38. CZYM WŁAŚCIWIE JEST SKRUCHA?
Budynek płonął. Ogień trawił wszystko na swojej drodze, wydostawał się przez każdą szczelinę i łakomie lizał ściany. Okiennice się pokruszyły, gdyż szkło po prostu nie wytrzymało tak wysokiej temperatury. Fasada gmachu była sczerniała i zniszczona, przez co obiekt groził zawaleniem. Nawet zaklęcia maskujące nie mogły ukryć pożaru przed ciekawskimi oczami mugoli, głodnych sensacji. Uroki migotały, a kiedy zgasły, ogień zobaczyli wszyscy w okolicy. Na ulicy szybko zgromadził się tłum gapiów, zapatrzonych w ludzką tragedię. Obraz zniszczonego domu nie był dlań niczym nowym, gdyż ich kraj od czterech lat był pogrążony w wojnie, a bombardowania nikogo nie oszczędzały, a mimo to nie przyzwyczaili się jeszcze do ogólnego spustoszenia. Twarze świadków były blade niczym kreda, gdy patrzyli na rozprzestrzeniający się ogień. Niektórzy pospiesznie się oddalili, najprawdopodobniej z zamiarem zawiadomienia najbliższej straży pożarnej, mimo że oczywiste było, iż wozy przyjadą, jak będzie po wszystkim. Pozostali, niepoczuwający się do obowiązku, bezradnie patrzyli na pogrom żywiołu.
Nie wiedzieli, co wywołało pożar. Wszyscy byli przekonani, że w tym miejscu stała od dawna opuszczona fabryka, ale teraz obserwowali lizany płomieniami duży, dziwnie zbudowany dom. Ogromne, zdobione, dwuskrzydłowe drzwi, prowadzące do budynku, powoli czerniały. Nad nimi znajdowała się tabliczka, którą tylko nieliczni odczytali, głosząca „Département des Affaires Nès–Moldu*". To nie miało żadnego sensu.
Mimo dziwacznej struktury gmachu świadkowie nie rozwodzili się nad osobliwością tragicznego incydentu. Mieli nadzieję, wznosili ciche modły i błagali o cud, bowiem wszyscy słyszeli dobiegające ze środka krzyki.
Wojna zebrała ogromne żniwo, to prawda, ale nie sposób przyzwyczaić się do ludzkiego cierpienia. Niektórzy opadali na kolana, nie mogąc powstrzymać histerycznego szlochu, zaś inni stali, jakby wrośnięci w ziemię, przywdziawszy na twarze kamienne maski. Zaledwie kilku odważnych podbiegło do osmolonych drzwi, chcąc pomóc płonącym w środku – nie drgnęły, choć próbowali ze wszystkich swoich sił. Mimo że drewno było osłabione przez liżące go płomienie, nie ustąpiło. Opór był niewyobrażalny, zupełnie jakby otwarcie blokowała niewidzialna, nadnaturalna siła, stanowiąca barierę, uniemożliwiającą niesienie pomocy.
Świadkowie byli właściwie bezsilni. Mogli tylko w przerażeniu patrzeć, jak budynek płonie i powoli się zapada. Minęła wieczność, zanim krzyki ucichły, a wycie ognia zagłuszyło wszystko inne. Głosy umierających w pożarze na długo zapadły w pamięć tym, którzy próbowali nieść pomoc.
Na dachu naprzeciwko płonącego gmachu stał mężczyzna. Miał na sobie szare spodnie i spraną, ciemnoniebieską koszulę. Niczym nie różnił się od zgromadzonego wokół tłumu gapiów, za wyjątkiem usatysfakcjonowanego uśmiechu na twarzy i tańczących w oczach triumfalnych ogników. Jego potargane złote włosy zabarwiły się na czerwono od buchających płomieni. Wydawał się zafascynowany przedstawieniem. Nie oderwał wzroku od gmachu, nawet kiedy wokół niego znikąd zmaterializowało się siedmiu mężczyzn odzianych w czarne płaszcze, oliwkowe koszule, czarne bojowe spodnie i ciemne buty. Ewidentnie napawał się widokiem podpalonego budynku, chłonąc każdą sekundę. Jego towarzysze zachowali milczenie, stojąc na baczność i czekając na rozkaz swojego przywódcy.
– Obyło się bez problemów – podsumował wreszcie złotowłosy, oderwawszy spojrzenie od wciąż liżącego ściany ognia. Sprawiał wrażenie przepełnionego dumą. – Wspaniała robota, panowie. – Uśmiechnął się z rozbawieniem, omiatając wzrokiem swoich podwładnych. – Wiedziałem, że mnie nie zawiedziecie. Ta misja zakończyła się sukcesem. – Grindelwald zrobił krok naprzód. – Wymierzyliśmy cios bezpośrednio w morale przeciwnika – oświadczył radośnie, po czym podszedł do krępego młodzieńca o jasnych włosach. Z zadowoleniem zarejestrował, że ten się lekko spiął, ale nie cofnął. – Twoi ludzie są godni podziwu, Henger – powiedział, a pochwała sprawiła, że mężczyzna natychmiast się rozpogodził. – Wrogowie nie mieli szansy na odwrót. Zostali odcięci w doskonałym momencie.
Blondyn wyszczerzył się z błogością, kiedy Grindelwald położył mu dłoń na ramieniu. Zasalutował i wypiął pierś do przodu. Gellert odwzajemnił uśmiech, a następnie odwrócił się do pozostałych.
– Wspaniała robota, panowie – powtórzył. – Zobaczymy, jak zareaguje teraz Ministerstwo. Jestem szalenie ciekawy ich ruchu. – Przeczesał dłonią potargane włosy. – Możecie odmaszerować. Przegrupujecie się dopiero w kwaterze głównej.
Żołnierze zasalutowali, a potem się deportowali. Zniknęli niezauważeni, tak samo, jak się pojawili. Został tylko jeden. Rudowłosy podszedł bliżej Grindelwalda, który wrócił do przyglądania się płonącemu budynkowi. Gdy się zbliżył, zerknął w dół na zgromadzony tłum gapiów i poprawił okulary.
– To dopiero początek, Rousseau – podsumował Gellert, tym razem ciszej i z mniejszym podekscytowaniem.
– Owszem, dowódco – odpowiedział pospiesznie, po czym na moment zamilkł. – Czy mogę mówić swobodnie? – zapytał niepewnie.
– Oczywiście. Wiesz, że cenię sobie twoją opinię.
– Czemu ograniczamy się do jednego kraju? – spytał. – Angielskie Ministerstwo Magii jest bardzo wpływowe. Jeżeli zasiejemy wśród nich strach, zostaniemy postawieni w korzystnej pozycji.
– Masz rację. – Grindelwald wydawał się zamyślony. Odwrócił głowę, żeby spojrzeń na swojego zastępcę. – Mimo to waham się, czy warto postawić stopę na brytyjskiej ziemi.
– Dlaczego?
– Dumbledore – odpowiedział zwięźle Gellert, nijak obrażony dociekliwością towarzysza.
– Albus Dumbledore…? – zapytał ze zdziwieniem rudowłosy.
– To bardzo potężny czarodziej – odparł.
Rousseau zmarszczył brwi.
– Cóż, obecnie ukrywa się za murami szkoły.
– Znów racja, niemniej jednak nie przede mną – wyszeptał Grindelwald, lekko się uśmiechając. – Mamy dość skomplikowaną relację. Można powiedzieć, że obecnie trochę się unikamy. – Spojrzał na płonący gmach. – Oboje też wiemy, że ta zabawa w chowanego za jakiś czas się skończy. – Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej różdżkę. Przez chwilę kontemplował gładką strukturę drewna. – Przynajmniej teraz mam nad nim przewagę.
Rudowłosy ponownie zmarszczył brwi, bowiem przypomniał sobie o pobocznej misji, która została zlecona odrębnej grupie kilka tygodni temu. Miała coś wspólnego z Hogwartem, prawda?
– Czego niedawno szukaliśmy w zamku? – zapytał z największą ostrożnością.
W oczach Grindelwalda pojawił się tajemniczy błysk. Odłożył różdżkę i uśmiechnął się czarująco.
– Cóż, tego, co i uczniowie – odpowiedział ze złośliwością. – Wiedzy – dodał, kiedy Rousseau wyraził swoje zdziwienie.
Następnego ranka Hermiona obudziła się w pełni ubrana. Zupełnie nie pamiętała, jakim cudem zdołała się przyczołgać na łóżko. Wszystko wydawało się zamglone.
Odwróciła głowę i zobaczyła, że zasłoniła również kotary. To dobrze. Jej współlokatorki najprawdopodobniej niczego nie zauważyły. Na moment przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. Wciąż czuła ból w klatce piersiowej oraz obolałe mięśnie. W porównaniu do wczorajszego cierpienia dziś było naprawdę lepiej. Z pewnością się nadwyręży, gdy wstanie z łóżka, ale nie mogła przecież przeleżeć całego dnia. Był wszak wtorek i musiała iść na zajęcia.
Ostrożnie przewróciła się na bok i rozsunęła zasłony. Szczęśliwie, dormitorium okazało się puste. Wzięła głęboki oddech i usiadła na łóżku. Zgodnie z oczekiwaniami zagryzła zęby i zakaszlała, czując kłucie w piersi. Ból, naturalnie, przywołał nieprzyjemne wspomnienia. Zacisnęła usta w cienką linię, rozgniewana. Została zaatakowana przez Toma na Wieży Astronomicznej i poddana torturom. Bezlitośnie ciskał weń czarną magią. Teraz ponosiła konsekwencje tychże zaklęć.
Zdecydowanie potrząsnęła głową. Nie miało znaczenia to, czego dopuścił się Riddle. Cokolwiek wczoraj próbował osiągnąć, spektakularnie zawiódł. Kosztowało ją to wiele lat, ale wreszcie się udało. Zwalczyła nienawiść Lorda Voldemorta.
Z największą ostrożnością wstała z łóżka. Gdy stanęła na własnych nogach, krzyknęła z bólu, zakryła usta dłonią i ponownie zakaszlała. Potrzebowała chwili odpoczynku, żeby zapanować nad urywanym oddechem. Zignorowawszy kłucie i pieczenie, skierowała się do łazienki. Pospiesznie się wykąpała, nie chcąc tracić więcej czasu. Nie opuści lekcji tylko z powodu ataku Toma. Gdy skończyła, spojrzała na zegarek i zrozumiała, że nie ma czasu na zjedzenie śniadania. Szczerze mówiąc, będzie miała wielkie szczęście, jeżeli zdąży dotrzeć do klasy przed dzwonkiem.
Kiedy biegła korytarzem, musiała ignorować okropny ból głowy, będący najprawdopodobniej skutkiem brutalnej legilimencji. Miała ogromnego farta, że mu się oparła nawet bez użycia magii. Nie chciała sobie wyobrażać, jakie wyciągnąłby wnioski, gdyby zobaczył urywki z przyszłości. Wtem z szarpnięciem uświadomiła sobie, że i tak wiedział za dużo – że cofnęła się w czasie.
Z trudem przełknęła ślinę i poprawiła uchwyt torby na ramieniu. Jakim cudem zorientował się, że sabotowała Ortusa? Co za katastrofa! A przecież tak dobrze wszystko zaplanowała i dopracowała każdy szczegół. Zacisnąwszy usta, przeczesała dłonią włosy. Na dodatek dowiedział się, że weszła w posiadanie peleryny niewidki. Jak zawsze, miał rację. Najwyraźniej mogła się poszczycić cholernym pechem.
Wystarczy tego użalania się, pomyślała, zdeterminowana. Owszem, poznał kilka tajemnic, ale niczego nie zyskał. Nie zobaczył swojej przyszłości, czy nawet wskazówek. Usatysfakcjonowana, uśmiechnęła się z triumfem.
Wkrótce dotarła do sali zaklęć. Drzwi były zamknięte, ale słyszała dochodzące ze środka rozmowy. Wzięła głęboki, uspokajający oddech, ponieważ ten przedmiot gryfoni dzielili ze ślizgonami, a co gorsza, siedziała obok Toma. Z pewnością będzie nieprzyjemnie. Zacisnęła zęby i pchnęła wrota. Gdy weszła do klasy, rozmowy natychmiast ustały, ale kiedy uczniowie zobaczyli, że to nie nauczycielka, wrócili do pogaduszek. Hermiona powoli podeszła do swojego biurka, ignorując przy tym rzucane jej przez ślizgonów pełne pogardy spojrzenia. Odkąd dowiedzieli się, że jest mugolaczką, została powszechnie znienawidzona.
Niektóre rzeczy się nie zmieniają, pomyślała, nawiązując myślami do swoich czasów. Zanim znalazła się w pobliżu pierwszej ławki, zerknęła na Toma, aby wybadać grunt. Wyglądał równie przystojnie, co zawsze i w tradycyjnej manierze swobodnie siedział na krześle. Z wypisanym na twarzy znudzeniem przeglądał podręcznik i nijak dawał znać, że zarejestrował jej obecność.
Gwałtownie wciągnęła powietrze i musiała się zmierzyć z bólem klatki piersiowej. Zdusiła w sobie kaszel i kontynuowała drogę do stolika. Kiedy zajmowała miejsce, nie zdołała powstrzymać cichego jęku. Miała wrażenie, że napięte do granic możliwości mięśnie właśnie zaprotestowały. To oczywiste, że Riddle widział jej dyskomfort, ale starała się nie wnikać w szczegóły. Szczerze mówiąc, od rana sukcesywnie wyrzucała go ze swojej głowy.
Okazało się, że zdążyła w samą porę, ponieważ chwilę później do sali weszła profesor Merrythought.
– Dzień dobry, klaso. – Uśmiechnęła się promiennie do uczniów. – To zaiste wspaniały wtorek na kontynuowanie naszych zajęć odnośnie manipulowania formą żywiołów.
Hermiona zupełnie nie mogła się skoncentrować, zapatrzona w notatki, które sporządziła. Miała wiele ważniejszych spraw do załatwienia, aniżeli siedzenie na lekcjach. Priorytetem było odzyskanie magii. Wczorajsze wydarzenie na Wieży Astronomicznej pokazało jej, że cholernie potrzebowała mocy. Zmarszczyła lekko brwi i zastanowiła się, czy powinna spodziewać się odwetu. Westchnęła pod nosem. Znając Voldemorta, to całkiem prawdopodobne.
Ze zdziwieniem zarejestrowała fakt, iż nie czuje strachu. Wyzbyła się go, przezwyciężając tę okropną nienawiść. Chociaż nadal była obolała od klątw, którymi oberwała, czuła się przyjemnie rozluźniona i lżejsza przynajmniej o dwadzieścia kilogramów. To cudowne, móc zrzucić sobie z barków chociaż jeden ciężar.
Uśmiechnęła się delikatnie. Zmagała się z wieloma problemami, najpierw w swoich czasach, a potem w latach czterdziestych, ciągle z wiszącym nad głową niebezpieczeństwem. Lord Voldemort determinował każdy jej krok, więc była cholernie szczęśliwa, że nareszcie mogła odetchnąć pełną piersią.
Tom nie podniósł wzroku, ale doskonale wiedział, że Hermiona weszła do klasy. Sięgnął po podręcznik do zaklęć i zaczął wertować kartki, udając zainteresowanego. W rzeczywistości był zdenerwowany, że musiał siedzieć obok brudnej szlamy. Kątem oka obserwował każdy jej ruch i z zadowoleniem odnotował, że zbliżała się doń raczej niechętnie.
Kiedy usiadła i jęknęła z bólu, nie mógł powstrzymać uśmieszku. To oczywiste, że wciąż cierpiała. Klątwy, których na niej wczoraj użył, miały na celu zranienie przeciwnika, a nie łaskotanie. Szczerze mówiąc, był zaskoczony, że Madam Dulan zdołała wyleczyć wszystkie jej obrażenia w ciągu nocy. Spodziewał się też, że dziewczyna jeszcze dziś będzie leżeć w skrzydle szpitalnym, dlatego też nie był szczęśliwy, że przyszła na lekcje – teraz musiał znosić zawszone towarzystwo. To niesprawiedliwe, żeby dziedzic Salazara Slytherina został zmuszony do dzielenia ławki z kimś równie bezwartościowym.
Gdy Merrythought weszła do klasy, odłożył podręcznik na stół i skupił się na nauczycielce. Starym zwyczajem sięgnął po pióro i zaczął robić notatki. To żmudna praca, gdyż zajęcia były po prostu nudne. Czemu właściwie uczyli się równie bezużytecznych uroków? Odchylił się na krześle, stłumił ziewnięcie i pozwolił swojemu wzrokowi pobłądzić po innych uczniach. Oczywiście, ci idioci nie byli w stanie ogarnąć swoimi ograniczonymi umysłami czegoś większego.
Żałośni, podsumował zarozumiale i wreszcie zerknął na Hermionę. Wyglądało na to, że nie zwracała uwagi na wykład, po prostu gapiąc się przed siebie. Mimowolnie zerknął na jej różowe, ponętne usta, aktualnie ułożone w lekki uśmiech i ze złością odwrócił głowę.
Chwilę później usłyszał, że dziewczyna zaczyna kaszleć. Spojrzał nań z boku. Była pochylona do przodu i miała jedną rękę owiniętą wokół brzucha; drugą przykładała do ust. Pióro wypadło jej wcześniej z dłoni i potoczyło się po blacie. Najwyraźniej cierpiała.
Cóż, zasłużyła na to, podsumował ze złośliwym uśmiechem. Prawdę powiedziawszy, był przekonany, że szkolna pielęgniarka bardziej się postara, bowiem Hermiona nadal zanosiła się kaszlem. Jeżeli była niekompetentnym magomedykiem, nie powinna była wypuszczać pacjentki ze skrzydła szpitalnego.
Wtem wciągnął gwałtownie powietrze, uświadomiwszy sobie coś cholernie ważnego – DeCerto nigdy nie poszła do ambulatorium! Wykazał się głupotą, że nie pomyślał o tym wcześniej. Nienawidziła proszenia się o pomoc i leżenia w łóżku. Spojrzał na nią ponownie. Wciąż kaszlała, a na jej twarzy malował się ból. Cóż, zasłużyła, powtórzył z naciskiem.
