41. TAJEMNICE SĄ PO TO, ABY DOKOPYWAĆ SIĘ DO PRAWDY


Crucio.

Avery leżał na ziemi, drżąc z bólu. Tom uśmiechał się z zadowoleniem, aczkolwiek w jasnoszarych oczach nie było widać nawet śladu emocji. Z przyjemnością obserwował zasłużone cierpienie podwładnego. Cieszył się z przepływającej przez różdżkę magii, władzy, którą posiadał i możliwości sprawienia nędznikowi bólu. W jakiś sposób uspokajał tym nerwy i się wyciszał. Zadawanie cierpienia było kojącym doświadczeniem. Prawdę powiedziawszy, nie wiedział, dlaczego miałby potrzebować oczyszczenia, ale czuł się znacznie lepiej. Mroczna magia pozwoliła mu na uporządkowanie chaotycznych myśli i odnalezienie sensu we wszystkim, co się niedawno wydarzyło.

Już mi lepiej, podsumował ze złośliwością, patrząc na spływające po policzkach chłopaka łzy. Usatysfakcjonowany, przerwał klątwę.

– Błagam, Riddle – wydyszał Avery. – Miej litość.

– Riddle? – wyszeptał i ponownie machnął różdżką, przez co ślizgon został odrzucony na większą odległość i ostatecznie wylądował na plecach, jęcząc z bólu. Tom się doń pochylił, aby lepiej mu się przyjrzeć. Uśmiechnął się groteskowo. – Czyżbyś już zapomniał, jak należy się do mnie zwracać?

Ledo spróbował usiąść na kamiennej posadzce, ale przeszkadzało mu niekontrolowane drżenie mięśni. Ostatecznie skończył w pozycji półleżącej.

– Tak, panie… – wymamrotał, pochyliwszy nisko głowę. – Nawet nie pomyślałem, aby cię zlekceważyć. – Zadrżał. – Ona jest po prostu szlamą i nie sądziłem, że… – urwał, zaczerpnąwszy powietrza. – Nie przypuszczałem, że wciąż jej potrzebujesz. Gdybym wiedział, nigdy bym…

Riddle obnażył zęby.

Jak śmiał nazywać Hermionę szlamą…?, pomyślał i właśnie wtedy wrócił wspomnieniami do rozmowy w opuszczonej klasie.

Swoją nienawiścią zamieniłeś mnie w szlamę, powiedziała oskarżycielskim tonem.

Aż nim wstrząsnęło. Oto prawda, przed którą uciekał – naprawdę była istotą niższego rzędu, brudną i nieczystą, niepożądaną w czarodziejskim świecie, a mimo to… jego magia domagała się uwolnienia, gotowa do bronienia honoru dziewczyny, która na to nie zasługiwała. Zupełnie nie rozumiał pobudek, którymi kierowała się ta moc.

Niewiarygodne.

Sprawiłeś, że się zachwiałam i zwątpiłam we własną ocenę. Sprawiłeś, że naprawdę poczułam się ubogim podczłowiekiem, brudnym, splugawionym i o wiele gorszym od przeciętnego.

Echo jej słów sprawiło, że zagotował się z gniewu. Skupiwszy się z powrotem na skulonym na podłodze Averym, obnażył ze wściekłości zęby. Jakim prawem ten idiota śmiał nazywać Hermionę szlamą? Czemu uważał, że może obłapiać dziewczynę, która jest mu zakazana? Gdy tak się nań patrzył, w powietrze uniosły się iskierki czarnej magii, szepczące mu do ucha rzeczy, które powinien mu zrobić i które pragnął zrobić…

– Wybacz mi, mój panie. Pozwól odpokutować błąd, który popełniłem – poprosił przerażony chłopak, chcąc uspokoić swojego mistrza. – Jeżeli nadal chcesz czegoś od DeCerto, to mogę zmusić ją do mówienia… Obiecuję, że się nią odpowiednio zajmę. Nigdy więcej nie będziesz musiał się zbliżać do bezwartościowej szlamy.

Usłyszawszy te gorące zapewnienia, Tom prawie wybuchnął, a zawisła w powietrzu magia niemal rozsadziła okolicę, przepływając przezeń falami. Uderzony tą siłą, Avery zaczął się wić z bólu, ale to tylko wywołało uśmiech na twarzy oprawcy. Moc zdziczała, a chwilę później zawładnęła całym pomieszczeniem. Riddle kątem oka zauważył, że reszta jego podwładnych kuli się ze strachu i zaczyna nerwowo wiercić w miejscu, niemniej jednak żaden nie ruszył na pomoc koledze. Na niektórych twarzach malowała się wręcz radość i zadowolenie z oglądanego cierpienia. Szczerze mówiąc, miał to gdzieś. Kiedy byli zamknięci w Pokoju Życzeń, był niepowstrzymany i pozbawiony wszelkich zahamowań.

Jesteś znacznie gorszy od Avery'ego, powiedziała z wyraźną niechęcią. Nie wierzę ci… To, co zrobiłeś, jest niewybaczalne… Jest odrażająca…

Tom próbował walczyć z nietypowym uczuciem, które nim zawładnęło, ale nadaremnie. Najgorsze w tym echu było chyba słyszane oskarżenie i wyrzut. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że zostanie odrzucony. Gdy dostał kosza, czuł się po prostu dziwnie. Chciał się pozbierać, ale miał trudności w zapanowaniu nad emocjami.

Jego spojrzenie pociemniało. Jednym ruchem nadgarstka ukierunkował swą rozpierzchniętą magię, a ta posłusznie popędziła ku Avery'emu i się wokół niego owinęła. Chłopak krzyknął, zaś Riddle parsknął pod nosem, a następnie doń podszedł. Ślizgon leżał na kamiennej posadzce, niezdolny do najmniejszego ruchu i patrzył na niego z rosnącym przerażeniem.

– Sprawisz, aby się wygadała? – zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oku. – Odpowiednio się z nią rozprawisz? – Zrobił następny zastraszający krok naprzód i zatrzymał się bezpośrednio przed podwładnym. Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiał się z okrucieństwem. – Czy wydałem ci wcześniej polecenie, abyś zajął się tym problemem? – spytał i z przyjemnością odnotował, iż chłopak wstrzymał oddech, zrozumiawszy głupotę, której się dopuścił. Dla lepszego efektu omiótł wzrokiem pozostałych ślizgonów. – Czy kazałem wam osaczać Hermionę DeCerto i próbować odkryć jej tajemnice? A może rozkazałem trzymać się od niej z daleka? – Uniósł brwi i się uśmiechnął, kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Szczerze mówiąc, nikt nawet nie skrzyżował z nim spojrzenia. Usatysfakcjonowany, odwrócił się z powrotem do Avery'ego. – Wygląda na to, że pozostali dobrze mnie zrozumieli. Tylko ty byłeś nieposłuszny. – Jasnoszare oczy zabarwiły się czerwienią. – Spokojnie, dopilnuję, abyś tym razem prawidłowo zinterpretował wszystko, co powiem.

Usłyszawszy spanikowany jęk, zachichotał pod nosem. Machnął różdżką, czym uwolnił Ledo spod zaklęcia wiążącego. Chwilę później wyczarował ogromnego węża, którego ciemnozielone łuski mieniły się w słabym świetle.

Bierz go – powiedział w wężomowie.

Mówiący – syknął gad, uprzednio nań spojrzawszy.

