27. CZARNE PŁASZCZE
Tygodnie mijały powoli, a śnieg i lód niechętnie się topiły. Wewnątrz zamkowych murów rok szkolny trwał nieprzerwanie, zupełnie jakby po korytarzach nie przechadzała się podróżniczka z przyszłości. To zaś sprawiało, że Hermiona dała się zwieść przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Cóż, w jakiś sposób naprawdę było. Wciąż zdarzały się chwile, w których dopadały ją wątpliwości, ale szybko odsuwała od siebie myśli dotyczące przeszłości, skokach w czasie i niezwyciężonych różdżkach.
Życie w latach czterdziestych, chociaż czasem irytujące, poniekąd stało się normalnością. Wreszcie przyzwyczaiła się nawet do cotygodniowych szlabanów u Legifer, co znacznie ułatwiło jej życie, zaś szkolni koledzy i koleżanki wystarczająco się uspokoili, żeby porzucić swe wrogie zachowanie. Najwyraźniej wreszcie zaakceptowali jej związek z najpopularniejszym chłopakiem w szkole. Oczywiście, niektórzy nadal nią pogardzali, ale stracili zainteresowanie publicznym piętnowaniem, zastawianiem zasadzek i rzuceniem nań uroków.
Nade wszystko życie w latach czterdziestych było bezpieczne. To cudowne, móc się obudzić we własnym łóżku ze świadomością cholernie prawdopodobnego dożycia końca dnia. Nie musiała się martwić o to, gdzie będzie spała w nocy, o znalezienie pożywienia, o to, że zostanie zauważona przez śmierciożerców, ani o zmaganie się z rozrzuconymi po świecie kawałkami duszy czarnoksiężnika, który chciał podporządkować sobie cały świat.
Tutaj była bezpieczna. Co ważniejsze, w szkole nikogo nie straci, bo nikomu nie jest pisana śmierć.
Choć raz życie było naprawdę przyjemne.
To więcej, niż Hermiona kiedykolwiek miała nadzieję. W przyszłości wszystko sprawiało wrażenie zepsutego. Gdy straciła rodzinę i przyjaciół, wyzbyła się wiary w lepsze jutro. Wszyscy jej najbliżsi zginęli, ciemność powoli brała ją we władanie, a życie traciło kolory. Ostatecznie zgniła w środku. Mimo że wciąż oddychała, była zaledwie pustą skorupą.
Teraz czuła się zdecydowanie lepiej, zwłaszcza że w nocy przestała się męczyć z koszmarami. Całkiem prawdopodobne, że duchy przeszłości postanowiły się zlitować i zaprzestały sprawiania mąk oraz rozgrzebywania bolesnych ran. Była im za to niezmiernie wdzięczna. Oczywiście, dobrze wiedziała, komu powinna podziękować za nowo odkryte szczęście. Groteskowość tej sytuacji wciąż w nią uderzała, jednakże z mniejszą częstotliwością.
W jakiś sposób jej życie wydawało się podzielone. Stara, przeszła egzystencja była mroczna, wypełniona bólem i smutkiem. Naturalnie, było też kilka promyczków nadziei. Hermiona nie lubiła dużo myśleć o przyjaciołach, ponieważ ten łańcuch wspomnień zawsze prowadził do gorzkiego przypomnienia, że wszyscy zginęli. Choć spacerowanie po dróżkach pamięci sprawiało jej przykrość, nawet przez sekundę nie żałowała, że poznała wszystkich dla siebie najważniejszych ludzi.
Teraz miała nowe życie, bezpieczne i szczęśliwe, oddzielone grubą kreską od starego. Znalazła w nim chłopaka, który na przekór przeznaczeniu odpędzał od niej ciemność, która za wszelką cenę chciała przeciągnąć ją przez granicę czasu. Chociaż cholernie ceniła sobie miłe wspomnienia z udziałem Harry'ego i Rona, była niezmiernie zadowolona, że odnalazła Toma, gdyż z nim u boku z łatwością mogła zapomnieć o lękach i niebezpieczeństwach przeszłości.
Hermiona zatraciła się w przyjemnym, szkolnym życiu i właśnie dlatego była zupełnie nieprzygotowana na niespodziankę losu, kiedy to mrok ponownie postanowił się o nią upomnieć.
Spacerowała po Hogsmeade. To naprawdę interesujące, jak niewiele zmieniło się miasteczko w ciągu następnych pięćdziesięciu lat. Zwiedzała prawie dokładną kopię wioski, którą znała ze swoich czasów. Zobaczyła Miodowe Królestwo, naturalnie, zatłoczone rozemocjonowanymi uczniami chcącymi zakupić sporą ilość cukrowych piór, czy innych słodyczy, zaś kilka metrów dalej dojrzała Sklep Zonka. Trzy Miotły znajdowały się o rzut kamieniem.
Idąc główną drogą, sprawdziła zegarek. Okazało się, że do spotkania z Tomem miała jeszcze pół godziny. Żeby zabić czas, postanowiła wstąpić do pubu, gdyż nabrała chęci na kubek niebiańskiej gorącej czekolady, którą tam sprzedawali. Gdy tylko weszła do środka, natychmiast wypatrzyła Weasleya i Longbottoma siedzących przy jednym ze stołów. Zawahała się przez moment, a potem zdecydowała doń podejść i zagadać. Ostatecznie usiadła obok Richarda.
– Hej – przywitała się, rzucając drugiemu chłopakowi nerwowe spojrzenie. Przed Markiem stał kufel kremowego piwa, na którym od razu się skupił. Najwyraźniej wrócił do taktyki udawania, że nie istnieje.
– Cześć, Mionka! – Uśmiechnął się dobrodusznie Weasley, chcąc rozładować atmosferę. – Co porabiasz w pojedynkę? Myślałem, że chciałaś zostać w zamku.
– Taki był początkowy plan, ale potem Tom poprosił mnie o spotkanie w Hogsmeade – odpowiedziała zgodnie z prawdą, a następnie, zgodnie z oczekiwaniami, zauważyła, że Longbottom marszczy czoło i krzywi się, zupełnie jakby połknąć cytrynę.
– Czy zawsze musisz robić to, co każe ci ten palant? – warknął z szyderstwem.
Hermiona spróbowała zignorować usłyszaną drwinę. Odkąd dowiedział się, że weszła w związek i nie zaakceptował tego wyboru, znacząco się od niej odsunął. Wciąż bolało ją, że straciła dobrego przyjaciela, ale miała nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy i wybaczy jej tę zdradę. W pewnym sensie mogła zrozumieć, że po prostu nie darzy Toma sympatią.
Szczerze mówiąc, była zadowolona, kiedy podeszła do niej kelnerka i zapytała, co chciałaby zamówić. Zaskoczyła ją nieobecność Rosmerty, ale potem przypomniała sobie, że utknęła w latach czterdziestych. Ostatecznie zamówiła kubek gorącej czekolady i próbowała nie patrzeć zbytnio na starszawą panią.
– Co sobie dziś zaplanowałaś? – zapytał Richard, kiedy znów zostali we trójkę.
– Hm, ciężko stwierdzić. Najprawdopodobniej spacer po Hogsmeade – odparła. – Chyba że Tom wykombinuje coś innego.
– Och, jeżeli będziesz miała szczęście, może wylądujecie u Madam Puddifoot – dodał z pogardą Longbottom.
Najwyraźniej decyzja o wstąpieniu do Trzech Mioteł nie była najlepszym pomysłem. Naprawdę tęskniła za czasami, kiedy darzyli się przyjaźnią. Był jednym z jej najlepszych przyjaciół, dopóki się nie posprzeczali.
Naprędce wypiła czekoladę i szybkim krokiem wyszła z pubu. Wciąż było między nimi niezręcznie. Weasley na wszystkie sposoby próbował umilić atmosferę i nawet trochę żartował, ale Mark milczał niczym zaklęty. Hermiona westchnęła i mocniej opatuliła się płaszczem. Powoli nadchodziła wiosna, ale szkocki klimat należał do tych chłodniejszych. Pociągnęła nosem i wróciła na główną drogę. Za dziesięć minut miała się spotkać z Tomem, a wiedziała, że ceni sobie punktualność. Nie znosił umawiać się na daną godzinę, a potem czekać na spóźnialskiego gościa. Z drugiej strony, pomyślała z rozbawienie, zwolniwszy kroku, zabawnie będzie patrzeć, jak traci zimną krew.
– Pomocy!
Głos dobiegał z bocznej uliczki, więc automatycznie zatrzymała się w miejscu. Z bijącym sercem spojrzała w odpowiednim kierunku. Była to raczej wąska, wykafelkowana pomiędzy dwoma domami uliczka. Niewiele widziała, bowiem niecałe pięć metrów dalej dróżka zakręcała.
– Pomocy!
Usłyszała ponowne wołanie i tym razem rozpoznała kobiecy głos. Rozejrzała się po okolicy, ale nikogo nie zauważyła. Wyglądało na to, że jest sama. Kimkolwiek była krzycząca osoba, najwyraźniej potrzebowała pomocy. Pstryknęła palcami, przywołała do siebie różdżkę, a następnie pobiegła wzdłuż uliczki. Szybko dotarła do zakrętu, ale tam też nie zastała kobiety w potrzebie, więc postanowiła sprawdzić kolejny róg. Nie nazwałaby tego ulicą, bowiem zaułek miał najwyżej dwa metry szerokości.
– Pomocy!
Wciąż trzymała w dłoniach różdżkę. W pewnym momencie droga się rozszerzyła i prowadziła do czegoś na kształt podwórka. Podłoże było wyłożone szarą, brudną brukowaną kostką, a okoliczne domostwa na tyle wysokie, że nie docierało tutaj za dużo światła słonecznego. Hermiona zastygła w bezruchu i zmrużyła oczy, a po chwili wysiłku zauważyła stojącą na drugim końcu podwórza postać. Czy to była kobieta w potrzebie? Zdecydowanie nie, o czym powiedziały jej przebiegające po kręgosłupie dreszcze. Wzmocniła uchwyt na broni i zrobiła krok do przodu.
– Kim jesteś? – zapytała z mocą, chociaż czuła się bardzo niepewnie. – To ty wołałaś o pomoc?
