Jestem przekonana, że możemy poddać się bardziej rozrywkowym zajęciom, aniżeli słuchaniu paplaniny tej dziwki.

Hermiona wreszcie pękła, doprowadzona do ostateczności. Płynnym ruchem przywołała do siebie różdżkę i wycelowała w ślizgonkę. Oczy dziewczyny rozszerzyły się z szoku – poczuła się zagrożona, ale nie dobyła własnej broni. Tom również, odnotowała z satysfakcją.

Discidium – powiedziała niezwykle spokojnym tonem, tak różnym od szalejącej w jej wnętrzu burzy.

Wymawiając zaklęcie, przecięła różdżką powietrze. Z czubka natychmiast wyłoniła się połyskująca szara tarcza, podążająca za ruchami nadgarstka. W ten właśnie sposób oddzieliła Toma od dziewczyny. Z zadowoleniem patrzyła, jak Nicolls została odepchnięta przez niewidzialną siłę tak, że się potknęła i prawie straciła równowagę. W przeciwieństwie do współdomowniczki Riddle wciąż stał w swoim miejscu.

– Jesteś szalona? – krzyknęła z wyrzutem, kiedy ponownie stanęła na nogach.

Hermiona uśmiechnęła się doń słodko, a potem ponownie machnęła różdżką. Mocno pomarańczowa klątwa uderzyła Melanie prosto w klatkę piersiową. Z mściwą satysfakcją obserwowała przebieg wydarzeń. Przekleństwo owinęło się wokół ślizgonki, a następnie połączyło się z jej ciałem, przez co zabarwiło skórę. Przez krótką chwilę Nicolls nie zdawała sobie sprawy z tego, co się wydarzyło, ale potem spojrzała na swoje dłonie i, zobaczywszy jasnopomarańczowy kolor, zaczęła krzyczeć. DeCerto była zirytowana tym wrzaskiem, więc przewróciła oczami i podeszła do Toma, podczas gdy piątoroczna próbowała dłońmi zetrzeć pomarańcz. Gdy przed nim przystanęła, uniosła brew oraz złapała go za rękę, po czym pociągnęła. Chłopak bez wahania zaczął stawiać kroki, w pełni posłuszny.

Hermiona ze złością minęła nadal krzyczącą Nicolls. Trzeba być naprawdę wielkim głąbem, żeby nie znać podstawowego przeciwzaklęcia. Cóż za niekompetentność, podsumowała. Im dalej się oddalali, tym mniej słyszeli przerażone wrzaski, aż wreszcie zapadła komfortowa cisza, a to zaś znaczyło, że znaleźli się poza zasięgiem słuchu. Nawet na moment nie puściła dłoni chłopaka.

– Co to było? – zapytał z pozoru niewinnym tonem Tom.

– Nic! – syknęła, wciąż rozwścieczona.

– Nie wyglądało na nic – odpowiedział, wyraźnie rozbawiony.

Gryfonka zmrużyła oczy i wzmocniła uścisk. Aby uspokoić trochę nerwy, postanowiła pomilczeć.

– Czemu jesteś zła? – kontynuował przesłuchanie, wciąż udając niewiniątko. – Twój dom wygrał mecz quidditcha. Nie powinnaś świętować razem ze współdomownikami?

– Dlaczego byłeś z Nicolls? – odwarknęła. – Dlaczego zawsze z nią rozmawiasz?

– Och, najmocniej przepraszam. Nie wiedziałem, że nie wolno mi gawędzić z Melanie.

Hermiona odwróciła głowę, ale kiedy zobaczyła w jasnoszarych oczach rozbawienie i pewną dozę triumfu, tylko przewróciła oczami.