Chłopcy poruszyli się nerwowo, nieprzyzwyczajeni do nieznanego zwierzęcego języka. Tom uśmiechnął się okrutnie, zaś wąż pochylił służalczo łeb i skupił się na leżącym na ziemi Averym. W okamgnieniu pomknął we wskazanym kierunku. Ślizgon krzyknął z przerażenia, podczas gdy gad zwinnie owinął się wokół niego. Kiedy zaczął się zaciskać, wszystkie odgłosy zostały stłumione. Ostatecznie położył łeb na ramieniu ofiary, zaś rozwidlony język groźnie przejechał jej po policzku. Wypełniwszy polecenie, wąż spojrzał na mówiącego.

Głodny – stwierdził.

Tom się zastanowił. Jego magia wciąż gwałtownie trzaskała w powietrzu, jakby śpiewała swą okrutną piosenkę. Kusząca propozycja, ale nie mógł poświęcić Avery'ego, bo potem miałby niemały problem z wytłumaczeniem zniknięcia ucznia, z którym rzekomo się przyjaźnił.

Zwykłe ugryzienie – powiedział, pokręciwszy głową.

Wąż rzucił mu wielce rozczarowane spojrzenie, a następnie skupił się na ofierze. Powoli, jakby specjalnie budując napięcie, otworzył paszczę, ukazawszy ostro zakończone zębiska, a potem wgryzł się w mięso na ramieniu. Chłopak zawył z bólu, podczas gdy Riddle patrzył na to z chorobliwą fascynacją. Zadowolony z osiągniętych rezultatów, podszedł do Avery'ego i spojrzał na jego zapłakaną twarz. Wyciągnął rękę i przesunął w pieszczotliwym geście po mieniących się łuskach przywołanego gada, gładkich i ciepłych w dotyku. Co interesujące, czuł pracujące pod skórą mięśnie.

Wystarczy – powiedział ściszonym głosem.

Gad trochę rozluźnił swój ucisk, pozwalając ofierze zaczerpnąć oddechu i spojrzał na swego pana. Krew malowniczo kapała mu z pyska, a język co rusz się wysuwał. Oczy Toma rozbłysły karmazynem, a podła determinacja była podsycana przez pełne boleści szlochy podwładnego. Cóż, jeszcze nie skończył dzieła, prawda? Nie, to byłoby zbyt proste. Avery zignorował rozkazy, które niegdyś wydał, więc zasłużył na surową karę. Bez pozwolenia nagabywał i obrażał Hermionę.

Wcześniej bardzo mnie zraniłeś, powiedziała.

Musiał przymknąć na moment oczy, ponieważ znów zatopił się we wspomnieniach. Gdy przywołał w głowie jej oskarżycielski głos, mimowolnie zadrżał. Uniósłszy powieki, spojrzał na cierpiącego Avery'ego.

– Zobaczmy, czy tym razem zrozumiesz polecenie – podsumował z mrocznym uśmiechem na twarzy.

Ślizgon wciągnął ze świstem powietrze, a potem spróbował się trochę odsunąć – oczywiście, nadaremnie.

– Błagam, mój panie – wyjęczał, targany spazmami bólu. – Nigdy więcej nie popełnię tego błędu…

– Mimo wszystko się powtórzę – powiedział, całkowicie ignorując słyszaną w głosie chłopaka panikę. – Masz się nie zbliżać do Hermiony – dodał śmiertelnie poważnie, a potem spojrzał na węża. – Wzmocnij uścisk.

Gad natychmiast spełnił polecenie, owinąwszy się wokół szyi Avery'ego tak mocno, że ten spurpurowiał z powodu braku możliwości zaczerpnięcia oddechu. Tom sięgnął po wewnętrznej kieszeni szaty i wyciągnął srebrny sztylet. Gdy przyłożył go do twarzy podwładnego, ostrze zabłysło srebrem. Uśmiechnął się z perwersyjnym rozbawieniem, a następnie wbił czubek w tkankę pod prawym okiem sługi. Niemal zadrżał, rozkoszując się uczuciem przebijającego ciało sztyletu, powoli i bardzo precyzyjnie kierując się w dół. Cięciu towarzyszyło zgrzytanie, zwłaszcza kiedy dotarł do okolic zębów. Krew spływała chłopakowi po twarzy, ale nie zamierzał na tym poprzestać. Skrupulatnie dokończył okaleczanie, zatrzymawszy się dopiero na linii szczęki. Wyjął nóż i wytarł go o ubranie ofiary, po czym się cofnął o kilka kroków. Przez moment podziwiał swą pracę, będąc szalenie rozbawionym. Pokój Życzeń zaś wypełniało szlochanie Avery'ego.

– Mam nadzieję, że teraz naprawdę dobrze zrozumiałeś rozkaz – stwierdził, usatysfakcjonowany.

– Tak, panie…

Eunectes Evanesca.

Machnął różdżką, a wyczarowany wcześniej wąż rozpłynął się w powietrzu. Tom ponownie skupił się na leżącym na podłodze i żałośnie szlochającym Averym. Uśmiechnął się złośliwie i odwrócił do pozostałych chłopców.

– Niech to będzie lekcja dla wszystkich – powiedział z rozbawieniem w głosie. – Zdecydowanie nie będę tolerował wszelkiej maści nieposłuszeństwa.

Rycerze natychmiast pokiwali mu głowami, bojąc się ściągnąć na siebie teraz trochę ostudzonego gniewu. Zadowolony z możliwości wyżycia się, Riddle schował różdżkę, a potem skierował się ku drzwiom wyjściowym.

– Posprzątajcie bałagan – rzucił przez ramię. – Nie lubię umazanej krwią podłogi – dodał i wybuchnął śmiechem, który krążył po komnacie jeszcze długo po tym, jak wyszedł.


Hermiona z wahaniem zapukała do drzwi.

– Proszę.

Z trudem przełknęła ślinę, ponieważ w duchu miała cichą nadzieję, że gabinet okaże się pusty i będzie mogła na spokojnie wrócić do dormitorium. Ostrożnie pchnęła wrota i weszła do pomieszczenia. Jak zwykle, została przywitana przez panujący w komnacie domowy bałagan, porozrzucane na biurku książki i różnego rodzaju artefakty porozstawiane w dziwacznych miejscach. Co ciekawe, tym razem niektóre leżały nawet na szerokim parapecie. Na pierwszy rzut oka był to chaotyczny nieporządek, ale dobrze wiedziała, iż profesor doskonale się w nim odnajdował. Albus Dumbledore siedział za swoim ogromnym biurkiem i patrzył nań przez okulary-połówki. Jasnoniebieskie oczy zabłyszczały wesoło, zaś na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Czemu zawdzięczam tak wczesną wizytę, Hermiono? – zapytał.

– Ee, muszę z panem porozmawiać… – wyznała zgodnie z prawdą.

– Oczywiście. Usiądź, proszę – powiedział, na co zareagowała nerwowym uśmiechem, podeszła do wskazanego dłonią krzesła i zajęła miejsce. – Zamieniam się w słuch. Co jest na tyle ważne, że opuściłaś zajęcia z zaklęć?

Momentalnie się spięła. Szczerze mówiąc, wolałaby uniknąć tej rozmowy, ale Lupin miał całkowitą rację. Zdecydowanie nie powinna odwlekać tego w nieskończoność, zwłaszcza że w grę wchodziło najprawdziwsze zagrożenie. Musiała powiedzieć prawdę.