Postać również ruszyła naprzód.
– Owszem – odpowiedziała, aczkolwiek nie brzmiała na przerażoną, czy też zrozpaczoną. Machnęła ręką i wyszeptała coś pod nosem, a w następnej chwili ponownie zabrała głos. – Przyznam, że nie potrzebuję pomocy. W przeciwieństwie do ciebie – dodała z agresywnym triumfem, niskim, zdecydowanie męskim głosem.
Hermiona natychmiast uniosła różdżkę i wycelowała w stojącego niedaleko czarodzieja. Wtem, ku swojemu zaniepokojeniu, wyczuła za sobą poruszenie. Zaryzykowała szybkie spojrzenie przez ramię i prawie sapnęła, kiedy zobaczyła, że w międzyczasie została otoczona przez trzech innych mężczyzn, który zagrodzili drogę, którą przybyła, odcinając jej możliwość ucieczki. Wzięła głęboki oddech i skoncentrowała się na pierwszym napastniku, odosobnionym od reszty. Jej oczy przystosowały się do wszechobecnego półmroku, dzięki czemu lepiej dostrzegała szczegóły. Czarodziej, który zmienił sobie głos i wołał pomocy, miał krótkie brązowe włosy i przyklejony do twarzy szyderczy uśmieszek. Stał pewnie na nogach i trzymał wyciągniętą różdżkę. Z pewnego rodzaju zaskoczeniem zarejestrowała także, że był odziany czarnym płaszczem, można by rzec, cholernie znajomym. Zamrugała, uzmysłowiwszy sobie, że widziała przedtem podobny. Gdzie…?
Właśnie wtedy doznała olśnienia.
Takie same nosili mężczyźni, z którymi miała styczność w mieszkaniu Nicolasa Flamela!
– Czego chcecie? – syknęła, nie chcąc okazać strachu.
– Masz całkiem dobre rozeznanie, DeCerto. – Uśmiechnął się ze złośliwością nieznajomy. – Zależy nam na księdze!
Gwałtownie wciągnęła powietrze. Skąd wiedzieli, jak się nazywa…?
– Oddaj nam księgę, a nie zrobimy ci krzywdy – dodał, aczkolwiek niezbyt przekonującym tonem.
Musiała wydostać się z zaułka. Tym ludziom chodziło o manuskrypt Ignotusa Peverella. To oczywiste, że nigdy go nie przekaże, czy też przehandluje. Była w stu procentach pewna, że nawet jeżeli poszłaby z nimi na współpracę, nie pozwoliliby jej odejść.
– Wiemy, że ukradłaś księgę. Oddaj ją, a będziesz mogła wrócić do spacerowania po okolicy – powtórzył z większym naciskiem.
Gdy rozważała opcje, poddała się adrenalinie. To podwórko było dlań ślepą uliczką, zaś dla przeciwników dobrze sprawdzoną pułapką. Jedyną lądową drogą ucieczki była uliczka, którą tutaj przybiegła, obecnie zupełnie zablokowana. Mimowolnie się zastanowiła, dlaczego pomyśleli, że potrzeba aż czterech dorosłych mężczyzn, żeby skapitulowała. Czyżby nie byli pewni swoich umiejętności, a może po prostu uznali czwórkę za dobre zabezpieczenie? Najprawdopodobniej chodziło to drugie.
Najlepszym rozwiązaniem problemu była aportacja, ale Hogsmeade, jako miejsce częstych wycieczek szkolnych i w pełni czarodziejska wioska, została otoczona barierą antyaportacyjną. Oczywiście, niegdyś obeszła ministerialne zabezpieczenia i zmaterializowała się na ulicy Pokątnej, ale tylko i wyłącznie dzięki mocy Czarnej Różdżki. Szczerze mówiąc, nie przypuszczała, aby z sukcesem powtórzyła ten manewr. Kiedy domniemany przywódca z nią rozmawiał, wyczuła rozprzestrzeniające się w powietrzu nitki magii. Wyglądało na to, że przewidzieli każdą ewentualność i przybyli na miejsce przygotowani. Gdy się skupiła, rozpoznała uroki, którymi obłożono podwórze – magiczna sieć stanowiła połączenie zaklęć wyciszających, odstraszających oraz ochronnych. Cóż, najprawdopodobniej tym razem nie miała zbyt dużo szczęścia i trafiła na prawdziwych zawodowców.
W momencie pożałowała, że zaniedbała swój trening koncentracji. W bojowej sytuacji wykorzystanie czarnego splotu i skupienie się na taktyce oraz walce było praktycznie niemożliwe do wykonania. Wyglądało na to, że tym razem będzie musiała poradzić sobie w pojedynkę. Nie miała innego wyjścia, ponieważ nie zamierzała oddawać manuskryptu.
W normalnych okolicznościach dałaby sobie radę z czterema przeciwnikami, ale ci mężczyźni ustawili się dość strategiczny sposób. Stała twarzą w twarz z przywódcą, a za plecami miała trzech popleczników. To wszystko, wraz z odgrodzonym od świata podwórzem i zagrodzoną drogą ucieczki, znacznie utrudniało walkę, gdyż najprawdopodobniej zostanie zaatakowana z dwóch różnych stron. Prawdę powiedziawszy, wpadła w niezłe szambo.
– Księga, panienko! – krzyknął doń lider i wyciągnął w proszącym geście rękę.
Hermiona natychmiast podjęła decyzję. Szybko i bez żadnego ostrzeżenia machnęła różdżką, a z jej czubka wyleciało pulsujące, zielone światło, które w okamgnieniu poleciało w kierunku przywódcy. Zaraz potem ponownie smagnęła bronią.
Scutulatus!
Wyczarowała tarczę, która w momencie ją otoczyła i uchroniła przed ciśniętymi w plecy zaklęciami. Ochronka mocno czerpała z jej magii, bowiem kontrolowała przepływ. Lider również przeszedł do ataku. Kiedy machnął różdżką, z której wystrzeliła szaro–żółta klątwa, Hermionie włoski na karku stanęły dęba od mocy, którą promieniowała. Uskoczyła w bok, żeby uniknąć najgorszego.
To zdecydowanie nie amatorzy.
Dotarła do ściany najbliższego domu i szybko się obróciła, podczas gdy klątwy nadal uderzały w jej tarczę. Jeżeli tak dalej pójdzie, nie utrzyma się zbyt długo. Tyle dobrego, że znalazła się w lepszej pozycji. Za plecami miała kamienny mur, dlatego też mogła stawić czoła wszystkim przeciwnikom. Niestety, ci, widząc, co nawyprawiała, również się przygotowali. Ustawili się wokół niej w półkolu i ciskali przekleństwo za przekleństwem. Jej tarcza słabła z każdą sekundą.
Minęło sporo czasu, odkąd ostatnim razem musiała walczyć w prawdziwej bitwie – ostatnia miała miejsce w przyszłości, kiedy to razem z chłopcami wkroczyła do Ministerstwa Magii. Wyglądało na to, że nadszedł czas, żeby ponownie zmierzyła się ze śmiercią i odrzuciła strach, bo napastnicy raczej nie zrezygnują tak łatwo.
Wystrzeliła ręką w bok. W tym samym momencie opuściła tarczę i machnęła różdżką, jakby chciała kogoś przeciąć w połowie. W ziemi pojawił się ogromny uskok, który rozerwał bruk. Rozcięcie podążyło za ruchem jej nadgarstka i teraz utworzone przez przeciwników półkole okazało się ich zgubą, bowiem każdy został trafiony zaklęciem. Gdy zakończyła manewr, zauważyła, że we wzdłuż zaułka powstała szczelina, zaś jeden z mężczyzn nie zdążył podnieść na czas tarczy i został odrzucony na przeciwległą ścianę – upadł na ziemię i zaczął się wykrwawiać. Trzej pozostali, w tym również przywódca, mieli więcej szczęścia, gdyż uchronili się przed najgorszym.
Wtem zobaczyła lecącą nań jasną klątwę. Jeden z agresorów automatycznie przeszedł do ataku, a że nie zdążyła się zabezpieczyć, po prostu uskoczyła. Zaklęcie uderzyło w ścianę, a Hermiona oberwała odłamkami. Wybuch był głośny, ale sieć ochronna, którą zawczasu roztoczyli, skutecznie zablokowała wszelki dobiegające z podwórza dźwięki, dzięki czemu dobrze wiedziała, że nikt nie został zaalarmowany.
Unoszący się w powietrzu pył skutecznie przesłonił jej pole widzenia, tak więc nie zauważyła nadlatującej klątwy. Próbowała zrobić unik, ale została trafiona w lewy łokieć. Poczuła ostry ból w ramieniu i wiedziała, że zaczęła krwawić. Stanęła na nogi i wycelowała różdżkę w ziemię.
– Fulgur! – wyszeptała.
Elektryczny błysk przeszył bruk, rozszedł się pod ziemią i zaatakował od spodu. To zaklęcie było szalenie niebezpieczne, ponieważ nie sposób było go ukierunkować, co stanowiło najprawdziwsze zagrożenie, kiedy walczyło się u boku kompanów. W tej chwili była zdana wyłącznie na własne siły, dlatego też nie przejmowała się zdrowiem i życiem towarzyszy. Z satysfakcją obserwowała, jak najbliżej stojący mężczyzna został niespodziewanie pochłonięty przez jasno świecące iskry magii. Nim minęło kilka sekund, padł na ziemię, pozbawiony przytomności.
Nie zdążyła nacieszyć się jednak zwycięstwem, ponieważ stała się celem następnej klątwy. Skrzyżowała przed sobą ręce, a potem rozłożyła je na boki.
Subsisto!
Wyczarowała grubą, żółtą tarczę, która przyjęła siłę zaklęć i zmieniła swój kolor na pomarańczowy. Zanim zdążyła zrobić cokolwiek więcej, dostrzegła drugą nadlatującą klątwę. Nie mając innej możliwości, skoncentrowała się na podtrzymaniu ochrony za wszelką cenę. Kiedy została naruszona, ponownie zmieniła kolor, tym razem na ciemnopomarańczowy, a następnie na niepokojąco czerwonawy, aż wreszcie zamigotała i całkowicie zgasła. Zaklęcie zostało znacząco osłabione, ale mimo to się przedarło i popędziło w jej kierunku.
