25. ROZBIEŻNE DROGI


– Jeszcze trochę – powiedziała z wysiłkiem Hermiona, czując spływające po czole krople potu.

Stała pośrodku opustoszałej sali lekcyjnej i miała zamknięte w skupieniu oczy. Próbowała świadomie kontrolować każdą uncję swojej magii. Tylko wtedy, gdy miała moc pod kontrolą, mogła odnaleźć i przywołać do siebie tę obcą, głęboko w niej zakorzenioną. Chciała dokopać się do magii Czarnej Różdżki.

Na ostatnich zajęciach z transmutacji znów dała o sobie znać i, szczerze mówiąc, dziewczyna nie aprobowała faktu, że zdawała się mieć własny rozum. Oczywiście, dotychczas w żaden sposób jej nie zaszkodziła, a wręcz przeciwnie, bo pomagała, ale mimo to wolałaby mieć nad nią jakąś kontrolę.

Gdy zajęcia się skończyły, zyskała możliwość potrenowania i poczynienia postępów. W ten sposób wygodnie przeoczyła również niepodważalny fakt, iż lepszą i o wiele rozsądniejszą strategią było po prostu zaszycie się w dormitorium i przeczytanie manuskryptu. Ostatni poboczny komentarz Peverella dotyczył wszak Czarnej Różdżki, więc następny mógł rozwinąć temat i uchylić rąbka tajemnicy.

Ano, całkiem prawdopodobne, pomyślała z wahaniem. Istniała szansa, że dzięki uważnym studiom zrozumie, dlaczego została przeniesiona w czasie i w jaki sposób będzie mogła otworzyć portal w drugą stronę. Może nie powinna uciekać od odpowiedzialności i po prostu przeczytać tę książkę? Stanąwszy przed trudnym dylematem, przygryzła w zamyśleniu wargę. Manuskrypt nie należał do najprzyjemniejszych lektur i był jednym z najcięższych do zrozumienia dzieł, z którymi miała do czynienia. Właśnie z powodu trudności w pojęciu przedstawianych treści postanowiła przełożyć czytanie na wieczór. Ot, plan idealny.

Jednak unikasz odpowiedzialności, podsumował złośliwy głosik w jej głowie.

Nie, to nieprawda, odpowiedziała mu z determinacją, próbując stłumić narastające poczucie winy. To przecież oczywiste, że zamierzała zagłębić się w lekturze, ale po prostu nie miała teraz nań czasu.

Masz wolne do zagospodarowania, wyszeptało z naganą sumienie.

Cóż, właśnie dlatego teraz harowała w pocie czoła, chcąc pochwycić splot magii Czarnej Różdżki. Ciesząc się z wynalezionej wymówki, Hermiona całkowicie zignorowała prawdziwy powód, dla którego od wczoraj nie tknęła manuskryptu palcem. Był niebezpieczny. Co, jeżeli naprawdę znalazłaby sposób na powrót do przyszłości? Czy w pierwszej kolejności chciałaby tam wrócić? Czy pragnęła odbyć następną podróż w czasie tylko po to, żeby skończyć w miejscu, w którym nie byłaby szczęśliwa…?

Zacisnęła dłonie w pięści i odrzuciła zbłąkane myśli. Stłumiła je z poczuciem winy i ponownie skoncentrowała się na zadaniu. Kiedy przywołała swoją magię, zauważyła znajomy impuls, który pulsował miarowym tempem wokół całej szkoły i okolic, ot najprawdopodobniej zaklęcia obronne zamku. Czy wpływały na dosłownie wszystko?

Z jednym wyjątkiem, pomyślała z determinacją, gdy wreszcie odnalazła to, czego szukała, skryte pod osłoną jej własnej mocy. Z ostrożnością szturchnęła tę magię. Chciała, żeby znów się obudziła, tak jak podczas lekcji transmutacji, ale nic się nie wydarzyło. Włożyła w swoje starania więcej skupienia i spróbowała ponownie, znów bez oczekiwanego rezultatu. Choć się dwoiła i troiła, niczego nie osiągnęła.

Westchnęła z rozczarowaniem i odpuściła. W chwili, gdy jej uścisk osłabł, poczuła lekkie szarpnięcie. Zesztywniała i wstrzymała oddech, a czarny splot w mentalnym warkoczu zaczął się poruszać i jednocześnie zwiększać swą objętość. Nie minęło wiele czasu, zanim otulił jej dłoń niczym dobrze dopasowana rękawiczka. Tak jak na lekcji, Hermiona wyczuła, że osłania ją przed nałożonymi na zamek zaklęciami.

Tym razem nie była zaskoczona zachowaniem magii, więc nie wyszarpnęła ręki, ani nie wykonała innego gwałtownego ruchu. Utrzymanie stanu skupienia i wewnętrznego spokoju było skomplikowanym zadaniem, ale zdołała mu podołać. Z wysiłku oddychała nierówno, jakby przebiegła truchtem przynajmniej milę. Wyciągnięcie teraz różdżki i rzucenie zaklęcia wydawało się niewykonalne, ale postanowiła spróbować swoich sił. Zasadniczy problem polegał na tym, że powstrzymanie czarnego splotu przed powrotem do pierwotnej formy było horrendalnie wyczerpujące, a przez to pomyślenie bądź wypowiedzenie na głos inkantacji kompletnie niemożliwe. Im dłużej pozostała skupiona, tym ciężej podtrzymywała połączenie. W końcu dotarła do kresu swej wytrzymałości i z westchnieniem uwolniła obcą magię, a ta natychmiast się rozpadła i zniknęła. Kiedy skończyła, zachwiała się i prawie by upadła, gdyby nie przytrzymała się krawędzi pobliskiego stołu. Wciąż ciężko oddychała, a sprawy nie ułatwiały zawroty głowy.

Uśmiechnęła się z triumfem. Osiągnęła prawdziwy sukces. Nie dość, że sięgnęła ku magii Czarnej Różdżki, to jeszcze przed chwilę miała nad nią pewną kontrolę. Najwyraźniej potrzebowała więcej czasu i bardziej regularnych treningów.

Wyprostowała się i odetchnęła z ulgą. Z pewnością miło byłoby mieć czarny splot, oprócz własnego, do dyspozycji w wypadku zagrożenia życia. Aby to osiągnąć, musiałaby przyłożyć się do ćwiczeń. Oczywiście, to też było bezpieczniejsze, aniżeli studiowanie manuskryptu. Nie chciała przyznać się na głos do niechęci do dalszego czytania, ale też nie pozwoliła swoim wyrzutom sumienia zbyt długo rozkoszować się tą chwilą.

Naturalnie, planowała skończyć książkę, ale... nie dzisiaj. Była naprawdę zmęczona przeprowadzoną próbą, więc wyciągnęła różdżkę i machnęła nią w stronę drzwi do sali. Tym samym odbezpieczyła przejście i zdjęła z niego wszystkie przedtem nałożone zabezpieczenia.

Usatysfakcjonowana, postanowiła poszukać Toma. Nie widziała go wszak od zakończenia zajęć.


Jakiś czas później nadal szwendała się po zamku. Zwiedziła bibliotekę, Pokój Życzeń, a nawet zapuściła się do lochów, ale Tom jakby zapadł się pod ziemię. To dziwne, zwłaszcza że obiecał jej spotkanie. W jakiś niewytłumaczalny sposób ta nieobecność budziła w niej niepokój i potrzebę sprawdzenia, czy wszystko w porządku. Wiedziała, że nie powinna tego tak mocno przeżywać, bo przecież szkoła miała wiele zakamarków, a nawet możliwe, że zapomniał o randce i siedział gdzieś, zatopiony w interesującej lekturze, lub po prostu rozkazywał swoim przygłupim sługusom. Mimo to nie potrafiła zwalczyć zmartwienia, bowiem nigdy w ten sposób nie znikał. Gdy skręciła za następny róg, weszła do oświetlonego przez słońce korytarza. Obecnie znajdowała się na pierwszym piętrze, ale postanowiła jeszcze wspiąć się do sowiarni. Szczerze mówiąc, z minuty na minutę była coraz to bardziej zdesperowana i powoli kończyły jej się pomysły, gdyż miała wrażenie, że przeszukała już wszystkie możliwe miejsca. Gdy mijała następne korytarze, jej pospieszne kroki odbijały się głośnym echem od kamiennej posadzki. Kiedy przeszła obok jednego olbrzymiego okna, mimowolnie zerknęła na hogwardzkie jezioro. Wtem coś przykuło jej uwagę. Zatrzymała się i właśnie wtedy zobaczyła, że ktoś siedział przy brzegu, tuż pod ogromną wierzbą. Chociaż ta osoba była zbyt daleko, żeby zostać rozpoznaną, od razu wiedziała, że patrzy na Toma. Zmarszczyła brwi. Co robił na dworze, skoro wciąż był styczeń, a pogoda nie sprzyjała długim spacerom i odpoczynkowi na wietrze?

Coś było nie tak…

Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała z powrotem w kierunku, z którego przyszła. Nie minęło wiele czasu, nim dotarła do wrót wyjściowych i wyszła na zewnątrz. Od razu uderzyło weń zimne powietrze, ale mocniej opatuliła się szatą i parła naprzód. Wkrótce ujrzała imponującą wierzbę i siedzącą u podnóży osobę odzianą w hogwardzki mundurek. Ziemia była zmarznięta i pokryta cienką warstwą śniegu, skrzypiącą pod stopami. Automatycznie przyspieszyła kroku. W końcu znalazła się na tyle blisko, że mogła rozpoznać ucznia, którego widziała przez okno i rzeczywiście, miała rację, myśląc, że to Tom. Siedział nieruchomo, oparty plecami o pień drzewa i miał zwieszoną nisko głowę, co było dlań bardzo nietypowe. To podpowiedziało Hermionie, że znów się nie myliła i coś było ewidentnie nie w porządku. Prawie doń podbiegła i stanęła tuż obok, ale w żaden sposób nie pokazał, że zarejestrował jej obecność. Gdy minęła chwilę i już miała go szturchnąć, bardzo powoli podniósł głowę i skrzyżował z nią spojrzenie. W jasnoszarych oczach dostrzegła najprawdziwszą nienawiść.

– Co się stało? – zapytała, zmarszczywszy brwi i zesztywniała, kiedy ujrzała również palący gniew.

– Nie może tego zrobić. Nie ma prawa – warknął, z miejsca porzuciwszy maskę, którą zawsze zakładał. To było niepokojące, bowiem zawsze strzegł swoich emocji i starał się wyglądać na opanowanego. W powietrzu unosiły się nawet iskierki czarnej magii.

Nie powiedział nic więcej, dlatego też przez moment zupełnie nie rozumiała, do czego nawiązywał.

– Tom? – zapytała, chcąc go zachęcić do dalszych wyznań.

Przerwał kontakt wzrokowy i odwrócił głowę. Hermiona ponownie zmarszczyła brwi, a potem obok niego przykucnęła. Wciąż siedział zamknięty w swojej skorupie i nie zamierzał z niej wychodzić.

– Co się stało? – powtórzyła bardziej stanowczym tonem.

Skrzywił się, usłyszawszy pytanie. Gdy wciąż milczał, postanowiła zmienić trochę strategię i położyła mu dłoń na ramieniu. Cokolwiek się wydarzyło, musiało nim nieźle wstrząsnąć.

Kiedy minęła dłuższa chwila, nareszcie zabrał głos.

– Wie, że opuściłem sierociniec – powiedział z pewnym wahaniem, patrząc w przeciwną stronę, jakby unikając jej spojrzenia.

Hermiona wytrzeszczyła oczy, naturalnie, świadoma, o kim mówi. Wróciła wspomnieniami do rozmowy, którą odbyli podczas przerwy świątecznej, dzień po tym, jak znalazła go w domu dziecka. Wyznał jej wówczas, że Albus Dumbledore wymusił na nim powrót do placówki podczas wolnego, które zawsze spędzał w zamku. Przyznał też, że zostanie wydalony, jeżeli profesor kiedykolwiek dowie się, że złamał przyrzeczenie.

Usiadła pod drzewem, gdzie ziemia była pozbawiona śniegu, choć wciąż nieprzyjemnie wilgotna i chłodna. Miała gdzieś warunki pogodowe, w pełni skupiona na usłyszanej rewelacji. Tom nadal unikał jej wzroku i patrzył pusto w przestrzeń. Chociaż nie mogła jasno stwierdzić, o czym rozmyślał, widziała, że drżały mu dłonie. Automatycznie przysunęła się doń bliżej.