– Eee, ostatnim razem rozmawialiśmy na temat Grindelwalda, profesorze… – zaczęła niepewnie. – Mówiłam panu, że… jakby jestem na celowniku…

Uśmiech Dumbledore'a przygasł.

– Owszem, pamiętam. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zmartwiło.

Hermiona poruszyła się nerwowo na krześle.

– Przedwczoraj znów zostałam zaatakowana – wyznała i obserwowała, jak wesołe ogniki znikają z niebieskich oczu, a mężczyzna natychmiast poważnieje.

– Znowu…?

Skinęła głową i spróbowała stłumić przytłaczające wspomnienia z potyczki w Zakazanym Lesie. Nie mówiąc nic więcej, profesor wstał, podszedł doń i machnął jej różdżką nad głową. W momencie poczuła rozchodzące się po ciele ciepło.

– Jesteś ranna – podsumował.

– Wszystko w porządku.

– Gdy omówimy to zajście, udasz się do skrzydła szpitalnego – powiedział, rzuciwszy jej przenikliwe spojrzenie.

– Naprawdę nic mi nie jest.

– Uwierz, że dostrzegłem przesłanki, które jasno i wyraźnie mówią, że jednak przyda ci się wizyta u szkolnego uzdrowiciela – stwierdził surowszym tonem, uprzednio potrząsnąwszy głową. – Opowiedz mi o tym incydencie – dodał, kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi. – Gdzie zostałaś zaatakowana?

Z trudem przełknęła ślinę, wróciwszy wspomnieniami do wydarzeń tamtego nieszczęsnego popołudnia.

– Spacerowałam wokół jeziora w okolicach Zakazanego Lasu – powiedziała.

– Czyli na zamkowych włościach – podsumował, patrząc nań w zamyśleniu. – Czy wiesz może, w jaki sposób wdarli się na teren Hogwartu?

– Użyli świstoklików, profesorze.

Dumbledore uniósł brwi.

– To wydaje się nieprawdopodobne. Szkoła i otaczające zamek okolice są obłożone bardzo silnymi, starożytnymi zaklęciami i barierami ochronnymi. – Odchylił się na krześle i zmarszczył lekko brwi. – Przełamanie wszystkich naszych zabezpieczeń jest szczególnie trudne, ale przyznaję, że nie niemożliwe. Magia ma pewne ograniczenia, nawet ta pradawna, i zawsze znajdzie się sposób na obejście tego, co najtrudniejsze. Kontynuuj, proszę.

– Zostałam osaczona, kiedy byłam sama – dodała. – Nie byłam w stanie samodzielnie ich pokonać. Gdy zostałam złapana, zażądali manuskryptu Ignotusa Peverella.

– Nie spoczęli na laurach. – Nauczyciel westchnął. – Oczywiście, nie mogłaś go oddać, ponieważ oddałaś mi księgę.

Hermiona skinęła głową. Wzięła głęboki, uspokajający oddech, wiedząc, że nie ma innego wyjścia, jak wyznanie prawdy. Pełna poczucia winy, wbiła wzrok w swoje złączone na kolanach dłonie.

– Niestety, ukradli mi pelerynę…

– Jaką pelerynę? – zapytał ostrzej, aniżeli zamierzał.

Z wahaniem spojrzała mężczyźnie w oczy.

– Pelerynę niewidkę, profesorze… – przyznała, czując się diablo winna.

– Czyli zdobyłaś drugie Insygnium Śmierci – podsumował po dłuższej chwili milczenia.

– Owszem.

– Jak?

– Cóż, było w posiadaniu Potterów.

– Och, więc stoisz za tym włamaniem. – Dumbledore przeczesał palcami długą, kasztanową brodę. – Nigdy nawet nie przypuszczałem, że peleryna niewidka została ukryta tak niedaleko. Kto by pomyślał, że to rodowe dziedzictwo Potterów.

– Nie wiedział pan…?

To dziwne, ponieważ miała świadomość, iż profesor poprosił niegdyś Jamesa Pottera, aby użyczył mu swojej peleryny. Z góry więc założyła, że miał w zanadrzu kilka istotnych informacji, którymi z nikim się nie podzielił.

– Nie miałem najmniejszego pojęcia – przyznał. – Skąd ty wiedziałaś?

Mimowolnie się spięła. Jak najlepiej to rozegrać, żeby nie wzbudzać większych podejrzeń? Przecież nie powie, że pochodzi z przyszłości i przyjaźniła się z krewnym Diany.

– Ee, dowiedziałam się, że Potterowie są bardzo daleko spokrewnieni z Peverellami, więc wybadałam grunt i zaryzykowałam wycieczkę.

Dumbledore skinął głową.

– Szkoda, że wpadła w ręce Gellerta – stwierdził, ewidentnie zawiedziony, przez co poczuła się jeszcze gorzej, niż przed chwilą.

– Przepraszam, profesorze…

– Czemu właściwie ją ukradłaś? Czy próbujesz skolekcjonować Insygnia Śmierci? – zapytał w zamyśleniu. – Masz wiedzę na temat peleryny i różdżki. Czy wiesz również, gdzie jest kamień? – dodał, gdy nie odpowiedziała. – Muszę cię ostrzec, że zjednoczenie Insygniów jest bezużyteczne, Hermiono – powiedział, patrząc nań przenikliwie. – Wielu próbowało swych sił i dało się zwieść mitowi. Nie chciałbym, żebyś padła ofiarą wierzeń i spisanych baśni, które są niczym więcej, jak mrzonkami i czarodziejskimi pragnieniami. Śmierć jest składową naszej egzystencji, czymś naturalnym i nieuniknionym. W pewnym momencie należy ją zaakceptować i pogodzić się z zakończeniem żywota. Ucieczka nie jest żadnym rozwiązaniem oraz przyniesie tylko więcej problemów i cierpienia.

– Wiem, profesorze – odparła. – Nie jestem zainteresowana nieśmiertelnością – dodała z mocnym przekonaniem.

– Czemu w takim razie próbujesz skolekcjonować Insygnia?

– Nie mogę panu powiedzieć, ale przysięgam, że nie chcę ich używać w celu zapewnienia sobie możliwości wiecznego życia. – Zacisnęła usta w wąską linię. – Są dla mnie… po prostu bardzo ważne.

Zadrżała pod wpływem bacznego spojrzenia, jakim została obdarzona. Dumbledore z pewnością nie dał wiary jej zapewnieniom. Jakby nie patrzeć, ostatnio ciągle go okłamywała, a teraz nawet zatajała przed nim najistotniejsze dla sprawy fakty.

– Wierzę ci, Hermiono – powiedział po dłuższej chwili nauczyciel.

Odetchnęła z ulgą. To wiele dla mnie znaczyło, uświadomiła sobie z niemałym wstrząsem. Zdecydowanie nie chciała, aby był wobec niej podejrzliwy.

– Dziękuję, profesorze.

Uśmiechnął się, jednak bardzo szybko spoważniał.

– Naszym największym problemem nadal jest to, że jesteś poszukiwana przez Gellerta.

– Owszem – odparła ściszonym głosem.

– Nie mogę przekazać mu manuskryptu – dodał ze smutnym błyskiem w oku.