Oberwała w klatkę piersiową, przez co z dużym impetem uderzyła o ścianę i straciła oddech. Zsunęła się po murze, a przed oczami zatańczyły jej czarne plamki. Z trudem utrzymała różdżkę w dłoni. Spróbowała odsunąć od siebie myśli o okropnym bólu i wycelowała w przeciwnika.
Contendo!
Skruszone odłamki natychmiast poszybowały w stronę pozostałych dwóch agresorów. Hermiona zobaczyła dwa niebieskie błyski, z czego wywnioskowała, że zdołali wznieść tarcze. Kamień uderzył w ochronę i nie wyrządził im żadnej krzywdy. Zanim zdążyła podnieść się na nogi lub ponownie wyprowadzić ataku, wypatrzyła lecące nań klątwy. Machnęła chwiejnie różdżką i wyczarowała raczej słabą tarczę. Gdy uderzyło w nią pierwsze przekleństwo, zrozumiała, że to na nic. Gdy dosięgło jej drugie, osłonka się roztrzaskała i pozwoliła zaklęciu przeniknąć bez przeszkód. Znów została trafiona w klatkę piersiową i ponownie uderzyła o ścianę. Ból wziął ją we władanie, rozprzestrzeniając się po całym ciele. Tym razem nie miała wystarczająco dużo szczęścia i wypuściła z dłoni różdżkę, która potoczyła się po brukowanej kostce.
Następną rzeczą, którą zarejestrowała, były brutalnie podnoszące ją silne, męskie ręce. Zamrugała i odzyskała, przynajmniej na razie, częściową zdolność widzenia. Najwyraźniej zaszczytu dostąpił przywódca, bowiem rozpoznała jego twarz. Przez chwilę trzymał ją za kołnierz płaszcza, a potem pchnął boleśnie na ścianę. Za nim stał drugi mężczyzna, ze wciąż wycelowaną w nią różdżką, najprawdopodobniej na wszelki wypadek.
– Imponujący pokaz, panienko. – Lider wydawał się ledwo kontrolować. – Niemniej jednak wystarczy tego dobrego. – Znów popchnął ją na mur i wzmocnił uchwyt, przez co z ledwością mogła oddychać. Następnie uniósł prawą dłoń i wymierzył jej siarczystego policzka. – Gdzie jest księga? – fuknął ze złością.
Hermiona spojrzała nań szeroko otwartymi oczami. Chociaż była przerażona, nie zamierzała oddać mu manuskryptu, ani zdradzić innych tajemnic. Będąc teraz tak blisko, zauważyła coś, co wcześniej pominęła. Na czarnej pelerynie widniał znajomy emblemat. Z chęcią przyjrzałaby mu się bliżej, ale właśnie wtedy czarodziej uniósł dłoń i ponownie ją uderzył. Cios był silniejszy od poprzedniego i rozciął jej wargę.
– Zapytam po raz ostatni, panienko – warknął niskim głosem. – Gdzie jest księga? – dodał, z każdym słowem popychając ją na ścianę.
Zaczęła panikować. Będąc w powietrzu, nie ma najmniejszych szans na podniesienie różdżki, a nawet jeżeli miałaby podobną możliwość, brakowało jej sił do dalszej walki. Była posiniaczona i obolała. Lewe ramię ciągle pulsowało bólem, a z rozcięcia nadal lała się krew. Kłucie w klatce piersiowej utrudniało oddychanie i powodowało chęć zwrócenia ostatniego posiłku. Nie widząc rozsądnego wyjścia z tej sytuacji, zdecydowała się na milczenie.
– Wystarczy! – Lider stracił resztki cierpliwości. Ze wściekłością wycelował w nią różdżką. – Obiecuję, że gorzko pożałujesz braku współpracy.
Zamknęła oczy, w pełni przygotowana na najgorsze, ale właśnie wtedy usłyszała całkiem znajomy, rozkazujący głos.
– Wypuść ją!
Uniosła powieki i prawie się popłakała z ulgi, zobaczywszy stojącego zaledwie kilka metrów dalej Toma. Teraz role się odwróciły, bowiem odciął napastnikom drogę ucieczki. Emanował złością i autorytetem, a jasnoszare oczy ciskały gromy. W przelocie dostrzegła w nich jeszcze troskę, ale tylko chwilową, bowiem sekundę później znów stały się lodowate.
Przywódca odwrócił głowę i zmierzył przybysza srogim wzrokiem, zaś drugi mężczyzna, służący za tylne wsparcie, natychmiast wycelował weń różdżką. Ślizgon również dobył broni, ale nie uniósł ręki. W nonszalanckiej manierze trzymał ją luźno przy boku, czubkiem ku ziemi.
– Kim jesteś? – zapytał lider, czym zaskarbił sobie całą uwagę chłopaka, który z gracją uniósł jedną brew.
– Naprawdę nie lubię się powtarzać – odparł opanowanym głosem. – Masz ją puścić.
Napastnik tylko się roześmiał.
– Nie przyjmuję rozkazów od dzieci w wieku szkolnym.
Hermiona natychmiast dostrzegła zmianę w mimice Toma. Jego twarz, dotąd wyrażająca łagodne zaciekawienie, przybrała morderczy wyraz. Zmianie wyglądu towarzyszyło magiczne wyładowanie, które najprawdopodobniej jedynie ona zauważyła, gdyż była po prostu przyzwyczajona do jego ognistego temperamentu. To wszystko składało się na pierwsze oznaki uwalniania mrocznej mocy, którą dysponował.
– Jest twój. – Lider szarpnął głową na swego kompana, a ten od razu przystąpił do działania.
W stronę Toma poszybowała jasnożółta klątwa, sprawiająca wrażenie potężnej. Trzeszczała groźnie w powietrzu i poruszała się z niezwykłą szybkością. Chłopak uśmiechnął się kącikami ust, a następnie wykonał elegancki ruch ręką, co z pozoru nijak poskutkowało.
Czarodziej, który wystrzelił klątwę, wyglądał na cholernie z siebie zadowolonego i zupełnie zignorował fakt, iż przeciwnik nie był nawet w najmniejszym stopniu zaniepokojony. Gdy zaklęcie sięgnęło celu, nic się nie wydarzyło – po prostu przeszyło chłopaka, jakby był niewidzialny. Ostatecznie uderzyło w ścianę za nim, co spowodowało następny głośny wybuch i powstanie ogromnego krateru. Szatański uśmieszek na twarzy Toma poszerzył się, gdy patrzył na niedowierzanie nieznajomego.
– Całkiem niezła próba – podsumował z przerażająco chłodnym opanowaniem. – Teraz moja kolej, prawda? – Uniósł różdżkę i wycelował, a fala czarnej magii w momencie zalała podwórze. Ta moc była przytłaczająca i aż bolesna, dlatego też mężczyzna, z którym przed momentem walczył, zrobił kilka kroków wstecz. – Aqua Latus! – dodał ze złośliwym uśmiechem.
Z różdżki ślizgona nie wystrzeliło żadne widoczne zaklęcie, ale przeciwnik nagle upuścił własną broń i złapał się obiema rękami za gardło. Hermiona z szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak zaczyna kaszleć i wypluwać wodę z płuc. Spurpurowiał na twarzy, a potem osunął się na kolana. Tom zaśmiał się pod nosem i ponownie machnął różdżką, a mężczyzna został odrzucony na bok. Zderzył się ze ścianą i pozostał na ziemi, wciąż kaszląc, ale słabiej.
Straciwszy zainteresowanie wyeliminowanym przeciwnikiem, Riddle odwrócił się do ostatniego. Obnażył zęby, zobaczywszy nadal mocny uchwyt na kołnierzu dziewczyny.
– Nie dam ci następnej szansy – powiedział z chłodno z powoli czerwieniejącymi oczami. – Puść ją!
Lider grupy nie zamierzał ustąpić, bowiem jeszcze bardziej zacisnął dłonie, a potem dotknął czubkiem oręża gardła swej ofiary.
– Rozegramy to inaczej, chłopcze. Odrzuć różdżkę albo panienka pożegna się z życiem – syknął, najprawdopodobniej wcale nie na żarty.
Tom przez chwilę nań patrzył pustym wzrokiem, a chwilę później beznamiętnie skinął głową.
– Wedle życzenia – parsknął pod nosem i spełnił polecenie.
Hermiona z przerażeniem patrzyła, jak rzeczywiście wyrzuca swoją różdżkę. Trzymający ją mężczyzna poluzował uścisk, najpewniej uspokojony przejęciem kontroli nad sytuacją. Broń z cichym brzdękiem upadła na brukowaną kostkę, zaledwie metr od muru, pod którym była osaczona. Gdy tylko dotknęła ziemi, z jej czubka buchnął płomień. DeCerto zamrugała, zobaczywszy wysuwającego się z końcówki węża, w całości stworzonego z ognia. Tom coś syknął, więc z góry założyła, że wydał mu polecenie w wężomowie.
Przywódca wymierzył w wyczarowanego gada i cisnął weń klątwą – oczywiście, nadaremnie, gdyż wąż nadal pełzł w jego kierunku, nie zważając na rozpaczliwe przekleństwa. Szybko dotarł do stóp mężczyzny, zaczął owijać się wokół jego nogi i wspinać wyżej. Ten krzyknął z bólu, gdyż ognisty gad po prostu palił wszystko, co spotkał na swej drodze. Kontynuował wędrówkę aż do talii, zostawiając po sobie wypalone i sczerniałe ślady, nie bacząc na krzyki bólu ofiary. W przeciwieństwie do nieznajomego Hermiona nie czuła nawet grama ciepła, ale z radością przywitała wolność, kiedy została puszczona. Napastnik zatoczył się do tyłu i spróbował rękoma pozbyć się węża, ale jego wysiłki spełzły na niczym, ponieważ tylko poparzył sobie dłonie.