– Co ci powiedział?

Przez dłuższą chwilę milczał, a potem odwrócił ku niej głowę. W oczach wciąż błyszczała mu najczystsza nienawiść, ale też desperacja i strach, które sprawiły, że wstrzymała oddech.

– Że… zostanę wydalony… – odparł chłodnym tonem.

Hermiona zamrugała, zszokowana do granic możliwości. Dumbledore nie mógł tego zrobić. Wiedziała, dokąd musiałby pójść Tom, gdyby rzeczywiście doszło do najgorszego i zrobiło jej się niedobrze na samą myśl. W sierocińcu naprawdę cierpiał. W głowie mignął jej obraz uśmiechającego się sadystyczne Cartera z zakrwawionym skórzanym pasem. Oj nie, pomyślała, zdeterminowana. Nie zamierzała pozwolić, żeby wrócił do tego piekła. Zignorowawszy beznamiętną minę chłopaka, bez namysłu przytuliła go do siebie. W żadnym wypadku nie opuści szkoły. Nie musiała długo czekać, zanim Tom się weń wtulił, a następnie położył głowę na jej ramieniu.

– Nie dam rady tam wrócić – wyszeptał chłodno, ale czuła, że drżał.

Wplątała dłoń w kruczoczarne włosy.

– Obiecałam ci, że do tego nie dopuszczę, prawda? – Nie odpowiedział, ale poczuła, że wzmocnił uścisk. – Nie zostaniesz wydalony ze szkoły – dodała, chcąc go pocieszyć. – Nawet jeżeli dojdzie do najgorszego, nie wrócisz do sierocińca.

Aby przypieczętować przyrzeczenie, pocałowała go w policzek, a następnie się trochę odsunęła. Wzięła go za rękę i przez chwilę po prostu nań patrzyła. Żeby nie skrzyżować z nią spojrzenia, natychmiast spuścił wzrok. Hermiona zmarszczyła brwi. Widzieć go w podobnym stanie, było naprawdę okropnym doświadczeniem. Wezbrał się w niej gniew. Cierpiał w tym obrzydliwym domu dziecka wystarczająco długo, żeby zasłużyć na spokojny i bezpieczny dom. Dumbledore nadużywa swojej władzy, pomyślała z goryczą. Co sobie w ogóle wyobrażał? Naprawdę nie wiedział o sposobach wymierzania sprawiedliwości w sierocińcu? Była szczerze rozczarowana postawą, którą reprezentował. Tom nie wróci tam w żadnym wypadku. Carter nigdy więcej nie podniesie nań ręki.

Wzięła głęboki oddech, żeby zapanować nad płonącym gniewem. W grę wchodziła rozmowa z Dumbledore'em, więc musiała panować nad emocjami i wyłożyć mu logiczne, trafiające prosto do serca argumenty. Siłą niczego nie osiągnie. Spojrzała na chłopaka i przygryzła wargę. Nadal nie podniósł głowy. Co takiego sprawiało, że profesor miał nad nim władzę? Każdego lata rekwirował mu różdżkę, zmuszał do powrotu do sierocińca oraz groził wydaleniem. Tom musiał czymś zawinić.

– Musisz mi powiedzieć, dlaczego Dumbledore się na ciebie uwziął – poprosiła wciąż ciepłym, ale też stanowczym tonem.

Drgnął i nań spojrzał. W jego oczach dostrzegła nie tylko desperację, ale również ostrożność. Najwyraźniej wciąż miał opory przed wyznaniem prawdy.

– Czemu do wszystkiego cię przymusza? Czemu musiałeś oddać mu różdżkę? – zapytała, ani myśląc o zrezygnowaniu z kluczowej dla sprawy wiedzy. – Co to za haczyk?

Tom się odsunął, przybrawszy postawę obronną. Czymkolwiek był szantażowany, wciąż niechętnie podchodził do zwierzeń. Hermiona pochyliła się do przodu, po czym zmusiła go, żeby spojrzał jej w oczy.

– Nie jestem w stanie ci pomóc, jeżeli mi nie zaufasz – powiedziała miękkim głosem.

Wciąż milczał, ale naprawdę musiała wiedzieć, co się wydarzyło – bez tej wiedzy nie przekona nauczyciela do zmiany zdania; potrzebowała kompletu danych. Gdy dotyk nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, postanowiła położyć nacisk na uczucia.

– Cokolwiek zrobiłeś, wiedz, że cię nie opuszczę.

Zmarszczyła brwi, gdy wziął głęboki oddech. Czy naprawdę obawiał się odrzucenia? Wciąż zachowywał się niechętnie, ale najwyraźniej zbierał się na odwagę. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, a potem spuścił wzrok na swoje dłonie.

– Nie masz pojęcia, ile dla mnie znaczyło dowiedzenie się, że jestem czarodziejem – powiedział z wahaniem, brzmiąc na zdesperowanego. – Wychowywałem się w sierocińcu pełnym dzieci, wiedząc, że jestem inny. Oczywiście, w dzieciństwie zupełnie nie pojmowałem, na czym dokładnie polegała ta różnica. W przeciwieństwie do nich używałem dziwnej mocy i sprawiałem, że wokół mnie działy się rzeczy, które normalnie były niemożliwe. Nieraz słyszałem, że jestem szalony i powinienem zostać zamknięty w zakładzie leczniczym. – Spojrzał na Hermionę. Wydawał się wahać, czy kontynuować i ostrożnie ważył słowa. – Miałem gdzieś, co sobie myślą. Byli nieistotni i nie rozumieli, z czym się borykam. Niemniej jednak nie chciałem trafić na oddział zamknięty – dodał twardszym tonem. – Cóż, potem… Dumbledore przyszedł w odwiedziny i powiedział mi, że jestem czarodziejem. Kiedy dowiedziałem się o istnieniu magii, wszystko wskoczyło na swoje miejsce i nareszcie zrozumiałem, czym się posługuję. Mając jedenaście lat, opuściłem sierociniec i poszedłem do Hogwartu. – Uśmiechnął się delikatnie. – Wspaniale było stamtąd wyjechać, zwłaszcza że szkoła okazała się niesamowitym miejscem. Wreszcie nie musiałem ukrywać swoich zdolności i talentu. Zanim się zorientowałem, minął pierwszy rok i musiałem wrócić do domu dziecka na wakacje. Nauczyciele nie pozwolili mi zostać w dormitorium – wytłumaczył z goryczą. – To oczywiste, że nie chciałem wracać i rezygnować z krótkotrwałej wolności. Gdy przekroczyłem próg sierocińca, odniosłem wrażenie, że nigdy stamtąd nie odszedłem. Pani Cole wciąż mnie nienawidziła, a inne dzieci nadal odnosiły się do mnie z pogardą; przez rok wszyscy zapomnieli, co potrafię i na co mnie stać. Prawdę powiedziawszy, mogłem z tym żyć, gdyby tylko nie zabroniono mi używać magii. W jednej chwili zostałem odcięty dosłownie od wszystkiego, czego się nauczyłem – podsumował ze słyszalnym w głosie oskarżeniem.

Hermiona ponownie wzięła go za rękę. Rozumiała, co próbował jej przekazać. Jako dziecko był samotny i czuł się opuszczony przez dorosłych ze swojego świata, którym zaufał. Tym razem Tom zareagował na dotyk. Wydawał się uspokojony, a gdy nań spojrzał, uśmiechnęła się delikatnie, żeby zachęcić go do wznowienia opowieści. Całkiem prawdopodobne, że dobrnął do tej mniej cudownej części historii i znów napotkał trudności z przyznaniem się do winy. Chociaż wcześniej nie miała stu procentowej pewności, teraz wiedziała, że nigdy wcześniej nikomu się nie zwierzał.

Westchnął pod nosem i odwrócił wzrok.

– Pewnego dnia, gdy byliśmy na podwórzu i żaden z opiekunów nie patrzył, dzieci postanowiły znowu mi… podokuczać – kontynuował prawie szeptem. – Wcześniej się powstrzymywałem, ale kiedy pomimo próśb nie przestawali… zupełnie straciłem kontrolę.

Hermiona rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie. Wciąż unikał nawiązania kontaktu wzrokowego, więc musiała się zadowolić jego profilem. Mimowolnie się spięła, gdy przeszedł do właściwej części opowiadania.

– Zawsze miałem przy sobie różdżkę, nawet jeżeli jej nie używałem – dodał.

– Co takiego zrobiłeś? – zapytała, próbując stłumić złe przeczucie.

– Gdy nie wytrzymałem, wyciągnąłem różdżkę i cisnąłem klątwą w dziecko, które stało najbliżej.

Zmarszczyła brwi. Cóż, to było złe, ponieważ używanie magii przez nieletnich czarodziejów jest zabronione ministerialnym edyktem. Uciekając się do zaklęć, sam sprowadził na siebie kłopoty. Co gorsza, czarował na oczach nieuświadomionych mugoli.

– W porządku, rozumiem. Zaklęcie alarmujące powiadomiło urzędników z Ministerstwa Magii, ale to wciąż nie wyjaśnia, dlaczego Dumbledore cię szantażuje. – Zastanowiła się, a potem doznała olśnienia. – Jaką klątwę rzuciłeś…?

Tom poruszył się niespokojnie, ponownie założywszy na twarz pustą, nieprzeniknioną maskę, ale Hermiona mogła stwierdzić, że główkuje, czy wyjawienie prawdy jest dobrym pomysłem. Spojrzał nań chłodnym, wywołującym dreszcze wzrokiem, przez co miała problem z rozszyfrowaniem targających nim emocji.

– Haz Zoubar – powiedział opanowanym głosem po dłuższej chwili milczenia.

Wytrzeszczyła oczy i z niedowierzania wstrzymała oddech. To niemożliwe, żeby użyć tej klątwy w wieku jedenastu lat. Oczywiście, znała to zaklęcie. Miało na celu tymczasowe przekształcenie nienawiści rzucającego w magiczną moc, która następnie atakowała przeciwnika oraz powodowała niesamowity ból i poważne obrażenia. W gruncie rzeczy przypominała klątwę torturującą, ponieważ bazowała na emocjach czarodzieja, który pragnie skrzywdzić, opętać lub nawet zabić swą ofiarę.

Było jeszcze jedno podobieństwo do niewybaczalnych. Haz Zoubar równał się z natychmiastowym zesłaniem do Azkabanu, bowiem aurorzy mieli często z nim do czynienia, właśnie z uwagi na podobieństwo do Cruciatusa. Zaklęcie to wymagało również wielkich umiejętności od rzucającego, gdyż było naprawdę skomplikowane. Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć.

– Byłem wtedy wściekły i straciłem kontrolę – dodał Tom, gdy wciąż się nań gapiła.

– Czemu akurat Haz…? – Zmarszczyła brwi, ale znów wybrał milczenie.

Dlaczego zawsze posuwał się do czarnej magii? Nie zamierzała nawet pytać, jakim cudem na pierwszym roku nauki dokopał się do ksiąg z wyjaśnieniami najgroźniejszych klątw.

– Co się dalej działo? – zapytała, nie mogąc powstrzymać rosnącego gniewu.

– Spieprzyłem zaklęcie.

– Słucham…?

– Z początku wszystko wydawało się w porządku – odpowiedział spokojnym głosem, znów unikając jej spojrzenia. – Potem klątwa się załamała i uderzyła w dziecko, które było celem. Oberwałem rykoszetem i straciłem przytomność. Obudziłem się dopiero w Świętym Mungu. – Zerknął w przelocie na dziewczynę, ale szybko odwrócił wzrok, zobaczywszy jej nietęgą minę. – Wielu ludzi chciało ze mną rozmawiać. Urzędnicy Ministerstwa Magii, a nawet aurorzy. Podczas przesłuchania powiedziano mi, że na terenie sierocińca wykryto ślady czarnej magii. Skłamałem i stwierdziłem, że niczego nie pamiętam.

– Uwierzyli? – zapytała ze zgorszeniem w naiwność śledczych.