Mimo uporu nie potrafił wyrzucić z głowy obrazu, który przyszedł mu do głowy. Jak skończył wczoraj przesłuchanie, zostawił Hermionę na Wieży Astronomicznej. Zanim wślizgnął się z powrotem do zamku, rzucił jej ostatnie spojrzenie. Leżała na zimnej, kamiennej podłodze. Zwinęła się w kłębek, drżąc na całym ciele, cicho jęcząc z bólu. Natychmiast zamknął oczy, żeby odzyskać kontrolę nad zdradzieckimi uczuciami. Miał przecież do czynienia ze szlamą – częścią plagi, która opanowała czarodziejski świat! Zasługiwała na wszystkie te zaklęcia, więc dlaczego się interesował?
Weź się w garść!
Wciąż czuł gule w gardle i bolesny supeł w żołądku. Obraz, który sobie wyobraził, został zastąpiony innym. Zobaczył samego siebie, skulonego na mokrej podłodze w piwnicy sierocińca, krótko po tym, jak został dotkliwie pobity przez Cartera. Ten człowiek zawsze go krzywdził, dokładnie tak samo, jak on ostatnio Hermionę…
Stop!
Mimowolnie się skrzywił.
To było coś zupełnie innego. Była szlamą, a więc zasługiwała na podobne traktowanie. Carter był mugolem, dlatego też nie miał najmniejszego prawa podnieść nań ręki. Tom był potomkiem najszlachetniejszego czarodziejskiego rodu i nie zamierzał porównywać się ze śmieciami. Hermiona była ścierwem i na wszystko zasługiwała; była słaba, żałosna i wynaturzona.
Prawie się przekonał, ale właśnie wtedy zakwestionował swoje rozważania. Jeżeli rzeczywiście była bezwartościowa, to dlaczego wczoraj nie zdołał wymusić nań całej prawdy? To była idealna okazja, prawda? Czemu zaprzestał dalszego przesłuchania? Czemu nie ukradł jej również peleryny niewidki i księgi Ignotusa Peverella?
Zacisnął dłoń na piórze tak mocno, że prawie je złamał. Jeżeli miał być szczery, nie wiedział, dlaczego nie był w stanie wydusić z niej sekretów. Gdy w pewnym momencie spojrzał jej w oczy, szybko się zorientował, że to nigdy nie nastąpi i dziewczyna się nie złamie.
Zamrugał i zauważył, że wreszcie przestała kaszleć. Odetchnęła głęboko, otworzyła oczy i, niczym przykładna uczennica, zaczęła szukać swojego pióra. Wcześniej wypadło jej z ręki i ostatecznie wylądowało po jego stronie stołu. Kiedy go dostrzegła, zawahała się, a następnie schyliła do torby i wyciągnęła nowe, nie poprosiwszy go o podanie. Co dziwne, w międzyczasie nie rzuciła mu nawet jednego spojrzenia. Gdy zrozumiał, że jest ignorowany, poczuł niewytłumaczalny żal. Zamiast cieszyć się, że wreszcie ma ją z głowy, zatopił się w dziwacznej pustce.
– Teraz, proszę, dobierzcie się w pary i poćwiczcie czar Aestuo. Nie zapomnijcie, że inkantacją jest „Aestus" – powiedziała pani profesor, wyrwawszy go z mentalnej debaty. – Zaklęcie nie jest trudne, ale dozowanie ciepła owszem. Skorzystacie z wosku. Spróbujcie, proszę, wymierzyć, ile musicie włożyć w to mocy, aby uczynić go płynnym, ale nie spalić całkowicie. Współpracujcie ze swoim partnerem i pomagajcie sobie nawzajem.
Usłyszawszy ostatnie zdanie, Hermiona prawie parsknęła śmiechem. To była ostatnia rzecz, jakiej pragnęła. Mimo to spojrzała na Toma. Odbierał właśnie pudełko z kawałkami wosku od innego ślizgona. Gdy wyciągnął maleńką świeczkę, przekazał skrzynkę dalej. Oczywiście, potem dobył różdżki. Nie miała najmniejszego zamiaru z nim współpracować. Wykonał zadanie bez żadnego wysiłku. Wosk się nie stopił, ale stał się miękki i giętki.
Aby się czymś zająć, postanowiła popatrzeć po innych, pracujących w dwu- lub trzyosobowych grupkach. Uśmiechnęła się z rozbawienie, zobaczywszy kałużę całkowicie roztopionego wosku przed Longbottomem, który wciąż trzymał w powietrzu różdżkę. Sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego wyczynem. Siedzący obok niego Weasley ryczał ze śmiechu, zaś Lupin tylko kręcił z irytacją głową. Zachichotała, widząc ich w dobrych nastrojach. Wtem przypomniała sobie, że wczoraj pocałowała się z Markiem i natychmiast posmutniała. W momencie poczuła się winna całemu zajściu. Od tamtej pory nie zamienili ani jednego słowa, więc to normalne, że obawiała się odrzucenia.
Z ciężkim sercem odwróciła się od przyjaciół i spojrzała z powrotem na swojego sąsiada. Tom zakończył swój czar i odłożył różdżkę na blat. Niespodziewanie się doń odwrócił, przez co zamrugała, szczerze zdziwiona. Drgnęła, zobaczywszy w jasnoszarych oczach znajome obrzydzenie. Mimo że nie unikała jego wzroku, znów poczuła się dotknięta.
– Chcesz teraz poćwiczyć? – zapytał podejrzanie uprzejmym tonem. Nie odpowiedziała, na kilometr wyczuwając podstęp. Naprawdę nie chciała z nim rozmawiać. – To byłoby trudne, prawda? – Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. – Zwłaszcza bez różdżki – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.
Hermiona zacisnęła dłonie w pięści, słysząc jego triumf. Gdy nadal milczała, zmarszczył w zdezorientowaniu brwi.
– Co się stało? – zadrwił. – Odgryzłaś sobie wczoraj język?
– W żadnym wypadku. Po prostu nie widzę powodu, żeby wchodzić z tobą w interakcje – odparła, zachowując spokój.
– Skończ z tą bezczelnością, szlamo – splunął z chłodem. – Nie wyobrażaj sobie przypadkiem, że lubię spędzać z tobą czas.
– Zrozumiałe. W końcu masz trudności w cieszeniu się drobnostkami – odpowiedziała.
– Co to ma znaczyć? – zapytał, ukrywszy groźbę w głosie.
– Cóż, uważam, że jesteś emocjonalnie… hm, powiedzmy… upośledzony – stwierdziła, niezrażona złością, którą zaczął emanować. – Mimo że z początku sądziłam inaczej, teraz jasno widzę, że nie jesteś w stanie czuć, a tym bardziej zachowywać się niczym normalny człowiek.
– Och, tylko dlatego, że nie skaczę głupio wokół, jak reszta idiotów, tracąc z oczu to, co jest naprawdę ważne? – Ewidentnie próbował być złośliwy. – Myślisz, że nie odczuwam satysfakcji lub radości? Jesteś w błędzie, bo wczoraj byłem szalenie zadowolony. – Uśmiechnął się z wyższością. Gdy zdał sobie sprawę, że dziewczyna nie zamierza mu odpowiedzieć, dodał: – A może insynuujesz, że nie potrafię odczuwać miłości?
– Nie. Zbyt dobrze wiem, że nie masz zielonego pojęcia, czym tak naprawdę jest miłość, więc nie ma sensu kontynuować tej dyskusji. – Wymusiła na twarzy mały, protekcjonalny uśmiech. – Niemniej jednak to interesujące, że w pierwszej kolejności wyciągnąłeś właśnie takie założenie.
Maska, którą przywdział, na moment się załamała, ukazując, że był zdenerwowany. Chwilę później powrócił do beznamiętnej twarzy.
– Mam na myśli inny fakt, który definiuje nas jako ludzi – dodała, zanim zdążył otworzyć buzię i jej odwarknąć. – Jeżeli jeszcze nie zauważyłeś, jesteśmy istotami społecznymi i lubimy przebywać w grupach. Najlepiej zrobisz, jeśli zaprzestaniesz tych autodestrukcyjnych zachowań i spróbujesz nawiązać kontakt z innymi.
– Utrzymuję stosunki z ludźmi – odpowiedział miękkim, aczkolwiek niebezpiecznym tonem.
– Znów jesteś w błędzie. Lubisz otaczać się podwładnymi i wydawać im polecenia, za których niewykonanie grozi kara. Zasadniczy problem polega na tym, że nie masz z nimi emocjonalnego związku.
– Yhym. – Spojrzał nań bezdusznie. – Czyli teraz próbujesz mnie „naprostować"? Chcesz, żebym się do ciebie emocjonalnie przywiązał?
Znów poczuła się dotknięta, ale nie zamierzała pokazywać po sobie zranienia. Już dawno zdecydowała, że definitywny koniec ze znoszeniem ślizgońskiej pogardy.
– Zupełnie nie rozumiesz, co mam na myśli – stwierdziła ze spokojem. – Próbuję powiedzieć, że droga, którą sobie obrałeś, zaprowadzi cię donikąd. Skończysz, będąc samotnym, zgorzkniałym i nieszczęśliwym człowiekiem.
– Szczerze w to wątpię – zadrwił.
W jasnoszarych oczach zauważyła błysk, przez który przebiegł jej po kręgosłupie dreszcz. Miał rację, prawda? Voldemort może i był odizolowany, ale nie opuszczony. Właśnie to było ważną składową problemu – był w stanie przekonać rzeszę do słuszności swojej sprawy. Śmierciożercy ślepo za nim podążali. Zaiste, nie był sam, pomyślała, patrząc na jego triumf. Złośliwość odebrała mu trochę urody. Najwyraźniej był święcie przekonany, że wygrał tę małą debatę.
Otoczony ludźmi, a jednak nieszczęśliwy…
Niespodziewanie poczuła doń przypływ litości. Nikt, kto byłby zadowolony ze swojego życia, nie rozwinąłby w sobie równie ogromnej nienawiści do świata, co Lord Voldemort. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu był tak przepełniony złością, że wciągnął wszystkich we własne niepowodzenie. Ta pogarda miała swój początek w Tomie Riddle'u, a nie w Voldemorcie.
Chłopak zmrużył oczy, czując gniewne pulsowanie swojej magii. Hermiona spojrzała na niego dziwnie, jakoś litościwie, przez co miał wielką ochotę chwycić różdżkę i rzucić weń niewybredną klątwę. Wtem pochyliła się ku niemu. Odniósł wrażenie, że drgnęła jej ręka, zupełnie jakby chciała złapać go za ramię. Najprawdopodobniej w ostatnim momencie mądrze przypomniała sobie, z kim właściwie rozmawia i się powstrzymała przez niechcianą poufałością.
Zdenerwował się jeszcze bardziej, kiedy zrozumiał, że jest szczerze zagubiony. Z pewnością nie miał nadziei, że go dotknie. Ledwo był w stanie się kontrolować.
– Uważam, że powinieneś zadać sobie pytanie, czy cel, który pragniesz osiągnąć, jest wart poświęcenia tak wiele – powiedziała ze spokojem i, co dziwne, dystansem.
– Już ci mówiłem, że niczego nie poświęcam, a przynajmniej niczego istotnego – odparł ostrzej, niż z początku zamierzał. Celowo puścił doń oczko z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. Niestety, nie wydawała się tym przejmować.
– Wręcz przeciwnie – stwierdziła z przekonaniem, które przyprawiło go o dreszcze. – Poświęcisz wszystko, co ważne.
Wystarczyło, że zobaczył litość na jej twarzy. Z trudem powstrzymywał swą magię przed rozsadzeniem klasy.
– Naprawdę myślisz, że obchodzi mnie twoja opinia, szlamo? – syknął głośnie, niż zamierzał, ale na szczęście jego wybuch został zagłuszony przez toczone wokół rozmowy.
Hermiona się odsunęła, a współczucie, które prezentowała na twarzy, przeobraziło się w ponurą akceptację podstawowych faktów. Kiedy odezwała się ponownie, w jej głosie zabrzmiała stalowa nuta.
– Nie, masz ją gdzieś – odpowiedziała beznamiętnie, po czym odwróciła się od niego i zaczęła przeglądać notatki z dzisiejszej lekcji. W pewnym momencie przystąpiła do poprawiania informacji, które zapisała, ani razu nie rzuciwszy mu sondującego spojrzenia. Traktowała go teraz niczym powietrze.
Nie, to nie tak, uświadomił sobie z niemałym wstrząsem. To żadna ignorancja.
Aż się zapowietrzył.
Najwyraźniej przestało jej zależeć.
Hermiona wyrzuciła Toma z głowy na resztę lekcji. Właściwie było to cholernie proste. Merrythought wróciła do wykładania teorii i, co ciekawe, była szczerze zainteresowana tym, co mówiła pani profesor. Kątem oka widziała, że ślizgon nań zerka, ale nie poświęciła mu większej uwagi. Zdusiła w sobie wszelką potrzebę nawiązania rozmowy.
– Na następne zajęcia przeczytajcie, proszę, rozdział szesnasty z podręcznika – powiedziała na zakończenie nauczycielka.
Kiedy uczniowie zaczęli opuszczać klasę, DeCerto szybko spakowała swoje pióro oraz notatki, a potem bez większej dbałości wrzuciła je do torby. Następnie wstała od stołu i wyszła, czując na sobie twarde spojrzenie Toma. Czy już zaplanował kolejne przesłuchanie, podczas którego będzie próbował wydobyć z niej informacje na temat przyszłości? Najlepiej zrobiłby, jeżeli by się poddał. Niczego przecież nie osiągnie. Potrząsnęła głową, po czym skierowała się w stronę biblioteki. Historia magii została dzisiaj odwołana, ponieważ profesor Binns nie czuł się najlepiej.
Później tego samego dnia Tom siedział w pokoju wspólnym, wciąż sfrustrowany. Ciemna różdżka, której się przyglądał, nie załagodziła odczuwanego napięcia. Zacisnął z irytacji usta. Ta przeklęta broń nadal pozostawała dlań tajemnicą. Jak to możliwe? To miała być Niezwyciężona Różdżka. Niemniej jednak odkąd ją sobie przywłaszczył, nie wykazała żadnej wielkiej mocy. Czemu…?
Choćbyś nie wiem, jak się starał, nie zamierzam się poddać, powiedziała mu na Wieży Astronomicznej, czym doprowadziła go do białej gorączki. Wyglądała wtedy żałośnie – z twarzą pokrytą krwią, opuchniętymi od płaczu oczami i mokrymi policzkami. Powinna być załamana sytuacją, w której się znalazła i przerażona własną bezbronnością. W brązowych oczach, zamiast poczucia beznadziejności, zobaczył błysk determinacji… i siły.
Potrząsnął głową, próbując oczyścić umysł z niedorzecznych myśli. Jakim cudem szlama może emanować taką potęgą? Zacisnął zęby i znów popatrzył na niby Niezwyciężoną Różdżkę. Jeżeli Hermiona była słaba, to dlaczego mogła jej swobodnie używać, podczas gdy jemu odmawiała posłuszeństwa? Kontemplował oręż przez dłuższą chwilę, po czym drgnął, tknięty przeczuciem, które pozostawiło po sobie dziwaczne poczucie pustki w środku. Nie bez powodu ten oręż został nazwany Berłem Śmierci. Jakby nie patrzeć, zapisała się w historii czarodziejskiego świata nie tylko przez wzgląd na swą tajemniczą moc, ale również dlatego, że każdego właściciela spotkał przedwczesny i tragiczny koniec – wszyscy, co do jednego, zostali zamordowani przez chciwych ludzi, pragnących władzy, potęgi i chwały. Serce ślizgona ścisnęło się boleśnie. Może to właśnie był powód, dla którego Niezwyciężona Różdżka odmawiała nawiązania współpracy? Bo nie zabił aktualnej właścicielki…
– Cześć, Tom.
Nieznośny głos wyrwał go z zamyślenia. Wrócił do rzeczywistości i prawie odetchnął z ulgą, kiedy przestał myśleć o podobnej możliwości. Gdy odwrócił głowę, zobaczył Melanie Nicolls, stojącą tuż obok fotela, który zajmował. Zmarszczył lekko brwi, zauważywszy, że patrzy nań z pożądaniem.
– Więc… – zagaiła, siadając na podłokietniku. Założyła nogę na nogę, odsłoniwszy przy okazji trochę uda. Uśmiechnęła się i pochyliła ponętnie do przodu. – Jak ci minął dzień? – wyszeptała mu do ucha.
– Szczerze mówiąc, irytująco – odpowiedział zgodnie z prawdą, aczkolwiek szorstko.
Nicolls rzuciła mu zadziorny uśmieszek. Zesztywniał, kiedy pozwoliła sobie na o wiele za dużo i przeczesała mu włosy dłonią. Mimowolnie zacisnął dłoń na różdżce Hermiony.
– To okropne – podsumowała. – Mogę cię jednak zrozumieć. Też miałam okropny dzień.
Naprawdę?, zakpił w myślach. Zapewne ciężko jest zdobywać same Trolle. Miał zamiar się złośliwie uśmiechnąć, ale zrezygnował, usłyszawszy następne zdanie.
– Może trochę się zrelaksujemy i pozwiedzamy zamek? – zaproponowała.
Uniósł brew, szczerze oburzony. Jakim cudem ta dziewczyna została przydzielona do Slytherinu? Zdecydowanie brakowało jej sprytu i podstępności. Prawie zmarszczył nos, gdy spojrzała nań z nieskrywanym pożądaniem. Po raz kolejny zauważył, że miała oczy w takim samym kolorze, co Hermiona, aczkolwiek nie dorównywała jej urodą. Zadrżał, kiedy uświadomił sobie, jakie wnioski właśnie wyciągnął. Że DeCerto jest ładna…? Skąd mu się to, kurwa mać, wzięło…?
Nicolls skorzystała z okazji, że siedział osłupiały i jeszcze bardziej się ku niemu pochyliła. Teraz praktycznie na nim leżała. Odsunął się więc, ponieważ nie chciał mieć z tą dziewczyną nic do czynienia. Zmrużył oczy, a następnie schował ciemną różdżkę do kieszeni szaty. Zdeterminowany, odepchnął od siebie natrętną współdomowniczkę. Ewidentnie była zawiedziona, ale zignorował to.
– Naprawdę nie mam teraz czasu – odparł zdawkowo, a potem wstał z fotela i wyszedł z pokoju wspólnego.
Hermiona siedziała w bibliotece i czuła się raczej przygnębiona, co było samo w sobie niezwykłe. Czemu czuła się sfrustrowana w obecności książek?