Tom w milczeniu, a nawet może z chłodnym rozbawieniem, obserwował te starania. Usatysfakcjonowany, ze stoickim spokojem podszedł do swojej różdżki i z gracją ją podniósł. Przez chwilę nań patrzył, a potem przeniósł spojrzenie na zmagającego się z płonącym gadem przeciwnika. Po chwili albo się znudził przedstawieniem, albo przypomniał sobie przeciwzaklęcie. Machnął leniwie bronią, a wąż rozpłynął się w powietrzu. Siła zaklęcia brutalnie cisnęła nieznajomym o ścianę. Gdy upadł na ziemię, już z niej nie wstał.
Gdy niebezpieczeństwo zostało zażegnane, Hermiona zsunęła się po murze, do którego była wcześniej przyciśnięta. W momencie poczuła rozchodzący się po ciele ból. Po lewym przedramieniu nadal spływała jej krew, a w klatce piersiowej czuła nieprzyjemne kłucie, towarzyszące każdemu oddechowi. Co więcej, migrena postanowiła o sobie przypomnieć i przeprowadziła atak z zaskoczenia, możliwe, że wywołana skurczami obitego policzka. Nim minęła chwila, poczuła, że ktoś podnosi jej podbródek, a kiedy zamrugała, lekko zamroczona, zobaczyła wpatrzone w nią piękne, zatroskane oczy. To wspaniale, że odwołał swą mroczną magię i zdołał opanować nerwy, a teraz przy niej przykucnął.
– Hermiono? – zapytał miękkim, ciepłym głosem, w którym nie było nawet śladu po wcześniejszym okrucieństwie i złośliwości.
Automatycznie pochyliła się do przodu i się doń przytuliła. Gdy położyła mu głowę na ramieniu, odetchnęła z ulgą i przymknęła oczy. Była wyczerpana i cholernie zmęczona. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy odwzajemnił ucisk i przyciągnął ją jeszcze bliżej. W męskich ramionach, otoczona znajomym przyjemnym zapachem, czuła się komfortowo i bezpiecznie. Może minęła minuta, a może zaledwie dziesięć sekund, ale Tom wyplątał się z objęć i chwycił ją za ramiona. Zmarszczył brwi, zobaczywszy najprawdopodobniej tworzący się na twarzy siniak i wciąż krwawiącą wargę.
– Jesteś jeszcze gdzieś ranna? – spytał.
Skinęła głową.
– Oberwałam w rękę. Zostałam trafiona klątwą, której nie znałam.
Tom mocniej zmarszczył czoło, a potem wstał i pomógł jej się pozbierać. Kiedy znalazła się w pozycji stojącej, poczuła zawroty głowy i chwyciła się jego ramienia, żeby zachować równowagę.
– Wynośmy się stąd – powiedział, omiótłszy zniszczone podwórze i nieprzytomnych mężczyzn uważnym wzrokiem. – Zdecydowanie nie chcemy, żeby nas tutaj znaleziono. Ich wsparcie zapewne jest w drodze.
Hermiona ponownie skinęła głową i pozwoliła, żeby Tom poprowadził ją wąską uliczką, którą przyszli. Zanim dotarli do głównej ulicy, odwrócił się doń z zainteresowaniem.
– Czego chcieli ci czarodzieje?
Mimowolnie się spięła. To oczywiste, że nie mogła wyjawić mu prawdziwego powodu zorganizowanego ataku.
– Ciężko stwierdzić.
– W takim razie pozwól mi zgadnąć – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. – Szukali księgi – dodał wciąż spokojnym głosem.
Z wrażenia aż przystanęła i wbiła w niego niedowierzające spojrzenie. Przez to, że się gwałtownie zatrzymała, Tom również musiał.
– Jakiej znowu książki? – zapytała, pozornie łagodnym głosem, chcąc zdusić wszelkie podejrzenia w zarodku. W rzeczywistości była po prostu oniemiała.
– Tej napisanej przez Peverella – odparł bez mrugnięcia okiem. – Tej, którą ukradłaś Nicolasowi Flamelowi w dzień naszego pierwszego spotkania podczas przerwy świątecznej.
Hermionie prawie opadła szczęka. Skąd wiedział? Nie powinien mieć najmniejszego pojęcia o włamaniu i jej złodziejskich zapędach.
– Mam rację? – spytał. – Znaczy z ich motywem – doprecyzował, żeby wyeliminować potencjalne nieporozumienia.
Natychmiast odwróciła wzrok. Skoro już wiedział, nie było sensu brnąć w zaprzeczanie oczywistościom.
– Owszem. Skąd wiesz o księdze? – Uważnie nań spojrzała.
Tom przechylił głowę.
– Wbrew temu, co ci się czasem wydaje, nie jestem głupi – odparł beznamiętnie, a potem po prostu pociągnął ją dalej, teraz trochę mniej delikatnie. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś, że hobbystycznie parasz się kradzieżą? – dodał.
Hermiona zacisnęła usta, usłyszawszy w jego głosie chłód i zabarwioną oskarżeniem nutę. Naturalnie, nie mogła wyznać mu prawdy. Powodów była cała masa, a nie potrzebowała robić sobie jeszcze więcej problemów. Zbyt dobrze wiedziała, że nie spodobałoby mu się to, co potajemnie kombinowała.
Wkrótce dotarli do głównej drogi i zobaczyli uczniów Hogwartu, przechadzających się spokojnym krokiem i wesoło rozmawiających, ot cieszących się pięknym wycieczkowym dniem. Tom nie zwracał na nich żadnej uwagi, skupiony na celu. Nie poluzował uścisku, a wręcz przeciwnie, wzmocnił go, przez co nie mogła wyszarpnąć ręki.
– Czemu ukradłaś tę książkę? – zapytał szorstko.
Jak się wytłumaczyć? Że potrzebowała manuskryptu, aby poznać sposób na podróż w czasie? Że była przypadkową podróżniczką i od domu dzieliło ją ponad pięćdziesiąt lat?
Że niegdyś walczyła z jego starszym odpowiednikiem…?
Zamiast pleść głupoty, zdecydowała się na wygodne milczenie. To zaś, oczywiście, nie poprawiło chłopakowi humoru, tylko bardziej go zdenerwowało, gdyż wciąż bezlitośnie ją ciągnął. W pewnym momencie się potknęła, gdyż nie mogła za nim nadążyć. Po drugiej stronie ulicy zobaczyła Longbottoma i Weasleya patrzących na nich z niedowierzaniem i przymknęła oczy w nadziei, że nie podejdą i nie zaczną głośno domagać się wyjaśnień. Tom był już wystarczająco zirytowany i zdecydowanie nie potrzebował następnej kłótni z Markiem.
– Gdzie idziemy? – zapytała nieśmiało.
– Jak myślisz? – odparował ze złośliwością. – To oczywiste, że do skrzydła szpitalnego.
Hermiona natychmiast się zatrzymała.
– W żadnym wypadku!
Usłyszawszy sprzeciw, chłopak również przystanął. Odwrócił się doń gwałtownie i zobaczyła, że naprawdę był rozwścieczony. Gdy spojrzał na nią z góry, wróciła wspomnieniami do czasów, kiedy nieszczególnie się lubili i jej groził.
– Jesteś ranna, więc musisz odwiedzić skrzydło szpitalne – powiedział i spróbował ponownie chwycić ją za ramię, żeby móc wyznaczyć kierunek. Tym razem była szybsza i zareagowała. Nie dała się złapać. – Masz rozciętą rękę, krwawisz i zostałaś trafiona nieznanym zaklęciem – warknął, wytknąwszy wszystkie jej kontuzje. – Idziesz do pielęgniarki.
– Oszalałeś? – zapytała, chcąc przemówić mu do rozsądku. – Jak wytłumaczę te wszystkie obrażenia? Usprawiedliwię się tym, że jestem ścigana przez mrocznych czarodziejów, bo ukradłam cenną księgę prosto sprzed nosa innych chętnych?
Tom spojrzał na nią z gniewem, a potem złapał ją za zdrowe ramię,
– W porządku. Skrzydło szpitalne odpada – wyszeptał, uprzednio się pochyliwszy. – Niemniej jednak wracamy do zamku.
Kiedy bliżej mu się przyjrzała, zauważyła, że nie tylko był zły, że przemilczała sprawę manuskryptu, ale również cholernie się martwił. W momencie zanurzyła się w morzu wyrzutów sumienia i spuściła wzrok na swoje stopy.
– Yhym.
Zmrużył oczy, gdyż najprawdopodobniej nie spodziewał się braku oporu. Nie odpowiedział, tylko wyznaczył kierunek. Hermiona szła za nim posłusznie przez całą drogę powrotną.
– Przepraszam – wyszeptała, kiedy dotarli do ścieżki prowadzącej do szkoły.
Chłopak westchnął i zwolnił kroku. Poluzował uścisk, po czym się odwrócił.
– To było naprawdę niebezpieczne. Mogłaś zostać zraniona jeszcze bardziej – powiedział łagodniejszym głosem, ale w jasnoszarych oczach wciąż błyszczał niepokój.
Musiał szaleć ze zmartwienia, podsumowała, wdzięczna za troskę.
Tom objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Gdy znalazła się bliżej, automatycznie się odprężyła. Trochę się wzruszyła, kiedy pochylił się do przodu i złożył na jej ustach delikatny pocałunek, uważając, żeby nie dotknąć bolesnego rozcięcia na wardze.
– W porządku, wracajmy do zamku.
W odpowiedzi uśmiechnęła się i skinęła głową.
– Jak myślisz, jak radzi sobie Amarys? – Richard spojrzał na Marka, kiedy we dwójkę szli ulicą. Właśnie wyszli z Trzech Mioteł i zamierzali zajrzeć do Zonka.
– Ciężko stwierdzić – podsumował z uśmiechem na twarzy blondyn. – Wciąż jestem zaskoczony, że zdołał zaprosić ją na randkę.
Weasley się zaśmiał.
– Cóż, to musiało się kiedyś wydarzyć. Myślę, że Stella Lovegood czekała na zaproszenie już od dłuższego czasu.
Longbottom również zachichotał.