– Szczerze mówiąc, ciężko powiedzieć, ale nie postawiono mi żadnych zarzutów, więc raczej nie byłem widziany w roli napastnika – kontynuował. – Sam oberwałem tym zaklęciem i byłem zaledwie pierwszorocznym. Myślę, że zamknęli postępowanie, gdyż w rzeczywistości nie wierzyli, że uczeń pierwszej klasy mógł cisnąć podobną klątwą…

– To niewiarygodne, gdyż jest zbyt potężna – dodała ściszonym głosem.

– Owszem. – Zwiesił głowę.

– Mimo to byłeś winny – podsumowała ze złością i nie hamowała swojej magii, która przepływała przez nią gwałtownymi falami. Wzięła uspokajający oddech i spróbowała opanować temperament. – Czemu inne dzieci nie zostały przepytane? – dodała, gdy wstrzymał się z odpowiedzią.

– Kiedy aurorzy przybyli na miejsce zdarzenia zastali bardzo nietypowy widok, a mianowicie dwójkę nieprzytomnych na podwórzu dzieciaków – powiedział ze spokojem. – Sierociniec był mugolską placówką, więc postąpili zgodnie z procedurami, czyli automatycznie oszołomili resztę sierot. To standardowe postępowanie.

– Sami pozbawili się informacji – podsumowała z niedowierzaniem.

– Właśnie.

– Co się stało z dzieckiem, które zaatakowałeś? – zapytała z oburzeniem.

– Chłopak zapadł w śpiączkę – odparł pozbawionym emocji tonem.

Hermiona zacisnęła usta w cienką linię.

– Obudził się?

– Nie.

Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Gdy zrozumiała implikacje działań jedenastoletniego Toma, automatycznie puściły jej nerwy.

– Czy wiedziałeś, co się stanie w momencie przeklęcia? – zapytała, z ledwością powstrzymując się przed wybuchem.

– Szczerze mówiąc, nie przewidziałem podobnych konsekwencji – powiedział szybko.

– Mimo to zdecydowałeś się na Haz – podsumowała ze złością.

Ślizgon nań spojrzał i zobaczyła w jego oczach najprawdziwszą gamę emocji. Zupełnie to zignorowała, zaślepiona walką o samokontrolę. Nawet nie myślała pytać, czy ma wyrzuty sumienia, bo w niewytłumaczalny sposób znała odpowiedź.

– Co ma z tym wspólnego Dumbledore? – zapytała, przechodząc do sedna sprawy.

– Odwiedził mnie w szpitalu, gdy usłyszał, co się wydarzyło. Jestem przekonany, że w pewnym momencie użył na mnie legilimencji, ale wtedy niczego nie zauważyłem – wyszeptał. – Gdy dowiedział się, co właściwie zrobiłem, zdecydował się na milczenie. W zamian kazał mi obiecać, że nigdy więcej nie użyję podobnego zaklęcia – dodał, a Hermiona parsknęła pod nosem. – I powiedział, że jeżeli chcę zostać w Hogwarcie, muszę się podporządkować i respektować nowe zasady. Właśnie wtedy zaczęła się konfiskata różdżki przed każdym powrotem do sierocińca – zakończył i spojrzał z uwagą na dziewczynę.

To wiele wyjaśniało, pomyślała, patrząc nań mrocznie i z widoczną dezaprobatą. Klątwa, której użył, była na równi z trzema niewybaczalnymi. Dumbledore poznał prawdę i gdyby postanowił opowiedzieć wszystko aurorom, wydalenie ze szkoły byłoby najmniejszym problemem Toma. Mimo faktu, iż był wówczas zaledwie dzieckiem, z pewnością zostałoby wszczęte oficjalne dochodzenie, a najprawdopodobniej już wtedy skrywał w szafie wiele trupów i nie mógł sobie pozwolić, żeby aurorzy zaczęli węszyć nad innymi kwestiami. Co interesujące, Hermiona nigdy wcześniej nie słyszała o tym zajściu. Mimowolnie się zastanowiła, dlaczego profesor nie opowiedział tej historii Harry'emu podczas badań nad przeszłością Voldemorta. Do diabła, czemu wyciszył całą sprawę? To było nielogiczne i odrażające.

Wiedziała, że Tom w szkole parał się czarną magią, więc informacja, że rzucił mroczną klątwę, nie była dlań żadną niespodzianką. Nie chodziło nawet o to, że skrzywdził niczemu winne dziecko i zniszczył mu przyszłość, chociaż to również było okropne. Najgorsze, że od najmłodszych lat miał styczność z czarną magią, a w wieku jedenastu potrafił skumulować swą nienawiść i rzucić jedno z najmroczniejszych wynalezionych zaklęć.

Wbiła weń rozwścieczone spojrzenie.

Co jest z nim nie w porządku…?

Aż za dobrze wiedziała, że nosi w sobie ciemność, ale zawsze myślała, że zanurzył się w niej w późniejszych latach szkolnych, mając swobodny dostęp do działu ksiąg zakazanych. Teraz zrozumiała, że od zawsze zamieszkiwało go zło, niemające nic wspólnego z dorastaniem bez rodziców i w niesprzyjających warunkach. Gdy miał jedenaście lat, zaproponowano mu szansę na opuszczenie sierocińca i rozpoczęcie nowego życia w czarodziejskim świecie, a zdobytą wiedzę wykorzystał do zrobienia największej głupoty.

Nieprawdopodobne.

Hermiona poczuła palący gniew. Jak mógł postąpić tak okrutnie i bezmyślnie? Otarłszy się o wygnanie z magicznej społeczności, powinien być bardziej ostrożny i zaprzestać praktykowania czarnej magii. Czy tak właśnie zrobił? Wręcz przeciwnie, kontynuował naukę i dalej z zafascynowaniem zgłębiał najmroczniejsze sztuki. Zacisnęła dłonie w pięści i spróbowała opanować potrzebującą uwolnienia magię. Może uspokoiłaby się szybciej, gdyby cisnęła weń jakimś przekleństwem?

– Nienawidzisz mnie teraz? – wyszeptał tak cicho, że prawie go nie usłyszała.

Siedział ze spuszczoną głową i unikał nawiązania kontaktu wzrokowego. Nie odpowiedziała, zbyt wściekła, żeby sformułować sensowne zdanie. Gdyby teraz otworzyła buzię, najprawdopodobniej by na niego nakrzyczała.

Słysząc przedłużające się milczenie, Tom podniósł głowę i z wahaniem nań spojrzał. Minę miał beznamiętną, ale wszystkie emocje odzwierciedlały się w oczach – dostrzegła w nich zdesperowanie, niepokój, ostrożność oraz zalążki strachu. Wyglądało to prawie tak, jakby próbował przygotować się na najgorszą ewentualność, jakby myślał, że zaraz wstanie i odejdzie bez słowa wyjaśnienia.

Naprawdę oczekiwał rozstania…?

Hermionie natychmiast przeszła złość. Nie chciała, żeby bał się odrzucenia i samotności, więc położyła mu dłoń na ramieniu. Automatycznie napiął mięśnie.

– To, co zrobiłeś, było bardzo złe i jestem naprawdę rozgoryczona, że posunąłeś się do ostateczności – powiedziała i zarejestrowała, że się skrzywił. – Wciąż mi na tobie zależy, Tom – dodała cieplejszym, aczkolwiek stanowczym tonem.

Był tak zaskoczony, że zmarszczyła brwi. Czego właściwie oczekiwał? Że go zostawi, usłyszawszy tragiczną historię z czasów dzieciństwa? Z drugiej strony istniało też wysokie prawdopodobieństwo, że po prostu był nieprzyzwyczajony do tego, że ludzie wciąż darzą go sympatią, chociaż widzieli lub doświadczyli z pierwszej ręki jego ciemnej strony.

– Nie opuszczę cię bez względu na to, co zrobiłeś w przeszłości – pospieszyła z łagodnym zapewnieniem.

Tom się trochę odprężył, zaś Hermiona była wstrząśnięta. Naprawdę podejrzewał, że się rozstaną, kiedy wyzna prawdę. To dlatego tak się wahał przez spowiedzią…

Nie powinien mieć żadnych wątpliwości, pomyślała ze smutkiem.

Owszem, historia, którą przed momentem poznała, była okropna i nadal była zła za umyślno–nieumyślne skrzywdzenie niewinnego chłopca – na to nie było usprawiedliwienia. Niemniej jednak w porównaniu z innymi zbrodniami, które popełni w przyszłości, ta ewidentnie schodziła na dalszy plan. Jeżeli mówił prawdę i nie spodziewał się śpiączki, tę sytuację można było podpiąć nawet pod przypadek.

Zamrugała, nie spuściwszy z niego spojrzenia. Wciąż patrzył nań z pustym wyrazem twarzy, co przeczyło temu, że trzymał jej dłoń w żelaznym uścisku, jakby nadal potrzebował wsparcia.

Czemu tak cholernie bał się odrzucenia…?

Gdy o tym pomyślała, doszła do wniosku, że przecież nie wiedział, że ma świadomość innych przestępstw, których się dopuścił. Jakby nie patrzeć, nigdy nie powiedział jej, że zabił Jęczącą Martę, czy Toma Riddle'a Seniora. Hermiona DeCerto, przeniesiona uczennica, nie miała prawa wiedzieć o tychże zbrodniach. Biorąc to wszystko pod uwagę, historia, którą jej właśnie opowiedział, była najgorszym, co o nim usłyszała.

Westchnęła pod nosem, uświadomiwszy sobie najważniejsze zależności. Wpędził chłopca w śpiączkę wiele lat temu i nie powinna go teraz karać za głupotę i nieodpowiedzialność, zwłaszcza że inni najprawdopodobniej osądzili go za błędy młodości.

W porządku, wciąż mamy inny problem do rozwiązania, podsumowała, zdeterminowana, uprzednio rzuciwszy mu uspokajający uśmiech.

– Co dokładnie powiedział ci dzisiaj Dumbledore? – zapytała, przechodząc do sedna sprawy.

– Że… zamierza mnie wydalić… – wydukał, wciąż zaskoczony faktem, że nadal siedziała z nim pod drzewem.

– Z jakiego powodu? – doprecyzowała. – Haz odpada, bo to wydarzyło się dawno temu i w sumie gwarantuje ci zesłanie prosto do więzienia, a nie wyrzucenie ze szkoły.

– Jestem przekonany, że coś wykombinuje. Najgorsze, że nie mam innego wyjścia, jak przyznać się do wszystkich argumentów, które podniesie, bo inaczej wyląduję w Azkabanie – odpowiedział z goryczą. – Właśnie dlatego wciąż ma nade mną władzę. Jeżeli odmówię posłuszeństwa, ujawni brzydką prawdę i znajdę się w poważnych tarapatach.

Hermiona przez moment analizowała sytuację, a potem doszła do wniosku, że rzeczywiście miał rację.

– Wciąż nie rozumiem, w jaki sposób zamierza udowodnić swoje racje – podsumowała powoli. – Oczywiście, mógłby złożyć oficjalne zeznania, ale gdy z tobą rozmawiał w szpitalu, posunął się do użycia legilimencji. Nie był naocznym świadkiem. Wymuszone przyznanie się do winy nie stanowi dowodu w sprawie i, szczerze mówiąc, nie przypuszczam, aby wystarczyło do wydania wyroku skazującego. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, iż jesteś nieletni, a wtedy miałeś zaledwie jedenaście lat.

Tom parsknął śmiechem.

– To Albus Dumbledore. Czy istnieje na świecie przynajmniej jedna osoba, która otwarcie oskarżyłaby go o kłamstwo? Jeżeli postanowi, że zasłużyłem na karę, wszyscy mu przyklasną i z radością zignorują to, ile miałem lat. Już dawno temu zadecydował, że jestem beznadziejnym przypadkiem. Uwierz, że nikt nie będzie wątpił w opinię, którą wyda i przedstawi światu – powiedział pogardliwym tonem. – Jest przecież najpotężniejszym żyjącym czarodziejem, a przynajmniej wszyscy mają taką nadzieję. Jeżeli się mylą, to kto pokona Grindelwalda?

Hermiona zacisnęła usta w cienką linię. Naturalnie, zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Dumbledore zdawał się mieć znaczną przewagę. Wiedział, co zrobił tamtemu chłopcu Tom i mimo że legilimencja na małoletnim stanowi nadużycie władzy nauczycielskiej i w gruncie rzeczy wykroczenie, gdyby przekazał wspomnienie z zobaczonej sceny, obrona byłaby bezcelowa i w ostatecznym rozrachunku dochodzenie zakończyłoby się wyrokiem skazującym.