– Yhym, Melanie…

Nie puściła ręki Toma, nadal ciągnąc go do zamku. Ślizgon nic nie powiedział, tylko posłusznie zaczął wchodzić po schodach prowadzących do drzwi wejściowych. W milczeniu przeszli przez hol, gdzie wreszcie się zatrzymali. Natychmiast się doń odwróciła, żeby stanąć z nim twarzą w twarz. Sprawiał wrażenie zaintrygowanego.

– Była twoją dziewczyną, prawda? – warknęła z gniewem.

Ślizgon uniósł brew.

– Skąd wiesz? – zapytał, diablo z siebie zadowolony.

– Zapomniałeś? Szkoła to wylęgarnia istna plotek. – prychnęła. – Chcesz odzyskać tę dziewczynę? – dodała zirytowanym tonem.

Gdy zachichotał, bardziej się nachmurzyła. Zobaczywszy jej reakcję, starł z twarzy protekcjonalny uśmieszek, a następnie zrobił krok naprzód.

– Nie bądź głupia – powiedział zaskakująco poważnym tonem. – Nicolls jest dla mnie nikim.

Usłyszawszy gorące zapewnienie, prawie natychmiast się uspokoiła. Gniew w momencie wyparował, zupełne jakby był mało znaczący i w gruncie rzeczy niewinny. Nie była jednak pewna, czy można mu zaufać.

– Czyżby…? – zapytała, trochę roztrzęsiona.

Znów się uśmiechnął, tym razem bez cienia rozbawienia. Spojrzał nań z góry z zachęcającym błyskiem w oku. Po raz kolejny była zaskoczona tym, jaki jest przystojny.

– Owszem – odparł z niesłychaną stanowczością, a następnie chwycił dziewczynę za ramię i przyciągnął do siebie. – Wystarczy tych bzdur, Hermiono. – Nie czekając na odpowiedź, wznowił kroku, ciągnąc gryfonkę za sobą.

W tej chwili nie miała nic przeciwko tej dominującej postawie, gdyż czuła niesamowitą ulgę. Mimowolnie się uśmiechnęła, ponieważ naprawdę nie przeszkadzał jej bolesny uścisk.

Była wniebowzięta, więc nie orientowała się w otoczeniu, a przez to nie zdawała sobie sprawy, dokąd właściwie maszerowali. Szli właśnie korytarzem oraz minęli obraz przedstawiający las i ogromny zamek w tle. Właśnie wtedy się zatrzymali, a Tom wepchnął ją do małej wnęki tuż obok średniej wielkości malowidła. Hermiona sapnęła z zaskoczenia, gdy poczuła za plecami kamienną ścianę. Chłopak z pasją wpił się w jej usta i gwałtownie przycisnął do muru. Znów poczuła mrowienie i zamknęła z błogością oczy. Nie mogła się powstrzymać i natychmiast odpowiedziała na pocałunek. Kiedy go pogłębił, zaczął wędrować dłońmi po jej ciele.

Pieszczoty sprawiły, że znów zaczęła mieć wątpliwości. Było jej naprawdę dobrze, ale czy nie zachowywali się niewłaściwie?

W przypływie rozsądku położyła mu dłonie na piersi i lekko pchnęła. Tom zrozumiał przekaz i się trochę odsunął. Hermiona spojrzała mu prosto w oczy i zmarszczył brwi, najprawdopodobniej nie rozumiejąc sytuacji. Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić.

– Co jest między nami? – zapytała.

– Myślałem, że to oczywiste. – Uśmiechnął się zarozumiale.

Mimowolnie się zarumieniła.

– Wręcz przeciwnie – odparła z wahaniem.

– Jesteś teraz moją dziewczyną – wytłumaczył, wciąż cholernie zadowolony.

Zamrugała, a potem wytrzeszczyła oczy.

– Uważasz, że nie mam nic do powiedzenia w sprawie…?

Tom pochylił się do przodu.

– Absolutnie.

– Nie możesz samodzielnie podejmować takiej decyzji – odparła bardziej znaczącym tonem i ponownie go odepchnęła.