– Może powinniśmy ich poszukać? Wciąż mam gdzieś jedną z tych zabawkowych różdżek. – Zaczął grzebać w płaszczu. – Wsuniemy ją Amarysowi do kieszeni, a kiedy będzie chciał jej zaimponować jakimś sprytnym zaklęciem – bum!
– Jesteś okropny, Mark! – Richard pokręcił głową. – Sądzę, że poszli do herbaciarni – dodał ze złośliwym błyskiem w oku, ale przyjaciel się nie roześmiał. Gdy nań spojrzał, zobaczył, że jest skupiony na czymś zgoła innym. Kiedy podążył za jego wzrokiem, dostrzegł idącego po drugiej stronie ulicy Toma Riddle'a.
– Co on wyprawia? – Longbottom się rozgniewał.
Wtem niczym na zawołanie, zobaczyli coś znacznie gorszego. Riddle złapał Hermionę za ramię i gwałtownie ją pociągnął. Dziewczyna wydawała się mieć problem z poruszaniem, bowiem zataczała się i próbowała zachować równowagę. Chwilę później coś do niego powiedziała, ale byli zbyt daleko, żeby cokolwiek usłyszeć. Cokolwiek to nie było, ślizgon ewidentnie miał gdzieś jej zdanie, bo zaczął się burzyć i sprawiać problemy. W końcu do ich uszu dotarł głośne i wyraźne „W żadnym wypadku!", co przechyliło szalę. Riddle odwrócił się do niej ze wściekłością i chłopcy pożałowali, że Hermiona stała do nich tyłem, bo nie mogli zobaczyć jej twarzy. Chłopak coś wysyczał, a potem znów chciał ją pociągnąć, ale zaprotestowała. Opór najwidoczniej jeszcze bardziej wyprowadził go z równowagi, bo wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć.
– Grozi jej – szepnął gniewnie Longbottom i wyciągnął różdżkę.
– Zaczekaj, zanim go zaatakujesz na środku ulicy. – Weasley spróbował uspokoić przyjaciela. – Najpierw podejdźmy bliżej.
Mark z ponurą miną skinął głową, ale nie schował broni. Chwilę później rzeczywiście trochę się podkradli, starając się nie zwrócić niczyjej uwagi. Gdy zbliżyli się do pary, z przerażeniem obserwowali, jak Riddle ponownie szarpnął Hermioną, a następnie pochylił się do przodu z morderczym wyrazem twarzy i coś jej wyszeptał do ucha.
– Yhym – odmruknęła potulnie, co było dlań nietypowe i budziło najszczersze zaniepokojenie.
Longbottom wzmocnił uścisk na uchwycie różdżki, ale zanim podbiegli do dziewczyny, Riddle zdążył ją odciągnąć. Oczywiście, próbowali za nimi nadążyć, ale Hogsmeade było o tej porze zatłoczone i mieli trudności z przebiciem się przez rozbieganych uczniów. Zanim się zorientowali, para zniknęła.
– Jasna cholera! – zaklął tak głośno, że grupka przechodzących obok pierwszorocznych poskoczyła ze zdziwienia i rzuciła mu przerażone spojrzenia. – Co za parszywy palant! Widziałeś, jak ją potraktował?
– No. – Weasley był wstrząśnięty.
– Co teraz zrobimy? – zapytał, sfrustrowany własną niemocą.
– Nie wiem. – Richard przygryzł z nerwów wargę. – Wydaje mi się, że poszli z powrotem do zamku. Proponuję wrócić do szkoły i poczekać na Hermionę w pokoju wspólnym.
Gdy weszli do zamku, Hermiona objęła Toma w pasie, chcąc się nań trochę oprzeć. Rozcięcie na lewym ramieniu ciągle pulsowało bólem, a kłucie w klatce piersiowej nadal nie ustąpiło. Czując posiniaczony policzek i krwawiącą wargę, potarła opuchliznę.
Jak mogła być tak lekkomyślna i wpaść w pułapkę…?
Skąd się wzięli ci mężczyźni? Czemu właściwie poszukiwali manuskryptu? Co najważniejsze, wydawali się dysponować przynajmniej szczątkowymi informacjami. Wiedzieli, jak się nazywała i że dziś ma miejsce wycieczka do Hogsmeade. Byli silnymi przeciwnikami i dobrze wyszkolonymi w walce. To cholernie niepokojące, że się zaczaili i zdołali zapędzić ją w kozi róg.
Wtem zauważyła, że jest prowadzona w stronę lochów.
– Gdzie idziemy?
– Do mojego pokoju wspólnego – odpowiedział, więc uniosła brwi. – Nie patrz tak. Chciałem cię zabrać do skrzydła szpitalnego, ale odmówiłaś. Naprawdę nie mam zielonego pojęcia, co masz przeciwko Slytherinowi. Wiesz, że jesteś trochę uprzedzona, prawda? – zapytał z irytacją.
Hermiona się zaśmiała. To zabawne, zwłaszcza że o uprzedzeniach mówił właśnie ślizgon. Tom zmrużył oczy, ale nie odpowiedział na niewerbalną zaczepkę. Nie chcąc go bardziej denerwować, kiedy chwilowo zapomniał o ukradzionym manuskrypcie, również zdecydowała się na milczenie.
Gdy przeszli labirynt korytarzy i dotarli do pozornie niewinnie wyglądającej ściany.
– Putus.
Niemalże przewróciła oczami, słysząc tak mało pomysłowe hasło, nawiązujące, naturalnie, do czystości krwi. I kto tu mówił przed momentem o uprzedzeniach? Cholerni hipokryci.
Kiedy drzwi się otworzyły, chłopak wszedł do środka i pociągnął ją za sobą. Czuła się trochę zdenerwowana, gdyż nigdy wcześniej nie zapuściła się do wężowiska. W swoim czasie starała się unikać schodzenia do lochów i naruszania owego terytorium, ponieważ przez wzgląd na jej status mugolaczki ślizgoni nie byli doń przychylnie nastawieni. Teraz jednak wkraczała do ich pokoju wspólnego, szczęśliwa, że zdecydowała się na czystokrwistą przykrywkę. Co więcej, wciąż będąc trzymaną za ramię, nie miała też większego wyboru.
Pokój wspólny Slytherinu był długim, położonym pod ziemią pomieszczeniem. Ściany były pomalowane na zielono, a z sufitu zwisały szmaragdowe lampy. Umieszczono tu też kilka miękko wyglądających kanap, na których siedziały młodsze dzieciaki, głównie pierwszo– lub drugoroczni, którym nie pozwolono na wycieczkę do Hogsmeade. Zajmowali się tym samym, co zazwyczaj gryfoni, a mianowicie albo rozmawiali w pomniejszych grupkach, albo odrabiali w spokoju prace domowe. Wtem uwagę Hermiony przykuło kilku starszych uczniów, którzy najwyraźniej dobrowolnie zrezygnowali z wyjścia do wioski.
Zdecydowanie byli obserwowani, mniej lub bardziej dyskretnie i uważnie. Gdyby to był pokój wspólny Gryffindoru, uczniowie gapiliby się nań otwarcie, a może nawet doskoczyliby do nich z mało grzecznym pytaniem, czego tu szukają we dwoje. Oczywiście, ślizgoni byli ulepieni z zupełnie innej gliny. Starali się sprawiać wrażenie niezainteresowanych niespodziewanym pojawieniem się gryfonki, ale jednocześnie obserwowali każdy jej krok. Ciekawe, co byli zrobili lub powiedzieli, gdyby zapuściła się do wężowiska bez Toma. Mimowolnie mocniej ścisnęła jego dłoń. Chłopak zdawał się nie zauważać zaciekawienia współlokatorów, albo po prostu wybrał ignorancję. Natychmiast wyznaczył kierunek do najprawdopodobniej swojego dormitorium.
– Już wróciłeś, Riddle?
Ślizgon się zatrzymał i spojrzał w kierunku skórzanej kanapy, którą właśnie mijali. Hermiona nie była szczególnie zachwycona widokiem rozłożonego nań Ledo Avery'ego, tuż obok siedzących w normalny sposób Alfarda Blacka, Primusa Lestrange'a i Anthony'ego Alby. Nieświadomie przysunęła się bliżej swojego chłopaka. Naprawdę nie darzyła jego sługusów wielką sympatią. Wszyscy wbili w nią zainteresowane spojrzenie, najprawdopodobniej zastanawiając się, czemu się tutaj zapuściła. Całkiem możliwe, że iż wysnuli daleko idący wniosek, że zamierzają się zabawić w dormitorium i stąd ten szybszy powrót do zamku. Najbardziej niepokojący był jednak chciwy błysk w oku Ledo.
– To raczej nie twoja sprawa, Avery – odpowiedział Tom chłodno, przez co prawie zadrżała. Wyglądało na to, że autorytarna nuta podziałała na chłopaków niczym otrzeźwienie, bowiem wszyscy się wzdrygnęli.
– Oczywiście, przepraszam – odparł potulnie Ledo. – Byłem po prostu zaintrygowany.
– Hmm. – Spojrzał nań przeszywającym wzrokiem. – Byłoby lepiej, gdybyś powściągnął swoją ciekawość.
– Naturalnie. – Avery nie miał śmiałości, aby skrzyżować z nim wzrok.
Tom stracił nim zainteresowanie, najwidoczniej usatysfakcjonowany okazanym posłuszeństwem, po czym zerknął po całej grupie.
– Potrzebuję prywatności w dormitorium – podsumował rozkazującym tonem. – Upewnijcie się, że nikt nie będzie nam przeszkadzał.
Właśnie wtedy Hermiona uświadomiła sobie, że sługusy naprawdę się go obawiają. Gdyby takie zdanie powiedział ktokolwiek inny, z pewnością przynajmniej by zagwizdali, bo to całkiem normalna reakcja wśród nastoletnich chłopców, gdy ich kolega jasno i wyraźnie mówi, że chce spędzić trochę czasu na łóżku z dziewczyną. Zamiast wykazać się niedojrzałością, ślizgoni ograniczyli się do pokiwania głowami.