– Wiem i niczego takiego nie oczekuję – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Chociaż nie spełnię żądań, które wysnuwa, zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby zapewnić ci bezpieczeństwo – kontynuował. – Osobiście dopilnuję, aby bariery wokół Hogwartu zostały wzmocnione. I proponuję, żebyś nie opuszczała murów szkoły bez eskorty.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się łagodnie.

– Strasznie mi przykro, Hermiono. W pierwszej kolejności nie powinnaś być wciągnięta w ten konflikt – stwierdził i się zgarbił. W momencie wyglądał, jakby postarzał się przynajmniej o kilkadziesiąt lat. Sprawiał wrażenie zmęczonego i szczególnie wyczerpanego. – Myślę, że niedługo skończy się zabawa w unikanie spotkania. – Wydawał się coś rozważać. – Niegdyś byłem blisko z Gellertem Grindelwaldem. Najwyższy czas, żebym wreszcie odpokutował błędy młodości. Nie mogę ci niczego obiecać, Hermiono, ale spróbuję go odnaleźć i doprowadzić przed wymiar sprawiedliwości. Może uda mi się go powstrzymać.

– Dziękuję.

– Jak udało ci się zbiec? – zapytał, uprzednio się uśmiechnąwszy uspokajająco. – Znam Gellerta całkiem dobrze, więc wiem, że wydostanie się z pułapki, którą przygotował, jest niezwykle trudnym zadaniem.

– Cóż, w pewnym momencie naprawdę niewiele mogłam zrobić. Zostałam schwytana i byłam przesłuchiwana – powiedziała zgodnie z prawdą. Wzięła głęboki oddech, gdy wróciła wspomnieniami do obrzydliwych dłoni Hengera i jego twardego przyrodzenia. Mimowolnie zacisnęła oczy.

– Co dokładnie zrobili, kiedy odmówiłaś współpracy? – spytał Dumbledore, podchodząc do sprawy z łagodnością i zrozumieniem.

Uniosła powieki.

– Byli naprawdę rozgniewani, więc oberwałam kilkoma przekleństwami… i prawie klątwą zabijającą…

Jasnoniebieskie oczy rozszerzyły się ze strachu i chociaż Dumbledore sprawiał wrażenie wstrząśniętego usłyszanym oświadczeniem, daleko mu było do szczerze zaskoczonego.

– Mimo to zdołałaś uciec, Hermiono.

– Owszem – przyznała. – Zanim uderzyło we mnie zaklęcie, Tom wkroczył od akcji i uratował mi życie. Chwilę później przyłączył się do walki.

Nauczyciel uniósł brwi, tym razem naprawdę zdumiony.

– Mówisz, że Tom Riddle przyszedł ci z pomocą – podsumował w zamyśleniu. – Chociaż bardzo się cieszę, że to zrobił, muszę przyznać, że jestem też zdezorientowany. Wyobrażenie sobie Toma w roli ratownika jest dość nieoczekiwanym i ciężkim zadaniem.

– W pierwszym odruchu byłam przekonana, że mam przewidzenia – mruknęła pod nosem.

– Czy to oznacza, że się pogodziliście? – zapytał z nutą nadziei w głosie.

– Nieszczególnie.

– Mimo to postanowił się poświęcić – dodał profesor, uśmiechnąwszy się łagodnie.

– Owszem, aczkolwiek jestem szczerze przekonana, że zrobił to wyłącznie dlatego, że wie o Insygniach Śmierci i wciąż potrzebuje ode mnie informacji – odpowiedziała z goryczą. – Myślę, że to jedyny powód, dla którego mi pomógł.

– Rozumiem.

Dumbledore zdjął okulary, położył je przed sobą na biurku i w zamyśleniu potarł nasadę nosa. Hermiona zaczęła się niewygodnie wiercić na krześle, bo wiedziała, że to nie znaczyło niczego dobrego. Gdy nań przenikliwie spojrzał, ze zdumieniem zauważyła, że się delikatnie uśmiecha.

– Czy kiedykolwiek rozważałaś danie mu drugiej szansy? – spytał uprzejmie.

– Cóż, już tego próbowałam, ale skończyło się zgodnie z przewidywaniami. Ostatecznie została mi rzucona pod nogi – stwierdziła szorstko.

– Niefortunnie, doprawdy. – Zmarszczył lekko brwi. – Czy pamiętasz naszą ostatnią rozmowę dotyczącą Toma Riddle'a?

– Tak, profesorze…

Właśnie wtedy, również w gabinecie transmutacji, wbrew swoim wszystkim postanowieniom i wiedzy na temat przyszłości, przekonała Albusa Dumbledore'a, aby zaniechał wydalenia Riddle'a z Hogwartu. To było krótko po rozstaniu, które mocno przeżyła. Na przekór rozsądkowi i instynktowi stanęła w obronie chłopaka, który straszliwie ją skrzywdził. Aby mu pomóc, zrezygnowała nawet z manuskryptu Ignotusa Peverella.

– Czy pamiętasz ostatnie pytanie, które ci zadałem, zanim wyszłaś z mojego gabinetu?

Hermiona się zapatrzyła. Oczywiście, że wymazała tego momentu z pamięci.

Kochasz go, prawda?

– Zastanawiam się, czy nadal podtrzymujesz swą odpowiedź.

Czy wciąż darzyła Toma uczuciem…? Szczerze mówiąc, po wszystkim, co ostatnio przeszła i torturach, których doświadczyła, nie miała zielonego pojęcia. Każda, nawet najmniejsza komórka mózgowa, podpowiadała jej, aby zaprzeczyła. Całkiem prawdopodobne, że nigdy go nie kochała, bo skupiła się na wykreowanym przez ogłupiały i osamotniony umysł obrazie idealnego chłopaka, zapomniawszy o prawdziwej twarzy Lorda Voldemorta, którą ukrywał przed całym światem. Chociaż miała teraz poukładane w głowie i kierowała się wyłącznie logiką, nadal pamiętała to ciepłe, przyjemne uczucie, które nią zawładnęło, gdy ponownie znalazła się w ślizgońskich objęciach, tuż po uratowaniu z rąk żołnierzy Gellerta Grindelwalda.

Zdezorientowana, nie była w stanie udzielić nauczycielowi żadnej sensownej odpowiedzi.

– Miłość jest naprawdę osobliwa i pełna niespodzianek. – Uśmiechnął się Dumbledore. – To siła, którą nijak możemy kontrolować, czy też oswoić i sobie podporządkować. Uwolniona, okazuje się bardzo potężna, nieokiełznana i niepohamowana. – Omiótł dziewczynę przenikliwym spojrzeniem. – Na świecie jest dużo rzeczy, z którymi musimy nieustannie walczyć i stawiać czynny opór. Osobiście jednak uważam, że nie powinniśmy dodawać miłości do tej listy.

Hermiona zmarszczyła brwi.

– Mam rozumieć, że sugeruje pan, abym mu wybaczyła…?

– Nie wiem, co dokładnie między wami zaszło, więc ciężko mi spojrzeć na sprawę obiektywnym okiem – powiedział z dobrotliwym uśmiechem na twarzy. – Znam Toma, więc wiem, do czego jest zdolny. Jeżeli uważasz, że to, co uczynił, jest niemożliwe do rozgrzeszenia, nie powinnaś postępować wbrew sobie – urwał na moment, podczas gdy w niebieskich oczach zamigotały smutne iskierki. – Są grzechy, które nie zasługują na przebaczenie.