– Czyli nie chcesz być ze mną w związku? – zapytał, ewidentnie ją prowokując.

– Co…? – Wzdrygnęła się i odwróciła wzrok. – Nigdy tego nie powiedziałam – wyszeptała, zawstydzona przebiegiem rozmowy.

– W czym więc tkwi problem? – Był rozbawiony.

– Cóż, o to, że… – urwała, a potem znów spojrzała na chłopaka, który teraz patrzył nań z góry. – Czy ty mnie w ogóle lubisz? – zapytała, wreszcie werbalizując swoje najgorsze obawy.

– Gdyby było inaczej, nie uważałbym cię za swoją dziewczynę. – Uśmiechnął się z wyższością.

Ponownie odwróciła wzrok.

– Nie spotykałeś się przypadkiem z wieloma pannami?

– Może, ale nigdy wcześniej nie miałem dziewczyny – odparł pospiesznie.

Hermiona zamrugała. Czemu posuwał się do tak oczywistego kłamstwa?

– Skończ ze wciskaniem mi pierdoł. Może nie zauważyłeś, ale nie jestem naiwna. – Uniosła brwi. – Przed kilkoma minutami powiedziałam ci, że słyszałam kilka interesujących historii na twój temat.

Tom również uniósł brwi.

– To prawda. Nie zaprzeczę podobnym oskarżeniem. Owszem, mam doświadczenie z kobietami, ale żadnej nigdy nie uważałem za swoją dziewczynę – powiedział z powagą, a gdy nie uzyskał odpowiedzi, uśmiechnął się szyderczo i dodał: – W porządku, zakończmy tę bezsensowną dyskusję. – Zrobił krok naprzód i objął ją w talii. – Od dziś jesteśmy razem – wyszeptał rozkazującym tonem, a następnie zainicjował delikatny pocałunek.

Hermiona przez chwilę po prostu stała, ale ślizgon nie posunął się dalej. Szczerze mówiąc, wyglądało to tak, jakby na coś czekał.

Miała wiele sprzecznych myśli. Lubiła się z nim całować, ale chodziło głównie o to, kim właściwie był. Któregoś dnia stanie się najmroczniejszym czarodziejem, jaki chodził po ziemi, którego nienawiść stanie się siłą napędową dla zadufanych w sobie czystokrwistych i co poniektórych półkrwi. Ta niepohamowana pogarda mogłaby spalić cały świat.

Gdy poczuła na sobie miękkie usta, w momencie zapomniała o wątpliwościach. Liczyła się chwila. Tom nie zaprzestał delikatnych pocałunków, co rusz zaciskając dłonie na jej talii. Z przyjemnością wdychała ten przyjemny zapach, od którego kręciło jej się w głowie. Z szaleńczo bijącym sercem zaakceptowała uczucie trzepoczących w żołądku motylków. Chłopak nie pogłębił pieszczoty, najwyraźniej czekając, aż podejmie decyzję.

Odrzuciwszy wahanie, przesunęła drżącymi dłońmi po jego plecach. Przytuliwszy się doń mocniej, zaczęła odpowiadać na pocałunki. Tom również wzmocnił uścisk, a chwilę później pogłębił pieszczotę.

Gdy w końcu się od siebie oderwali, Hermiona z trudem łapała oddech. Oceniwszy jej stan, Tom uśmiechnął się z zadowoleniem. Uniosła głowę i spojrzała w jasnoszare oczy, które obecnie zdawały się świecić w półmroku. Gwałtownie się zaczerwieniła, kiedy spojrzał nań zaborczo. Pochylił się do przodu i położył jej dłoń na ramieniu.

– Następnym razem od razu słuchaj tego, co do ciebie mówię i bądź mi posłuszna – wyszeptał konspiracyjnym tonem.

Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Objęła go ramionami i mocniej doń przylgnęła.

– Szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek do tego doszło – wymamrotała.