Tom zmrużył oczy, a następnie ponownie ruszy w kierunku schodów, nadal ciągnąc ją za sobą. Gdy opuścili pokój wspólny i znaleźli się u szczytu, odetchnęła z ulgą. Naprawdę nie przepadała za ślizgonami, gdyż najzwyczajniej w świecie potrafili napędzić jej stracha, aczkolwiek miała świadomość, iż mogło być to spowodowane szkolnymi doświadczeniami z przyszłości. Aby oderwać od nich myśli, ponownie skupiła się na idącym z przodu chłopaku. Też jest ślizgonem, przypomniała sobie. Niemniej jednak nie czuła się przy nim zagrożona, nawet kiedy był rozgniewany.
Szybko znaleźli się w słabo oświetlonym korytarzu, którego ściany były wykonane z litej skały. Wszystko tutaj wydawało się wykute w kamieniu. To niesamowite, że przechadzali się właśnie po zamkowych podziemiach, bo jeden z założycieli postanowił wybudować tu dormitoria dla uczniów.
Wkrótce zatrzymali się przed olbrzymimi drzwiami z ciemnego drewna. Tom je otworzył, a następnie weszli do środka. Machnął różdżką i tym samym zaświecił zawieszone pod sufitem lampy.
Hermiona rozejrzała się po sypialni, również wykutej w skale. W przeciwieństwie do nagich i surowych ścian korytarza tutaj było bardziej ozdobnie i przyjemniej dla oka. Kamień był wypolerowany, dzięki czemu całkiem ładnie odbijał zielonkawe światło lamp. Gdzieniegdzie zostały zawieszone gobeliny. Szczerze mówiąc, nie była zdziwiona, zobaczywszy wielkiego łuskowatego węża, przemykającego spokojnie przez krajobraz na jednym z wielkich obrazów. Na innym dojrzała dwóch zaciekle walczących ze sobą rycerzy w lśniących zbrojach. Podłogę wyściełał gruby ciemnozielony dywan, niewątpliwie mający chronić mieszkańców przed ciągnącym od kamienia chłodem.
Kiedy oglądała dormitorium, Tom podszedł do jednego z łóżek. Odrzuciwszy wahanie, podążyła za nim. Każde posłanie było oddzielone od następnego prawie sięgającym sufitu ozdobnym parawanem, dlatego też doszła do wniosku, że ślizgoni cholernie mocno cenili sobie prywatność. Mocno się zdziwiła, dostrzegły również niewielką biblioteczkę, po brzegi wypełnioną książkami oraz szafkę przeznaczoną na ubrania. To niesprawiedliwe, że gryfoni musieli przez cały rok grzebać w szkolnym kufrze.
Chłopak otworzył jedną z biurkowych szuflad i przeszukał jej zawartość. Hermiona podeszła do posłania obok bogato zdobionego parawanu i na nim usiadła. Przejechała dłońmi po ciemnozielonej łóżkowej narzucie i bez cienia zdziwienia odnotowała przyjemny aksamit.
Gdy omiotła wzrokiem część sypialnianą Toma, zobaczyła przede wszystkim porządek, ale nie była tym szczególnie zdziwiona. Może przed następną inspekcją dormitorium dziewcząt powinna go zaprosić do siebie, żeby nieco pomógł, aczkolwiek czuła, że gdyby rzeczywiście miała wszystko posprzątane, Legifer z samego rozczarowania wlepiłaby jej szlaban – może za bycie nieprzewidywalną kurą domową. Szyderstwo sprawiło, że zachichotała pod nosem.
– Skoro możesz się śmiać, twoje obrażenia są mniej poważne, niż sądziłem – podsumował z niespotykaną dla siebie łagodnością ślizgon.
Hermiona podniosła wzrok i zobaczyła, że stał tuż przed nią, a w rękach trzymał kilka buteleczek z eliksirami. Miał uniesioną jedną brew, więc się doń uśmiechnęła. Westchnął i pokręcił głową, a następnie odłożył fiolki na nocny stolik i usiadł obok. Wyciągnął dłoń i chwycił jej podbródek, żeby móc dokładniej obejrzeć rozcięcie na wardze i wciąż boleśnie pulsującą szczękę. Zmrużył oczy, wyraźnie niezadowolony.
– Powinienem był zabić drania – wysyczał tak groźnie, że po kręgosłupie przeszedł jej zimny dreszcz. Sięgnął po jedną z buteleczek i wyczarował białą szmatkę, na którą wylał trochę mikstury. Następnie owinął materiał wokół swojego palca i delikatnie dotknął rozcięcia. Chwilę później skupił się na opuchniętym policzku. Gdy był usatysfakcjonowany efektami swojej pracy, zaklęciem odesłał fiolkę na stół i sprawił, że szmateczka rozpłynęła się w powietrzu. – Gdzie jeszcze zostałaś ranna? – zapytał miękkim głosem. – Wcześniej mówiłaś coś o ramieniu, prawda?
Hermiona przytaknęła, po czym wstała, zrzuciła z siebie wierzchnią szatę i odsłoniła błękitną bluzkę. Ciemny płaszcz, który założyła na mróz, skutecznie zamaskował ślady krwi, ale obecnie trochę brunatna czerwień szczególnie się odznaczała na jasnym materiale. Zmarszczyła lekko brwi, kiedy uświadomiła sobie, że miała porozdzieraną odzież, głównie w okolicach lewego łokcia, gdzie oberwała. Tkanina była przesiąknięta krwią, która spływała jej wcześniej po przedramieniu.
– To całkiem głębokie rozcięcie – podsumował Tom, fachowym okiem obejrzawszy zranione ramię. – Powinnaś była mi wcześniej mnie uświadomić.
Podniosła rękę, żeby lepiej przyjrzeć się skaleczeniu. Było co najmniej pięciocentymetrowe i biegło od przedramienia, przez sam łokieć, aż po ramię. Rzeczywiście wyglądało na głębokie, ale to żaden problem. Miewałam gorsze rany, podsumowała.
– Spokojnie, nie jest źle. – Uśmiechnęła się uspokajająco. – Widzisz? – zapytała, zgiąwszy rękę. – Nadal jest przymocowana do ciała i nie odpadła.
Tom ponownie westchnął.
– Skończ się wygłupiać – rozkazał zirytowanym tonem, po czym złapał jej nadgarstek i powstrzymał przed następnym machnięciem.
Wyciągnął różdżkę i sprawił, że rękaw bluzki natychmiast zniknął. Za pomocą zwilżonej szmatki starł zaschniętą krew ze skóry, a następnie zaaplikował na rozcięcie wcześniej przygotowany eliksir. Zabolało, ale zagryzła zęby i wytrzymała. Kolejnym machnięciem różdżki Tom wyczarował bandaż i owinął go ciasno wokół rany.
– Nadal uważam, że powinnaś podejść do skrzydła szpitalnego – powiedział, poprawiwszy opatrunek. – Inaczej zostanie blizna.
Hermiona wzruszyła ramionami.
– Cóż, to nie pierwsza.
– Nie ma również potrzeby dodawania sobie następnej – odpowiedział, patrząc nań surowo. – Mówiłaś, że zostałaś trafiona nieznanym zaklęciem? – zapytał, uprzednio zmrużywszy oczy.
Skinęła głową.
– Dwukrotnie.
Tom się zagapił i najprawdopodobniej walczył o zachowanie samokontroli. Wzmocnił uścisk na różdżce, po czym na moment dał się owładnąć czerwieni. W powietrzu czuć było pierwsze oznaki wymykającej się czarnej magii.
– Zdecydowanie powinienem był zabić tamtego drania – powtórzył, a potem wziął głęboki oddech i wyglądało na to, że odzyskał wewnętrzny spokój. – W porządku. Sprawdzę, czy te zaklęcia wyrządziły ci większą krzywdę – dodał, znów mając jasnoszare oczy.
To powiedziawszy, położył lewą dłoń na jej piersi i machnął w skomplikowany sposób ręką. Gdy zaintonował urok, Hermiona zamrugała ze zdziwieniem. Nigdy wcześniej nie słyszała podobnej inkantacji. Wtem poczuła rozprzestrzeniające się po ciele ciepło, którego źródłem była dłoń chłopaka. Po kilku chwilach Tom zakończył zaklęcie i zabrał rękę.
– Nie przypuszczam, żeby było to coś poważnego – podsumował. – Niemniej jednak nie jestem żadnym uzdrowicielem. Wciąż uważam, że powinnaś…
– Tak, wiem, zajrzeć do skrzydła szpitalnego – weszła mu w słowo. – Nigdzie się nie wybieram.
Twarz ślizgona znów przybrała mroczny wyraz, a Hermiona ponownie zanurzyła się w morzu wyrzutów sumienia. Naprawdę się o nią troszczył, a ona lekceważyła wszystko, co mówił. Automatycznie przysunęła się doń bliżej, a następnie przytuliła.
– Nie martw się o mnie – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Wszystko w porządku.
Tom zmarszczył w niedowierzaniu brwi, ale w jego spojrzeniu zobaczyła miękkość i ostatki lęku. Odwzajemnił uścisk i również się w nią wtulił.
– Jakbyś mogła mnie oszukać – wyszeptał, pochyliwszy się do pocałunku.
– Co teraz zrobimy? – Longbottom był sfrustrowany. – Przecież mógł ją zaciągnąć dosłownie wszędzie!
Razem z Weasleyem szli właśnie korytarzem w pobliżu sali eliksirów. Odkąd zobaczyli Riddle'a ciągnącego Hermionę przez Hogsmeade, wszędzie jej szukali. Z początku planowali poczekać nań w pokoju wspólnym, ale dziewczyna się nie zjawiła. Po pewnym czasie Mark stracił nerwy i nalegał na rozpoczęcie poszukiwań. Obecnie przeczesywali lochy. Riddle był wrednym ślizgońskim draniem, dlatego też okolice wężowiska wydawały się najbardziej prawdopodobne. Niestety, znalezienie wejścia do ich pokoju wspólnego było łatwiejsze do powiedzenia, aniżeli wykonania. Labirynt korytarzy utrudniał rozeznanie w terenie, a co gorsza, nie mieli zielonego pojęcia, czego w pierwszej kolejności szukać. Na ten moment skupili się na obrazach, głównie przedstawiających Salazara Slytherina lub jakiegoś gigantycznego węża, ale nadaremnie.