Odkąd profesor dowiedział się prawdy, sukcesywnie wykorzystywał swą wiedzę i przewagę do szantażowania podopiecznego i grożenia. To rozwścieczyło dziewczynę do żywego. Ten proceder powinien się zakończyć dawno, dawno temu. Zacisnęła z dezaprobaty zęby. Nie zamierzała pozwolić na jego kontynuację.

Wstała i pociągnęła Toma za rękę.

– Chodźmy.

Zmarszczył brwi.

– Dokąd?

– Muszę porozmawiać z Dumbledore'em – powiedziała z naciskiem.

– Nie zmieni swojego zdania – burknął.

– Zobaczymy. – Znów nim szarpnęła. – Wstawaj z ziemi.

Gdy podniósł się, uprzednio rzuciwszy jej sceptyczne spojrzenie, natychmiast wyznaczyła kierunek z powrotem do zamku. Przez całą drogę ani na moment nie puściła jego dłoni. Nim minęło kilkanaście minut, obydwoje stanęli przed dwoma kamiennymi gargulcami strzegącymi wejścia do gabinetu dyrektora. Hermiona miała nadzieję, że nie przyszli za późno. Gdyby Dumbledore zdążył zarysować całą sprawę Dippetowi, mieliby poważniejsze problemy.

– Infigo – wyszeptała.

Najwyraźniej dyrektor zmienił hasło po przerwie świątecznej, gdyż strażnicy się nie przesunęli. Nie miała czasu na zabawę w zgadywanki. Straciwszy cierpliwość, po prostu wyciągnęła różdżkę i gniewnym ruchem machnęła na gargulce, które zostały obudzone silnym impulsem. Z zadowoleniem odnotowała, że Tom był zbyt zdenerwowany, żeby zapytać o sposób na otwarcie przejścia. Zrobiła krok naprzód i pociągnęła go za sobą. Kiedy przystanęli przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu, usłyszeli dobiegające ze środka głosy.

– Wytłumacz mi podstawową rzecz, Dumbledore. – Dippet najwyraźniej był nieprzekonany. – Dlaczego Riddle miałby zrobić coś takiego? Nie zapomnij, proszę, że to on złapał prawdziwego sprawcę.

– Rubeus Hagrid jest niewinny – odpowiedział mu profesor.

– Mówiłeś wcześniej coś podobnego, ale wszystkie dowody wskazują inaczej. Riddle jest prefektem, a w przyszłym roku zostanie naczelnym. W jakim świetle postawimy szkołę, jeżeli zdecydujemy się bezpodstawnie wydalić naszego najlepszego ucznia?

Hermiona uniosła ze zdziwienia brwi. Wychodziło na to, że Dumbledore planował wykorzystać incydent z otwarciem Komnaty Tajemnic na potrzeby sytuacji. Spojrzała w bok. Tom znów przywdział swą charakterystyczną beznamiętną maskę. Żeby dodać mu otuchy, mocniej ścisnęła jego dłoń, a następnie zapukała.

– Proszę!

Usłyszawszy przyzwolenie, otworzyła drzwi i weszła do środka, wciąż ciągnąc chłopaka za sobą. Gabinet nijak się zmienił od jej ostatniej wizyty – wciąż był schludny, prawdę powiedziawszy, aż do przesady, przez co przywodził na myśl sterylne, zdezynfekowane i mało zachęcające pomieszczenie.

Dippet siedział za biurkiem, odziany w czarną, bogato haftowaną kamizelkę i białą koszulę. Dumbledore z kolei wyglądał, jakby przedtem spacerował przed dyrektorem, a teraz zastygł w bezruchu w pół kroku. Kiedy się zatrzymał, spojrzał z zaskoczeniem na Hermionę spod swoich charakterystycznych okularów–połówek, a potem przesunął wzrok na stojącego z tyłu Toma i natychmiast spoważniał.

– Właśnie o panu rozmawialiśmy, panie Riddle – powiedział surowym głosem Dippet, pomijając milczeniem obecność dziewczyny. Była przekonana, że tak naprawdę nawet nie zapamiętał jej imienia, co wywnioskowała po jego początkowym zdezorientowaniu. – Zaistniał pewien problem – kontynuował. – Mam nadzieję, że pamięta pan zeszłoroczne wydarzenie, które doprowadziło do wydalenia jednego z naszych uczniów. Niestety muszę zapytać ponownie. Czy miał pan coś wspólnego z otwarciem Komnaty Tajemnic?

Tom się spiął i przeniósł spojrzenie z Dippeta na Dumbledore'a, którego mina i postawa jasno sugerowała, że powinien się z miejsca przyznać do winy, bo inaczej poniesie o wiele surowsze konsekwencje.

– Właśnie dlatego tutaj przyszliśmy, dyrektorze – powiedziała Hermiona, zanim chłopak otworzył buzię. – Muszę z panem porozmawiać, profesorze – dodała w kierunku opiekuna Gryffindoru, zaskoczona usłyszaną we własnym głosie stanowczością.

Dumbledore spojrzał chłodno na Toma, zaś dziewczynę zdenerwował ten ostry i wyrachowany błysk w niebieskich oczach. Stojąc w gabinecie swojego poprzednika, daleko mu było do uprzejmego staruszka, którego niegdyś poznała.

– Omówiłem wszystko z panem Riddle'em, panno DeCerto – odpowiedział pozbawionym łagodności głosem, który zawsze z nim kojarzyła. – Sprawa jest zamknięta.

Ze zdenerwowania przygryzła dolną wargę. Ta zimna i niedostępna postawa sprawiała, że czuła się bardzo niepewnie i po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego niejednokrotnie wzbudzał w innych strach. Spróbowała się uspokoić, ale właśnie wtedy Tom mocniej zacisnął dłoń na jej własnej. Paradoksalnie, uścisk pomógł.

– Wręcz przeciwnie, profesorze – odparła ze spokojem. – Gdy podejmował pan decyzję, nie miał pan wszystkich potrzebnych informacji. Proszę mi pozwolić wyjaśnić to nieporozumienie.

– W porządku, panno DeCerto. – Dumbledore wciąż był podejrzliwy, ale skapitulował, możliwe, że dla świętego spokoju. – Wysłucham tego, co ma mi pani do powiedzenia.

– Wspaniały pomysł. Jestem przekonany, że to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem – podsumował Dippet, a następnie obrzucił całą trójkę lekko przerażonym spojrzeniem. – Nie wiedziałbym, jakby wytłumaczyć to radzie nadzorczej szkoły. Wydalenie najlepszego ucznia to wyrok skazujący! – dodał i pokręcił głową. – Albusie, porozmawiaj z młodzieżą. Ta sprawa musi zostać wyjaśniona.

Chyba po raz pierwszy w życiu Hermiona była wdzięczna dyrektorowi za zrzucanie trudnych obowiązków na innych nauczycieli i umywanie rąk. Tym lepiej, podsumowała. I tak musiała porozmawiać z Dumbledore'em na osobności.

We trójkę opuści gabinet dyrektora i zaczęli przemierzać szkolne korytarze. Dumbledore otworzył im swoje biuro, a następnie gestem zaprosił ich do środka i wskazał krzesła.

– Usiądźcie, proszę – zagaił szorstkim głosem, który trochę zniechęcał. – Jestem ciekawy, co macie do powiedzenia.

Hermiona ścisnęła uspokajająco dłoń Toma, a potem razem z nim zajęła wygodnie wyglądające siedzisko. Chłopak wciąż był spięty, teraz bardziej niż wcześniej. Najwyraźniej nigdy nie postrzegał Dippeta jako zagrożenie.

Odetchnęła głęboko, po czym spojrzała na Dumbledore'a.

– To moja wina, że Tom opuścił sierociniec podczas przerwy świątecznej – powiedziała zgodnie z prawdą i ze spokojem patrzyła, jak nauczyciel unosi brwi. Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego, a tak, jakby właśnie potwierdził wszystkie swoje przypuszczenia.

– Nie musi pani kłamać.

– Nawet o tym nie pomyślałam.

Dumbledore rzucił ślizgonowi krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym znów skupił się na DeCerto.

– Wiem, że Tom potrafi być bardzo przekonujący, ale cokolwiek pani powiedział, przypominam, że nie ma pani obowiązku brać udziału w naprędce uknutej intrydze. Jeżeli wpadł w kłopoty, to wyłącznie ze swojej winy.

– Mam inne zdanie, profesorze. – Nadal emanowała spokojem, którego właściwie nie czuła. To było po prostu przerażające. – Powtórzę raz jeszcze – z mojej winy Tom opuścił sierociniec. Nie może go pan ukarać za to przewinienie.

Dumbledore westchnął.

– Muszę porozmawiać z panną DeCerto na osobności, chłopcze. – Odwrócił się do Riddle'a. – Czy mógłbyś poczekać na zewnątrz? – dodał surowszym tonem i bez zwyczajowego błysku w oku.

Hermiona zmarszczyła brwi. Czemu miała służyć odrobina prywatności? Dopiero gdy się nad tym zastanowiła, wyciągnęła poprawne wnioski. Nauczyciel z pewnością myślał, że kłamie pod groźbą lub jest zastraszana i chciał wyeliminować potencjalne zagrożenie.

– Oczywiście, profesorze – odpowiedział beznamiętnie Tom.

Spojrzała nań z niepokojem. Właśnie wstawał z krzesła, ponownie przywdziawszy pozbawioną emocji maskę. Kiedy się odwracał, żeby podejść do wyjścia, rzucił jej przelotne spojrzenie. Wyglądał na zdesperowanego i cholernie przestraszonego. Wiedziała, że nie może go zawieść.

Gdy wyszedł, oddzieliło ich coś znacznie potężniejszego, aniżeli zwyczajne, drewniane drzwi. Kiedyś włamała się do tego gabinetu i wiedziała, że w powietrzu unosi się kilka sprytnych i prawie niewyczuwalnych osłon ochronnych. Nawet gdyby próbował, z korytarza nie podsłuchałby nawet słowa.

Kiedy zostali we dwójkę, natychmiast skupiła się na Dumbledorze.

– Nie wiedziałem, że przyjaźni się pani z Tomem – zagaił, sondując ją uważnym wzrokiem.

– Cóż, to prawda.

Zachowywanie ostrożności przy młodszym profesorze było, paradoksalnie, niewłaściwym uczuciem, ale po prostu nie mogła pozwolić, żeby sentymentalizm przesłonił jej zdolność logicznego myślenia. Mężczyzna, przed którym siedziała, nie miał żadnych powodów, aby jej zaufać, gdyż spotkali się całkiem niedawno.

– Ochronę przyjaciela uważa pani za swój obowiązek? – zapytał trochę współczującym tonem.

– Owszem – odpowiedziała bez chwili wahania. Od zawsze była w stanie poświęcić dla najbliższych wszystko.

Dumbledore westchnął.

– Lojalność jest czymś godnym podziwu – podsumował smutnym głosem, sprawiając wrażenie człowieka, który szykował się do przekazania gorzkiej życiowej prawdy. – Tom jest jednak szczególnym przypadkiem.

– W jaki sposób, profesorze? – zapytała, choć dobrze wiedziała, co zamierzał jej powiedzieć.

– Jestem w stanie zrozumieć, że darzy go pani sympatią. To całkiem normalne w pani wieku. – Westchnął i odchylił się na krześle. – To również bardzo honorowe, chcieć pomóc przyjacielowi. – Zrobił krótką pauzę, jakby zastanawiając się, co dalej powiedzieć. – Zanim jednak podejmie pani decyzję, należałoby zadać sobie pytanie, czy ów przyjaciel zasługuje na pomoc.

Hermiona zaniemówiła. Wiedziała, że za sobą nie przepadali, ale otwarte przyznanie się do niechęci przechodziło ludzkie pojęcie. Zawsze uważała go za wyrozumiałego, ciepłego i postępowego człowieka, który zawsze dawał wszystkim drugą szansę, bez względu na to, jak bardzo po drodze zbłądzili. Albus Dumbledore z przyszłości nigdy nie zrezygnowałby z Toma.