– Cóż, masz sporo czasu na naukę – odpowiedział i zakończył uścisk. Uśmiechnął się czarująco, a następnie chwycił ją za rękę i wyprowadził na korytarz. Gdy minęli któryś z kolei zakręt, stanęli przed zupełnie zwyczajnymi drzwiami do klasy.

– Czemu tu przyszliśmy? – zapytała, szczerze zdziwiona.

– Zaraz zobaczysz.

Tom wyciągnął z kieszeni szaty różdżkę i odblokował salę. Kiedy otworzył drzwi, Hermiona widziała jedynie ciemność. Gdy zamknął wrota, stuknął w nie dwukrotnie, a spod przypodłogowej luki błysnęła jasnoczerwona poświata. Otworzywszy ponownie drzwi, dziewczyna zobaczyła zupełnie inny świat. Ślizgon zrobił krok naprzód, więc poszła za jego przykładem. Dawno nieużywana sala lekcyjna stała się teraz ładnym, aczkolwiek miniaturowym odwzorowaniem pokoju wspólnego Gryffindoru, choć pozbawionym wszechobecnej czerwieni i złota. Na jednej ścianie znajdował się zachęcająco wyglądający kominek z trzaskającym drewnem, zaś pod drugą ustawiono dużą skórzaną kanapę. Ostatnią ścianę zdobiło duże okno, bardzo bogato zdobione.

– Co to jest? – zapytała, rozglądając się po pomieszczeniu.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Znalazłem ten pokój przez czysty przypadek – odpowiedział zgodnie z prawdą, ponownie obejmując ją ramieniem w pasie. – Można z niego korzystać tylko i wyłącznie wtedy, gdy jest pusty i nikt inny nie wpadnie na podobny pomysł. W praktyce oznacza to, że można tu bezpiecznie przychodzić po zakończeniu zajęć.

Hermiona podeszła razem z Tomem do kanapy. Gdy usiedli, chłopak natychmiast przyciągnął ją bliżej. Mimowolnie się odprężyła, odwzajemniła uścisk i mocno doń przylgnęła. Kiedy poczuła ciepłą dłoń na policzku, przymknęła z przyjemności oczy.

– Wiedziałem, że nie będziesz się długo opierać – podsumował drwiącym tonem.

Uśmiechnęła się, ale nie uniosła powiek.

– Och, z góry zakładasz jeden scenariusz, a w ogóle nie uwzględniasz drugiego. Jaką masz pewność, że nie jest zupełnie na odwrót?

Ślizgon zaśmiał się pod nosem i delikatnym ruchem uniósł jej głowę. Otworzyła oczy i spojrzała nań z figlarnym błyskiem.

– Możesz trochę stonować z buntowniczością. To nie przystoi pannie – wyszeptał.

Zanim zdążyła zareagować, pochylił się do pocałunku. Uczucie motylków w brzuchu powróciło ze zdwojoną siłą, teraz niezmącone żadnymi wątpliwościami czy stresem, więc bez chwili namysłu pogłębiła pieszczotę. Owinęła ramiona wokół jego szyi i mocniej się przytuliła.

Tyle powodów, tyle wątpliwości, żeby przestać i wszystkie nieważne, zwłaszcza że wydawał się zaborczy i wymagający. Hermiona była przytłoczona własnymi uczuciami, ale to było naprawdę ekscytujące i zapewniało jej wszystko, czego aktualnie potrzebowała. Po tak długim czasie czuła się prawdziwie szczęśliwa.

Nie wiedziała, ile spędzili na kanapie. Mogły minąć zarówno minuty, jak i całe godziny, ale przez cały ten czas korzystała z życia pełnymi garściami. Tom sprawiał wrażenie człowieka, który nigdy nie wypuści jej z uścisku i, prawdę powiedziawszy, nie miała nic przeciwko. Oparła głowę na jego piersi i wdychała zapach, który zawsze działał nań pobudzająco.