Niedorzeczne, pomyślała cynicznie, a na jej twarz wkradł się mały uśmiech. Zamknęła tom, który właśnie studiowała i odchyliła się na krześle, głośno westchnąwszy. Jak do tej pory, przeczytała już masę lektur, ale nie znalazła żadnej sensownej podpowiedzi, w jaki sposób rozwiązać problem z utratą magii. Nawet dział ksiąg zakazanych okazał się bezradny, podsumowała, rzuciwszy mrocznej części biblioteki pełne niechęci spojrzenie. Za wszelką cenę musiała odzyskać swoją moc.
Ziewnęła ze zmęczenia i poprawiła się na krześle. Ten ruch sprawił, że stęknęła, gdyż obolałe mięśnie dały o sobie znać. Zaklęcia, których użył nań Tom, wciąż utrudniały jej życie. Szczęśliwie, czuła się lepiej, aniżeli z rana. To dobrze, że wraca do zdrowia, bo była naprawdę osłabiona. Gdyby pozostałości po klątwach utrzymywały się dłużej, nie miałaby innego wyboru, jak przejść się do skrzydła szpitalnego. Co powiedziałaby wówczas pielęgniarka?
– Co się stało, kochana?
Z pewnością wyglądałaby na zaniepokojoną. Zmartwienie przybrałoby na sile, kiedy zobaczyłaby obrażenia podopiecznej.
– Cóż, Tom Riddle próbował mnie zabić. – Hermiona wzruszyłaby niedbale ramionami, bo czemu nie – dzień jak co dzień. – To było nieuniknione – dodałaby.
– Co takiego? – Madam Dulan nigdy by jej nie uwierzyła. – To uroczy, nieszkodliwy młody człowiek, prawdziwy gentelman! Kłamie panienka!
Zaśmiała się pod nosem.
Gdy spoważniała, wróciła myślami do swojego problemu. Straciła magię. W jaki sposób miała teraz przenieść się w czasie i wrócić do lat dziewięćdziesiątych? Drgnęła, pomyślawszy o domu. Czy chciała wrócić do przyszłości? Nieszczególnie. Prawdę powiedziawszy, nie czuła się bliżej związana ani z tą epoką, w której została uwięziona, ani z tamtą, z której przypadkowo czmychnęła. Straciła dach nad głową. Został bestialsko spalony i pogrzebany. Mimo to musiała wrócić do swojego czasu. Właśnie na tym polegała jej misja.
Utkwiła wzrok w regale z książkami, który stał przed nią. Odrzuciwszy przygnębiające myśli, po raz pierwszy przeczytała tytuły tomów. „Starodawna magiczna krew", „Czarodziejskie rodowody", „Angielskie rody czystej krwi". Zmarszczyła brwi, uświadomiwszy sobie, że wszystko sprowadza się do statusu. W tych lekturach umieszczono nazwiska wszystkich czarodziejów, którzy potem się wywyższali i wierzyli w swoją dominację. Gdyby autorzy trochę pomyśleliby, zauważyliby, że w rzeczywistości to nie ma żadnego znaczenia. Tak samo, gdyby ludzie trochę się zastanowili, nie sięgaliby po podobne księgi. Wtedy Voldemort nigdy nie zyskałby olbrzymiego grona popleczników i nie ruszyłby na podbój magicznego świata.
Spojrzała na regał z obrzydzeniem i dezaprobatą. Tom z pewnością przejrzał każdą zgromadzą tutaj lekturę w poszukiwaniu swoich korzeni. Gauntowie zapisali się przecież w historii, która zgrabnie pominęła fakt, iż w mniejszym lub większym stopniu byli obłąkani. Oczywiście, głównym czynnikiem owego stanu rzeczy był Salazar Slytherin, protoplasta rodu. Z tego, co niegdyś powiedział jej Harry, wynikało, że Marvolo i Morfin Gauntowie byli raczej nieprzyjemni. W przeciwieństwie do ojca i brata Meropa sprawiała wrażenie sympatycznej, aczkolwiek posunęła się do ostateczności i odurzyła miłość swego życia. To, co zrobiła Tomowi Riddle'owi, mugolowi, w którym się zakochała, było prawdziwie okropne. Ostatecznie wszystko skończyło się katastrofą. Jak ich dziecko wpasowywało się w ten schemat? Cóż, ogromna, ślepa nienawiść do wszystkiego, co niemagiczne, nie wskazywała na całkowicie zdrowy umysł, prawda? Zaburzenia psychiczne z pewnością tłumaczyły również posiadanie równie mrocznej osobowości. Z drugiej strony, miał całkiem dobry powód, żeby nie darzyć mugoli sympatią, pomyślała, wróciwszy wspomnieniami do sierocińca.
Czemu jednak był tak dumny ze swojej dysfunkcjonalnej rodziny? Znów obrzuciła zniesmaczonym wzrokiem zgromadzone na regale pozycje. Dlaczego właściwie interesował się tylko jedną stroną dziedzictwa i sukcesywnie dążył do wymazania drugiej? Wszystko sprowadza się do kwestii statusu krwi, podsumowała ze znużeniem. Oto i przyczyna rozłamu w czarodziejskim świecie.
Naprawdę myślisz, że obchodzi mnie twoja opinia, szlamo?
Wróciła myślami do lekcji zaklęć. Czemu darzył ją równie wielką nienawiścią? Dlaczego zignorował wszystko inne i skupił się wyłącznie na kwestii jej pochodzenia? Może w rzeczywistości skrycie pogardzał również sobą? Cóż, ciężka sprawa, dodała. Zazwyczaj wykazywał się ogromną inteligencją, więc czemu tym razem świadomie błądził po omacku?
Hermiona potrząsnęła głową. Te rozważania prowadzą donikąd, doprawdy. Najlepiej zrobi, jeżeli zostawi je w spokoju i skoncentruje się na znacznie ważniejszych rzeczach. Sprawdziła zegarek i z zaskoczeniem zauważyła, że dochodziła czternasta. Zaczytana w książkach, całkowicie przegapiła obiad. Może podskoczyłaby na kuchnię, bo skrzaty z pewnością coś zostawiły. Zanim wstała, z roztargnieniem omiotła wzrokiem wyższą półkę regału. „Martwisz się, że twoje dziecko może być charłakiem?", przeczytała i parsknęła pod nosem. Jakby to naprawdę był koniec świata, że pociecha nie potrafi czarować.
Wstała z krzesła, podeszła do biblioteczki i sięgnęła po cieniutką książeczkę w niebieskiej oprawce. Zdjęcie przedstawiało ubranego w staromodne jasnozielone śpioszki zdezorientowanego malucha, trzymającego w ręku brązową różdżkę. Wyglądał naprawdę niewinnie, zwłaszcza, że oczka błyszczały mu z radości. „Trzydzieści trzy proste sposoby na stwierdzenie, czy to czarodziej", głosił podtytuł. Skrzywiła się z niesmakiem, ale, zaciekawiona, otworzyła poradnik i przeczytała wstęp.
Twoje dziecko przekroczyło wiek, w którym powinno już manifestować swoją magię, ale nic się nie dzieje? To żaden powód do rozpaczy. Niektóre pociechy po prostu wolniej się rozwijają. Wszystko, czego potrzebują, to czasu, aby w końcu zauważyć, że posiadają magiczny rdzeń i mogą z niego swobodnie korzystać. Jako rodzice powinniście wykazać się cierpliwością. Trzeba wziąć też pod uwagę przypadki, kiedy dziecko prezentuje przypadkową magię w wieku późniejszym niż dziesięć lat. Wciąż ma mnóstwo czasu na rozwój. Jeżeli jednak chcecie zyskać natychmiastową pewność, ta książka jest kluczem do osiągnięcia sukcesu. Oto trzydzieści trzy łatwe do wprowadzenia w życie instrukcje, aby przetestować magię swojego dziecka.
Hermiona syknęła z oburzeniem i przeleciała wzrokiem przez resztę wprowadzenia. Ze zmrużonymi oczami przewertowała kartki poradnika. No naprawdę, czy ludzie nie mieli innych problemów, aniżeli zamartwianie się magicznymi zdolnościami malucha? Westchnęła, zmęczona i już miała zamiar zamknąć książkę, ale właśnie wtedy zobaczyła punkt osiemnasty.
Aperio Veneficus, eliksir ujawniający ukrytą magię.
Zaciekawiona, spojrzała na stronę wskazaną w spisie treści. Według poradnika mikstura Aperio Veneficus została wynaleziona w 1431 roku przez niejakiego Tate'a Harwooda. Najwyraźniej wynalazca był obdarzony wyjątkowo czarnym poczuciem humoru i pozbawionym zahamowań człowiekiem, ponieważ z początku sprzedawał ten eliksir niczego się niespodziewającym mugolom, żeby zidentyfikować „bezbożne czarownice". Miasteczko, które zamieszkiwał, było bardzo niezadowolone z czynności, którym się oddawał i ostatecznie został pokonany przez bliżej niezidentyfikowaną czarownicę, która również odebrała mu różdżkę. Plotka głosiła, że rozwścieczony niemagiczny tłum przepędził go z wioski przy pomocy wideł, nazywając przy okazji szarlatanem. Wedle księgi, Aperio naprawdę działał i tymczasowo był w stanie rozruszać czarodziejski rdzeń. Zastosowany u dziecka, miał doprowadzić do wybuchów przypadkowej magii.
Serce Hermiony zabiło gwałtowniej. Czy właśnie natrafiła na rozwiązanie swojego problemu? Z drugiej strony, eliksir nie przywracał mocy, a tylko udowadniał, że dziecko posiadało magiczne umiejętności. Mimo lekkiej nieścisłości była to pierwsza prawdziwa wskazówka mająca rację bytu od tygodni. Dzięki punktowi osiemnastemu przynajmniej sprawdzi, czy stała się mugolką, czy też nadal jest czarownicą, a więc wykluczy najgorszą z możliwości. Ponownie skupiła się na akapicie wyjaśniającym działanie Aperio Veneficus. Lista ingrediencji była stosunkowo krótka, a sposób wykonania nieskomplikowany. Wreszcie promyk nadziei, pomyślała, uszczęśliwiona i przekopiowała instrukcje na wolny kawałek pergaminu, który akurat miała pod ręką. Właśnie wtedy ktoś nań napadł i wyrwał książkę z uścisku. Gdy podniosła głowę, zobaczyła zielone oblamówki uczniowskiej szaty i emblemat węża na czarnym materiale.
– Hej, to moje! – syknęła z gniewem.
Tom szedł korytarzem biblioteki, szukając książki, która pomogłaby mu w napisaniu wypracowania ze starożytnych run. Właśnie miał wejść w kolejną odnogę regałów, ale właśnie wtedy się zatrzymał, nagle owładniętym gniewem. Niedaleko niego stała Hermiona, zaczytana w jakiejś lekturze, tak więc go nie zauważyła. Przez chwilę rozważał wyciągnięcie różdżki i ciśnięcie weń zaklęciem, ale musiał się powstrzymać. To było miejsce publiczne i całkiem prawdopodobne, że zaraz ktoś będzie tędy przechodził, a nie chciał ryzykować ujawnienia. DeCerto nadal go nie widziała, dlatego też skorzystał z okazji i omiótł jej postać wzrokiem. Czuł dziwne ukłucie w żołądku, kiedy patrzył na jej brązowe oczy i uśmiechnięte usta. W momencie przypomniał sobie, że na zaklęciach obdarzyła go beznamiętnym, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem.
Zignorował bolesny skurcz, zacisnął dłonie w pięści i pozwolił swojej magii wirować wokół niego. Z obrzydzeniem wrócił wspomnieniami do momentu, kiedy trzymał tę dziewczynę w ramionach, całował się z nią, a nawet kochał. Że też wcześniej się nie zorientował, że została skażona brudną, mugolską krwią.
Odwrócił się i zaczął odchodzić, ale zanim zrobił kilka kroków usłyszał oburzony głos Hermiony.
– Hej, to moje!
Zaciekawiony, automatycznie się zatrzymał i zerknął w stronę przejścia. Zamrugał, kiedy zobaczył, że stała w towarzystwie Notta, który trzymał w powietrzu książkę, którą wcześniej przeglądała. Najprawdopodobniej chłopak wyrwał jej tom siłą, bo była bardzo zdenerwowana. Uśmiechnął się złośliwie i postanowił obejrzeć sobie przedstawienie. Szczerze powiedziawszy, od jakiegoś czasu rozważał zaproszenie Notta do grona swoich rycerzy. Może jednak powinienem to zrobić, pomyślał.
– Oddawaj! – dodała surowym głosem.
Ślizgon prychnął.
– Nie widzę powodu, dla którego miałbym wyświadczyć ci przysługę. To byłoby marnotrawstwo szkolnej wiedzy, szlamo.
Hermiona rzuciła się do przodu, ale był szybszy i wyższy, przez co nie mogła jej dosięgnąć, nawet stając na palcach.
– Nie waż się mnie dotykać – warknął. – Nie powinnaś w pierwszej kolejności uczęszczać do Hogwartu. Zabierasz miejsce prawdziwym czarodziejom, mugolska dziwko!
– Och, proszę – prychnęła. – W twojej logice jest pewna dziura. Jeżeli to naprawdę miejsce dla „prawdziwych czarodziejów", to co tutaj robisz?
Tom był szczerze zaskoczony, gdy poczuł coś na kształt satysfakcji. Nott, ewidentnie zirytowany, od razu uniósł różdżkę. Riddle wciągnął ze świstem powietrze, owładnięty dziwacznym uczuciem. Nie potrafił go dobrze sklasyfikować, ale zdecydowanie nie podobało mu się, że współdomownik grozi Hermionie. Oczywiście, zareagowała natychmiast – uchyliła się i przyjęła postawę obronną. Wiedział, że jest silniejsza od przeciwnika, ale w tym momencie była pozbawiona różdżki. Gdy Nott postanowił przejść do działania, przeszła obok nich grupka głośno rozmawiających uczennic, przez co musiał przystopować i szybko opuścił rękę.
– Wstrętne paskudztwo! – syknął ze złością, po czym popchnął dziewczynę na stojący z tyłu regał. Gdy uderzyła plecami o półkę, na głowę spadł jej deszcz książek. Kiedy jedna zahaczyła o ramię, skrzywiła się z bólu, ale nie zająknęła. – Brudna szlama! – dodał i rzucił na podłogę tom, który wcześniej studiowała. Następnie odwrócił się na pięcie i odszedł w swoją stronę.
DeCerto wciąż stała w miejscu, gdzie została zaatakowana, z porozrzucanymi wokół książkami. Spuściła głowę, więc nie zobaczył wyrazu jej twarzy, ale w pewnym momencie zaczęła się trząść. Nie wybuchnęła płaczem, ale zaniosła się kaszlem. Tom zmarszczył brwi, znów uderzony bliżej niezidentyfikowanym uczuciem. Szybko się zrehabilitował i potrząsnął głową, wyrzuciwszy z głowy ten obraz. Gdy się uspokoiła, pozbierała leżące na ziemi książki i wszystkie odłożyła na właściwe miejsca. Mimowolnie zesztywniał, dojrzawszy, że zrobiła obojętną minę. Chwilę później odeszła w kierunku przeciwnym co Notta, czyli szła wprost na niego.
Zobaczyła go, dopiero kiedy znalazła się naprawdę blisko. Trochę się zachwiała, ale nic poza tym. Skrzyżowali ze sobą spojrzenia. Jeżeli Hermiona postanowi doń zagadać, nie będzie się hamował i po prostu rzuci weń zaklęciem. Postąpiła odwrotnie, bowiem przywdziała na twarz beznamiętną, pozbawioną jakichkolwiek emocji maskę i minęła go, jakby był powietrzem. Odwrócił głowę i przez moment obserwował, jak wychodzi z biblioteki, pocierając ramię w miejscu, gdzie oberwała spadającą książką. Zawrzała w nim wściekłość, gdy zdał sobie sprawę, że w głębi duszy pragnął, aby z nim porozmawiała.
To obrzydliwe.
Przekąsiwszy coś w kuchni, Hermiona zdecydowała się na spacer po zamku, bo nie chciała jeszcze wracać do pokoju wspólnego. Czuła się trochę niespokojna. Eliksir, którego istnienie odkryła, brzmiał naprawdę obiecująco. Oczywiście, zamierzała porozmawiać ze Slughornem, aby udostępnił jej swoje prywatne laboratorium. Musiała tylko wykombinować jakaś zmyślną historię dla swojego projektu, żeby uwierzył we wszystko, co powie.
Obecnie maszerowała sobie korytarzem niedaleko głównego wyjścia ze szkoły. Mijając okno, wyjrzała na zewnątrz. Słońce jasno świeciło, ale to nic dziwnego, zwłaszcza że był środek dnia, a pogoda się znacznie ociepliła. Czas szybko zleciał, pomyślała, oderwawszy wzrok od krajobrazu.
Z małym uśmiechem przypomniała sobie, w jaki sposób tutaj trafiła. Wylądowała na łące pośrodku niczego, podczas upadku złamała rękę i właściwie zupełnie nie wiedziała, co się wydarzyło. Od tamtego momentu minęło ponad sześć miesięcy, a ona wciąż posiadała zbyt mało przydatnych informacji, mimo że w międzyczasie wiele się podziało. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Zdecydowała, że najlepiej będzie nie zagłębiać się w te przykre wspomnienia.
Właśnie wtedy zauważyła trójkę przyjaciół i Stellę Lovegood kierujących się do wyjścia na dwór. Weasley i Longbottom trzymali w dłoniach miotły. Zawahała się, czy do nich dołączyć. Szczerze mówiąc, od wczoraj nie zamieniła z Markiem nawet jednego słowa i całkiem prawdopodobne, że nie pragnął teraz jej bliskiej obecności. Z trudem przełknęła ślinę. Wyglądał na szczęśliwego, żartując sobie z Richardem.
– Hej, Mionka! – Uśmiechnął się Weasley, gdy przyuważył, że się zbliża. – Co tam porabiasz?
– Cóż, chciałam się przejść.
– Może potowarzyszysz nam na boisku do quidditcha? – zapytał z nadzieją Lupin.