– Wcześniej powiedziałem, że potrafi podbić serce i wciąż to podtrzymuję – kontynuował, zobaczywszy na jej twarzy kompletne zaskoczenie. – Wiem, że działania, których się podjąłem, mogą wydawać się niezrozumiale i zbyt surowe, ale to konieczność. W Tomie zamieszkuje pewnego rodzaju ciemność, bardzo mroczna i niebezpieczna. Muszę przyznać, że mistrzowsko opanował ukrywanie tej części swojego charakteru.

Naturalnie, ma całkowitą rację. To oczywiste, że zamieszkiwał go mrok, skoro miał wielkie ciągoty ku czarnej magii, ale czy Dumbledore naprawdę nie dostrzegał, że porzucenie go w sierocińcu tylko pogorszy sytuację i podsyci nienawiść?

– Nawet jeżeli ma pan rację, to nie sposób ukarać go za coś, czego nie uczynił – powiedziała, skrzyżowawszy spojrzenie z nauczycielem. – Naprawdę przyczyniłam się do tego, że opuścił sierociniec. Oto jestem, jeśli musi pan kogoś ukarać.

– Widzę, że wciąż podtrzymuje pani ochronę. Zupełnie nie rozumiem, jak została panienka przekonana. Proszę mi wierzyć, że zmieniłaby pani zdanie, gdyby dowiedziała się, dlaczego to takie istotne, żeby pozostał w domu dziecka.

– Tom przytoczył mi szczegóły incydentu z pierwszego roku, profesorze – wyznała.

– Naprawdę? – Dumbledore był szczerze zaskoczony.

– Owszem.

– Co właściwie ci powiedział? – zapytał z podejrzliwością.

– Cóż, że rzucił klątwę Haz na jedno z dzieci.

– Nie spodziewałem się po nim tego rodzaju zwierzeń.

– Tom bywa zaskakujący – odpowiedziała z ostrożnością. Chciała wykorzystać tę wątpliwość, którą dostrzegła w niebieskich oczach na swoją korzyść. – Jeżeli w tym przypadku źle go pan osądził, to może w innym również. Moim zdaniem wydalenie go będzie niesłusznym krokiem i niewłaściwym.

Dumbledore spojrzał nań zza okularów–połówek. Wydawał się zastanawiać nad tym, co przed momentem powiedziała. Hermiona w międzyczasie desperacko próbowała znaleźć wyjście z zaistniałej sytuacji. Profesor był szczerze przekonany, że najlepszym rozwiązaniem będzie wydalenie Riddle'a nie tylko ze szkoły, ale też z magicznego świata. Najgorsze, że w jakiś sposób go rozumiała, co w praktyce nie oznaczało, że zamierzała go poprzeć.

– Wiem, że chronił pan Toma, kiedy dowiedział się o rzuceniu klątwy. Milczeniem uratował go pan przed aurorskim dochodzeniem. – Wbiła w mężczyznę stanowcze spojrzenie, choć w środku trzęsła się z nerwów. Musiała pociągnąć to dalej. – Czemu w pierwszej kolejności postanowił pan ochronić dziecko, które teraz karze za błędy przeszłości? – zapytała z ciekawością, bowiem była to rzecz, nad którą poważnie się zastanawiała.

– To żadna kara. Tom jest po prostu zbyt potężny dla własnego dobra – powiedział nauczyciel, sprawiając wrażenie zmęczonego. – Zostawienie go samego sobie byłoby niewybaczalnym, niemożliwym do odpokutowania grzechem. Proszę mi wierzyć, że Tom potrzebuje zasad i ograniczeń. Jeżeli będzie pozbawiony nadzoru i wszelkiej kontroli, z pewnością zejdzie na złą drogę. – Zrobił pauzę i na moment zagubił się w myślach, przybrawszy zbolały wyraz twarzy. – To prawdziwie straszne doświadczenie i szczerze nie chcę, żeby musiał przez to przechodzić, bowiem jest naprawdę ciężko powrócić na właściwą ścieżkę.

Hermiona zamrugała, zdezorientowana.

Najprawdopodobniej mówił o czymś większym, czego nie rozumiała. Wydawał się zasmucony, a nawet trochę zdruzgotany. Poniekąd mogła się z nim utożsamiać, gdyż właśnie tak wyglądała, kiedy patrzyła codziennie w lustro.

Wtem zrozumiała motywację Dumbledore'a i powód, dla którego nalegał, żeby odciągnąć Toma od „wkroczenia na niebezpieczną ścieżkę". Najprawdopodobniej próbował uratować podopiecznego przed ciemnością, ponieważ sam niegdyś zbłądził i dobrze wie, co jest na końcu owej drogi.

Spojrzała w przyszłość. Pod szóstego roku nauki, niedługo po śmierci dyrektora, Rita Skeeter opublikowała książkę. Była cholernie na nią zła, gdyż podejrzewała ją o powypisywanie bzdur i same kłamstwa, ale mimo to przysiadła do lektury. Z niechęcią musiała wówczas przyznać, że dziennikarka przynajmniej w połowie się spisała i częściowo wykonała dobrą robotę. Harry pieklił się za każdym razem, gdy miał biografię w zasięgu wzroku, głównie dlatego, że przedstawiała ubarwioną przeszłość człowieka, którego darzył wielkim szacunkiem, a który wszak był zaledwie starcem, który w młodości popełnił wiele błędów, a potem zaczął od nowa.

Dumbledore niegdyś przyjaźnił się z Gellertem Grindelwaldem i dzielili razem wiele przekonań. Jakby nie patrzeć, w młodości głęboko wierzył w absolutną czarodziejską supremację.

Już jako nastolatek był szalenie utalentowanym czarodziejem. Za jego młodzieńczymi działaniami z pewnością skrywała się mroczna wiara, ta sama, która przyświeca obecnie Tomowi. Gdy ukończył szkołę, zmarła mu matka i niespodziewanie stał się głową rodziny. To zaś jednocześnie sprawiło, że przestał mieć zwierzchników i nie musiał przed nikim odpowiadać. Z Riddle'em było podobnie, gdyż od niemowlęctwa nikt nie sprawował nad nim władzy i nie dbał o samopoczucie, a przez to nie musiał przestrzegać żadnych zasad. Wolność, którą zyskał wtedy Dumbledore, doprowadziła do tragicznego w skutkach wypadku. Podczas kłótni z Grindelwaldem, do sporu dołączyła Ariana, siostra Albusa i Aberfortha, która została przez przypadek trafiona klątwą i zginęła na miejscu. Hermiona mogła sobie tylko wyobrazić, jak bardzo czuł się wówczas winien Dumbledore.

Ta historia świadczyła w gruncie rzeczy o jednym – profesor również poszedł tą samą czarnomagiczną drogą, przed którą próbował chronić podopiecznego. Zbyt dobrze wiedział, do czego może doprowadzić stoczenie się w ciemność. Czy odciągając Toma od kuszącego mroku, próbował naprawić własne błędy?

Mimowolnie złagodniała. Jak widać, chciał dobrze, tylko podchodził do sprawy w niewłaściwy sposób. Sprawiał wrażenie zagubionego we własnych wspomnieniach.

– Czy to możliwe, że pragnie pan uratować kogoś innego…? – zapytała z łagodnością, zauważywszy, że natychmiast wrócił do rzeczywistości.

– Co ma pani na myśli? – spytał ostrym tonem, uprzednio rzuciwszy jej z początku zaskoczone, a następnie podejrzliwe spojrzenie.

– Nieważne – odpowiedziała pospiesznie i na wszelki wypadek podniosła tarcze oklumencyjne. Zmieniła też temat na bezpieczniejszy. – W tej chwili cały świat pochłonęła wojna, profesorze. Czy naprawdę chce pan wrzucić Toma z powrotem do mugolskiego świata, gdzie bez różdżki mógłby paść ofiarą działań zbrojnych?

– W czarodziejskim świecie również panuje wojna – odparł chłodnym tonem.

– Hogwart jest bezpieczny.

– Nie dla Toma.

Hermiona zacisnęła usta w wąską linię. To rozmowa zmierza donikąd. Aż sapnęła z nagromadzonej frustracji.

– Czyli chce pan, żeby wrócił do sierocińca, gdzie będzie pod stałą kontrolą? – zapytała z niespotykaną dla siebie stanowczością. Odwróciła wzrok od nauczyciela i spojrzała na okno. Z zadumą patrzyła na krajobraz za nim, myślami wróciwszy do pierwszego spotkania z przełożonym placówki. – Pewnego razu rozmawiałam z panem Carterem, zarządcą domu dziecka. Wie pan, co mi powiedział? Że Tom potrzebuje „silnej ręki" i musi być „surowo karany". – Nie mogła powstrzymać w głosie goryczy. Potem ponownie skupiła się na Dumbledorze. – Czy naprawdę jest pan przekonany, że Carter to właściwy człowiek na właściwym miejscu?

– Wiem, że nie wszystko jest tam idealne – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. – Niemniej jednak to jedyne sensowne rozwiązanie problemu.

– Rozmawiał pan kiedyś z Carterem? – zapytał po chwili namysłu.

– Owszem.

Hermiona zamrugała. Zupełnie się nie spodziewała, że kiedykolwiek nawiązali kontakt. Jak mógł stanąć z nim twarzą w twarz i nie przejrzeć dobrodusznej maski, którą zazwyczaj zakładał…? Nie zobaczył tej sadystycznej świni…?

– W takim razie dobrze pan wie, jakim jest człowiekiem – powiedziała, gdy opanowała nerwy.

– Jestem świadomy pewnych trudności – odparł z miękkim błyskiem w oku. O dziwo, zamiast poczuć się nim uspokojona, tylko bardziej się zdenerwowała. – Jeżeli jednak dzięki temu wyrośnie na przyzwoitego dorosłego, jestem gotów tymczasowo poświęcić jego wolność. W przyszłości oszczędzi mu to wiele smutku – dodał ze zmarszczonymi brwiami.

Hermiona uniosła w oburzeniu brwi. Gdy zobaczyła, że mówił ze szczerym przekonaniem, poddała się gniewowi.

– Wolność…? – zapytała ściszonym głosem, z trudem hamując wybuch, który nieubłaganie się zbliżał. – Zdecydowanie chce pan poświęcić znacznie więcej, aniżeli odrobinę jego swobody.

Znów skupiła się na jasnoniebieskich oczach. Jeżeli Dumbledore rzeczywiście rozmawiał z Carterem, to dlaczego nie zauważył czającego się w nim zła? Czemu nie sprawdził go legilimencją, żeby upewnić się, że wszystko będzie dobrze? Jakie było prawdopodobieństwo, że wiedział o celi w piwnicy, ale patrzył na to przez pryzmat „większego dobra"? Zacisnęła z gniewu usta, nadal chłodno sondując profesora wzrokiem. Czy naprawdę interesowały go panujące w sierocińcu warunki? Czy odbył tę rozmowę opieszale, nie zagłębiając się w żadne szczegóły? Gdyby rzeczywiście dogłębniej zbadał sprawę, poznałby prawdę.

– Kiedy rozmawiał pan z Carterem, przeoczył pan oczywisty fakt, że facet jest podłą, uprzedzoną świnią? – zapytała, porzuciwszy pozory dobrze wychowanej panny.

Dumbledore uniósł brwi.

– Spotkaliśmy się zaraz po tym, jak jego poprzedniczka, pani Cole, opuściła sierociniec. Oczywiście, szybko zdałem sobie sprawę, że pan Carter wprowadzi większą dyscyplinę i będzie surowszy dla podopiecznych. Pani Cole dała sobie wejść na głowę i nauczyła Toma, że ma pełną swobodę. W przeciwieństwie do niej pan Carter będzie miał wszystko pod kontrolą – powiedział. – Sierociniec był jedynym sposobem na powstrzymanie mrocznych zapędów Toma podczas przerwy wakacyjnej. W trakcie roku szkolnego jestem w stanie go przypilnować i powstrzymać przed wyrządzeniem krzywdy innym uczniom. Latem, pozbawiony nadzoru i zasad, miał możliwość rozwijania swoich upodobań, ponieważ nawet gdybym wyraził zgodę, aby pozostawał przez dwa miesiące w Hogwarcie, nie miałbym jak go upilnować, bowiem zawsze wyjeżdżam. Proszę mi wierzyć, że wszystko przemyślałem. Odebranie mu różdżki na czas przerwy i powrót do sierocińca, gdzie jest uważnie obserwowany, to najlepsze rozwiązanie.