Zamrugała, uzmysłowiwszy sobie, że Dumbledore znów postarzał się o dobre dziesięć lat. Sprawiał też wrażenie szalenie zmęczonego, a z jego oczu zniknął cały blask. Zamiast tego widziała w nich jedynie żal. Czy naprawdę sądził, że dopuścił się grzechów, których nie sposób przebaczyć? Zastanowiła się nad sednem problemu. Obecnie przeciwstawiał się mrocznej ideologii wyznawanej przez Gellerta Grindelwalda, ale wcześniej, w młodości, podążał tą samą ścieżką.

– Jeżeli ktoś prawdziwie i szczerze dąży do otrzymania rozgrzeszenia, powinno mu zostać udzielone – powiedziała po chwili zgodnie z tym, co podpowiadało jej sumienie.

Nauczyciel zamrugał i spojrzał nań uważnie, przywrócony do rzeczywistości. Na jego ustach ponownie zagościł pełen łagodności uśmiech.

– Czy Tom liczy na przebaczenie? – zapytał.

Hermiona wbiła wzrok we własne dłonie.

– Nie wiem, aczkolwiek widzę, że przynajmniej udaje.

– Masz wrażenie, że jest prawdomówny? – drążył, jakby trochę rozbawiony.

Na sekundę przymknęła oczy.

– Czasami – potwierdziła. – Niemniej jednak ciągle zastanawiam się, czy to naprawdę ma jakieś znaczenie. Wszystko się skomplikowało i jest po prostu…

– Trudne? – podpowiedział łagodnie.

Zaśmiała się pod nosem.

– Cóż, można tak powiedzieć. Tom albo próbuje mnie oszukać, albo rzeczywiście postawił tym razem na szczerość, która wydaje się podejrzana. Oczywiście, to nie sprawia, iż w momencie zapomnę o jego wcześniejszych uchybieniach. Muszę przyznać, że bardzo mnie zranił swoim zachowaniem i nastawieniem – podsumowała, zaś Dumbledore rzucił jej życzliwy uśmiech. – Nawet gdybym była w stanie mu wybaczyć i uwierzyć w szczerość skruchy, to nadal obawiam się, że znów zostanę zraniona; że kiedy tylko nadarzy się najbliższa okazja, ponownie zdradzi zaufanie, którym go obdarzę – dodała szeptem.

Dumbledore westchnął.

– Chciałbym podsunąć ci proste rozwiązanie na twój problem, Hermiono, ale mam wątpliwości, czy takowe istnieje. Właśnie dlatego miłość jest jednocześnie najcudowniejszym skarbem na świecie, jak również przerażającą siłą napędową, zwłaszcza dla młodych, niedoświadczonych życiowo ludzi. Czasami rozdziera nas od środka i ciągnie w kierunku, w którym zdecydowanie nie chcielibyśmy podążać.

– Owszem, ma pan rację. To straszne, zwłaszcza kiedy nagle zostajemy opuszczeni.

– Może jednak nie powinnaś tak łatwo rezygnować z Toma – powiedział z błyskiem w oku nauczyciel. – Co powiesz na kredyt zaufania?

Uśmiechnęła się pogodnie. To niesamowite, jak bardzo przypomina siebie z przyszłości. Zawsze wierzył w skrywane w ludziach dobro i był nieuleczalnym romantykiem, dającym drugie szanse. Szczerze mówiąc, chciałaby być doń podobna. Niestety, nie mogła się teraz zdecydować, czy spróbować wykorzystać tę radę.

– Jestem pewien, że ostatecznie podejmiesz słuszną decyzję, cokolwiek postanowisz – dodał z przekonaniem.

– Czasem naprawdę pragnęłabym mieć pańską wiarę w poprawność moich decyzji – odparła z cichym westchnieniem, na co zachichotał.

– Może rozważysz różne opcje, gdy już wyjdziesz ze skrzydła szpitalnego. Musisz odpocząć po przeżytym ataku – zaproponował. – Jak brzmi to powiedzenie? W zdrowym ciele zdrowy duch?

Hermiona westchnęła. Mimo irytacji lekko się uśmiechnęła.

– W porządku, wygrał pan. Odwiedzę pielęgniarkę.

Dumbledore wyglądał na bardzo zadowolonego.


Sennie otworzyła oczy i została przywitana charakterystycznym sterylnym zapachem oraz białym sufitem skrzydła szpitalnego. Zamrugała kilkukrotnie, aby na dobre się rozbudzić. Wszystkie te eliksiry, które musiała przyjmować, sprawiały, że była niesamowicie znużona i wymęczona. Nieustannie ziewała. Naprawdę nie cierpiała leżeć w ambulatorium, zwłaszcza że miała wiele ważniejszych rzeczy do zrobienia. Co interesujące, uzdrowiciel Perry wykonał kawał dobrej roboty, mimo że zdecydowanie nie miał podejścia do pacjentów i był całkowitym przeciwieństwem empatycznej madam Dulan.

Cóż, może to i lepiej, podsumowała, bowiem dzięki temu uzdrowiciel nie węszył spisków i zajmował się wyłącznie zleceniami, dlatego też nijak zauważył, iż tymczasowo utraciła swą magię.

Ziewnęła i odwróciła głowę. Automatycznie się spięła, kiedy zauważyła, że krzesło obok łóżka, które obecnie zajmowała, było okupowane. Na fotelu siedział Tom z wyciągniętymi przed siebie nogami. Gdy dostrzegł, że się wreszcie obudziła, natychmiast się poprawił i spojrzał nań uważnie. Lekko się uśmiechał.

– Hej. Jak się czujesz? – zapytał.

– W porządku – odpowiedziała, oparłszy się o wezgłowie. – Jak się tutaj dostałeś? – dodała, mrużąc z podejrzliwości oczy.

– Ee, madam Dulan mnie wpuściła. – Wydawał się wahać. – Przyniosłem ci kwiaty.

Hermiona rzuciła okiem na stolik boczny, gdzie leżały rzeczy przyniesione przez przyjaciół. Zauważyła pudełeczko czekoladowych żab, kilka kartek z życzeniami najszybszego powrotu do zdrowia oraz bukiet w wazonie. Riddle najwyraźniej podarunkiem próbował usprawiedliwić swoją obecność w skrzydle szpitalnym. Zmarszczyła brwi i spojrzała na gościa.

– Jak długo tutaj będziesz? – zapytał, kiedy nie odpowiedziała.

Czemu właściwie zdecydował się na odwiedziny? Z pewnością nie chciał dobrowolnie z nią rozmawiać, prawda?

– Podejrzewam, że za jakieś dwa dni – odparła.

– Jak tam twoja noga? – zainteresował się oraz znów była zaskoczona miękkim i pełnym troski tonem, którego użył.

Nieznacznie skinęła głową.

– Zgodnie z naszymi przypuszczeniami cięcia okazały się całkiem głębokie, jednakże to nie przeklęte rany.

– To dobrze. – Uśmiechnął się jakby nieśmiało. – Naprawdę nie podoba mi się to, że kolekcjonujesz blizny.

Usłyszawszy powyższe stwierdzenie, Hermiona zmarszczyła brwi i rzuciła mu mroczne spojrzenie.

– Interesujące, doprawdy. W takim razie zastanawiam się, dlaczego postanowiłeś dodać kilka – powiedziała chłodno.