– To, co robimy, jest raczej bezcelowe – podsumował z ciężkim sercem Richard. – Nigdy nie zlokalizujemy ich pokoju wspólnego. Nawet nie wiemy, czy Hermiona naprawdę tam jest.
– Nie jestem głupi! – krzyknął, sfrustrowany do granic możliwości. – Zabiję drania przy najbliższej okazji.
– Wracajmy. – Weasley westchnął. – Jestem pewien, że prędzej czy później Hermiona wróci do wieży.
– Widzę, że zakładasz ten lepszy scenariusz, gdzie Riddle jeszcze jej nie zamordował – odpowiedział mrocznie.
Gdy skręcili za następny róg, wpadli prosto na grupę ślizgonów.
– Och, no proszę. Spójrzcie, panowie, kogo spotkaliśmy.
Longbottom natychmiast się spiął, bowiem od razu rozpoznał chłopaka, który wysunął się naprzód. Był to Ledo Avery, kapitan drużyny quidditcha.
– Dwóch gryfonów włóczy się po lochach. Co za zaszczyt – dodał z pogardą, a stojący za nim przyjaciele zarechotali ze złośliwością.
– Stul dziób!
– Zważ na maniery. – Avery spojrzał nań zarozumiale. – Co właściwie tu kombinujecie? – zapytał, a potem zabłysły mu oczy. – No tak, najprawdopodobniej szukacie swojej jakże drogiej koleżanki.
Longbottom zacisnął usta.
– Gdzie jest?
– Masz niewiarygodne szczęście, bo wiem co nieco. – Uśmiechnął się mrocznie Ledo. – W ślizgońskim dormitorium. Sam na sam z Riddle'em – dodał i z rozbawieniem obserwował, jak chłopcy bledną. – Ciężko stwierdzić, co teraz robią – zakończył, a potem poruszał sugestywnie brwiami.
Jakiś czas później Tom odprowadzał Hermionę do pokoju wspólnego Gryffindoru, chociaż powiedziała mu, że nie musi mieć eskorty. Najwyraźniej zawładnęła nim nadopiekuńczość, bowiem nie dość, że postawił na swoim, to jeszcze obejmował ją w pasie. Szczerze mówiąc, w sumie lubiła tę bliskość i troskliwość.
– Mogę rzucić okiem na księgę? – zapytał, gdy minęli zakręt.
Zerknęła na niego z rezerwą.
– Nie – wyszeptała.
Tom rzucił jej gniewne spojrzenie. Chociaż, jak mimochodem zauważyła, jednak wydawał się bardziej sfrustrowany, aniżeli rozzłoszczony.
– Czemu?
– Cóż, to moja księga – odpowiedziała.
Westchnął pod nosem i wbił w nią przenikliwy wzrok. Zastanawiała się, czy teraz pęknie, ale srogo się pomyliła.
– Technicznie rzecz biorąc, to księga Nicolasa Flamela – odparł zaskakująco spokojnym tonem.
– Będąc jeszcze dokładniejszym, to własność Dumbledore'a. – Odwróciła głowę w bok.
Kiedy Tom nie zareagował na zaczepkę, zaryzykowała i z wahaniem nań spojrzała. Była zaskoczona tym, że uśmiechał się złośliwie.
– Czyli okradłaś Dumbledore'a, tak? – zaświergotał, nagle uszczęśliwiony. – To szalenie satysfakcjonujące.
Czasem był naprawdę dziwaczny, pomyślała, kręcąc głową.
W międzyczasie dotarli do portretu Grubej Damy. Zanim zdążyła powiedzieć hasło, znów znalazła się w objęciach, przytulona do ładnie wyrzeźbionej klatki piersiowej.
– Pokaż mi tę księgę – wyszeptał, uprzednio się pochyliwszy.
– Odpada – odparła mało przekonująco, rozkojarzona przyjemnym zapachem, mięśniami, które wyczuwała pod cienkim materiałem koszuli i silną dłonią sunącą jej po plecach.
Wtem przysunął się jeszcze bliżej, tak, że muskał ją wargami.
– Daj spokój. Tylko rzucę okiem.
Zadrżała, kiedy została pocałowana w policzek. Gdy to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, Tom posunął się jeszcze dalej, bo zjechał ustami na jej szyję i zaczął składać zmysłowe pocałunki na odsłoniętej skórze. Zanim się zorientowała, co właściwie wyczynia, zaczęła głaskać go po plecach, aż w końcu zacisnęła dłonie na materiale szarej szaty.
– Wiesz, że i tak wygram – wymruczał jej do ucha, zanim skubnął płatek.
Hermiona poczuła, że ręka, która dotąd drażniła jej plecy, przesunęła się o wiele za nisko w dół, a potem wsunęła pod bluzkę, skupiwszy się na nagiej skórze.
– Czekaj – zaprotestowała, chociaż połowicznie nie chciała, żeby się wycofał.
Tom zdawał się czytać w jej myślach nawet bez legilimencji, bowiem ani myślał przestać. Kontynuował pieszczoty, wciąż dotykając coraz to nowszych terenów, przekraczając granice za granicą oraz składał mokre pocałunki na szyi, pozostawiające po sobie przyjemne mrowienie. Dziewczyna przymknęła oczy, rozkoszując się doznaniami.
– Tylko sobie zerknę – wyszeptał uwodzicielsko.
Zamrugała, zdezorientowana. Dlaczego po prostu nie pokaże mu manuskryptu, żeby mogli kontynuować? Wewnętrzny głos natychmiast zaprotestował.
Weź się w garść, Granger! Na litość boską!
Odzyskawszy samokontrolę nad własnym ciałem, położyła mu dłonie na piersi i spróbowała go odepchnąć.
– Mówiłam, żebyś przestał – stwierdziła zduszonym, choć stanowczym tonem.
– Słyszałeś, co powiedziała? Natychmiast ją puszczaj, obrzydliwy draniu!
Tom się wyprostował, a następnie odwrócił do tego, kto podniósł nań głos i przyciągnął dziewczynę bliżej. Hermiona zamrugała, szczerze zdezorientowana i wychyliła głowę, żeby zobaczyć, kto znów ich nakrył. Przed wejściem do pokoju wspólnego Gryffindoru stał Mark Longbottom, rozwścieczony i purpurowy na twarzy.
– Powiedziałem, żebyś zabrał te łapska! – powtórzył innymi słowami, dysząc z nietłumionej wściekłości.
Zmarszczyła brwi. Co się właśnie wyprawiało? Chcąc lepiej rozeznać się w sytuacji, przeniosła spojrzenie z Marka na Toma, ale chłopak nijak był pomocny, ponieważ znów przywdział na twarz beznamiętną maskę. Przyłapany na gorącym uczynku, wbił w gryfona rozleniwiony wzrok, a potem uśmiechnął się mrocznie.
– Jak możesz, Longbottom? – skarcił go protekcjonalnym głosem. – Naprawdę nie widzisz, że jesteśmy w trakcie pewnych czynności? Jesteś cholernie niegrzeczny, kiedy nam przerywasz. Nic dziwnego, że wylądowałeś w Gryffindorze – dodał z intencją obrażenia.
Dziewczyna przez moment patrzyła, jak Mark jeszcze bardziej czerwienieje. Zauważyła też, że ze złości zaczął się trząść.
– Zabieraj te brudne łapy z daleka od Hermiony, bestio!
Tom napiął mięśnie, zmrużył niebezpiecznie oczy, a w powietrzu można było poczuć drobinki czarnej magii. Kpiący uśmieszek zniknął z jego twarzy, a w oczach pojawił się lodowaty chłód.
– Ostrożnie – powiedział niskim tonem, a groźna została niewypowiedziana. – Zdecydowanie nie chcesz mnie obrazić.
Longbottom natychmiast wyciągnął różdżkę, a cząsteczki czarnej magii zgęstniały, tworząc jakby pajęczynową sieć. Hermiona postanowiła wkroczyć do akcji, zanim sytuacja rozwinie się w niewłaściwym kierunku – nie chciała przecież odwiedzać potem Marka w skrzydle szpitalnym. Wyciągnęła więc rękę i położyła dłoń na ramieniu Riddle'a. Niestety, chłopak nie zwrócił nań większej uwagi, w pełni skoncentrowany na potencjalnym przeciwniku.
– Tom – wyszeptała ostrzegawczo, a chłopak wreszcie zareagował, gdyż rzucił jej twarde spojrzenie. – Opanuj nerwy – powiedziała z błagalną nutą.
W szarych oczach widać było tylko nienawiść, która powoli zaczęła zanikać, kiedy wodził wzrokiem od niej do Longbottomai i z powrotem.
– Następnym razem nie będziesz w stanie mnie powstrzymać – pochylił się i wyszeptał jej chłodno do ucha. Gdy się wyprostował, rzucił chłopakowi ostatnie nienawistne spojrzenie, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w głąb ciemnego korytarza.
Hermiona odetchnęła z ulgą i w ciszy patrzyła na oddalające się plecy ślizgona, cholernie zadowolona, że powstrzymała go przed podniesieniem rzuconej rękawicy.
Gdyby zachował się inaczej, z pewnością by pożałowała.
Westchnęła, nagle niesamowicie zmęczona i bez słowa podeszła do portretu Grubej Damy. Najwidoczniej to nie był jej szczęśliwy dzień. W międzyczasie Longbottom schował różdżkę i wypowiedział hasło. Kiedy rzuciła mu szybkie spojrzenie, zauważyła, że przestał się złościć, a zamiast tego sprawiał wrażenie szczerze zatroskanego.
Co było nie w porządku? Czemu niespodziewanie przestał odnosić się doń chłodno i z dystansem? Minęły tygodnie, zanim ostatni raz ze sobą rozmawiali z czymś innym niż pogardą lub zniesmaczeniem w głosie. Co się wydarzyło? Nie widział jej w walce z odzianymi w czarne płaszcze napastnikami, prawda? Spanikowała, pomyślawszy o podobnej możliwości. Gdy wróciła wspomnieniami do nieznanych czarodziejów, przypomniała sobie o emblemacie na szacie. Znała go aż za dobrze. Kto by się spodziewał w latach czterdziestych symbolu trójkąta i okręgu, przedzielonych przez środek prostą linią…?