Hermiona patrzyła na nauczyciela szeroko otwartymi oczami. Wciąż była wściekła, ale teraz przynajmniej mogła więcej zrozumieć. Wyjawienie jej całego planu nie sprawiło jednak, że mu przyklasnęła. Tom skrzywdził niewinnego chłopca na swoim pierwszym roku nauki, więc Dumbledore postanowił skonfiskować mu różdżkę. Właśnie w ten sposób próbował zapobiec następnym potencjalnym incydentom. Odsyłał go do sierocińca tylko wtedy, kiedy nie miał możliwości osobistego sprawowania nad nim nadzoru. To dlatego Tom musiał wracać do domu dziecka na okres wakacyjny. Wyjaśniało to również, czemu został odesłany w tegoroczne święta – profesor wyjechał ze szkoły, o czym poinformował ją dyrektor. Wszystko składało się na logiczną całość, ale nadal…

– Czy później spotkał się pan jeszcze z Carterem? – zapytała z wahaniem.

To było ważne. Gdyby umówili się na rozmowę, zyskałby sposobność na weryfikację informacji – mógłby przy pomocy legilimencji, czy jakoś inaczej, dokopać się do szczegółów.

– Tylko podczas tej przerwy, dosłownie na kilka minut. Wcześniej kontaktowaliśmy się drogą listowną – odpowiedział zgodnie z prawdą.

– Nigdy nie sprawdził pan osobiście, jak się miewa Tom? – wykrzyknęła z niedowierzaniem.

– Zapewniam, że robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby zapewnić mu opiekę, ale niestety były również inne rzeczy, które wymagały mojej uwagi. – Dumbledore znów przybrał chłodną i niedostępną postawę.

Oczywiście, wiedziała, do czego nawiązywał. Mówił o Gellercie Grindelwadzie, swoim odwiecznym nemezis. Zaniedbał opiekę nad Tomem, ponieważ próbował znaleźć sposób na powstrzymanie Grindelwalda. Najprawdziwsza ironia, pomyślała z goryczą. Próbując zdetronizować jednego czarnego pana, nieświadomie przyłożył rękę do narodzin następnego, o wiele, wiele potężniejszego.

Nie powinnam być zaskoczona tym zaniedbaniem, podsumowała po chwili, wciąż przyglądając się mężczyźnie. Jakby nie patrzeć, każdego lata odsyłał Harry'ego do Dursleyów ze świadomością, że lepiej byłoby mu w zamku. Kiedy zostawił go na progu, gdy był niemowlęciem, nigdy nie przyszedł z wizytą, żeby zobaczyć, w jakich warunkach pozostawił dziecko. Czemu miałby poświęcać więcej uwagi Tomowi, skoro Harry'ego Pottera nie traktował lepiej…?

Wszystko to prowadziło do jednego wniosku – Dumbledore nie wiedział, na co skazał Riddle'a, odsyłając go do sierocińca.

Hermiona wahała się pomiędzy zrozumieniem postępowania profesora, a palącą doń nienawiścią, bowiem poniekąd odpowiadał za krzywdę podopiecznego. W pełni pojęcia, jakimi pobudkami się kierował i w gruncie rzeczy miało to sens, ale w wieku jedenastu lat Tom był wciąż dzieckiem. Wróciła myślami do Sylwestra i historii, którą się wówczas podzielił pod wpływem chwili. Carter prawie go wtedy zabił.

Jakikolwiek był plan Dumbledore'a, nie powinien był dopuścić do podobnej sytuacji. Jeżeli naprawdę czuł się zań odpowiedzialny, nie mógł się ograniczać tylko do powstrzymania chłopca przed robieniem niewłaściwych rzeczy i nadużywaniem mocy – powinien również zapewnić mu należytą opiekę, która wykluczała krzywdzenie. Oczywiście, mimo że był potężnym mędrcem i czarodziejem, zupełnie zapomniał o podobnej możliwości.

Westchnęła, zirytowana.

– Rozumiem, że stara się pan pomóc Tomowi, profesorze – zaczęła łagodnie. – Nie widzi pan jednak, że to zła droga? Odebranie mu różdżki i zmuszenie do stałej koegzystencji z mugolami jest pozbawione sensu, bowiem zawsze będzie czarodziejem. Jedyne, co pan osiągnie, wydalając go ze szkoły i odsyłając do sierocińca, to pogłębienie nienawiści i pogardy.

– Wręcz przeciwnie, panno DeCerto. To jego jedyna szansa. Nie może pozostać w Hogwarcie. – Dumbledore pokręcił głową. – Wielokrotnie udowodnił, że nie można mu zaufać. Teraz zrobił to ponownie. Wbrew złożonemu przyrzeczeniu uciekł z domu dziecka. Jestem też przekonany, że to nie jedyna zbrodnia, jakiej się dopuścił podczas przerwy świątecznej.

Hermiona odniosła nieprzyjemne wrażenie, że mężczyzna mówi o włamaniu do mieszkania Nicolasa Flamela, czyli posądza Toma o następną rzecz, jakiej się nie dopuścił. Oczywiście, nie mogła zaprzeczyć domniemanemu oskarżeniu i przyznać się do winy.

– Prawdę powiedziawszy, panie profesorze, spędziliśmy święta we dwójkę. Zapewniam, że nie miał czasu ani możliwości, żeby coś wykombinować. Przecież skonfiskował mu pan różdżkę.

– Musisz zaufać memu osądowi, Hermiono. – Nauczyciel zmienił strategię, zmniejszając dystans. – Znam Toma od dłuższego czasu i możesz mi wierzyć, jeżeli mówię, że próbowałem dosłownie wszystkiego, żeby odciągnąć go od ciemności. Nic nie zadziałało. Moje wysiłki poszły na marne. To ostatnia szansa na to, aby miał normalne życie – podsumował smutnym głosem.

W jaki sposób?, pomyślała, rozwścieczona. Czy przewidział następne kroki, jeżeli i ten plan spali na panewkach? Wtrącić Toma do Azkabanu?

– Wciąż chce go pan wydalić? Naprawdę nie przekonałam pana do zmiany decyzji? – zapytała lodowatym głosem, a determinacja w jasnoniebieskich oczach podpowiedziała jej, że odniosła sromotną porażkę. – Rozumiem, że nie wierzy pan w historię, którą tu przedstawiłam, ale ani razu się pan nie zainteresował powodem, dla którego kazałam Tomowi opuścić sierociniec.

Szczerze mówiąc, z początku nie zamierzała wywlekać na wierzch maltretowania, ale najwyraźniej nie miała innego wyjścia. Oczywiście, wiedziała, że ślizgon wybrałby milczenie, aniżeli przyznanie się do bycia ofiarą mugolskiej przemocy domowej, ale naprawdę uważała, że profesor powinien poznać prawdę. Jakby nie patrzeć, był częściowo odpowiedzialny za zaistniałą sytuację. Wzięła głęboki oddech, zanim z powrotem spojrzała na Dumbledore'a. Wciąż patrzył nań chłodnym wzrokiem, któremu brakowało charakterystycznej odrobiny ciepła.

– W takim razie zamieniam się w słuch, panno DeCerto. – Wrócił do oficjalnego tonu. – Proszę jednak nie oczekiwać zmiany podjętej przeze mnie decyzji.

Hermiona odwróciła wzrok i ponownie wyjrzała za okno. Zamek i otaczające go tereny były pokryte miękkim puchem, zimnym i zniechęcającym do dłuższych spacerów po błoniach. Najwyraźniej pogoda zsynchronizowała się z jej nastrojem. Oderwawszy spojrzenie od okna, popatrzyła z determinacją na Dumbledore'a. W jego oczach widziała skrajny sceptycyzm i może nawet trochę zniecierpliwienia.

– Czy wiedział pan, że Tom był bity w sierocińcu? – zapytała ze spokojem.

Wyraz twarzy nauczyciela nie uległ zmianie, ale dostrzegła, że był lekko zaskoczony.

– Tak właśnie pani powiedział? – Odbił piłeczkę, a dziewczyna musiała stłumić nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł jej po kręgosłupie.

– Nie, szczerze wątpię, żeby z własnej i nieprzymuszonej woli zdecydował się na podobne wyznanie – odparła zgodnie z prawdą. – Tak się szczęśliwie lub nieszczęśliwie złożyło, że byłam tego świadkiem – dodała bez żadnych emocji. W oczach Dumbledore'a, oprócz niedowierzania, zobaczyła również nutę podejrzliwości. Szkoda byłoby nie wykorzystać chwili zwątpienia. – Musi pan wiedzieć, że przed przerwą świąteczną nie pałałam do Toma wielką sympatią – kontynuowała, uprzednio westchnąwszy. – Spotkaliśmy się po kilku dniach przez czysty przypadek. Nawet nie wiedziałam, że mieszka w Londynie. – Taktycznie postanowiła przemilczeć szczegóły owego spotkania i kradzież manuskryptu Ignotusa Peverella. – W każdym razie postanowiłam odwiedzić go w sierocińcu. Czy domyśla się pan, gdzie go znalazłam? – zapytała, nie mogąc stłumić oskarżycielskiej nuty. Zanim profesor zdążył otworzyć buzię, aby udzielić odpowiedzi, gwałtownie pochyliła się do przodu i porzuciła ostatni pozornego opanowania. – Był zamknięty w piwnicy i ciężko ranny, gdyż pański korespondent, jakże drogi pan Carter, postanowił go wychłostać.

Wiedziała, że obnaża z gniewu zęby, ale umyślnie to zignorowała. Dumbledore z kolei zmarszczył brwi, ale cokolwiek sobie nie myślał, wciąż wydawał się nie wierzyć opowiadanej historii.

– Jeżeli wciąż ma pan wątpliwości co do mojej prawdomówności, proszę zajrzeć mi do głowy – warknęła w przypływie złości. Skrzyżowała z nim spojrzenie i przywołała obraz skulonego na podłodze i obficie krwawiącego Toma. – Niech pan rzuci okiem – powtórzyła z naciskiem. – Myślę, że jest pan utalentowanym legilimentą.

Profesor spojrzał nań z wyraźnym zaskoczeniem, ale potem postanowił przystać na propozycję, bowiem poczuła mrowienie w głowie. Opuściła bariery oklumencyjne, czym zaprosiła go do głębszej penetracji wspomnień. Zadrżała, kiedy wyczuła następną obecność w umyśle. Zagryzła zęby, gdyż naprawdę potrzebowała, żeby Dumbledore zobaczył na własne oczy, do czego mniej lub bardziej świadomie przyłożył rękę. Gdyby zaryzykował i postanowił się rozejrzeć po innych scenach, natychmiast zareagowałaby i nie zawahałaby się przed wypchnięciem go ze swojej głowy. Kiedy poczuła, że opuszcza jej umysł, natychmiast wzniosła bariery. W oczach Dumbledore'a zauważyła coś na kształt żalu.

– W porządku, rozumiem, dlaczego tak bardzo chce pani mu pomóc – podsumował ze spokojem. – Jestem dogłębnie wstrząśnięty dyscypliną pana Cartera. – Odchylił się na krześle i spojrzał na Hermionę w zamyśleniu. Szczerze mówiąc, zupełnie nie wiedziała, o czym teraz myślał, ale po zobaczeniu tych rewelacji nabrała przekonania, że nie odeśle Toma z powrotem do sierocińca. To byłoby po prostu okrutne. Czarodziej westchnął, po czym kontynuował zmęczonym głosem: – Wygląda na to, że nieświadomie skrzywdziłem pana Riddle'a.

Hermiona odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że jeżeli zwierzy się nauczycielowi, ten wyciągnie doń pomocną rękę. To cudowne, gdyż zawsze tak postępował. Wiele straciliśmy, gdy zginął, pomyślała, patrząc na niego z sentymentem. Żałowała, że nie zobaczył, jak silny stał się Harry. Z pewnością przepełniałaby go duma.

– Osobiście dopilnuję, żeby pan Carter został zastąpiony – powiedział Dumbledore, co wyrwało dziewczynę ze wspomnień.