– Już nigdy nie pozwolę ci odejść – wyszeptał, złożywszy delikatny pocałunek na jej czole, zupełnie jakby używał legilimencji i słyszał wszystko, o czym właśnie myślała.

– Spróbowałbyś tylko – odparła.

– Pozwól, że odprowadzę cię z powrotem do pokoju wspólnego – poprosił, a potem przeczesał palcami jej włosy.

Wciąż uśmiechnięta, skinęła głową. Gdy się od siebie trochę odsunęli, skrzyżowali spojrzenia. Zapatrzona w szare oczy, pozwoliła, żeby przesunął dłonią po jej policzku i założył zabłąkany kosmyk za ucho. Ostatecznie pochylił się do przodu i ponownie złączył ich usta w delikatnym pocałunku. Następnie wstał z kanapy i podał dziewczynie dłoń. Razem wyszli z komnaty, która z powrotem zamieniła się w starą salę lekcyjną.

Przemierzali szkolne korytarze w komfortowej ciszy. Hermiona była zadowolona obrotem sytuacji i po prostu szczęśliwa z rozwiązania przynajmniej jednego problemu. Co strasznie irytujące, zbyt szybko dotarli do portretu Grubej Damy, której Tom rzucił zniesmaczone spojrzenie.

– Szkoda, że jesteś w Gryffindorze – podsumował niskim głosem. – Zdecydowanie powinnaś zostać przydzielona do Slytherinu.

Zachichotała i mocniej ścisnęła jego dłoń.

– Może masz rację – odpowiedziała. – Wpadłam jednak na znacznie lepszy pomysł. Myślę, że jutro porozmawiamy z dyrektorem i zaproponujemy mu pewien układ. Jestem święcie przekonana, że zgodzi się na twoje przeniesienie. Wspaniale byś się odnalazł w Gryffindorze – zadrwiła, starając się zachować poważną minę.

Wybuchnęła śmiechem, gdy Tom spojrzał nań z obrzydzeniem.

– I wszystko jasne, jednak tutaj pasujesz – stwierdził. – Trzeba mieć naprawdę dużo odwagi, żeby powiedzieć mi coś równie niedorzecznego prosto w twarz.

Uśmiechnęła się promiennie, nie zważając na mrok, który w momencie go otoczył. Szczerze mówiąc, zupełnie nie była nim zaniepokojona, bowiem dostrzegła, że jest trochę rozbawiony.

W pewnym momencie chłopak westchnął i wziął ją w ramiona.

– Muszę cię trochę utemperować.

Hermiona zamknęła oczy i rozkoszowała się błogością. To miłe, że wykazywał się opiekuńczością. Nim minęła minuta, Tom się odsunął i znów złożył na jej ustach delikatny, aczkolwiek pełen pasji pocałunek. Potem odwrócił się w stronę Grubej Damy i stuknął palcem w ramę obrazu. Kobieta powoli uniosła powieki i ziewnęła ze zmęczenia. Zanim jednak zdążyła zapytać o hasło, chłopak wyszedł przed szereg.

– Ostronos.

DeCerto zmarszczyła brwi.

– Skąd znasz nowe hasło?

– Cóż, jestem przebiegłym ślizgonem. – Uśmiechnął się złośliwie, a następnie odszedł w swoją stronę.

Hermiona potrząsnęła głową, przez moment patrząc na jego oddalające się plecy, a potem skupiła się na Grubej Damie.

– Wiesz, że jesteś trochę spóźniona, prawda? – zapytała z dezaprobatą kobieta. – Pozostali uczniowie są już w środku.

Nie uzyskawszy odpowiedzi, czarownica otworzyła przejście i wpuściła dziewczynę do pokoju wspólnego. Została powitana przez powszechny zgiełk i hałas, charakterystyczne dla świętujących współdomowników. Radosna atmosfera idealnie odzwierciedlała jej nastrój.