Hermiona nie miała zielonego pojęcia, jakim cudem chłopcy przekonali go, żeby również się przyłączył. To bardziej niż oczywiste, że Amarys nie przepadał za sportem rozgrywanym w powietrzu. Szybkie spojrzenie na podekscytowaną twarz Stelli podpowiedziało jej, że to może właśnie ona odpowiada za zaangażowanie przyjaciela. W normalnych okolicznościach rozważyłaby dołączenie do grupki, ale kiedy zerknęła na Longbottoma, zobaczyła, że patrzył nań bez swojego zwyczajowego uśmiechu. Jej serce ścisnęło się boleśnie. Najprawdopodobniej nie życzył sobie dodatkowego towarzystwa.
– Eee, ja…
– No weź, Mionka! – Weasley potrząsnął głową. – Myślę, że nie masz większego wyboru. Możesz nie wiedzieć, ale w składziku mamy sporo szkolnych mioteł, czekających na wypożyczenie.
Oczywiście, miała tego świadomość, ponieważ niedawno ukradła jedną, żeby uciec przed Tomem i śmierciożercami.
– Wybaczcie, nie przepadam za lataniem. Mam lęk wysokości – odpowiedziała po dłuższej chwili milczenia. – I nie czuję się dzisiaj najlepiej.
Nie musiałam nawet skłamać, pomyślała, wciąż obolała od wczorajszych tortur. Richard sprawiał wrażenie rozczarowanego, więc jeszcze raz spojrzała na Marka, który teraz zmarszczył brwi. Nerwowo przełknęła ślinę. Naprawdę nie chciał, żeby kręciła się w okolicy, prawda? Mimowolnie zacisnęła dłonie na pasku szkolnej torby.
– Bawcie się dobrze – powiedziała ściszonym głosem i odeszła od przyjaciół.
Zdążyła zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy została zatrzymana przez czyjeś ramię. Zatrzymała się i odwróciła głowę, napotkawszy uśmiechającego się doń Longbottoma. Zamrugała, szczerze zdezorientowana.
– Przegapisz, co najlepsze – stwierdził, więc uniosła w zdziwieniu brwi. Chłopak zachichotał. – Może popatrzysz na nasze wyczyny z trybun? Obiecuję, że po minucie oglądania katastrofalnych wygibasów Amarysa, zechcesz do nas dołączyć, żeby mu pokazać, jak należy poprawnie latać.
Lupin sprawiał wrażenie urażonego, ale ostatecznie, zamiast się wykłócać, tylko wzruszył ramionami.
– To całkiem możliwe – podsumował. – Założę się, że nie będziesz gorsza ode mnie.
Naturalnie, zawahała się, ale kiedy spojrzała w roześmiane oczy Marka, powoli się przełamała.
– Cóż, w porządku.
– Świetna decyzja – odpowiedział Longbottom.
Niedługo później, gdy stała na trybunach, doszła do wniosku, że przyjaciel miał rację. Nie wsiadła na miotłę, ale z przyjemnością obserwowała zabawę reszty. Lupin również nie kłamał, gdyż na własne oczy zobaczyła, że radzi sobie po prostu strasznie. W przeciwieństwie do chłopaka Stella wydawała się być w swoim żywiole i bez większego wysiłku robiła w powietrzu pętelki. Amarys z przerażeniem na twarzy patrzył na jej wyczyny. Nie mogąc się powstrzymać, Hermiona zachichotała.
– Jak tam? Jednak dobrze się bawisz?
Odwróciła głowę i zobaczyła Longbottoma, unoszącego się na miotle tuż obok balustrady, przy której stała i przyglądała się przedstawieniu.
– Yhym, jest lepiej, niż przypuszczałam. – Uśmiechnęła się nieśmiało.
– Może jednak powinnaś pożyczyć szkolną miotłę? – dodał.
Ich rozmowę przerwał donośny śmiech Weasleya. Hermiona wyciągnęła szyję i zamrugała ze zdziwienia, zobaczywszy, że trzonek miotły Lupina utknął w drewnianej boazerii trybun. Chłopak wisiał teraz dziesięć metrów nad ziemią, unieruchomiony na amen, i był po prostu przerażony. Podczas gdy Richard jedynie wył ze śmiechu, Stella przynajmniej próbowała mu pomóc, nie mogąc powstrzymać się od rozbawienia.
– Ten to nigdy się nie nauczy.
Ponownie spojrzała na Marka, który nadal się uśmiechał. Momentalnie poczuła się niepewnie. Czy to oznaczało, że nie miał nic przeciwko jej towarzystwu? Czy może wręcz przeciwnie, ale dla dobra przyjaciół znosił jej obecność?
– Coś się stało, Hermiono? – Najwyraźniej zauważył, że czuła się niezręcznie. – Po wczorajszym byłem przekonany, że to ja będę zachowywał się dziwacznie. – Mrugnął doń. – Nie masz powodów do zawstydzenia.
– To nie tak. – Zarumieniła się pod wpływem wyznania. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się równie bezpośredniego nawiązani do pocałunku na korytarzu. – Myślałam, że, no wiesz… będziesz wolał zachować dystans.
Zamrugał, raczej zdziwiony.
– Mówiłem ci już, że nie jestem rozgniewany. – Natychmiast spoważniał. – I z pewnością nie chcę, żebyś jąkała się w moim towarzystwie. Wszystko jest w porządku, naprawdę.
To sprawiło, że znacznie się uspokoiła.
– Okej – odparła z uśmiechem.
Longbottom skinął głową, usatysfakcjonowany przebiegiem rozmowy. Chciał powiedzieć coś więcej, ale nie miał okazji, bowiem im przerwano.
– Hej, Mark! – Weasley podniósł głos, chcąc być słyszalnym z większej odległości. – Nie siedź bezczynnie i skończ wreszcie pogaduszki. Mamy tutaj sytuację kryzysową!
Hermiona się skrzywiła, gdy zobaczyła, że Lupin wciąż się nie uwolnił. Stella spróbowała teraz pomóc mu od drugiej strony i z zaciętym wyrazem twarzy szarpała ogon miotły, ale nadaremnie. Amarys zacisnął dłonie na trzonku i powoli robił się zielonkawy. Jego sytuacji nie pomagał fakt, iż gapił się z przerażeniem na boisko pod sobą.
Longbottom zachichotał.
– Jak się przekonasz, zaraz będę prawdziwym bohaterem. Nie poradzą sobie bez mojej pomocy.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnęła. Blondyn odwzajemnił gest, a następnie podleciał do przyjaciół.
Jakiś czas później Hermiona pomachała wszystkim i skierowała się do zamku. Jej zdecydowanie wystarczyło wrażeń, zaś pozostali chcieli jeszcze trochę polatać, aczkolwiek Lupin nie wyglądał na zachwyconego perspektywą dalszych manewrów. Wystarczyło jednak, aby Stella wkroczyła do akcji i chłopak był gotów się poświęcić dla dobra sprawy. Biedaczek, podsumowała, idąc do szkoły.
O dziwo, była w naprawdę dobrym nastroju. Najpierw natknęła się na eliksir, który najprawdopodobniej rozjaśni trochę sytuację z utratą magii, a potem zdołała na spokojnie porozmawiać z Longbottomem i wyjaśnić niezręczne nieporozumienie. Wszystko wydawało się być w porządku. Może i nadal był rozczarowany odrzuceniem zalotów, ale przynajmniej nie chciał zrywać przyjaźni.
Mimowolnie się uśmiechnęła i pomyślała, że ładna dziś pogoda. Dając się ponieść euforii, postanowiła jeszcze trochę pospacerować, dlatego też zbliżyła się do skraju Zakazanego Lasu. Potem planowała odbić w lewo do zamku.
Gdy szła sobie ścieżką, zauważyła kilkoro uczniów ukrytych w cieniu pobliskich drzew. Skrzywiła się, rozpoznawszy Toma razem z grupką ślizgonów. W gruncie rzeczy nie powinna być zaskoczona tym nieprzyjemnym spotkaniem. Westchnęła pod nosem, kiedy Riddle, najprawdopodobniej zauważając jej obecność, niedbałym ruchem ręki odpędził od siebie podwładnych, którzy byli bardziej niż chętni do spełnienia polecenia. To niewiarygodne, jak śmierciożercy są mu posłuszni. Oczywiście, to nijak poprawiło sytuację, bowiem teraz Tom zyskał pełne pole do popisu. Nie, żeby chciała się tym przejmować. Niezrażona, z pozornym spokojem kontynuowała drogę do zamku. Niestety, zasadniczym problemem był fakt, iż musiała go minąć. Naturalnie, patrzył nań wyzywająco, ale postanowiła nie reagować na zaczepkę. Kiedy była wystarczająco blisko, rzuciła mu niechętne spojrzenie i zauważyła, że był podejrzliwy.
– No witaj – zagaiła z obojętnością.
Nie zaszkodzi być uprzejmym, parsknęła w myślach i odnotowała, że momentalnie spochmurniał. Najwyraźniej nie spodobało mu się, że został zaczepiony przez mugolaczkę. Przewróciła oczami, ale się nie zatrzymała. Nie minęło jednak wiele czasu, zanim została dogoniona. W duchu pożałowała, że zdecydowała się skorzystać z pięknej pogody i wybrała się na spacer, bo teraz musiała znosić niechciane towarzystwo. Oczywiście, nie utrzymał długo języka za zębami.
– Dlaczego próbujesz zebrać wszystkie Insygnia Śmierci? – zapytał z chłodem w głosie.
Uniosła brwi.
– Co się stało ze słynną ślizgońską przebiegłością? – spytała z pogardą.
Rzucił jej nieprzyjemne spojrzenie, a następnie przystąpił do ataku. Zanim się zorientowała, została złapana za ramię, a przez to zmuszona do gwałtownego zatrzymania się w miejscu. Natychmiast spróbowała wyszarpnąć rękę, ale nadaremnie, bo był silniejszy. Kiedy zaczęła z nim walczyć, wzmocnił uścisk, skorzystawszy z nadarzającej się okazji. Po nieudanym przesłuchaniu na Wieży Astronomicznej spodziewała się kolejnego w najbliższym czasie.
– Jakim cudem skoczyłaś w przeszłość?
Hermiona znów uniosła brwi, ale nie mogła powiedzieć, że była zaskoczona tym agresywnym zachowaniem.
– Naprawdę myślisz, że tak po prostu ci powiem? – zapytała z opanowaniem.
– Czyli przyznajesz, że urodziłaś się w przyszłości – podsumował z niebezpiecznym błyskiem w oku.
– Owszem. – Nie było sensu ukrywać prawdy, której był w stu procentach pewien.
Gdy udzieliła odpowiedzi, Tom jeszcze bardziej wzmocnił swój uścisk, przez co miała wrażenie, że jej ramię utknęło w imadle, niemożliwe do uwolnienia.
– Czy użyłaś Insygniów, żeby się cofnąć w czasie? To dlatego ich poszukujesz? – kontynuował z zaciekłą złośliwością. – Co próbujesz tutaj zrobić? – Kiedy milczała, trochę nią potrząsnął. Jęknęła i poczuła ponowną potrzebę zakaszlenia, którą zwalczyła. – Gdzie ukryłaś pelerynę? – dodał.
Hermiona zapatrzyła się w te czerwone oczy, patrzące nań z nieskrywaną nienawiścią. Wydawał się tracić cierpliwość, bo mogła wyczuć w powietrzu iskierki czarnej magii. Mimo to nie czuła się zagrożona. Nie miała ochoty krzyknąć i uciec z podkulonym ogonem. Oczywiście, wciąż musiała się mierzyć z czymś niebezpiecznym, do czego trzeba podchodzić z największą ostrożnością, aczkolwiek wyzbyła się strachu. Gdy nic nie odpowiedziała, Tom znów nią potrząsnął.
– Gdzie to ukryłaś? – syknął.
– Kiedy zaatakowałeś mnie na Wieży Astronomicznej, nie zdradziłam ci żadnej tajemnicy. Czemu uważasz, że teraz wszystko wyśpiewam?
– To, czego wówczas doświadczyłaś, było zaledwie przebłyskiem tego, co naprawdę mogę ci zrobić – stwierdził, niczego nie ukrywając. – Jeżeli nie udzielisz mi satysfakcjonujących odpowiedzi, gorzko pożałujesz, że w ogóle pomyślałaś o buncie.
Zerknęła nań z chłodem w oczach.
– Uwierz, że nie wyrządzisz mi większej krzywdy, niż inni, którzy próbowali przed tobą.
To zdanie tylko go rozwścieczyło. Gdyby mógł zabijać samym spojrzeniem, padłaby trupem. Obserwowała, jak sięga ręką do kieszeni szaty, żeby najprawdopodobniej wyciągnąć różdżkę i cisnąć weń przekleństwem. Dlaczego po prostu nie mógł się trzymać z daleka?
– W porządku. – Westchnęła, postanowiwszy pójść na ugodę. – Nie chciałam tego robić, ale nie pozostawiasz mi wyboru. – Prawie się uśmiechnęła, zobaczywszy w karmazynowych oczach przebłysk triumfu. Jeżeli naprawdę myślał, że wszystko mu powie, to zaraz się rozczaruje. Zmrużyła wyzywająco oczu, a potem złapała go za srebrno-zielony krawat, przez co musiał się trochę pochylić. – Słuchaj, Voldemorcie – zaczęła, wypluwszy to imię niczym obelgę. – Może już zapomniałeś, ale niedawno uratowałam twój żałosny tyłek.
Tom zacisnął zęby i spojrzał nań wściekle.
– Słucham? – warknął.
Z ledwością się kontrolował, ale miała to głęboko gdzieś.
– Cóż, Dumbledore się dowiedział, że podczas przerwy świątecznej opuściłeś sierociniec i zamierzał cię wydalić ze szkoły. Naprawdę nie wiem, co mną wówczas kierowało, że przekonałam go, aby dał ci drugą szansę. – Mocniej zacisnęła dłoń na ślizgońskim krawacie, a potem nim szarpnęła, przez co chłopak pochylił się doń jeszcze bardziej. – Jeżeli nie zostawisz mnie w spokoju, osobiście dopilnuję, żeby Dumbledore spełnił swą groźbę – dodała śmiertelnie chłodnym tonem.
Tom natychmiast puścił jej ramię i wciągnął ze świstem powietrze. Ewidentnie poddał się gniewowi.
– Nie możesz tego zrobić! – syknął, chociaż w jego głosie słychać było nutę wątpliwości.
– Zapewniam, że mogę – odparła ze spokojem, a następnie go puściła i odsunęła się o krok.
– Nie masz najmniejszego prawa mi grozić. Jeżeli polecisz na skargę do Dumbledore'a, a wcześniej nie wyjawisz mi tajemnic związanych z podróżą w czasie, obiecuję, że cię przeklnę, Hermiono – stwierdził ze złowrogo błyszczącymi oczami. – I nie będę równie pobłażliwy, co na Wieży Astronomicznej.
W żołądku dziewczyny zacisnął się nerwowy supeł. Aż za dobrze wiedziała, do czego tak naprawdę jest zdolny Voldemort, niemniej jednak nie mogła pozwolić mu zdominować tej rozmowy.
– Wręcz przeciwnie, mój drogi. Los bywa przewrotny, bowiem jestem twoją ostatnią deską ratunku. – Uniosła hardo głowę, patrząc nań z wyższością i niezachwianą pewnością siebie. – Jeżeli mnie skrzywdzisz, od razu pomaszeruję do Dumbledore'a. Jeśli spróbujesz się mnie pozbyć, zostaniesz natychmiast obarczony odpowiedzialnością i wydalony ze szkoły. To samo cię czeka, jeżeli wreszcie nie dasz mi spokoju z Insygniami Śmierci. – Zamilkła na moment, rozkoszując się jego niedowierzającym wyrazem twarzy. Z pewnością nie spodziewał się, że znajdzie się w garści mugolaczki. – Cóż, myślę, że mnie zrozumiałeś. – Uśmiechnęła się kpiąco.
Tom nadal się gapił, powoli tracąc nad sobą panowanie. Z niemałą satysfakcją odnotowała też, że powstrzymał się przed wyciągnięciem różdżki. Czyżby się obawiał?
– Jak widzisz, nie masz za wiele możliwości, Voldemorcie. Lepiej trzymaj się ode mnie z daleka. To, czym się zajmuję, nie powinno cię w pierwszej kolejności interesować – kontynuowała, zupełnie zignorowawszy morderczy błysk w karmazynowych oczach. – Nie mogę tylko pojąć, dlaczego tak wielką wagę przykładasz do moich działań, skoro jestem zaledwie „brudną szlamą".
Ewidentnie był zaskoczony. Nie spodziewał się, że tak otwarcie mu się postawi, prawda?
– Właśnie dlatego nie zasługujesz na choćby dotykanie Insygniów – odpowiedział, głęboko przekonany o słuszności swojej racji. – Plugawisz magiczne artefakty swoim szlamem.
– Och, oczywiście. Czyli lepiej, aby znalazły się w twoich rękach, panie jakże czystokrwisty? – zadrwiła i z zadowoleniem odnotowała, że zacisnął dłonie w pięści, usłyszawszy przytyk do swojego statusu społecznego. – Nie wszyscy mamy problemy z ojcami, Voldemorcie. Czemu nie rozwiążesz własnego, a potem zostawisz mnie w spokoju?
– Nie myśl, że ujdzie ci to na sucho, szlamo! – wywarczał przez zęby, szczerze rozwścieczony.
Hermiona zignorowała tę groźbę.
– To, że wedle własnego widzimisię próbujesz dzielić ludzi na godnych i niegodnych jest po prostu… – tutaj zrobiła krótką przerwę i pozwoliła swojemu spojrzeniu błądzić po przystojnym obliczu. Kiedy skrzyżowała z nim wzrok, uśmiechnęła się okrutnie i dodała: – …żałosne.
Tom się wykrzywił z gniewu, a następnie, najprawdopodobniej w przypływie emocji, uniósł do góry rękę z zamiarem wymierzenia jej bolesnego policzka. Przygotowana na taką ewentualność, Hermiona zablokowała nadchodzący cios, po czym z rozmachem go odepchnęła. Nie porzuciła swojej maski beznamiętności, tylko nań patrzyła, chłodna i zdystansowana. Całkowicie zignorowała fakt, że przed momentem próbował ją uderzyć. Szczerze mówiąc, trochę się spodziewała takiej reakcji.
– Cóż, wracam do zamku – stwierdziła bez emocji. – Proponuję, żebyś wziął sobie moje słowa do serca i przestrzegał zasad. Nie znasz mnie od tej strony, ale wiedz, że również potrafię zachować zimną krew i, jeżeli trzeba, nie jestem pobłażliwa – dodała i bez mrugnięcia okiem się odwróciła. Chwilę później wznowiła drogę do szkoły.