Zerwała kontakt wzrokowy i wyjrzała przez okno. Z małą przyjemnością zapatrzyła się w błękitne letnie niebo i zielone drzewa Zakazanego Lasu. Chociaż dzień był pogodny, to nijak poprawiło jej humoru. W duchu liczyła, że Tom zrozumie jasny przekaz i po prostu sobie pójdzie, zostawiwszy ją w spokoju. Gdy poczuła jego dłoń na swojej własnej, w okamgnieniu zrozumiała, że tak łatwo się go nie pozbędzie.

– Nie powinienem był cię atakować – powiedział po dłuższej chwili milczenia.

Hermiona przygryzła dolną wargę i wyrwała się z uścisku.

– Widziałam wczoraj Avery'ego – zagaiła bezbarwnym głosem.

– Och? – Uniósł brwi, aczkolwiek w jasnoszarych oczach dostrzegła niebezpieczny błysk. – Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzał.

Zmarszczyła brwi.

– Nie, bo, prawdę powiedziawszy, był praktycznie nieprzytomny. Black i Lestrange przywlekli go do skrzydła szpitalnego. Uparcie twierdzili, że został zaatakowany przez jakieś zdziczałe zwierzę z Zakazanego Lasu.

– Ciekawe – podsumował i uśmiechnął się złośliwie.

Hermiona mimowolnie zadrżała. Siedział w swobodnej manierze na krześle, jakby naprawdę był na wizycie u chorego i udawał, że mu zależy.

– Nawiasem mówiąc, dla mnie też zaplanowałeś podobny los? – zapytała i patrzyła, jak marszczy w niezrozumieniu brwi. – Jeżeli twoja nowa taktyka zmuszenia mnie do uległości nie zadziała, to czy zamierzasz rzucić na mnie klątwę tego samego kalibru?

Natychmiast spoważniał i poprawił się na krześle.

– Uwierz, że to żaden wymyślny sposób na pozyskanie informacji – powiedział z wahaniem. – Nie skrzywdziłbym cię…

– Ostrzegam, żebyś niczego nie kombinował – syknęła gniewnie. – Jeżeli czegokolwiek spróbujesz, przysięgam, że doprowadzę do twojego wydalenia ze szkoły szybciej, niż zdążysz warknąć „Crucio".

– Ja… – Sprawiał wrażenie naprawdę dotkniętego wrogością, którą mu okazywała. – Groźby są zbędne. Nie zamierzam cię przekląć.

DeCerto, wietrząc podstęp, zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem. Szczerze mówiąc, była cholernie zmęczona słuchaniem co nowszych kłamstw. W skrzydle szpitalnym zapadła cisza, podczas której usilnie starała się ignorować obecność natrętnego gościa.

– Hermiono…? – zapytał po dłuższej chwili milczenia, więc zerknęła nań z niechęcią i uniosła ze zdziwienia brwi, zarejestrowawszy, że sprawiał wrażenie dziwacznie zdenerwowanego. – Gdy zostaniesz wypuszczona z ambulatorium, to zastanawiałem się… bo widzisz, w następny poniedziałek jest przyjęcie u Slughorna… – urwał na moment, najwyraźniej szukając odpowiednich słów na dokończenie zdania. – Skoro nie masz pary, to pomyślałem, że może moglibyśmy pójść razem?

Zmarszczyła brwi, bo zupełnie zapomniała o spotkaniu Klubu Ślimaka, a przecież zaledwie wczoraj odebrała sowę z powiadomieniem o dacie i godzinie. Gdy spojrzała uważniej na chłopaka, zauważyła nadzieję w jasnoszarych oczach. Czy myślał, że weźmie go na poważnie…?

– Nie, dziękuję – odpowiedziała szorstko.

Czy naprawdę oczekiwał, że się zgodzi…?

Zamrugała ze zdziwienia, kiedy zrobił markotną minę. Czyżby nie słuchał, gdy niejednokrotnie mówiła mu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego?

Nie rozwinąwszy tematu, ponownie wyjrzała przez okno. Gdy podziewała się szkolna pielęgniarka, kiedy była potrzebna? Niestety, wyglądało na to, że musiała poradzić sobie sama.

– Skoro zostałaś zaatakowana, to czy ci mężczyźni dostali to, czego pragnęli? – zapytał po chwili.

– Masz na myśli manuskrypt Ignotusa Peverella? – Niemal zadrżała, usłyszawszy w swoim głosie zblazowanie i obojętność.

– Owszem.

W porządku, powoli do przodu. Czyli to właśnie dlatego postanowił czatować w ambulatorium. Był zmartwiony miejscem pobytu księgi, na której mu zależało. O dziwo, gdzieś w sercu, Hermiona poddała się przygnębieniu.

Westchnęła.

– Nie, manuskrypt jest bezpieczny. Ostrzegam cię jednak, żebyś nie robił sobie złudnej nadziei – powiedziała, gwoli wytłumaczenia. – Oddałam go prawowitemu właścicielowi.

– Nie jestem zainteresowany księgą – stwierdził i nijak mogła powstrzymać szydercze parsknięcie pod nosem, słysząc tak oczywiste kłamstwo. – Zastanawiam się nad czymś zupełnie innym, aczkolwiek powiązanym. Jeśli nie zdobyli tego, po co przybyli do Hogwartu, równie dobrze mogą przeprowadzić następny atak.

Zadrżała, zobaczywszy troskę w jasnoszarych oczach.

– Całkiem możliwe.

Wtem Tom pochylił się do przodu, więc automatycznie się odsunęła. Wyglądał na szalenie poważnego.

– Co zamierzasz zrobić, jeżeli znów zostaniesz zaatakowana?

– Czemu się interesujesz? – zapytała, usłyszawszy w jego głosie ostrzejszą nutę. – Oczywiście, poza tym, że chciałbyś położyć ręce na księdze, zanim zrobi to ktoś inny.

Powoli odchylił się na krześle, przez co odetchnęła z ulgą. Znów miała więcej miejsca dla siebie. To pokrzepiające.

– Jak już mówiłem, martwię się twoim bezpieczeństwem, a nie książką.

Hermiona zatraciła się w spojrzeniu, które jej posłał. Zacisnęła dłonie na miękkim kocu, a potem wypuściła oddech, który wstrzymała, nawet nie wiedząc kiedy. Gdy otworzyła usta, była naprawdę zaskoczona, że zdołała powstrzymać drżenie głosu i najprawdziwsze zdezorientowanie.

– Oczywiście, troszczysz się o mnie, a nie o manuskrypt – parsknęła. – Mogłam się wcześniej domyślić, że moja brudna mugolska krew jest ważniejsza od cennej, napisanej wieki temu księgi, do której dostęp mają nieliczni.

Jasnoszare oczy pociemniały od nadmiaru emocji. Mimowolnie wstrząsnęły nią dreszcze i odwróciła szybko wzrok, nie mogąc znieść tego przeszywającego na wylot spojrzenia. Prawdę powiedziawszy, nie byłaby zaskoczona, gdyby w powietrzu unosiły się iskierki czarnej magii. Właśnie to sprawiło, że postanowiła porozmawiać z pielęgniarką przy pierwszej nadarzającej się okazji na temat niewpuszczania tutaj niechcianych gości.

Tom ewidentnie potrzebował chwili na uspokojenie nerwów, ale gdy zabrał znów głos, wydawał się całkiem opanowany.

– Naprawdę nie chcesz mi powiedzieć, kim są ci mężczyźni w czarnych płaszczach? Wiesz, że mógłbym pomóc.