– Usiądź, Hermiono.
Drgnęła, wyrwana z zamyślenia przez głos Longbottoma. Dopiero wtedy się zorientowała, że stoi przed jedną z miękkich kanap, którą okupowali Weasley z Lupinem. Zmarszczyła brwi, zobaczywszy ich zatroskanie i zmartwienie. Zupełnie nie rozumiała, w czym rzecz, ale mimo to posłusznie zajęła miejsce. Uznała, że chwila odpoczynku dobrze jej zrobi, ponieważ nie dość, że była wymęczona po przygodowym dniu, to jeszcze wciąż czuła bolesne pulsowanie rozciętego ramienia. Mark usiadł na fotelu naprzeciwko niej i wyciągnął różdżkę.
– Muffliato – powiedział i wyciszył strefę, w której się znajdowali.
– Cieszę się, że opanowałeś to zaklęcie. – Uśmiechnęła się łagodnie i doszła do wniosku, że popełniła błąd, ponieważ prawie syknęła z bólu, rozciągnąwszy sobie skaleczenie na dolnej wardze. Mimowolnie się wzdrygnęła i potarła wciąż trochę opuchnięty policzek, co zaś sprawiło, że Longbottom zmarszczył brwi.
– Skąd masz tego siniaka? – zapytał łagodnym głosem Lupin.
Odwróciła głowę i spojrzała na przyjaciela. Wyglądał na szczerze zatroskanego.
– Co takiego…? – spytała słabo.
Z pewnością nie wiedzieli o walce i tajemniczych napastnikach, prawda? Gdyby prawda wyszła na jaw, miałaby nie lada problem, ponieważ nie mogła odpowiedzieć na większość pytań i musiałaby zmyślać. Wystarczyło, że Tom suszył jej głowę i domagał się informacji. Mimowolnie zaczęła się wiercić na kanapie, patrząc po nich z niepokojem. Ile wiedzą? Czy powinna zdradzić rąbka tajemnicy, żeby nie pogorszyć sprawy? Tak się zatopiła w myślach, że aż podskoczyła, kiedy poczuła ciepłą dłoń na przedramieniu.
– Kto cię uderzył? – zainteresował się Amarys.
Hermiona spojrzała na przyjaciela. Co miała mu powiedzieć? Że jacyś szaleni, niebezpieczni ludzie zastawili nań pułapkę, w którą władowała się niczym naiwne dziecko skuszone przez nieznajomego cukierkiem? Oj, zdecydowanie nie.
– Co masz na myśli…?
– Nam możesz powiedzieć – stwierdził uspokajającym głosem Weasley. Wydawał się naprawdę przejęty.
– Wiemy, kto jest odpowiedzialny. Nie musisz dłużej tego ukrywać – dodał Longbottom.
Wstrzymała oddech. Niemożliwe! Skąd się dowiedzieli…?
– To Riddle! – wypalił ze złością.
– Zupełnie nie rozumiem – powiedziała z niedowierzaniem, wytrzeszczywszy oczy.
Mark pochylił się do przodu, patrząc nań z litością.
– Widzieliśmy cię dziś w Hogsmeade z Riddle'em – wytłumaczył, a Richard gwałtownie pokiwał głową. – Ten drań traktuje cię coraz to gorzej, a dziś cię uderzył.
Hermiona zamrugała, próbując zrozumieć, o co się właściwie rozchodzi. Oderwawszy wzrok od Longbottoma, przeniosła go na Weasleya i Lupina. Wciąż byli szalenie poważni.
Co za głupoty pletli? Czemu ubzdurali sobie, że Tom jej przyłożył? Wróciła wspomnieniami do Hogsmeade. Gdy wracała ze swoim chłopakiem do zamku, zobaczyła dwójkę przyjaciół, z którymi wcześniej siedziała w Trzech Miotłach. Właśnie wtedy doznała olśnienia. Widzieli, że się pokłócili o zajrzenie do skrzydła szpitalnego. Riddle był naprawdę rozgniewany, a przez to onieśmielający. To najprawdopodobniej powód, dla którego uznali, że posunął się do przemocy fizycznej.
Niedorzeczność.
– To nieprawda – zaprzeczyła.
– W takim razie kto inny? – Mark zmarszczył brwi.
– To skomplikowane…
Wpakowała się w niezły bałagan. Nie chciała, żeby myśleli, iż jest w toksycznym związku z damskim bokserem, ale przecież nie mogła powiedzieć im prawdy.
– Uważam, że powinnaś go rzucić, Hermiono – dodał Longbottom ze współczuciem.
– Wykluczone! – Potrząsnęła w niedowierzaniu głową. – Tom został niesłusznie oskarżony. Jest naprawdę niewinny w tej kwestii.
– Słuchaj. – Weasley uniósł dłoń. – Rozumiemy, że go lubisz, ale nie ma prawa traktować cię w ten sposób.
– Nie musisz zaprzeczać. To oczywiste, że ten palant się nad tobą znęca w wolnych chwilach – podsumował Mark, ponownie rozgniewany. – Czy żąda od ciebie również innych rzeczy? – zapytał, nagle przerażony podobną możliwością.
– Słucham? Jakich znowu rzeczy? – spytała z najszczerszym oburzeniem.
– Czy zmusza cię do zaspokajania swoich potrzeb seksualnych? – doprecyzował.
Hermiona rzuciła mu pełne zgorszenia spojrzenie.
– Co sobie w ogóle wyobrażasz? Tom nigdy by czegoś takiego nie zrobił – warknęła, po czym w nerwowym ruchu przeczesała dłonią włosy. Gdyby nie mówili na poważnie, nawet wybuchnęłaby śmiechem. – Słuchajcie. – Uniosła dłoń, żeby powstrzymać rosnące podejrzenia przyjaciół. – Nie mogę wam zdradzić żadnych szczegółów, ale to nie był mój chłopak. Uwierzcie mi, proszę, kiedy mówię, że jest niewinny.
Gdy omiotła ich spojrzeniem, zobaczyła, że nie dali wiary w ani jedno jej słowo. To takie frustrujące!
Westchnęła, gdyż uświadomiła sobie, że dziś jest zbyt słaba na wytłumaczenie wszystkiego, a przez noc może zdoła wykombinować coś lepszego, aniżeli słabe zapewnienie. Zacisnęła oczy i potarła grzbiet nosa.
– Jestem zmęczona. Czy możemy porozmawiać o tym przy innej okazji? – zapytała i, nie czekając na odpowiedź, wstała z kanapy i podeszła do prowadzących do dormitorium schodów. Kiedy szła, czuła, że nie spuścili z niej wzroku nawet na sekundę.
Miło było wiedzieć, że przyjaciele się o nią troszczą. Wiele dlań znaczyło, że Longbottom wreszcie się przełamał, porzucił pogardę i zaczął normalnie się zachowywać, ale teraz po prostu była zirytowana wyssanymi z palca oskarżeniami. Maszerując do dormitorium, dotknęła dłonią obolałego policzka. Jakby Tom kiedykolwiek podniósł na mnie rękę, pomyślała z rozdrażnieniem. Gdy troszkę ochłonęła i podeszła do sprawy na chłodniej, doszła do wniosku, że mogła zrozumieć, skąd wysnuli swoje przypuszczenia. Jeżeli chciał, Riddle potrafił być naprawdę przerażający i bezwzględny.
Hermiona weszła do swojej sypialni i od razu położyła się na łóżku, nie zawracając sobie głowy przebieraniem się w piżamę. Natychmiast zasunęła również kotary, chcąc zapewnić sobie odrobinę prywatności.
Porzuciwszy myśli dotyczące przyjaciół i obelżywych oskarżeń, które podnieśli w czasie rozmowy w pokoju wspólnym, skupiła się na innych wydarzeniach dzisiejszego dnia. Jakim cudem została odnaleziona przez czarodziejów w ciemnych płaszczach? Ostatnim razem spotkali się podczas włamania do mieszkania Nicolasa Flamela, kiedy to postanowili zwędzić mu manuskrypt Ignotusa Peverella. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, z kim mieli do czynienia i byli jednakowo zaskoczeni przypadkowym współzawodnictwem.
Zaledwie kilka tygodni później wiedzieli zdecydowanie zbyt dużo. Ich przywódca zwracał się do niej po nazwisku, czyli została nie dość, że odnaleziona, to także zidentyfikowana. Jakim cudem osiągnęli tak olbrzymi sukces, mając zaledwie szczątkową wiedzę? Nie przynależała do lat czterdziestych, a więc nie mieli zbyt wielu dowodów na jej istnienie, czy też możliwości zdobycia potrzebnych informacji. Mimo wszelkich trudności dokopali się do najważniejszego – że była uczennicą Hogwartu. Wiedzieli nawet, że dziś będzie miała miejsce wycieczka do Hogsmeade i przygotowali zasadzkę.
Hermiona przewróciła się na drugi bok i przytuliła do piersi miękką poduszkę.
Następną niepokojącą sprawą była siła i zdolności tych mężczyzn. Wyglądali na dobrze wyszkolonych. Szczerze mówiąc, nie była pod wrażeniem ich magicznej mocy, a sposobu, w jaki ze sobą współpracowali. Zdobycie wiedzy, zastawienie pułapki, organizacja przedsięwzięcia i taktyka, którą się posługiwali – wszystko wskazywało na to, że nie byli pierwszą lepszą bandą byle jakich złodziejaszków, a grupą dobrze wytrenowanych żołnierzy. Nawet nie chciała myśleć, co by się stało, gdyby Tom nie wkroczył do akcji.
Jedno spostrzeżenie prowadziło do kolejnego.
Kim byli napastnicy?
Kiedy została przyciśnięta do ściany, dostrzegła charakterystyczny emblemat na czarnym płaszczu przywódcy. Trójkąt oznaczał pelerynę niewidkę, okrąg kamień wskrzeszenia, zaś kreska Czarną Różdżkę. Symbol ten oznaczał Insygnia Śmierci.
Mocniej przytuliła się do poduszki, dobrze wiedząc, że jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź.
Nieświadomie zadarła z Gellertem Grindelwaldem.