– Ma pan całkowitą rację. – Zamrugała, trochę zdezorientowana. – Ten człowiek nie powinien sprawować władzy nad dziećmi. – Mimowolnie poczuła się winna, bowiem zawsze myślała o swoim chłopaku i zapomniała o reszcie sierot. Tylko Merlin wiedział, co Carter im zrobił.

– Niemniej jednak Tom wciąż musi pozostać w sierocińcu. Więcej nie stanie mu się krzywda – kontynuował po chwili milczenia.

Świat Hermiony w momencie się zawalił. Wytrzeszczyła oczy, przez moment nie mogąc zaczerpnąć oddechu. W głowie jej się zakręciło, a krew prawie zamarzła w żyłach.

– Co takiego? – krzyknęła z oburzeniem. – Mam nadzieję, że nie planuje pan odesłać go do mugolskiego świata! – Wyglądało na to, że tylko połowicznie pojął powagę sytuacji. Potrząsnęła głową, chcąc pojąć jego punkt widzenia. Była święcie przekonana, że postawiła na swoim, że zmieni zdanie, gdy pozna prawdę. – Niczego pan nie zrozumiał! – podsumowała, spanikowana i rozgniewana. – Nie mam na myśli klapsa w tyłek. Mówię o najprawdziwszym maltretowaniu!

Dumbledore wciąż patrzył nań z powagą. Zadrżała, zobaczywszy zdeterminowany błysk w jasnoniebieskich oczach.

– Proszę się nie martwić, panno DeCerto. Upewnię się, że Tom nie zostanie ponownie pobity, ale nadal nie mogę mu pozwolić zostać dłużej w Hogwarcie.

Hermiona zamrugała, patrząc na niego z niedowierzaniem. Otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale profesor ponownie zabrał głos, zobaczywszy jej szczere oburzenie. W jego głosie pobrzmiewał żal, a nawet poczucie winy, ale nawet nie drgnął, zdeterminowany.

– Stosowana w sierocińcu dyscyplina jest uwłaczająca i podła. Naturalnie, musi się skończyć, ale to nie zmienia podstawowego problemu. Próbowałem zawrócić Toma na właściwą ścieżkę, ale zawiodłem. On nie chce się zmienić, więc osiągnęliśmy punkt, w którym nie mogę pomagać mu kosztem innych.

– Ale… – wyjąkała, nadal patrząc nań szeroko otwartymi oczami. – W żadnym wypadku! – krzyknęła. Zagotowała się z gniewu i przestała dbać o zachowanie zimnej krwi. Odrzuciwszy pozory, zerwała się na równe nogi i trzasnęła dłońmi w biurko nauczyciela. Siłą się powstrzymała przed pstryknięciem palcami i przywołaniem do siebie różdżki. Jej magia trzaskała w powietrzu, ale nijak się tym przejmowała. – Nie może pan tego zrobić! Nie może go pan odesłać! Nawet jeżeli Carter zostanie zdegradowany do stopnia zwykłego opiekuna, nie będzie żadnej pewności, że powstrzyma się przed nadużywaniem władzy!

Wróciła myślami do ostatniego razu, kiedy widziała przełożonego sierocińca. Miało to miejsce w tej obrzydliwej celi w piwnicy. Był w trakcie wymierzania następnej kary. Straciła wówczas nad sobą panowanie, dała się ponieść emocjom i go solidnie przeklęła. Co, jeżeli będzie szukał zemsty? Dumbledore nie mógł ponownie odesłać Toma w szpony tej parszywej kreatury!

– W tym momencie naprawdę nie widzę lepszego rozwiązania. Nie zamierzam dłużej ryzykować bezpieczeństwa, a nawet życia innych uczniów – argumentował ze stoickim spokojem profesor. Nie był pod najmniejszym wrażeniem wybuchu złości, której stał się obiektem i nawet nie mrugnął okiem. Hermiona była zszokowana, że był gotów poświęcić dobro jednego podopiecznego, aby chronić innych przed tak zwanym „złem". – Musi mi pani zaufać, kiedy mówię, że zrobię wszystko, aby Tomowi nie stała się krzywda – podsumował.

– Co też pan mówi. – W nerwowym geście przeczesała dłonią włosy. To się nie działo. Nie mogło się dziać!

Dumbledore wciąż patrzył nań wyczekująco, najwyraźniej spodziewając się bardziej wiążącej odpowiedzi. Czy naprawdę sądził, że ot tak po prostu zgodzi się na powyższy plan? Zawrzała ze złości. Nie zamierzała pozwolić na realizację tego przedsięwzięcia. Gniew i desperacja zebrały swe żniwo, a magia coraz to mocniej zagęszczała powietrze. Nie mogła oderwać wzroku od siedzącego naprzeciwko mężczyzny, a ten zaś zerkał na nią z zaciekawieniem, zupełnie jakby było mu obojętne, czy jest rozwścieczona, czy też smutna.

Wzięła głęboki oddech, a potem bardzo powoli go wypuściła. Niczego nie osiągnie, kiedy rzuci się z pazurami na nauczyciela, albo spróbuje go przekląć. Musiała nad sobą zapanować. Patrząc w niebieskie oczy, policzyła w myślach do dziesięciu. Wkrótce zdołała poskromić wściekłość i przybrała beznamiętny wyraz twarzy, a nawet odwołała swą magię. Wcześniej zachowywała się niczym rwący potok, płynący bez ładu i składu, a teraz owinęła się kokonem wokół jej umysłu i pomogła oczyścić myśli. Wciąż wpatrywała się w Dumbledore'a, ale już bez palącej nienawiści. Odzyskawszy spokój, usiadła z powrotem na krześle, z powoli formującym się w głowie planem.

Na chwilę przymknęła oczy. Wiedziała, że to, co zrobi, najprawdopodobniej zerwie wszystkie więzi, jakie kiedykolwiek będzie mogła nawiązać z nauczycielem. Prawdę powiedziawszy, nie chciała mieć w nim wroga, zwłaszcza że musiała odzyskać Czarną Różdżkę, ale nie widziała teraz innego rozwiązania problemu. Nie mogła pozwolić, żeby Tom wrócił do sierocińca. Zdeterminowana, postanowiła wcielić swój plan w życie, póki jeszcze miała odwagę. Otworzyła usta i niemal zadrżała, słysząc nietypowy dla siebie chłód w głosie.

– W takim razie nie pozostawia mi pan wyboru, profesorze – zaczęła. – Wciąż bardzo wyraźnie pamiętam, co zastałam w domu dziecka. – Pochyliła się do przodu i nawet nie mrugnęła. – Jeżeli wydali pan Toma ze szkoły, rozpowiem i pokażę wszystkim, jak traktowane są tam sieroty. To zaś nie postawi pana w zbyt korzystnym świetle.

Wiedziała, że jest rozczarowany i zirytowała się kłującym poczuciem winy, które zakiełkowało w jej piersi. Czy miała inne wyjście, aniżeli granie nieuczciwie?

Dumbledore potrząsnął głową.

– Pani wybaczy, ale nie obchodzi mnie opinia publiczna. Jeżeli stracę twarz, żeby uratować duszę Toma, niechaj tak będzie.

Hermiona była skonfliktowana. Chociaż nie pokazywała tego na twarzy, wewnętrznie szalała. Powinna była przewidzieć, że groźba ukierunkowana na reputację nie przyniesie oczekiwanego rezultatu. W emocjach zupełnie zapomniała, że przecież nigdy nie przywiązywał większej uwagi do tego, co o nim sądzono i ze spokojem słuchał oskarżeń o bycie szalonym staruchem, pragnącym władzy i rozgłosu.

Wciąż mogła rozegrać to na swoją korzyść. Czuła się naprawdę okropnie i nienawidziła szantażów, ale została postawiona pod ścianą. Najgorsze, że to mugolaczka wystosowała podobną groźbę.

– W porządku, rozumiem – powiedziała powoli, oparła się wygodnie i wymusiła na sobie okrutny uśmiech. Mimo że wyglądała naprawdę podle w środku aż krzyczała z rozpaczy, zwłaszcza że w oczach nauczyciela zauważyła żałość. Głos, który opuścił jej usta, brzmiał nienaturalnie i obco, był przerażający, pełen pogardy i złośliwości. Z ledwością mogła stwierdzić, że w rzeczywistości doń należał. – Żyjemy w bardzo skonfliktowanym świecie. Nienawiść do mugoli i wszystkiego, co niemagiczne, wzrasta z dnia na dzień. Nie chce pan, chyba żeby po okolicy rozeszła się wieść o mugolu stosującym przemoc wobec czarodziejskiego dziecka i to jeszcze za przyzwoleniem szanowanego profesora, prawda?

To ewidentnie ubodło Dumbledore'a. Jego oczy straciły swój blask, przybierając matowy odcień. Hermiona zaś musiała walczyć o utrzymanie na twarzy okrutnej maski.

– Naprawdę posunęłaby się pani do czegoś takiego? – zapytał ze słyszalnym w głosie rozczarowaniem. – Zaryzykowałaby pani życie niewinnych ludzi?

Nigdy, przenigdy!, zapragnęła zaprzeczyć, ale po prostu nie mogła. Żeby plan wypalił, musiała wzbić się na wyżyny aktorstwa. Wzmocniła bariery oklumencyjne i przywdziała charakterystyczną beznamiętną maskę. Dumbledore nie mógł się domyślić, że blefowała, więc cmoknęła ze znudzeniem.

– To pańska decyzja, profesorze.

Mężczyzna patrzył na nią przez dłuższą chwilę, ale zdołała wytrzymać to spojrzenie, chociaż czuła się niczym najgorsza w świecie szumowina. Niczego bardziej nie pragnęła, niż powiedzieć mu całą prawdę, od samego początku do końca, ale wiedziała, że postąpiłaby wówczas niewłaściwie. Chciała się wybielić i nie wyglądać na kryminalistkę. Chciała mu wyznać, że przybyła z przyszłości, z czasów wciąż owładniętych wojną i żałobą. Chciała, żeby zrozumiał, że daleko jej było do mrocznej czarownicy próbującej uratować tyłek swojego partnera w zbrodni.

Mimo ogromnej chęci zwierzenia się z grzechów uparcie milczała. Wciąż podtrzymywała niecny uśmieszek, nie zdradziwszy się z toczeniem wewnętrznej walki.

– Wygląda na to, że myliłem się co do pani – podsumował Dumbledore, wbijając jej sztylet prosto w serce. Naturalnie, nawet się nie skrzywiła. – W porządku, spełnię pani życzenie – kontynuował z widocznym na twarzy rozczarowaniem.

Hermiona pochyliła głowę w geście podziękowania, ale nie zerwała kontaktu wzrokowego. Następnie powoli podniosła się z krzesła. Pragnęła opuścić gabinet tak szybko, jak to tylko możliwe. Nie mogła znieść zawodu, który sprawiła profesorowi.

– Mam nadzieję, że wie pani, co robi – wyszeptał, zanim zdążyła wyjść.

Skinęła głową, a potem odwróciła się i podeszła do drzwi. Przez cały czas zastanawiała się, czy ta stara i niewinna dziewczyna, którą niegdyś była, posunęłaby się do podobnej intrygi.

Najprawdopodobniej nie.

Teraz czuła to mocniej, aniżeli dwa dni temu, kiedy stała na szczycie Wieży Astronomicznej. Wszystko się zmieniło. Stała się twardsza, bardziej bezczelna i bezduszna. Była gotowa zrobić rzeczy, o których wcześniej nawet by nie pomyślała. Po raz pierwszy od przybycia do przeszłości zastanowiła się, do którego domu przydzieliłaby ją Tiara Przydziału, gdyby zawczasu nie interweniowała. Czy ponownie trafiłaby do Gryffindoru? Czy wciąż przynależała do grona odważnych i uczciwych gryfonów?

Uniosła rękę i sięgnęła ku klamce. Miała wrażenie, że zostawia za sobą coś znacznie więcej, aniżeli niechlujny gabinet nauczyciela transmutacji. Nie oglądając się przez ramię, otworzyła drzwi i wyszła na przyciemniony korytarz. Z cichym trzaskiem zamknęła za sobą wrota.