Tom patrzył za oddalającą się Hermioną, wściekły jak nigdy wcześniej. Ledwo mógł powstrzymywać swą magię przed rzuceniem się na dziewczynę. Powinien wyciągnąć różdżkę i rzucić weń zaklęciem, ale zamiast tego, po prostu stał i się gapił, zaciskając dłonie w pięści.
Jeżeli nie zostawisz mnie w spokoju, osobiście dopilnuję, żeby Dumbledore spełnił swą groźbę, śmiała powiedzieć. Jakim prawem go szantażowała? Czy naprawdę myślała, że może wydawać mu polecenia? Sama ta myśl wystarczyła, żeby zadrżał ze wściekłości. Mimo gniewu dostrzegł coś jeszcze, ukryte głęboko w środku, ale wciąż obecne. To było dziwne uczucie. Gdy przywołał w głowie obraz jej beznamiętnej twarzy, coś ścisnęło go za serce.
Czy rzeczywiście pomaszerowałaby do Dumbledore'a i przyłożyłaby rękę do odesłania go do sierocińca? Pomyślawszy o podobnej możliwości, po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz. DeCerto dobrze wiedziała, w jaki sposób był tam traktowany. Czy naprawdę stałaby z boku i patrzyłaby, jak jest zmuszany do powrotu do mugolskiego świata? Zrobiło mu się dobrze, gdy wrócił wspomnieniami do ostatniego razu, kiedy był w domu dziecka. Z trudem przełknął ślinę. Carter go wtedy dotkliwie pobił, a on, znów, był zbyt słaby, żeby mu się przeciwstawić.
Hermiona zdołała, stwierdził z niechęcią i uspokoił swoją magię. W żołądku ponownie poczuł ten dziwaczny supeł. Z najprawdziwszym kłębowiskiem sprzecznych myśli przez moment po prostu patrzył, jak dziewczyna znika za zakrętem. Chciał się pozbyć tego niecodziennego uczucia. Szczerze mówiąc, nawet nie wiedział, dlaczego nawiązał rozmowę. To bardziej niż oczywiste, że byłaby zadowolona z jego ignorancji, a dodatkowo miał świadomość, iż niczego z niej tak łatwo nie wyciągnie. Mimo to, gdy zobaczył, że nadchodzi z naprzeciwka, czuł potrzebę nawiązania kontaktu. Nie potrafił pojąć, dlaczego obojętność, którą emanowała, działała nań niczym płachta na byka. Naturalnie, również nie pragnął znaleźć się w centrum jej uwagi. To coś dręczyło go od momentu, w którym podpatrzył, jak całuje się z Longbottomem. Właśnie wtedy zrozumiał, że na zawsze go odpuściła. Mimo że wcześniej nie zamierzał jej odzyskiwać, wiedział, że na niego czekała. Co za głupota. Jakby nie patrzeć, była przeklętą szlamą.
Paradoksalnie, myśl, że wciąż miała nadzieję, była uspokajająco. Teraz jednak w brązowych oczach widział tylko i wyłącznie chłodną obojętność.
Szybko oderwał wzrok od zakrętu, za którym zniknęła Hermiona i spojrzał na niebo. Słońce jasno świeciło, a ptaki wesoło świergotały. Chociaż dzień wydawał się przyjemny, ostro kontrastował z nastrojem Toma. Właściwie to nie potrafił stwierdzić, dlaczego jest taki przygnębiony. Gdy sterczał na skraju Zakazanego Lasu, pozwolił, aby wróciły do niego słowa Slughorna.
Nie będzie czekać na ciebie, aż wreszcie zmienisz zdanie.
Cóż, po dzisiejszej groźbie z pewnością przestała nań czekać. Kazała mu zostawić się w spokoju i nie zawracać sobie głowy. To niewiarygodne, ale chociaż właśnie tego pragnął, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie potrafił się od niej całkowicie odciąć. Wrócił wspomnieniami do tortur na Wieży Astronomicznej i przekleństw, którymi ją obrzucił. Wiedział, że została skrzywdzona. Czemu nie miałaby spełnić swoich pogróżek? Straciła przecież wszystkie powody, dla których wcześniej go chroniła. Co gorsza, nigdy nie dowiedział się, co takiego powiedziała Dumbledore'owi, że zdecydował się zostawić go w szkole. To całkiem prawdopodobne, że zdołałaby cofnąć swe słowa.
Hermiona mruczała pod nosem przekleństwa, gniewnie tuptając do gabinetu dyrektora. Gdy dotarła do kamiennych gargulców, zmrużyła wściekle oczy.
– Hibiskus – wysyczała hasło, które poznała, przeczytawszy list.
Strażnicy natychmiast usunęli się z drogi, odsłaniając jej przejście. Z niechęcią wspięła się po schodach, a następnie z mocą zapukała do drzwi. Wrota samoczynnie się uchyliły, jakby w zaproszeniu do środka, z czego skorzystała. Przystanąwszy w miejscu, omiotła spojrzeniem gabinet dyrektora, równie irytująco uporządkowany, co zawsze. Zerknęła na dwie osoby, które ewidentnie na nią czekały. Dippet, tradycyjnie, siedział za potężnym biurkiem i sprawiał wrażenie szalenie ważnego, zaś Legifer, przybrawszy paskudny wyraz twarzy, mierzyła ją zdegustowanym spojrzeniem.
– Panno… – zaczął dyrektor, ale urwał, żeby zerknąć na pergamin, który leżał na blacie. – Panno DeCerto.
Cudownie, podsumowała. Wciąż nie wie, jak się nazywam.
– Owszem, proszę pana – odpowiedziała grzecznie, chociaż było to nie lada wyzwanie.
– Profesor Legifer poinformowała mnie o zaistniałym kłopocie – dodał, pochyliwszy głowę w kierunku skwaśniałej kobiety.
– Rozumiem.
– Jestem przekonany, że ma pani świadomość, iż zaklęcia i uroki domowe są przedmiotem obowiązkowym dla każdej uczennicy.
– Wiem o tym, dyrektorze. Bardzo przepraszam, że nagle opuściłam zajęcia. Nie chciałam sprawiać wrażenia niegrzecznej, niemniej jednak czułam się niezdolna do dalszego uczestniczenia w lekcji – urwała na moment, żeby spojrzeć na nauczycielkę, która wydawała się rozzłoszczona jej tłumaczeniem. Chwilę później skupiła się z powrotem na Dippecie. – Nie chcę sprawiać żadnych problemów, ale mam nadzieję, że wspólnie znajdziemy rozwiązanie tego kłopotu. Zamierzam zrezygnować z uczestnictwa w tym przedmiocie.
Dyrektor spojrzał nań przenikliwie. Co interesujące, pod wpływem surowości, która zagościła na jego twarzy, miała ochotę zacząć się wiercić na krześle.
– Dlaczego odmawia pani współpracy? – zapytał ze słyszalnym w głosie zniecierpliwieniem. Najprawdopodobniej wcześniej próbował zrzucić ten przykry obowiązek na opiekuna Gryffindoru, ale nauczycielka wymagała uwagi bezpośredniego przełożonego. Najwyraźniej nijak mógł się wymigać. – Gdzie właściwie leży problem? – dodał, zaabsorbowany samym sobą.
Hermiona zacisnęła usta. Z początku chciała wprost powiedzieć, że Legifer jest beznadziejnym pedagogiem, nienadającym się do uczenia młodych pokoleń, ale potem doszła do wniosku, że lepiej wyjdzie, jeżeli wybierze bardziej cywilizowane podejście do sprawy. Gdyby poszła za głosem serca, zapewne nic by nie ugrała.
– W Hogwarcie nie ma innych obowiązkowych zajęć. W przypadku każdego innego przedmiotu można wybrać, który chce się go kontynuować aż do owutemów. – Zerknęła na profesorkę, która rzucała jej mroczne spojrzenie. Nie mogąc się powstrzymać, uniosła kpiąco kąciki ust. – Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym rezygnować z przedmiotów, na których naprawdę mi zależy, tylko i wyłącznie po to, aby chodzić na lekcje, które uważam za mniej istotne. Nigdy nie byłam zainteresowana uczestnictwem w zaklęciach i urokach domowych.
Dippet wyglądał na zniecierpliwionego. Bębnił palcem wskazującym w wypolerowaną powierzchnię biurka, najprawdopodobniej chcąc jak najszybciej zakończyć tę konwersację i wrócić do sterty papierów, ułożonych w stosik na blacie. Zachowuje się, jakby zajmowanie się uczniami wykraczało poza jego kompetencje, podsumowała sardonicznie. Zanim dyrektor zdążył zabrać głos, Legifer wkroczyła do akcji.
– To niedorzeczne! – powiedziała z oburzeniem. – Pannie DeCerto brakuje talentu i pokory dla nauczanego przeze mnie przedmiotu. Zezwolenie jej na rezygnację byłoby bardzo nieodpowiednie. – Tutaj rzuciła uczennicy nieprzyjemne spojrzenie. – Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie spotkałam dziewczyny, która byłaby równie nieudolna w wykonywaniu nawet najprostszych czynności.
Hermiona się skrzywiła, a chwilę później przybrała niewinny wyraz twarzy.
– W takim razie, dlaczego pani nalega, abym dalej uczestniczyła w zajęciach? – zapytała z lekką, dobrze ukrytą kpiną.
Nauczycielka zmarszczyła brwi.
– Źle pani patrzy na sedno problemu. Tu chodzi o potrzeby edukacyjne młodych, niedługo wkraczających w dorosłe życie kobiet.
– Myślę, że jestem wystarczająco dorosła, aby samodzielnie decydować o tym, co ważne, a co nieistotne dla mojej edukacji.
– Cóż, pani występy na moich zajęciach jasno udowadniają, że potrzebuje wszelkiej możliwej pomocy. Osobiście uważam, że jest pani nawet trochę niedojrzała, jak na swój wiek – argumentowała profesorka.
Hermiona kilkukrotnie zamrugała, próbując zapanować nad swoim ognistym temperamentem. Zabrała głos, dopiero kiedy odzyskała przynajmniej częściowe panowanie nad sobą.
– Nie wiem, czy zdaje sobie pani sprawę, ale zdolności uczniów są bezpośrednim odzwierciedleniem pedagogicznego talentu nauczyciela.
Z satysfakcją obserwowała, jak Legifer purpurowieje ze złości, mruży oczy w wąskie szparki i otwiera usta, żeby, bez wątpienia, powiedzieć coś kąśliwego i obraźliwego. Konfrontacja została jednak przerwana przez znaczące chrząknięcie, dobiegające gdzieś z boku. Obie kobiety przerwały kontakt wzrokowy i spojrzały na dyrektora, teraz trzymającego w rękach stos dokumentów. Stukał nimi o biurko, aby wyrównać krawędzie. Chwilę później, wyraźnie usatysfakcjonowany, położył je na blacie. Sprawiał wrażenie zniecierpliwionego. Wyglądał, jakby desperacko próbował znaleźć rozwiązanie kłopotu, który wyraźnie był mu nie na rękę.
Dippet pochylił się do przodu.
– Zawsze powtarzam, że szczera rozmowa jest pierwszym krokiem do rozwiązania problemu.
Hermiona spojrzała nań z pogardą, święcie przekonana, że nigdy wcześniej nie powiedział czegoś podobnego, gdyż był zbyt zafascynowany barwą swojego głosu, aby słuchać innych i wykombinować coś mądrego, ale przemilczała ten fakt.
– Wygląda na to, że jesteście panie bardziej niż chętne do uczynienia pierwszego kroku – kontynuował, nie czekając na żadną odpowiedź. – Wszystko, czego potrzebujecie to trochę czasu na znalezienie rozwiązania akceptowalnego dla obu stron konfliktu. Oczywiście, musicie to przedyskutować. Gorąco zachęcam do nawiązania porozumienia, najlepiej na osobności, a nie w gabinecie dyrektora szkoły – powiedział, patrząc wymownie na stos czekających nań dokumentów. – Skoro omówiliśmy wszystkie kwestie, jestem pewien, że jeden problem został rozwiązany.
DeCerto przewróciła oczami, zaś gniewny błysk zobaczy w oczach Legifer podpowiedział jej, że zgadzają się w przynajmniej jednej kwestii. Dippet najprawdopodobniej właśnie umył ręce, wymawiając się innymi, znacznie ważniejszymi obowiązkami. Zdeterminowany, żeby odzyskać spokój, wstał od biurka i odprowadził je do drzwi.
– Cieszę się, że mogłem pomóc – powiedział na odchodne i zatrzasnął im wrota przed oczami.
Hermiona przez chwilę po prostu wpatrywała się w zamknięte drzwi, a potem wzruszyła ramionami, mimowolnie się zastanawiając, jakim cudem ten mężczyzna zdobył posadę dyrektora Hogwartu. Ostatecznie ruszyła schodami w dół, a następnie minęła kamienne gargulce i znalazła się na korytarzu. Cały czas była świadoma mrocznego spojrzenia, którym była obdarzana przez idącą za nią Legifer.
– Oczekuję, że zobaczymy się na następnych zajęciach, panno DeCerto – warknęła w pewnym momencie nauczycielka.
– Nie sądzę, pani profesor. – Wymusiła na twarzy uprzejmy uśmiech, a Legifer wydawała się nie wiedzieć, co odpowiedzieć; wściekłość uniemożliwiła jej ciętą ripostę. – Dobranoc – rzuciła na odchodne, stłumiwszy uśmieszek, a potem odwróciła się na pięcie i odeszła w swoją stronę.
– To jeszcze nie koniec, panno DeCerto. – Usłyszała, zanim zrobiła kilka kroków.
Oczywiście, nie zareagowała i ze spokojem kontynuowała marsz. Uznała temat za zakończony i miała gdzieś, co sobie myśli nauczycielka. Z pewnością nigdy więcej nie przestąpi progu tej głupiej klasy. Uroki i zaklęcia domowe były nawet gorsze od wróżbiarstwa i szaleńczego bełkotu Sybilli Trelawney.
Tom szedł szybkim krokiem do pokoju wspólnego Slytherinu. Skończywszy spotkanie ze swoimi rycerzami, postanowił trochę posiedzieć w bibliotece. Wciąż musiał przecież napisać wypracowanie dla profesora Nota. Niestety, nie udało mu się go wcześniej skończyć, mimo że nie był szczególnie trudny. Zgrzytnął zębami ze złości, wspominając bezowocne godziny spędzone nad książkami. Była prawie dziewiąta, a esej liczył sobie zaledwie połowę pożądanych stron. To niecodzienne, ale zupełnie nie mógł się skoncentrować na zadaniu, gdyż wciąż był podenerwowany.
Proponuję, żebyś wziął sobie moje słowa do serca i przestrzegał zasad. Nie znasz mnie od tej strony, ale wiedz, że również potrafię zachować zimną krew i, jeżeli trzeba, nie jestem pobłażliwa.
Drwiące słowa Hermiony wracały do niego co minutę i właśnie dlatego nadal się gniewał. Jak śmiała mu grozić? To, co mu popołudniem powiedziała, brzmiało, jakby specjalnie szukał wymówki, żeby zamienić z nią kilka słów. Jedynym powodem, dla którego chciał być blisko niej, było to, że miała sekrety, które pragnął rozszyfrować. Zdecydowanie chciał nabyć wiedzę o przyszłości i może o Insygniach Śmierci – nic dodać, nic ująć.
Gniewnie pędził korytarzem w kierunku schodów z przeświadczeniem, że musiał w jakiś sposób wyładować swoją złość. To irracjonalne, że był równie zdenerwowany z powodu podrzędnej szlamy. Fakt, iż nie okazywała mu należnego szacunku, również go drażnił. Był dziedzicem Salazara Slytherina, więc dlaczego rościła sobie prawo do szantażu?
Wreszcie dotarł do schodów, całkowicie opustoszałych, podobnie jak reszta zamku. Większość uczniów najprawdopodobniej siedziała już w pokojach wspólnych. Ostatnie promienie zachodzącego słońca ze smutkiem oświetlały korytarz przez olbrzymie, usytuowane po bokach okna. Wszystko inne było pogrążone w półmroku. Gdy prawie zbiegł na dół, schody postanowiły zrobić mu psikusa i się przemieściły. Kiedy przystanął na nieruchomej powierzchni, zorientował się, że ostatecznie wylądował piętro niżej, niż zamierzał.
Odwrócił się z cichym westchnieniem, a potem zastygł w bezruchu, zobaczywszy wspinającą się po schodach dziewczynę, którą pragnął zgnieść niczym bezwartościowego robaka. Zmrużył gniewnie oczy i po prostu patrzył, jak jej kaskada lwich włosów podskakuje przy każdym kroku. Jeszcze go nie dostrzegła, a już sprawiała wrażenie niezadowolonej. Stało się to, dopiero kiedy dotarła na piętro, na którym się zatrzymał. Wówczas zdała sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazła. Zamrugała, szczerze zaskoczona. Tom zacisnął dłonie w pięści, bo właśnie pogorszył mu się i tak podły nastrój. Chwilę później zamaskowała zaskoczenie, przywdziawszy na twarz beznamiętną maskę. Przystanęła na moment, poprawiła przewieszoną przez ramię torbę i omiotła go pustym spojrzeniem. Nijak się zdradziła, że go rozpoznała. Nonszalancja, którą emanowała, wystarczyła, żeby zagotowała się w nim krew.
Wznowiła kroku, zupełnie jakby się nie spotkali. Najprawdopodobniej zmierzała do Wieży Gryffindoru. Gdy go mijała, poczuł charakterystyczny zapach bzu, przez który przeszedł mu po kręgosłupie przyjemny dreszcz. Ta wymuszona i niechciana reakcja zdradzieckiego ciała sprawiła, że nie wytrzymał i, mając dość jej zobojętniałej maski, warknął pod nosem i się doń odwrócił. W kluczowym momencie złapał dziewczynę za nadgarstek i obrócił wokół własnej osi. Sapnęła z zaskoczenia, gdy chwycił ją za ramiona i przyszpilił do ściany. Jego gniew sięgnął zenitu i przestał zwracać uwagę na szczegóły, czy przypadkiem nie robi jej krzywdy. Co gorsza, wciąż patrzyła na niego z tym irytującym zblazowaniem, zupełnie niewzruszona agresywną postawą i atakiem. Nie dostrzegł w brązowych oczach nawet śladu strachu, którego skrycie oczekiwał.