Chociaż sprawiał wrażenie szczerego, potrząsnęła głową.

– Cóż, jak już wcześniej wspominałam, wciąż ci nie ufam – syknęła i zauważyła, że drgnął.

– W porządku – podsumował, jakby przygaszony. – Mam jednak nadzieję, że wkrótce zmienisz zdanie – dodał i we wspierającym geście wziął ją za rękę.

Momentalnie zesztywniała, ale postanowił to wygodnie zignorować. Z większym wysiłkiem, niż to konieczne, wyrwała się z uścisku, zdesperowana, aby natychmiast zakończyć kontakt fizyczny. Niezniechęcony odstręczającą postawą, Tom wstał z krzesła i rzucił jej jakby pełne uczucia spojrzenie.

– Odwiedzę cię ponownie – powiedział.

– Byłabym wdzięczna, gdybyś sobie darował.


Okazało się, że musiała leżeć w skrzydle szpitalnym aż do piątku, chociaż z perspektywy czasu wolałaby pobyć tam dłużej, bowiem wtedy mogłaby ominąć najmniej lubiane zajęcia, a mianowicie uroki i zaklęcia domowe. Oczywiście, stała pod klasą w niedalekim towarzystwie swoich rozchichotanych i gadatliwych współlokatorek z dormitorium, co tylko mocniej działało jej na nerwy. Oczywiście, cieszyła się, że opuściła ambulatorium przez wzgląd na podejrzanie częste odwiedziny Toma, bo, naturalnie, spełnił swą obietnicę.

Spróbowała zignorować skrzeczący głos Rose. Co właściwie robiła przed salą zaklęć domowych? Czy nie poprzysięgła sobie, że nigdy więcej nie przekroczy tego progu? Od czasu, kiedy Legifer rzeczywiście jej pomogła, uratowawszy skórę oraz odgoniwszy Lestrange'a i Avery'ego, poczuła się zobowiązania do wrócenia na lekcje. Nie spodziewała się ani ratunku, ani wyleczenia zranień, a tym bardziej usłyszenia późniejszych rewelacji, które poniekąd zachwiały dotychczasowym obrazem nielubianej nauczycielki.

Obowiązkowość, naturalnie, nie stała na przeszkodzie, aby głośno westchnąć z irytacji, kiedy przyszła pani profesor. Wyglądała równie nienagannie, co zazwyczaj. Zatrzymawszy się przed drzwiami, omiotła spojrzeniem zgromadzone wokół dziewczęta i dłuższą chwilę poświęciła na nieokiełznane włosy Hermiony. Ostatecznie zmarszczyła z dezaprobaty brwi.

– Rozsądna decyzja, panno DeCerto. Opuszczanie moich zajęć nie przyniesie niczego dobrego – powiedziała ostrzejszym tonem, zaś dziewczyna zacisnęła usta w wąską linię, usłyszawszy protekcjonalną nutę. W momencie poczuła potrzebę, żeby odwrócić się na pięcie i odejść w swoją stronę. Czy naprawdę myślała, że się jakoś dogadają, gdy również odwdzięczy się wyciągniętą doń ręką…?

Może za milion lat, podsumowała z cichym westchnieniem i podążyła za resztą koleżanek do klasy. Usiadła na swoim zwyczajowym miejscu, tuż obok współlokatorek z dormitorium, zaś nauczycielka nie traciła więcej czasu i od razu przystąpiła do wykładu. Zajęło jej mniej więcej pięć minut, zanim odpłynęła myślami. Zajęcia nijak się zmieniły, bo zdążyła jeszcze wyłapać zdania takie jak „Waszym przeznaczeniem jako kobiet jest wyjście za mąż i bycie dobrą żoną…" i „Musicie zawsze słuchać męża, ponieważ mężczyzna jest z natury…". Nie mogąc się powstrzymać, Hermiona przewróciła oczami. No tak, trzeba być miłą i posłuszną żonką – do tego niewymagane jest nawet posiadanie własnego mózgu…

Jakim cudem?, zastanawiała się, patrząc niewidzącym wzrokiem w Legifer. Ta kobieta była w trakcie szkolenia aurorskiego. To oczywiste, że musiała wykazywać się rozumem, siłą i umiejętnościami, żeby przetrwać w gronie męskiej konkurencji. Co więcej, czarownica po czterdziestce miałaby jeszcze gorzej. Co się stało z jej ambicjami? Bycie profesorem w Hogwarcie również jest prestiżowym zajęciem, ale ewidentnie nie sprawdzała się w tym zawodzie.

Jęknęła pod nosem, kiedy Legifer zaczęła pisać różdżką na czarnej tablicy. W momencie znów pożałowała, że została wtedy uratowana na korytarzu. Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, mogłaby swobodnie opuścić te zajęcia i nijak się przejmować głoszonymi tutaj banialukami. Najwyraźniej świat się przeciw niej zjednoczył i właśnie dlatego musiała się teraz męczyć z wypaczonym światopoglądem lat czterdziestych. Najważniejsze, że wciąż mogła śnić na jawie.

Chwilę później musiała wrócić do rzeczywistości.

– Czas poćwiczyć zaklęcia, drogie panie – powiedziała szorstko Legifer i machnęła różdżką, czym przywołała na stoliki dziewcząt sterty ubrań.

Hermiona zupełnie nie wiedziała, o co chodzi. Gdy spojrzała na tablicę, w okamgnieniu zrozumiała przekaz i aż uniosła brwi ze zdziwienia.

To najprawdopodobniej pierwszy raz, gdy była w temacie, znała inkantację i ruchy nadgarstka towarzyszące zaklęciu. Najwyraźniej dzisiejszym zadaniem było wyprasowanie ubrań i staranne ich złożenie w kostkę. Szczerze mówiąc, nauczyła się tego uroku na pierwszym roku, gdyż miała serdecznie dość wyciąganych z kufra, ciągle wymiętych bluzek. Oczywiście, nigdy nie przyznałaby nauczycielce racji na głos, ale też uważała, iż odpowiednia dbałość o stan szkolnego mundurka jest czymś istotnym, oczywiście, bez większej przesady i w granicach rozsądku.

Uśmiechnęła się, sięgnąwszy do torby. Tym razem nie zamierzała oblać zajęć i właśnie dlatego, ot na wszelki wypadek, wzięła ze sobą fiolkę Veneficusa. Chciała zaskoczyć profesorkę i jednocześnie raz jeszcze przetestować eliksir, który niedawno uwarzyła.

Zaledwie pięć minut później poczuła tlenie się magicznego rdzenia. Z błogością przymknęła na moment oczy. Jakże tęskniła za tym wspaniałym uczuciem. Musiała szybko przywrócić swą magię, aczkolwiek miała nieprzyjemne uczucie, że do tego będzie potrzebna Czarna Różdżka. Jakby nie patrzeć, jak dotąd była źródłem wszystkich jej problemów.

Najchętniej przeklęłabym Peverella, pomyślała mściwie, rozkoszując się uczuciem przepływającej przezeń mocy.

Nie zdawała sobie sprawy, że nauczycielka zaczęła się przechadzać pomiędzy stolikami, dopóki nie przystanęła koło jej stanowiska. Zmarszczyła brwi, najprawdopodobniej rozpamiętując ostatnią spektakularną porażkę, podczas gdy Hermiona się uśmiechnęła.

Może innym razem, dodała z rozbawieniem, po czym machnęła różdżką.