Gdy się odwróciła, zobaczyła podpierającego ścianę Toma. Chociaż sprawiał wrażenie całkiem rozluźnionego, dobrze wiedziała, że był cholernie spięty. Kamienny wyraz twarzy nie zdradzał targającego nim wewnętrznego szaleństwa. Zanim doń podeszła, rzuciła mu mały, pocieszający uśmiech. Zatrzymała się tuż przed nim i uniosła głowę. Wciąż nie zdradzał emocji, ale w jasnoszarych oczach zobaczyła zaniepokojenie i desperację.

W delikatnej manierze położyła mu dłoń na piersi. Materiał szarego swetra był szorstki, ale poniekąd przynosił ukojenie, bowiem czuła też promieniujące od ciała ciepło. Dręczące ją poczucie winy zostało przyćmione, gdy zatopiła się w oczach chłopaka.

– Nie zostaniesz wydalony – wyszeptała.

Tom wypuścił długo wstrzymywany oddech, a następnie się zbliżył i owinął wokół niej ramiona, po czym z desperacją się doń przytulił. Chwilę potem schował twarz w jej kręconych włosach.

– Dziękuję.

Usłyszawszy słowa wdzięczności, automatycznie się uśmiechnęła. To niespodziewane, aby Lord Voldemort komukolwiek podziękował, zwłaszcza mugolaczce, której nienawidził. Teraz gdy się nad tym zastanowiła, to był drugi raz, kiedy Tom Riddle wyraził swe uznanie.

– Nie ma za co – odpowiedziała miękkim głosem.


To się nigdy nie uda, pomyślał z paniką, patrząc na drewniane drzwi. Dłonie miał zaciśnięte tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę. Hermiona zawiedzie, bo niemożliwe jest przekonanie Dumbledore'a. Ten nienawistny starzec nie przepuściłby podobnej okazji. Gardził nim i to z wzajemnością. Nie ma powodu, żeby zmienił zdanie. Czekał na tę okazję od lat i teraz zyskał idealną wymówkę.

Tom w niewytłumaczalny sposób żałował, że opuścił sierociniec podczas przerwy świątecznej. Może popełnił straszliwy błąd i powinien był zostać w piwnicy. Z frustracji potrząsnął głową. To oznaczałoby następne tygodnie na łasce Cartera. Nie mogąc opanować nerwów, przesunął drżącą ręką po twarzy. Kto wie, ile musiałby jeszcze pozostać w celi, gdyby Hermiona nie przybyła mu z pomocą.

Gdy usłyszał otwieranie drzwi, natychmiast podniósł głowę. Wstrzymał oddech, patrząc nań szeroko otwartymi oczami. Wygląda cholernie poważnie, pomyślał, sondując jej twarz. Czy to oznaczało, że zawiodła…?

Z trudem przełknął ślinę, gdy doń podeszła. W brązowych oczach dostrzegł przerażający smutek.

Nie zdołała go przekonać, uświadomił sobie z goryczą. Nie zniosę następnych dwóch lat w sierocińcu.

Właśnie wtedy Hermiona zabrała głos.

– Nie zostaniesz wydalony.

Napięcie natychmiast z niego opadło i wypuścił oddech. Jakim cudem osiągnęła sukces? Był szczerze zdumiony, bo praktycznie dokonała niemożliwego. Pod wpływem impulsu pochwycił ją w ramiona. Potrzebował bliskości. Zakopał twarz w jej włosach, przymknął oczy i zaciągnął się charakterystycznym zapachem bzu.

– Dziękuję – powiedział, zanim zdołał się powstrzymać.

– Nie ma za co. – Odwzajemniła uścisk.

Szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że przekona Albusa Dumbledore'a. Hermiona nigdy nie przestanie go zadziwiać.

Wciąż był zdezorientowany, gdyż żywił przekonanie, że zostawi go, gdy usłyszy, co zrobił chłopakowi w sierocińcu. Mimo że dobrze wiedziała, czym jest klątwa Haz, wciąż siedziała pod drzewem, okazując mu gniewne wsparcie. Jakby nie patrzeć, skazał rówieśnika na los gorszy od śmierci, więc powinna być obrzydzona, a jednak…

Zdawała się akceptować gnieżdżący się w nim mrok. To nowość, bowiem nigdy wcześniej nie odsłonił się przed nikim równie otwarcie. W towarzystwie zazwyczaj maskował tę mroczną część swojej osobowości.

Hermiona… wprawiła go w zakłopotanie.

– Chodźmy – wyszeptała, przez co wrócił do rzeczywistości. Gdy skrzyżował z nią spojrzenie, zobaczył najprawdziwszą gamę emocji. – Nie chcę tu dłużej sterczeć – powiedziała dokładnie to samo, o czym przed momentem myślał.

Zanim skinął głową, rzucił okiem na z pozoru niewinne drzwi. Wziął głęboki oddech i puścił dziewczynę. Gdy ruszyli, nawet na sekundę nie puścił jej ręki.

– Co mu powiedziałaś? – zapytał po chwili komfortowego milczenia. – Jak go przekonałaś, żeby pozwolił mi zostać? – dodał, kiedy uniosła brwi.

– W ten sam sposób, co próbował cię zmusić do powrotu do sierocińca – odpowiedziała, nie wdając się w szczegóły.

Zamrugał.

– Szantażem…?

– Owszem – odparła, ale była wyraźnie zaskoczona szybkością, z jaką połączył fakty.

– To znaczy?

– Nie jestem z tego dumna, więc skończmy rozmawiać o Dumbledorze – poprosiła ze smutkiem.

Tom postanowił zaniechać tematu, a przynajmniej tymczasowo. Możliwe, że była to wina szoku, w którym wciąż się lekko nurzał.

Zaszantażowała dziada!, podsumował z zadowoleniem, rzuciwszy idącej obok dziewczynie aprobujące spojrzenie.

Właśnie wtedy zauważył, że euforia związana z możliwością kontynuowania nauki miesza się z czymś jeszcze. Znów opanowało go to chciwe uczucie. Można powiedzieć, że nieoficjalnie byli razem od przerwy świątecznej i pożądanie ogarniało go za każdym razem, gdy nań dłużej patrzył. Chciał ją posiąść. Teraz ponownie zanurzył się w tym pragnieniu i zaczął wodzić wzrokiem po jej ciele. Gdy spojrzał na niemożliwe do okiełznania włosy, uśmiechnął się z zadowoleniem.

Czemu właściwie marnował czas przed świętami na bezowocnych próbach ujarzmienia jej? Od samego początku była kimś więcej, aniżeli następnym przeciwnikiem, którego musiał pokonać i ustawić w miejscu. Wygrywając z Dumbledore'em, po raz kolejny udowodniła, że jest niezwykła i cholernie wartościowa. Za żadne skarby świata nie zamierzał pozwolić jej zniknąć. Swoim dzisiejszym zachowaniem i determinacją otwarcie przyznała, że są sobie przeznaczeni. Najwyraźniej przestała z nim walczyć i trochę się poddała. Tom był szalenie zadowolony, że zdobył jej lojalność i skruszył wszelki opór.

Jednym ruchem przyciągnął ją bliżej. W odpowiedzi podniosła głowę i uśmiechnęła się łagodnie.

Nareszcie osiągnął swój cel. Co interesujące, chciwość i pożądanie mieszały się z jeszcze jednym uczuciem, trudnym do zrozumienia i opisania – prawdę powiedziawszy, miał nielichy problem z jego identyfikacją. Zanim pomyślał, zaprzestał z walki z tym ciepłym i przyjemnym cosiem, roztapiającym mu serce.

Tom pogrążył się w myślach i był zaskoczony, kiedy przystanęli pod obrazem Grubej Damy. Zdecydowanie za szybko tu dotarli. Nie chciał zostawiać Hermiony, gdyż pożądanie brało nad nim górę. Gdy dziewczyna odwróciła się, żeby wyszeptać hasło, stracił resztki samokontroli i sprawnym ruchem przyciągnął do siebie. Uniosła głowę, wyraźnie zdezorientowana.

– Co…?

To oczywiste, że chciała zapytać, co właściwie wyprawia, ale nie dał jej czasu na dokończenie myśli. Pochylił się do przodu i ją pocałował. Mógł powiedzieć, że była zaskoczona nagłą wylewnością, bowiem automatycznie się spięła, ale po chwili odpowiedziała z równie wielkim żarem. Wzmocnił uścisk, może nawet trochę zbyt mocno, bowiem ograniczył jej możliwość ruchu, ale w tym momencie liczyła się wyłącznie namiętność.

Wiedział, że był wymagający i nieszczególnie by się zdziwił, gdyby pod prysznicem zobaczyła siniaki, ale po prostu nie mógł się powstrzymać. Zwykły pocałunek nie wystarczył. Żeby zaspokoić swe żądze, musiał poczuć pod palcami nagą skórę. Powędrował dłonią na pośladki, a następnie podwinął rąbek jej bezrękawnika oraz dotknął palcami pleców i przyjemnego brzucha. Ani trochę nieuspokojony, oderwał się od jej ust i zaczął całować dziewczynę po szyi. Z zadowoleniem zarejestrował, że sapnęła, kiedy delikatnie skubnął wrażliwe miejsce na karku. Dłonią nadal błądził po nagim brzuchu, czasem drażniąc wyższe okolice, ale niewystarczająco, żeby dotknąć stanika. Chwilę później znów skoncentrował się na jej ustach, zatopiwszy się w kolejnym zmysłowym pocałunku.

W końcu musiał się odsunąć, żeby zaczerpnąć powietrza. Spojrzał nań i zobaczył dziwny błysk w brązowych oczach. W głębi duszy obawiał się, że posunął się za daleko i przekroczył niepisaną granicę zaufania, zwłaszcza że Hermiona przestała obejmować go w pasie. Wtem niespodziewanie uniosła do góry ręce i położyła mu dłonie na policzkach. Gdy pociągnęła go w dół, odrzuciwszy wszelką delikatność, uniósł w zaskoczeniu brwi. Pocałowała go z namiętnością, jakiej się nie spodziewał, jednocześnie przenosząc jedną dłoń na ramię, a drugą na kark. Wzmocniwszy swój uścisk, przerwała pieszczotę i siłą odchyliła mu głowę, a następnie skopiowała to, co sam przed momentem zrobił. Gdy zaczęła śledzić ustami linię jego szczęki, zamruczał z przyjemności i poddał się błogości. W międzyczasie przeczesywała mu palcami gęste włosy.

Zanim ponownie go puściła, z trudem łapał oddech. Kiedy się trochę uspokoili, oboje wyraźnie podekscytowani, Hermiona się doń przytuliła. Tom automatycznie objął ją ramionami.

Usłyszawszy zbliżające się kroki z korytarza, natychmiast puścił dziewczynę. Mam nadzieję, że to żaden nauczyciel, pomyślał. Gdyby zostali nakryci na całowaniu, z pewnością zostaliby ukarani, a Hermiona znacznie surowiej, bo była panną. Spojrzał dyskretnie przed ramię, żeby zobaczyć, kto nadchodził, bo gdyby rzeczywiście napatoczyli się na profesora, dołożyłby wszelkich starań, żeby przekonać go do zaniechania kary za publiczne okazywanie uczuć i spróbowałby przekierować to na zwyczajne odjęcie punktów.

Kiedy rozpoznał zabłąkanego wędrowca, uśmiechnął się ze złośliwością. Tak się szczęśliwie złożyło, że był to Mark Longbottom, idiota z Gryffindoru. Sądząc po spurpurowiałej z gniewu twarzy i wykrzywionych ustach, widział, że się przed momentem całowali. Gdy przechodził obok, Tom pochylił głowę w szyderczym pozdrowieniu i był szalenie usatysfakcjonowany, kiedy spojrzenie Longbottoma nabrało intensywności. Żeby nie wzbudzić podejrzeń, musiał jednak stłumić cisnące się na usta złośliwe parsknięcie.

Gryfon minął ich bez słowa, po czym wysyczał hasło do pokoju wspólnego i przeszedł przez dziurę. Gdy tylko zniknął z korytarza, a przejście się zamknęło, dziewczyna uniosła głowę i zobaczył, że znów była zasmucona; potem znów się zbliżyła i przytuliła. Tom natychmiast przyszedł ze wsparciem i otoczył ją ramionami. Właśnie wtedy zdał sobie z czegoś sprawę. Longbottom patrzył na niego z najprawdziwszym obrzydzeniem, ale na Hermionę z palącą, podsycaną pożądaniem nienawiścią.