– Czego chcesz tym razem, Voldemorcie? – zapytała spokojnym, niemal zniecierpliwionym głosem.
Fakt, iż specjalnie użyła miana, które sobie upodobał, tylko dodatkowo go rozsierdził. Wzmocnił uścisk ze świadomością, że najprawdopodobniej właśnie narobił jej siniaków, ale nawet nie stęknęła.
– Nie możesz wiecznie przede mną uciekać – syknął. Zmarszczył brwi, dostrzegłszy na jej twarzy dziwny grymas, który prawie natychmiast wyparował, zastąpiony obojętnością.
– Wiem – odpowiedziała łagodnie, aczkolwiek wciąż ze stalową nutą. – Skończyłam z uciekaniem.
– Czemu cofnęłaś się w czasie? – zapytał.
Oczywiście, nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę po prostu na niego patrzyła, trochę przenikliwie. Mimowolnie zadrżał, chociaż nie wiedział dlaczego. Gdy się pozbierał, wreszcie zabrała głos.
– Może zechcesz jeszcze raz rozważyć to pytanie – stwierdziła, po czym położyła mu dłoń na ręce, którą przytrzymywał ją w miejscu. – Myślę też, że powinieneś się ode mnie odsunąć.
Tom zmrużył oczy i poddał się wściekłości. Brutalnie pchnął dziewczynę na ścianę, a następnie się doń pochylił, żeby sięgnąć ucha.
– Czemu miałbym to zrobić?
Hermiona położyła mu dłoń na piersi.
– Popołudniem wyliczyłam ci wszystkie powody, dla których powinieneś zachować dystans, Voldemorcie – oświadczyła ze spokojem.
Zdał sobie sprawę, że nawet jego bliskość, co do tej pory zawsze działało, nie zdołała wyprowadzić jej z równowagi. Zacisnął z irytacji zęby, a potem się odsunął, nie spuściwszy z niej spojrzenia nawet na sekundę. Gdy się zorientował, że nadal jest opanowana, stracił samokontrolę. Jakim cudem się nie zdenerwowała? Czy naprawdę przestało jej zależeć?
– Nie waż się mi grozić – powiedział z chłodem w głosie.
– To żadna groźba, po prostu reaguję na twoje zachowanie – odparła.
Tom nie był w stanie w pełni kontrolować swej magii, której cząstki unosiły się w powietrzu. Hermiona, wyczuwając zmianę, tylko uniosła brwi. To, że wciąż była niewzruszona, dodatkowo go rozsierdziło. Wiedział, że zdystansowanie i obojętność, które mu okazywała, nie są udawaną fasadą i dopiero wtedy zrozumiał, że wcale nie chce być ignorowany. Czemu nagle przestała wykazywać nim zainteresowanie? Czy to przez Longbottoma?
W momencie przywołał w głowie obraz, kiedy nakrył ich na całowaniu. Zacisnął dłonie w pięści, ale nijak mógł się uspokoić i go odegnać.
Nie powinna była przekraczać granicy!
Gdy znów puściły mu nerwy, jasnoszare oczy rozbłysły czerwienią. Spojrzał wściekle na obojętną Hermionę i, nie mówiąc więcej, zrobił krok naprzód i ponownie złapał ją za ramiona. Pochylił się i wpił się w te zachęcające, różowe usta. Gdy została gniewnie pocałowana, automatycznie się spięła. To mu nie wystarczyło. Zsunął dłonie z jej ramion na biodra i jeszcze mocniej przycisnął ją do ściany. Nie odpowiedziała na pieszczotę, ale też nie próbowała mu się wyrwać. Szczerze mówiąc, w tej chwili miał to gdzieś – potrzebował więcej, znacznie więcej. Był rozkojarzony smakiem ust, od których nie mógł się oderwać.
Kiedy przesunął językiem po jej górnej wardze, nakazując pogłębienie pocałunku, poczuł drobne dłonie na klatce piersiowej, które go zdecydowanie odpychają. Niechętnie zakończył pieszczotę i rzeczywiście się odsunął. Magia wciąż wściekle wokół niego wirowała. Zmrużył oczy i spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę. Wreszcie porzuciła swoje zobojętnienie, niestety, tylko na rzecz zaciekawienia. Uniosła dłoń do ust i przejechała palcem po górnej wardze. Zmarszczyła w dekoncentracji brwi i skrzyżowała z nim spojrzenie. Tom poczuł coś nieprzyjemnego ściskającego go za serce, bowiem spodziewał się czegoś więcej, aniżeli lekkiego zainteresowania.
– Całowałaś się z Longbottomem! – warknął, zanim zdołał się powstrzymać.
– Czemu cię to obchodzi? – zapytała, jeszcze bardziej marszcząc czoło.
Zacisnął usta w cienką linię, bo właściwie nie mógł jasno stwierdzić, dlaczego był tym tak wzburzony. Naprawdę, nie powinien się wtrącać, bo przecież była zaledwie brudną szlamą. Z drugiej strony, bez względu na status krwi, nie miała pozwolenia na umizgi z innymi facetami. Nie doczekawszy się odpowiedzi, Hermiona przechyliła głowę w bok i zamrugała.
– Całowałeś się z Nicolls – podsumowała.
Gniew ponownie wziął go we władanie. Nie miała najmniejszego prawa wnikać w to, co robił w czasie wolnym.
– Nie twój interes.
– Rozumiem – odpowiedziała zblazowanym tonem, a potem westchnęła i potrząsnęła w niedowierzaniu głową. – Jeżeli to wszystko, czego chciałeś, to pozwól, że sobie pójdę.
Odepchnęła się od ściany, ale to podziałało nań niczym zapalnik. Tom, nie chcąc dłużej znosić tej obojętności, w momencie wyciągnął różdżkę. Na chwilę przymknął oczy, czując przebiegającą się przez jasne drewno moc. Gdy uniósł powieki, zobaczył, że patrzy wprost na jego broń, jakby trochę zdenerwowana, ale się nie obawiała. Nawet w obliczu potencjalnych klątw pozostała niewzruszona i zdystansowana.
– Livor – powiedział, uprzednio machnąwszy różdżką.
W brązowych oczach zauważył najszczersze oburzenie, a więc najprawdopodobniej dobrze znała to mroczne przekleństwo. Spróbowała uchylić się przed lecącym zaklęciem, ale nie zdążyła i została ugodzona w ramię. Sapnęła cicho z bólu, bowiem trafił w miejsce, które poparzył jej wcześniej w Zakazanym Lesie. Niewzruszony, ponownie machnął ręką, ale zanim zdążył dokończyć inkantację, ktoś przeszkodzi im w schadzce.
– Wystarczy!
Tom zastygł w bezruchu, natychmiast rozpoznawszy znajomy głos. Wziął głęboki, uspokajający oddech, a następnie opuścił dłoń i się odwrócił, opanowawszy trochę swoją magię. Zaledwie kilka metrów dalej stał Albus Dumbledore, patrzący nań z dezaprobatą i naganą. Gdyby to był inny nauczyciel, od razu przybrałby niewinny wyraz twarzy i spróbowałby się wyłgać byle głupim kłamstwem, ale dobrze wiedział, że z opiekunem Gryffindoru to nie przejdzie. Mam przechlapane, pomyślał z odrętwieniem. Jakim cudem tak stracił nad sobą kontrolę, że przestał zwracać uwagę na najbliższe otoczenie i wmanewrował się w sytuację praktycznie bez wyjścia? Właśnie użył czarnej magii i musiał jak najszybciej znaleźć sensowne rozwiązanie problemu.
W niebieskich oczach profesora zobaczył gniewny błysk i w kościach czuł, że nie skończy się zaledwie na szlabanie i słownym pouczeniu. Wtem zauważył, że Hermiona stanęła obok niego i delikatnie się uśmiechnęła. Czy nadszedł czas jej triumfu? Czy zamierzała go właśnie wydać Dumbledore'owi? Zacisnął dłonie w pięści, aby powstrzymać drżenie rąk. Gdy profesor spojrzał na podopieczną, zmienił postawę na zdecydowanie bardziej życzliwą.
– Jesteś ranna, Hermiono? – zapytał z troską.
Oczywiście, nie przeoczył faktu, iż zwrócił się do niej po imieniu, więc nic dziwnego, że ta niespodziewana zażyłość sprawiła, że ledwo co mógł oddychać. Odkąd dowiedział się o pochodzeniu dziewczyny, starał się na wszystkie możliwe sposoby ignorować jej istnienie i najprawdopodobniej przeoczył tę zmianę nastawienia. Czy przypadkiem nie powinni darzyć się niechęcią? Z trudem przełknął ślinę, kiedy zrozumiał, że świadomie zignorował zagrożenie, a teraz przyjdzie mu płacić za swoje błędy.
– Wszystko w porządku, profesorze – powiedziała, tym razem z szerszym uśmiechem.
– Wiesz, że nie tolerujemy w Hogwarcie podobnych zaklęć, Tom. – Spojrzenie Dumbledore'a stwardniało.
– Tak, profesorze. Najmocniej przepraszam – odparł z udawaną skruchą, ale to nijak złagodziło gniew nauczyciela.
– Ostrzegałem cię wielokrotnie, chłopcze, żebyś nie zgłębiał tej gałęzi magii. Nieustannie dawałem ci szansę na zmianę nastawienia, ale widzę, że nie chcesz słuchać moich dobrych rad – podsumował starzec, patrząc nań przenikliwie. – Teraz atakujesz nawet osobę, która próbuje ci pomóc. To marna zapłata za to, co Hermiona dla ciebie zrobiła – dodał, a ślizgon z trudem powstrzymał się przed uniesieniem w zdziwieniu brwi. Oczywiście, uparcie też milczał. Nauczyciel westchnął. – Chodź za mną. Dokończymy tę rozmowę w moim gabinecie.
Wciągnął ze świstem powietrze. Czy zaraz zostanie wydalony?
– Proszę zaczekać, profesorze. – Usłyszał.
Odwrócił głowę w stronę Hermiony, ale dziewczyna była w pełni skoncentrowana na Dumbledorze.
– Wcześniej opowiedziałam panu o trudnej sytuacji Toma – dodała miękkim tonem. – Mam nadzieję, że weźmie pan pod uwagę wszystkie okoliczności przy wymierzaniu mu kary.
Riddle zacisnął zęby. O jakiej właściwie sytuacji mówiła?, zastanowił się, zerkając nań kątem oka. Najgorsze, że wciąż miała przywdzianą na twarz nieczytelną maskę, dlatego też niczego z niej nie wyczytał. Szczerze mówiąc, był cholernie zmartwiony. DeCerto wiedziała o nim zdecydowanie zbyt dużo. Którą z tajemnic wypaplała Dumbledore'owi?
– Tom przed momentem rzucił czarnomagiczne zaklęcie – odpowiedział nauczyciel, czym zwrócił na siebie uwagę podopiecznego. – Oczywiście, to samo w sobie nie jest powodem do wydalenia ucznia ze szkoły, bo młodych ludzi czasem ponosi, jednakże to nie pierwszy raz.
– Owszem, ale nie zostałam poważnie zraniona. Wszystko jest w porządku. Nie musimy robić z tego żadnego problemu.
Ślizgon się zapatrzył. Co właściwie ta dziewczyna wyprawiała? Był przekonany, że wykorzysta tę okazję, żeby spełnić swoją groźbę.
– Zrobiłaś wystarczająco dużo, aby mu pomóc, Hermiono. Może lepiej sam się tym zajmę – powiedział uprzejmie Dumbledore.
– Najprawdopodobniej ma pan rację – odparła z uśmiechem, a potem rzuciła Tomowi szybkie spojrzenie. Zesztywniał, kiedy zobaczył zwątpienie w brązowych oczach, a potem wypuścił długo wstrzymywane powietrze. – Mimo to prosiłabym, żeby potraktował go pan łagodnie – dodała, skoncentrowawszy się z powrotem na nauczycielu.
Dumbledore potrzebował chwili, żeby sformułować odpowiedź. Zamiast tego omiótł ślizgona zamyślonym spojrzeniem, podczas gdy chłopak musiał toczyć wewnętrzny bój, żeby utrzymać na twarzy obojętną maskę. Szczerze mówiąc, zupełnie nie wiedział, dlaczego Hermiona mu pomagała. To przecież nie miało żadnego sensu.
– W porządku – stwierdził profesor. – Jestem naprawdę dumny, że w moim domu jest taka wspaniała uczennica – dodał, na co dziewczyna się zarumieniła, a potem skupił swą uwagę na Riddle'u. W momencie przestał się uśmiechać i spoważniał. – Masz wielkie szczęście, Tom, że Hermiona postanowiła wybaczyć ci ten incydent, chociaż przyznam, że nie do końca rozumiem pobudek, którymi się kierowała. Niemniej jednak uszanuję jej życzenie. To będzie trzydzieści punktów od Slytherinu i szlaban pod moim okiem.
– Oczywiście, profesorze. – Tom naprawdę nie rozumiał, jakim cudem mu się tak upiekło.
Nauczyciel rzucił mu ostatnie, pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym zwrócił się do DeCerto.
– Może zechciałabyś napić się ze mną herbaty, Hermiono? Chciałbym przedyskutować twoje ostatnie wypracowanie. Masz bardzo interesujące pomysły.
– Z przyjemnością – odpowiedziała, a w brązowych oczach zalśniło rozbawienie. Wesoły błysk natychmiast zniknął, kiedy odwróciła się do Toma. – Jesteś moim dłużnikiem, Riddle – wyszeptała niskim, lodowatym tonem, aby profesor nie mógł jej usłyszeć. Uśmiechnęła się kpiąco, a następnie odeszła, nie zaszczycając go kolejnym spojrzeniem.
Był prawdziwie zdezorientowany.
Slughorna złapała dopiero w piątek. Musiała uwarzyć Veneficusa, a wcześniej zapytać profesora o pozwolenie na skorzystanie z prywatnej pracowni. Najwyższy czas zrobić coś konkretnego w kierunku odzyskania magii, dlatego też późnym popołudniem stanęła przed gabinetem nauczyciela. Odrzuciwszy wahanie, uniosła dłoń i zapukała w drzwi.
– Proszę!
Hermiona weszła do środka i zastała Slughorna siedzącego swobodnie na puszystym fotelu z nogami opartymi o pufę. Na małym mahoniowym stoliczku kawowym stała butelka otwartego koniaku i na wpół pełen kieliszek. Gdy mężczyzna zobaczył, kto doń przyszedł, natychmiast wstał ze swojego miejsca.
– Och, co panią sprowadza w moje skromne progi, panno DeCerto? – wykrzyknął radośnie.
– Mam pewną prośbę, profesorze. – Uśmiechnęła się nieśmiało.
– Oczywiście, oczywiście. Niech pani usiądzie. – Gestem wskazał jej wolne miejsce, a kiedy wykonała polecenie, sięgnął po butelkę. – Skusi się panienka?
Zamrugała z niedowierzaniem.
– Czy nauczyciel powinien proponować alkohol uczniowi?
– Cóż, po prostu wiem, że jest pani pełnoletnia. – Uśmiechnął się z rozbawieniem.
Wzruszyła ramionami, a Slughorn odebrał to jako zgodę. Wziął do ręki różdżkę i wyczarował dlań drugi kieliszek. Niczym prawdziwy gentelman, nalał jej koniaku i podał szkliwo.
– Dziękuję.
Uniósł swój kieliszek.
– Cóż, na zdrowie – powiedział, zanim upił łyka, więc poszła jego przykładem; chwilę później odstawiła alkohol na stół. – Jaką ma pani prośbę? – zapytał.
– Ee, tak. Zastanowiłam się, czy byłby pan skłonny wypożyczyć mi swoje laboratorium. Ostatnio wspominał pan na zajęciach o sposobach na niewidzialność i zainteresowałam się tematem. Chciałam przetestować pewien eliksir.
Slughorn szeroko się uśmiechnął.
– Z pewnością jest pani jedną z moich najbardziej obiecujących uczennic – podsumował pieszczotliwie. – Zawsze wkłada pani całe serce w zleconą pracę. – Sięgnął po kieliszek i upił łyczka. – Oczywiście, że wspomogę prywatny projekt. Może pani skorzystać z mojej pracowni. Jest tuż obok sali lekcyjnej. Hasło to venenum.
– Strasznie dziękuję, profesorze – powiedziała z ulgą.
– Żaden problem, naprawdę. Cieszę się, że mogę pomóc rozwijać talent – stwierdził, nadal się uśmiechając. – Zaledwie kilka tygodni temu Tom poprosił mnie o dokładnie to samo. Chciał popracować nad eliksirem Ortus. Ten chłopak to prawdziwy perfekcjonista, mówię to szczerze. To był pierwszy raz, kiedy zawalił jakąś pracę. Przypuszczam, że oboje przeżyliśmy prawdziwy szok… – Slughorn kontynuował rozmowę, a Hermiona czuła się po prostu zagubiona. Zauważywszy jej rozkojarzenie, nauczyciel uniósł brwi. – Nie rozmawiał z tobą, prawda? – zapytał z ostrożnością.
– O czym?
– Miałem nadzieję, że ponownie spróbuje się zalecać i naprawi błędy. Tworzyliście naprawdę udaną parę – odparł szczerze.
Z westchnieniem potrząsnęła głową.
– Nie jesteśmy w zbyt dobrych stosunkach – przyznała, po czym upiła łyk koniaku.
– Cóż, Tom zawsze był uparty – podsumował. – W takim razie może pani powinna zrobić pierwszy krok?
– Nie sądzę – odpowiedziała, zdeterminowana.
– Czy zerwaliście, bo Tom czymś zawinił? – spytał z łagodnością, o którą nigdy by go nie podejrzewała.
– Mniej więcej – parsknęła z goryczą, a następnie odstawiła kieliszek na stolik.
Slughorn potarł w zamyśleniu brodę. Ostatecznie westchnął przeciągle.
– Nawet jeżeli Tom ponosi odpowiedzialność za wasze rozstanie, może jednak przemyśli pani sprawę i znajdzie w sobie siłę, żeby wykonać pierwszy krok ku polepszeniu relacji – zasugerował z nieskrywaną w głosie nadzieją. – Uważam, że ma pani na niego naprawdę dobry wpływ – dodał, zanim zdążyła zaprotestować.
Hermiona uniosła ze zdziwienia brwi. Czyżby nauczyciel nie zawsze widział w Riddle'u aniołka? Jak dotąd, żyła w przekonaniu, że uważał go za genialnego ucznia z nieskalaną opinią, przeznaczonego do wielkich rzeczy. Oczywiście, dopóki nie dowiedział się, że w rzeczywistości był Lordem Voldemortem.
– Uważa pan, że potrzebuje dobrego wpływu? – zapytała z niedowierzaniem, szczerze zakłopotana.
– Och, proszę mnie źle nie zrozumieć – odpowiedział szybko. – Tom jest najlepszym uczniem, nad którym kiedykolwiek sprawowałem pieczę. Jestem pewien, że kiedy skończy szkołę, zajdzie naprawdę daleko. W podobnych kwestiach można mi zaufać. – Uśmiechnął się delikatnie, a następnie skupił się na trzymanym w dłoni kieliszku. Ewidentnie się wahał, czy zdradzić coś więcej. – Z racji tego, że jest bardzo inteligentny, szybko się nudzi. To zaś może prowadzić do zgłębiania tych gałęzi magii, które lepiej pozostawiać nietknięte.
Hermiona zgromiła go wzrokiem, zaskoczona usłyszanymi rewelacjami. Wychodziło na to, że Slughorn doskonale wiedział, że Tom ma zadatki na czarnoksiężnika, ale nijak pomógł go odciągnąć od mroku. Cóż, w tym, co powiedział, było dużo racji. W ostatecznym rozrachunku jednak nie był to problem, który musiała rozwiązać. Jeżeli Riddle miał zaistnieć jako Lord Voldemort, była bezsilna wobec przeznaczenia. Mimo świadomości bezowocności wysiłków spróbowała, ale zawiodła na całej linii. Ależ byłam głupia, pomyślała ze złością. Chwyciła swój kieliszek i wypiła koniak jednym haustem, na co nauczyciel uniósł brwi.
– Jest już późno, profesorze. Powinnam wracać do pokoju wspólnego – stwierdziła, wstając ze swojego miejsca. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc i zezwolenie na skorzystanie z pracowni eliksirów.
– Żaden problem, panno DeCerto. – Uśmiechnął się Slughorn.
– Dobranoc, profesorze – powiedziała grzecznie, a potem wyszła na korytarz.
W drodze powrotnej do Wieży Gryffindoru nieustannie wracała myślami do rozmowy ze Ślimakiem. To zabawne, podsumowała. Naprawdę zaproponował, żebym pierwsza wyciągnęła rękę.
Jakby to miało zadziałać, parsknęła. Tom był zbyt uprzedzony, żeby kiedykolwiek dostrzec w niej coś więcej, aniżeli „brudną szlamę", ot istotę niższego rzędu. Mimowolnie się wzdrygnęła, wchodząc do następnego korytarza, tym razem prowadzącego do schodów. Szczerze mówiąc, wciąż też zachodziła w głowę, dlaczego nakłoniła Dumbledore'a do odpuszczenia Riddle'owi, kiedy napadł nań kilka dni temu. Profesor był świadkiem całego zajścia i przyłapał go na używaniu czarnej magii. W normalnych okolicznościach wydaliłby go ze szkoły w trybie natychmiastowym, zwłaszcza po poprzednich wybrykach, ale zdecydowała się wkroczyć do akcji i zdusić problem w zarodku. Z zadumy wyrwał ją znajomy i w sumie znienawidzony głos, dochodzący zza jej pleców.
– No proszę, proszę. Kto by się spodziewał, że panna DeCerto będzie się szwendać po opustoszałym korytarzu, zwłaszcza wieczorową porą.
Powoli się odwróciła i zobaczyła osobę, której najbardziej się obawiała. Avery stał niedaleko niej, opierając się o ścianę. Uśmiechał się obleśnie, sugestywnym wzrokiem sunąc po jej ciele. W pewnym momencie odepchnął się od muru i podszedł bliżej, sprawiając wrażenie drapieżnika, który wypatrzył właśnie ofiarę.
– Cóż za miła niespodzianka – wymruczał z zadowoleniem, zatrzymując się kilka kroków przed nią.
– Nieszczególnie – odpowiedziała ze spokojem. – Wybacz, ale bardzo się spieszę – dodała chłodno, zamierzając czmychnąć jak najszybciej. Gdy próbowała go wyminąć, naturalnie, skorzystał z okazji, złapał ją za rękę, a potem przyszpilił do ściany, tak że znalazła się w pułapce.
– Czy zawsze musisz zachowywać się równie niegrzecznie? – zapytał z uśmiechem.
Zrobił krok naprzód, więc spróbowała się odsunąć, ale nadaremnie. Wzdrygnęła się, kiedy sięgnął ku jej włosom i zakręcił sobie kosmyk na palec. Oczywiście, odepchnęła tę dłoń.
– Och, jesteś też zadziorna. Lubię trochę ostrzejszą zabawę – parsknął. – Może przemyślałaś moją ofertę, Hermiono? Jakby nie patrzeć, dałem ci mnóstwo czasu na rozważenie wszystkich za i przeciw – dodał z niepokojącym głodem w oczach.
– O czym pleciesz? – spytała.
– Chcę, żebyś została moją dziewczyną – odparł, położywszy nacisk na ostatnie słowo, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Zadrżała.
– Już ci wcześniej mówiłam, żebyś się odczepił. Nie zmieniłam zdania – warknęła, oburzona podobną możliwością.
– Szczerze mówiąc, to wcale nie było pytanie – zadrwił.
Zanim zdążyła się bardziej oburzyć, ktoś im przerwał.
– To po prostu obrzydliwe, Avery.
Odwróciła głowę i zobaczyła, że kiedy się konfrontowali, korytarzem przechodził również Lestrange. Obecnie przystanął kilka metrów dalej i był wyraźnie zniesmaczony sytuacją, którą zastał. Serce Hermiony automatycznie mocniej zabiło – została osaczona przez dwóch ślizgonów.
Ledo przewrócił oczami, a potem spojrzał na Primusa.
– Nie widzisz, że jestem trochę zajęty?
– Od zawsze byłeś pokręcony, ale to zbyt perwersyjne, nawet jak na ciebie – stwierdził Lestrange. – Obłapiasz brudną szlamę w miejscu, gdzie wszyscy mogą cię zobaczyć – dodał, obrzuciwszy dziewczynę zdegustowanym spojrzeniem. – Merlinie, próbujesz zaciągnąć szlamę do łóżka.
Avery tylko wzruszył ramionami.
– Cóż, przecież się nie oświadczam, czy coś w tym guście. Jest po prostu całkiem ładna.
Hermiona miała serdecznie dość tych docinków, więc odepchnęła się plecami od ściany, oswobodziła z pułapki, a następnie pomaszerowała w stronę, z której wcześniej przyszła.
– Jeszcze nie skończyliśmy, skarbie! – zawołał za nią Ledo.
– Wręcz przeciwnie! – odkrzyknęła z pogardą, nawet się nie odwróciwszy.
– Hej, śmieciu! – Z niewiadomych powodów Lestrange również odebrał to jako obrazę. – Jak śmiesz odwracać się plecami, kiedy mówi do ciebie czystokrwisty?
Wytrzeszczyła oczy, usłyszawszy za sobą szelest. Włoski na karku natychmiast stanęły jej dęba. Nauczyła się ufać swojemu instynktowi, więc szybko się odwróciła i zobaczyła, że w jej stronę zmierzał jasny strumień światła. Lestrange wyciągnął różdżkę i najprawdopodobniej zapragnął wymierzyć sprawiedliwość. Rzuciła się w bok, dzięki czemu zdołała uchylić się przed nadlatującą klątwą. Zaklęcie minęło ją zaledwie o centymetry, ostatecznie uderzając w stojącą niedaleko zbroję, która została zniszczona, a kawałki stali rozsypały się po podłodze. Automatycznie uniosła ręce, żeby ochronić głowę. Syknęła z bólu, kiedy jeden z elementów pancerza rozciął jej lewe przedramię.
– Jesteś po prostu bezczelna, szlamo!
Hermiona spojrzała na przeciwników, a raczej przeciwnika, ponieważ Avery stał z boku i przyglądał się przedstawieniu z mrocznym rozbawieniem. Przez chwilę zastanowiła się także, dlaczego nie są zdziwieniu brakiem kontrataku z jej strony, gdyż dobrze wiedzieli, do czego jest zdolna. Albo ich to nie obchodziło, albo wciąż tkwili w iluzji, że ostatnim razem miała wiele szczęścia, a w rzeczywistości jest małą, bezbronną dziewczynką. Niestety, z utraconą magią mogła wyrządzić niewiele szkód. W tej chwili była skulona pod ścianą i czuła, jak krew moczy jej szkolny mundurek.
– Wystarczy tego dobrego! – warknął Lestrange, wyraźnie rozeźlony. – Ta szlama wreszcie dostanie za swoje!
Gdy chłopak znów zamachnął się różdżką, znieruchomiała, w mig rozpoznawszy klątwę. Było to zaklęcie tnące z pogranicza, bardzo bolesne i wyjątkowo silne. Mimowolnie się zastanowiła, czy da radę uniknąć tego przekleństwa. Gdy urok nań popędził, od razu wiedziała, że nie ma najmniejszych szans na obronę. Zamknęła więc oczy i w milczeniu czekała na nieuniknione.
– Patrocinor! – Usłyszała, zanim ponownie zalała się krwią.
Uniosła powieki i zobaczyła limonkową tarczę. Oczywiście, znała ten pulsujący urok ochronny. Szczerze mówiąc, była pełna podziwu, ponieważ był naprawdę skomplikowany, wymagał dużej ilości koncentracji oraz zawiodła, kiedy próbowała się go nauczyć. Omiotła wzrokiem Lestrange'a i Avery'ego, teraz zupełnie zaskoczonych i odrętwiałych. Właśnie wtedy usłyszała odgłos szybko stawianych kroków, odbijających się od ścian korytarza. Odwróciła głowę i zobaczyła nadbiegającą ciemną postać. Gdy wreszcie dojrzała swojego wybawcę, opadła jej szczęka.
– Po dwadzieścia punktów od Slytherinu za każdego z was, chłopcy. Oczywiście, porozmawiam również z profesorem Slughornem o waszym zachowaniu – syknęła Legifer, a ślizgoni byli zbyt zszokowani, żeby się przynajmniej odezwać. – Najlepiej będzie, jeżeli wrócicie teraz do pokoju wspólnego – dodała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Tak, pani profesor – burknął pod nosem Avery, po czym obaj szybko się oddalili.
W międzyczasie Hermiona wciąż siedziała skulona pod ścianą z szeroko otwartymi oczami. Oto i ona, jej znienawidzona nauczycielka, w swojej nadal idealnie wyprasowanej szacie, pozbawionej najmniejszego zagniecenia. Miała dziś na sobie śnieżnobiałą bluzkę i szarą spódnicę. Z idealnie wymodelowanej fryzury nie uciekał nawet jeden zabłąkany kosmyk. Kiedy ślizgoni zniknęli za najbliższym zakrętem, Legifer zmrużyła oczy, schowała różdżkę do kieszeni, a następnie spojrzała na podopieczną. Szybkim krokiem doń podeszła i złapała ją za ramię.
– Niech pani wstanie – poleciła chłodnym głosem.
Hermiona wciąż była zbyt zdezorientowana sytuacją, która się wydarzyła, żeby zaprotestować. Posłusznie podniosła się z podłogi, stanęła przed nauczycielką i przycisnęła dłoń do rozcięcia na przedramieniu. Krew ściekała na podłogę poprzez palce, ale, prawdę powiedziawszy, miała to głęboko gdzieś.
– Dziesięć punktów od Gryffindoru – stwierdziła Legifer. – Za spacerowanie po korytarzu po ciszy nocnej – doprecyzowała.
Uniosła brwi, wciąż zszokowana ocaleniem. Jakim cudem zdołała opanować równie potężne zaklęcie?, pomyślała, odrętwiała z wrażenia.
– Za mną.
Nauczycielka odwróciła się na pięcie i zaczęła odchodzić tylko w sobie znanym kierunku. Nie miała więc innego wyjścia, jak podążyć za nią. Przez pewien czas szły w milczeniu, podczas którego zastanawiała się nad miejscem docelowym marszu. Wreszcie stanęły przed drewnianymi drzwiami, które od razu rozpoznała, bowiem spędziła w środku zdecydowanie za dużo godzin. Legifer pchnęła wrota i weszła do środka. Westchnąwszy, dziewczyna również.
– Proszę usiąść.
Hermiona podeszła do wskazanej kanapy z brązowej skóry, równie czystej, co reszta pomieszczenia i ostrożnie nań przysiadła. Miała nadzieję, że nie pochlapie niczego krwią, bo potem miałaby wyrzuty sumienia, a teraz nie chciała dodatkowo rozwścieczać nauczycielki. Wielkimi oczami patrzyła, jak kobieta doń podchodzi, zajmuje miejsce obok i wyciąga różdżkę.
– Proszę pokazać mi zranienie – powiedziała swoim zwyczajowym, ostrym tonem.
Bez większego zastanowienia wyciągnęła rękę, zaś pani profesor samodzielnie podwinęła rękaw jej szaty, a potem bluzki, odsłoniwszy ranę. W miejscu, gdzie została uderzona odłamkiem zbroi, widniało paskudne, wciąż krwawiące rozcięcie, sprawiające wrażenie całkiem głębokiego. Legifer prychnęła pod nosem, a Hermiona nie wiedziała, czy to z powodu przymusu marnotrawstwa czasu, czy też z powodu incydentu, którego była świadkiem.
Nauczycielka machnęła różdżką w skomplikowany sposób, szepcząc pod nosem jakąś inkantację. Z czubka błysnęło jasnoniebieskie światło, które powoli owinęło się wokół przedramienia dziewczyny. Uczucie było dziwaczne, ciepłe, ale za to całkiem przyjemne. Z rosnącym zdumieniem obserwowała, jak błysk nasila się wokół zranienia. Brzegi rany zaczęły się stopniowo nagrzewać, a ból zanikać. Chwilę później skóra się scaliła, a rozcięcie zniknęło. Zamrugała, obejrzawszy swoją rękę. Ciało było lekko zaróżowione, ale po cięciu nie została nawet cieniutka blizna. Nic nie wskazywało na to, żeby moment wcześniej została skrzywdzona, oczywiście, za wyjątkiem wszechobecnej krwi. To była cholernie zaawansowana magia lecznicza, wymagająca ogromnych umiejętności i wieloletniego doświadczenia uzdrowicielskiego. Prawdę powiedziawszy, Hermiona nigdy nie widziała kogoś na podobnym poziomie. Zamrugała, szczerze zdezorientowana, a następnie spojrzała na Legifer, która zmarszczyła brwi, jakby w niesmaku, po czym machnęła różdżką i wyczyściła jej ubranie z krwi. Kolejne smagnięcie ręki spowodowało, że rozcięty materiał natychmiast się zszył. Rękaw został naprawiony i ponownie się zrolował, przykrywszy przedramię dziewczyny. Wyglądało to tak, jakby nie została trafiona klątwą tnącą. Co interesujące, szatę miała czystszą, aniżeli wcześniej.
– Dziękuję – wymamrotała, wciąż zdekoncentrowana.
Nauczycielka ograniczyła się tylko do skinięcia głową. Nastąpiła niezręczna cisza, podczas której Hermiona nadal podziwiała wspaniałą robotę. Jak dotąd, nawet nie przypuszczała, że Legifer, ze wszystkich możliwych ludzi, ruszy jej na ratunek, a potem zaprezentuje niesamowite umiejętności uzdrowicielskie. To naprawdę szalenie zaawansowana magia, raczej niemożliwa do wyuczenia dla szarego, przeciętnego czarodzieja. Wcześniej z góry założyła, że asortyment zaklęć znienawidzonej profesorki ogranicza się wyłącznie do głupich uroków domowych. Jestem w szoku, podsumowała i złapała spojrzenie wybawicielki. Kobieta patrzyła nań swoim zwyczajowym, prawie pełnym dezaprobaty wzrokiem.
– Gdzie nauczyła się pani tych zaklęć? – zapytała, zanim zdołała się powstrzymać.
Żyła w przekonaniu, że nauczycielka będzie zdenerwowana jej wścibstwem i wyprosi ją z gabinetu. Zamiast tego, kobieta udzieliła odpowiedzi.
– W akademii aurorów.
DeCerto uniosła ze zdziwienia brwi. Legifer była aurorem…? To jakiś absurd. Najwyraźniej wszystkie myśli miała wypisane na twarzy, dlatego też profesorka rozwinęła temat.
– Oczywiście, kobiety mało kiedy otrzymują pracę w służbach mundurowych.
Zmarszczyła brwi, a potem uświadomiła sobie coś istotnego. Wylądowała przecież w latach czterdziestych, gdzie prawa czarownic były mocno ograniczone. Skoro nie miały za dużego wyboru, to jakim cudem Legifer uzyskała pozwolenie?
– Czemu pani zrezygnowała z pracy…?
Nauczycielka zmrużyła oczy i jakby wahała się, czy dalej kontynuować tę rozmowę.
– Wyszłam za mąż – odparła zwięźle. Najprawdopodobniej uważała, że to wytłumaczenie w zupełności wystarczy.
– Nadal mogła pani pracować w Ministerstwie – stwierdziła z zakłopotaniem, a chwilę później zesztywniała, kiedy profesorka rzuciła jej gniewne spojrzenie. Szczerze mówiąc, ciężko było powiedzieć, czy złościła się na nią, czy na coś innego.
– Mąż nie chciał, abym dalej pracowała na stanowisku aurora.
Hermiona spojrzała na fachowo opatrzone przedramię. Przez chwilę rozważała różne opcje, aż wreszcie zabrała głos.
– Nadal jest pani mężatką?
Legifer się zapowietrzyła, co jasno dawało do zrozumienia, że właśnie przekroczyła linię. Mimo to postanowiła odpowiedzieć na pytanie.
– Nie widzę powodu, dla którego miałaby się pani interesować moim życiem prywatnym, ale owszem, wciąż jestem czyjąś żoną.
Wiedziała, że stąpa po cienkim lodzie, ale postanowiła zaryzykować.
– Czym się zajmuje pani mąż?
O ile było to fizycznie możliwe, nauczycielka jeszcze bardziej zmrużyła oczy i zacisnęła usta w cienką linię. Była wyraźnie zirytowana stopniem zaciekawienia i natrętnością uczennicy, ale mimo to zdecydowała się udzielić wyjaśnień.
– Jest aurorem.
Hermiona się zagapiła.
– Żałuje pani? – zapytała ściszonym głosem po dłuższej chwili.
– Czego, panno DeCerto?
– Opuszczenia akademii – wytłumaczyła z ostrożnością. – Zawsze mogła ukończyć pani kurs i pracować w terenie.
Legifer potrząsnęła głową, zupełnie jakby uważała ten temat za wyjątkowo niedorzeczny.
– Cóż, gdybym się sprzeciwiła, zostałabym rozwódką. – Omiotła podopieczną badawczym spojrzeniem. – Czasem warto coś poświęcić dla wyższego dobra. Miłość wymaga ofiary, czasu i oddania. Właśnie udzielam pani ważnej lekcji.
– Jestem świadoma niektórych zależności – odparła, czując się naprawdę surrealistycznie. – Niemniej jednak uważam, że kiedy w grę wchodzi prawdziwe uczucie, to obie strony powinny być skłonne do równie wartościowych poświęceń.
Nauczycielka przez dłuższą chwilę po prostu nań patrzyła. Szczerze mówiąc, była cholernie zaskoczona, że jeszcze nie oberwała zaklęciem uciszającym i nie została odesłana do pokoju wspólnego. Ewidentnie nadwyrężała cierpliwość.
– Nie żałuję, że posłuchałam męża. Gdybym wykazała się nieposłuszeństwem i podważyła jego autorytet jako głowy rodziny, nigdy nie urodziłabym córki.
Hermiona uniosła ze zdziwienia brwi. W życiu nie przypuszczała, że nienawidzona profesorka miała dzieci. Właśnie wtedy zrozumiała, że w rzeczywistości niewiele o niej wiedziała.
Legifer ponownie odłożyła różdżkę.
– Najwyższy czas, żeby położyła się pani spać – podsumowała nieznoszącym sprzeciwu tonem, patrząc wymownie na drzwi wyjściowe. – Oczekuję, że w piątek zobaczę panią siedzącą w klasie. Nie zamierzam więcej tolerować niestosownego zachowania.
Tym razem dziewczyna zmarszczyła brwi. Ta kobieta była nieustępliwa, prawda? Jednak, co dziwne, to stwierdzenie nijak podniosło jej temperament. Dzisiejszy dzień zdecydowanie obfitował w niecodzienne wydarzenia.
– Doskonale pani wie, że jestem beznadziejnym przypadkiem – powiedziała łagodnym głosem. – Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby się to zmieniło. I, spójrzmy prawdzie w oczy, jestem przekonana, że nie sprawia pani przyjemności przebywanie w moim towarzystwie.
Legifer zmarszczyła gniewnie brwi.
– Z takim nastawieniem niczego pani w życiu nie osiągnie.
– Najprawdopodobniej. – Uśmiechnęła się delikatnie. – Niemniej jednak uważam, że nie zostało mi wiele do osiągnięcia.
– Nonsens. – Potrząsnęła z niedowierzaniem głową. – Jest pani zdecydowanie zbyt młoda na wyciąganie podobnych wniosków. – Spojrzała nań krytycznie. – Zainwestowałam w panią za dużo pracy, żeby mój wysiłek został zaprzepaszczony.
Hermiona nie mogła się powstrzymać przed zachichotaniem. Nauczycielka była wyraźnie zirytowana, co tylko przyniosło jej pocieszenie. Szczerze mówiąc, nie miało żadnego znaczenia, czy naprawdę miała na myśli to, co przed momentem powiedziała, czy tylko chciała jej w uprzejmy sposób dogryźć.
– Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, że na zajęciach będę równie nieznośna, co zawsze, prawda?
– Spokojna głowa, panno DeCerto. Znajdę skuteczny sposób, aby utrzymać panią w ryzach – obiecała profesorka, unosząc jedną brew.
– W porządku. – Uśmiechnęła się łagodnie, a następnie wstała z kanapy. Bez wahania podeszła do drzwi wyjściowych. Zanim chwyciła za klamkę, po raz ostatni odwróciła się do kobiety, która patrzyła nań ze zmrużonymi oczami. – Serdecznie dziękuję pani za pomoc – wyszeptała i ze zdumieniem zarejestrowała, że wypowiedzenie tych słów przyszło jej z łatwością. Chwilę później wyszła na korytarz.
Całkiem szybko dotarła do portretu Grubej Damy. Było już późno, dlatego też pokój wspólny był opustoszały. Sekundę później wspięła się po schodach prowadzących do dormitorium. Gdy otworzyła drzwi, zastała pogrążoną w mroku sypialnię. To oczywiste, że jej współlokatorki poszły wcześniej spać. Z największą ostrożnością podeszła do swojego łóżka, nie chcąc przypadkiem żadnej obudzić, szybko zrzuciła z siebie ubrania i wskoczyła w piżamę. Wykonawszy podstawowe czynności, usiadła zmęczona na łóżku. Światło wpadającego przez okno księżyca oświetlało akurat jej posłanie, dlatego też mogła się w miarę dobrze przyjrzeć przedramieniu. Wyglądało zupełnie normalnie. Po ranie, którą otrzymała, nie było nawet najmniejszego śladu.
Uśmiechnęła się delikatnie.
Kto by pomyślał – Legifer była aurorem!
Szkoda, że się wycofała, podsumowała i wyobraziła sobie znienawidzoną nauczycielkę w pełnym umundurowaniu, oczywiście, nieskazitelnie czystym i zawsze wyprasowanym. Zaśmiała się pod nosem. Pan Legifer był najprawdziwszym idiotą. Co za dziwaczny świat, westchnęła i pomasowała wyleczoną skórę.
Wygięła rękę i przyjrzała się długiej, paskudnej jasnej bliźnie, biegnącej przez całą długość przedramienia. Zacisnęła usta w wąską linię ze świadomością, iż na drugiej ręce miała identyczną. W momencie poczuła się bardzo samotna. Jej ciało szpeciło wiele blizn i różnego rodzaju znamion, ale te miały dlań szczególne znaczenie, bowiem zostały sprawione przez osobę, którą obdarzyła miłością. Tom zaczaił się na nią na skraju Zakazanego Lasu w dniu, kiedy ukradła Potterom pelerynę niewidkę. Wówczas została zaatakowana.
Przesunęła palcami po białej linii. Wciąż czuła się z nią dziwnie, zupełnie jakby cięcie się zabliźniło, ale nerwy nie zregenerowały. Odetchnąwszy głęboko, zostawiła rękę w spokoju i zaciągnęła kotary wokół łóżka. Chwilę później zwinęła się w kłębek. Skończ się przejmować pierdołami. To po prostu głupia blizna, taka, jak pozostałe, podsumowała ze złością. Nie ma sensu tego roztrząsać. Z tą myślą przewróciła się na boczek, a potem odpłynęła w kierunku Harry'ego. Ciekawe, co by teraz powiedział. Najprawdopodobniej coś w guście „A nie mówiłem?".
Westchnęła.
Koniec ze zmartwieniami, dodała, a następnie zamknęła oczy. Jakby nie patrzeć, zdobyła już pierwsze Insygnium, a to, kiedy Dumbledore stanie do walki z Grindelwaldem i zdobędzie Czarną Różdżkę, było zaledwie kwestią czasu. Gdy odzyska swą magię, pozostanie jej tylko Kamień Wskrzeszenia. To zaś rozwiąże problemy, które dotąd się nagromadziły. Wszystko będzie dobrze, pocieszyła się, wtulając mocniej w poduszkę i zamykają oczy.
Tom wzmocnił uścisk na ramieniu Hermiony, nie przejmując się tym, że sprawia jej ból. Nie zważał na wszystko i dalej ciągnął ją za sobą. Kiedy próbowała za nim nadążyć, potknęła się i upadłaby, gdyby nie jego żelazny uścisk. Kierował się w stronę dobrze sobie znanych schodów prowadzących do przyciemnionej piwnicy.
– Nie rób tego! – błagała drżącym głosem, ale miał to gdzieś.
Nie zważając na protesty dziewczyny, uparcie kontynuował marsz. Zeszli razem po stopniach, a na dole zauważył, że ze ścian zwisają brudne pajęczyny, na podłodze stoi lodowata woda, a w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach pleśni. Niezrażony, ciągnął ją ku metalowym drzwiom.
– Nie! – jęczała po drodze, wyraźnie spanikowana.
W ostatnim wysiłku spróbowała zaprzeć się nogami, ale nadaremnie, bo wystarczyło, że mocniej szarpnął ręką, aby się ponownie ruszyła. Syknęła z bólu i zagryzła zęby, aż wreszcie dotarli do celi. Otworzywszy drzwi, popchnął dziewczynę na ziemię. Oczywiście, straciła równowagę i się przewróciła. Tom wszedł do środka i zamknął za sobą wrota, tak naprawdę przypieczętowawszy jej los.
– Czemu to robisz? – zapytała, siadając na podłodze, ewidentnie przestraszona.
Uśmiechnął się złośliwie i podszedł bliżej.
– Cóż, właśnie na to zasługujesz, szlamo – wyszeptał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
Hermiona zaczęła się trząść i zapłakała.
– Myślałam, że mnie kochasz – odpowiedziała.
Usłyszawszy to zdanie, Tom skrzywił się z gniewu, a następnie wymierzył dziewczynie siarczystego policzka. Krzyknęła z bólu i ponownie upadła na podłogę. Z kącika ust spływała jej strużka krwi, przez co wyglądała po prostu żałośnie.
– Żaden szanujący się mężczyzna nie pokochałby kogoś tak obrzydliwego, jak ty, dziwolągu! – podsumował z niesmakiem, rzuciwszy dziewczynie chłodne, wyrachowane spojrzenie. – Zaraz nauczę cię uznawać wyższość lepiej od siebie urodzonych.
Gdy spojrzała nań ze strachem, odpiął sprzączkę paska i owinął rzemień wokół swojej prawej ręki. W ten sposób sprawi więcej bólu…
– Nie, nie! – sapnął i wystrzelił do przodu z wyciągniętą ręką. Jak się okazało, siedział na łóżku w pogrążonym w mroku dormitorium i z trudem łapał oddech. Zacisnąwszy usta w cienką linię, drżącą dłonią przeczesał czarne włosy.
Co to, kurwa, było…?
To powoli stawało się niedorzeczne. Zostawił Hermionę dawno temu, więc dlaczego teraz nachodziła go we snach? Wciąż był zniesmaczony tym dziwacznym uczuciem, które brało go we władanie, kiedy był ignorowany. Potrząsnął w niedowierzaniu głową, po czym spuścił nogi na podłogę. Nadal był roztrzęsiony po koszmarze, a umysł ewidentnie płatał mu figle. Oczywiście, bez większego problemu rozpoznał miejsce, w którym przebywali. Sierociniec został idealnie odwzorowany, z każdym pasującym do siebie szczegółem – od obskurnego holu wejściowego, aż po złowieszcze metalowe drzwi i ukrytą za nimi celę.
Z trudem przełknął ślinę, gdy przypomniał sobie ostatni raz, kiedy został zamknięty w tej przeklętej komnacie. Wszystko się zgadzało, nawet zwisające z sufitu pajęczyny. Co właśnie wyrabiał we śnie? To przecież niemożliwe, bo zawsze był ofiarą, siłą ciągniętą po schodach w kierunku sali przeznaczenia. Zazwyczaj klęczał na podłodze i kulił się z bólu, znosząc bat za batem. Daleko mu było do trzymającego pas w dłoni kata.
Nie potrafił stłumić dreszczy, gdy wrócił wspomnieniami do momentu, kiedy Hermiona zaczęła płakać. Uniósł prawą rękę i spojrzał z odrętwieniem na swoją dłoń, teraz boleśnie świadomy faktu, iż właśnie nią spoliczkował dziewczynę. Nie tylko we śnie, ale również w rzeczywistości. Wtedy również patrzyła na niego ze strachem i zdradą, sprawiała wrażenie nie tylko zranionej, ale także rozczarowanej.
Wyglądała na pokonaną.
Teraz emanowała obojętnością, zupełnie jakby była niezainteresowana jego losem i poczynaniami. W przypływie wściekłości kopnął swój kufer.
– Co…? – Zza półścianki odgradzającej poszczególne części sypialniane dobiegł zaspany chłopięcy głos.
– Cisza! – syknął w odpowiedzi, nagle rozgniewany.
Chcąc uspokoić swój temperament, wstał z łóżka i zaczął spacerować po dormitorium. Niestety, nie ochłonął, więc narzucił na siebie pierwsze lepsze ubrania i pospiesznie opuścił królestwo ślizgonów. Zanim wyszedł na korytarz, rzucił na siebie urok maskujący, ot tak na wszelki wypadek. Zdecydowanie nie potrzebował przyłapania przez woźnego Barnesa i późniejszego szlabanu. Następnie ruszył w stronę pierwszego piętra.
Wciąż był roztrzęsiony po koszmarze zafundowanym przez pokręcony umysł. Czemu właściwie ten głupi sen miał nań tak wielki wpływ?
Dotarłszy na miejsce, skierował się ku zacisznemu korytarzowi w zachodnim skrzydle zamku. Potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza i uspokoić skołatane nerwy. Oczywiście, nie zamierzał porzucać ostrożności i wychodzić na zewnątrz głównymi wrotami. Z nową falą gniewu uzmysłowił sobie, że Hermiona nie musiała się martwić szkolnymi ograniczeniami, bowiem potrafiła się aportować poprzez zabezpieczenia Hogwartu. Chwilę później przypomniał sobie, że przecież jest w posiadaniu Niezwyciężonej Różdżki, która dodawała jej umiejętności i mocy. Gdy trzymał ją w dłoni, nie czuł nic nadzwyczajnego, ponieważ doń nie przynależała.
Powinienem był przekląć Hermionę jej własną różdżką na Wieży Astronomicznej, pomyślał, plując sobie w brodę za głupotę. Wreszcie zatrzymał się przed starą, zardzewiałą zbroją, która wyglądała, jakby została tu postawiona i pozostawiona dawno temu sama sobie. Uważniej przyjrzał się opancerzeniu. Przyłbica była złamana i żałośnie zwisała z hełmu. Tom wyciągnął różdżkę i gniewnie machnął na zbroję, a ta w momencie ożyła. Pochyliła głowę, jakby w geście uznania, a następnie się przesunęła, odsłoniwszy w ten sposób tajemne przejście. Korytarz był wąski i niski, więc musiał się schylić, żeby nie zahaczyć o sufit. Ściany były wykonane z surowego kamienia, a podłoga pokryła się kurzem. Zapalił sobie czubek różdżki, żeby widzieć, gdzie najlepiej stawiać kroki. Po kilku minutach miarowego marszu z ulgą dotarł do końca przejścia, Gdy przystanął przed ślepym zaułkiem, ponownie machnął różdżką, a kamień zasłaniający wyjście posłusznie się przesunął. Z cichym westchnieniem i przyjemnością się wyprostował, stając przed zachodnim murem szkoły. Świeże powietrze od razu poprawiło mu humor. Wsunął oręż do kieszeni szaty i bez chwili zwłoki ruszył przed siebie. Oddalił się od zamku, a po drodze minął niewielkie wzgórze. Wreszcie znalazł się poza zasięgiem wzroku Hogwartu. Tutaj nikt postronny by go nie zauważył, skrytego za zboczem krajobrazu i niedużym zagajnikiem młodych dębów.
Mur, wzniesiony przez pogańskich kapłanów na długo przed utworzeniem szkoły, zbudowany z omszałych i luźno ułożonych na ziemi kamieni, wiódł przez lasek, hen, hen dalej. Usiadł na ogrodzeniu, wziął głęboki oddech i zaczął rozkoszować się ciszą, która nareszcie go otoczyła. Dzięki niej pozbył się przygnębienia i wyrzucił z głowy przynajmniej część koszmaru. To żałosne, jak zwykła szlama mogła zaleźć mu za skórę.
Niczym grom z jasnego nieba, oczami wyobraźni zobaczył, jak leży u jego stóp i krwawi. Wstrząsnął nim dreszcz, ale – aby zachować zdrowy rozsądek – przypisał to nocnemu chłodowi. Cóż, nie sposób zaprzeczyć, że sen go w pewnym stopniu zaniepokoił. Czemu właściwie dał się wyprowadzić z równowagi? Jakby nie patrzeć, Hermiona nic dlań nie znaczyła.
Szkaradna szlama!, podsumował z niesmakiem, a potem zeskoczył z niskiego murku i zaczął się wściekle przechadzać. Prawdę powiedziawszy, powinien być szczęśliwy z możliwości oglądania jej cierpienia nawet w snach. Zamrugał, ponownie zobaczywszy, że leżała na wilgotnej podłodze. Jęknął z frustracji i przyspieszył kroku.
Jakim prawem ta szlama śmiała zakłóca mój sen?
Bawiła się nim wystarczająco długo. Tom zacisnął dłonie w pięści, tak mocno, że przeciął sobie skórę paznokciami. Odetchnąwszy głęboko, uniósł głowę ku niebu i przyjrzał się gwiazdom. Każdy miał swój słaby punkt. Każdego można złamać, prędzej czy później – nawet Hermionę. Gdy wrócił wspomnieniami na Wieżę Astronomiczną, doszedł do wniosku, że nie powinien był się powstrzymywać. Kiedy się zdenerwował, pozwolił swojej magii odrobinę się wyszaleć.
Lord Voldemort nie kłania się przed brudem!
Nie powinien wówczas wychodzić, a zostać i pokazać tej dziewczynie, na co go stać i z kim właściwie zadarła. Naprawdę żyła w przekonaniu, że nigdy się nie ugnie? Śmieszne. Wszystko, czego potrzebował, to doprowadzić ją do ostateczności i znaleźć punkt, który przeważy szalę. Następnym razem sprawi, że przez cierpienie zapomni o stawianiu jakiegokolwiek oporu.
Coś nieprzyjemnego ścisnęło go za serce, ale postanowił zignorować to uczucie. W zamian zanurzył się w błogim i oczyszczającym gniewie, jaki zapewniała mu magia.
Département des Affaires Nès–Moldu – tłumaczenie z francuskiego: Departament ds. Mugolaków