Plico.

Jakby za sprawą niewidzialnej ręki, stok ubrań uniósł się w powietrze i w okamgnieniu wygładził, a następnie samodzielnie złożył się w schludny stos i opadł z powrotem na blat. Legifer, zaszokowana, uniosła brwi aż po linię włosów.

– Właściwie… to dobrze sobie pani poradziła – podsumowała z najszczerszym zdziwieniem.

DeCerto była tak zaskoczona usłyszaną pochwałą, że przypadkowo machnęła różdżką, a uprzednio wyprasowane i poskładane ubrania natychmiast stanęły w ogniu. Spłonęły całkowicie, bo zanim się zorientowała, została z nich zaledwie kupka popiołu. Ze smutkiem spojrzała na resztki odzieży, po czym przeniosła wzrok na nauczycielkę. Cóż, wychodziło na to, że nie mogła przebrnąć przez zaklęcia domowe bez wyrządzenia najmniejszej szkody lub popełnienia gafy. Legifer zacisnęła usta w bardzo cienką, gniewną linię i wbiła w Hermionę lekko niedowierzający wzrok. Zaraz się zacznie, pomyślała ze znużeniem dziewczyna, ale miło się rozczarowała, bowiem profesorka po prostu sięgnęła po swój tradycyjny notatnik i zapisała duże „N" obok jej nazwiska.

– Cóż, lepiej Nędzny od Trolla – podsumowała, nie mogąc ukryć w swoim głosie zaskoczenia.

Nauczycielka spojrzała nań z dezaprobatą.

– Wciąż ma pani spore zaległości – powiedziała z nutą złośliwości.

– Mówiłam, że jestem beznadziejnym przypadkiem. – Uśmiechnęła się Hermiona, niezrażona zdystansowaną postawą rozmówczyni.

Legifer się zirytowała.

– Nadal twierdzę, że musi zmienić pani nastawienie – stwierdziła, po czym odwróciła się do innych dziewcząt i kontynuowała swój obchód.

Mimowolnie się zagapiła. Niewiele się w sumie zmieniło. Profesorka wciąż była momentami irytująca, jej pogląd na świat był staroświecki, a słuchanie wygłaszanych w klasie wykładów doprowadzało Hermionę do białej gorączki. Gdy, ot tak dla odmiany, postanowiła się skupić na lekcji, miała ochotę krzyczeć o równouprawnieniu, zarówno w życiu domowym, jak i zawodowym. Co jednak interesujące, kiedy zajęcia się skończyły, opuściła salę, będąc opanowaną.


Jakiś czas później siedziała w bibliotece z rozłożonymi na stole pergaminami i książkami, pracując nad wypracowaniem na starożytne runy. Jakby nie patrząc, leżąc w skrzydle szpitalnym, opuściła kilka dni szkoły i miała teraz małe zaległości. Pochłonięta esejem, dopiero po chwili zauważyła, że ktoś zajął miejsce naprzeciwko niej. Uniosła głowę, zirytowana obecnością nieznajomego, a potem zacisnęła usta, zobaczywszy Toma Riddle'a. Odwróciła wzrok i bez słowa wróciła do czytanej aktualnie lektury, aczkolwiek bardzo ciężko było jej się skoncentrować. Czuła na sobie spojrzenie chłopaka i to wystarczyło, żeby się rozproszyła. Z początku starała się ignorować tę niemą zaczepkę, ale nim minęły dwie minuty, okazało się to niemożliwe.

– Czego chcesz, Voldemorcie? – zapytała, nie zaszczycając go nawet przelotnym spojrzeniem.

– Niczego. Chciałem tylko zobaczyć, jak sobie radzisz – powiedział, zignorowawszy przytyk do zmyślnego pseudonimu.

Hermiona nadal patrzyła na swoje wypracowanie, zdeterminowana, aby nie pokazać po sobie rozdrażnienia.

– Już ci mówiłam, że nie zależy mi na pogłębianiu naszych stosunków. Miałeś trzymać się ode mnie z daleka – podsumowała. – Czemu ciągle zawracasz mi głowę?

Kiedy nie otrzymała żadnej odpowiedzi, uniosła wzrok. Tom sprawiał wrażenie dziwnie zdenerwowanego, bo zaciskał dłonie na krawędzi stołu.

– Jak mogę sprawić, abyś mi wybaczyła? – zapytał z prawie błaganiem.

Uniosła brwi.

– Nijak.

– Wiem, że nie chcesz całkowicie zerwać ze mną kontaktu. Czuję, że wciąż jest coś między nami.

Przez moment siedzieli w milczeniu, podczas gdy Hermiona rozważała opcje. Ostatecznie mocno zmarszczyła czoło.

– Cóż, poniekąd masz rację – stwierdziła, a w jasnoszarych oczach zabłysła iskierka nadziei. Oczywiście, nie zamierzała jej bezsensownie podsycać. – Odkąd zaczęłam uczęszczać do Hogwartu, dosyć szybko nawiązaliśmy nic porozumienia, z początku opartego na obopólnej niechęci, a potem na… głębszym uczuciu. Minęło trochę czasu, a nasze zauroczenie przysłoniła z powrotem nienawiść. – Odwróciła głowę. – Wszystko między nami jest skończone. Nie chcę znów pakować się w związek – dodała ściszonym głosem.

– Nieprawda – zaprzeczył, teraz z rozkazującą nutą. – Wiem, że nadal się na mnie gniewasz i jesteś rozczarowana, ale to jeszcze nie koniec.

Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem.

– Cokolwiek nas łączyło, straciło na znaczeniu. Mam serdecznie dość. Właściwie to powinnam z ciebie zrezygnować dawno temu.

– Nie mogę tego zaakceptować – odpowiedział z uporem.

– Cóż, nie masz wyboru, ponieważ podjęłam już decyzję. Odkąd zaczęłam tutaj naukę, zawsze się ze sobą ścieraliśmy. Walczyliśmy na praktycznie każdym poziomie – teoretycznym na zajęciach, fizycznym na obronie, a nawet emocjonalnym na korytarzach. Jestem tym zmęczona, bo toczenie z tobą wojny nie należy do moich obowiązków. Nie pojawiłam się w Anglii, żeby cokolwiek ci udowadniać. Ta rywalizacja jest całkowicie bezcelowa i prowadzi dosłownie donikąd. Szczerze mówiąc, to nie wiem, dlaczego zaczęliśmy właściwie ze sobą walczyć. Wynik nigdy nie miał żadnego znaczenia. Byłam głupia, że nie pomyślałam o tym wcześniej. Nasz związek jest daremny i mam dość przekomarzanek.

Tom złagodniał.

– Nie zawsze się kłóciliśmy.

– Wręcz przeciwnie. Sprzeczaliśmy się, nawet kiedy byliśmy jeszcze razem – stwierdziła ze zmarszczonymi brwiami. – Zazwyczaj próbowałeś mnie kontrolować, podczas gdy ja walczyłam z twoją potrzebą dominacji i zawładnięcia mną.

– Ja… – wyjąkał, ale najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie mijała się z prawdą. – Tym razem będzie inaczej.

Hermiona potrząsnęła głową.

– Oboje dobrze wiemy, że to nieprawda.

– Naprawdę nie chcę cię podporządkowywać – zaprzeczył.

Zmarszczyła brwi.

– Cóż, do tego właśnie dążyłeś – podsumowała. – Od zawsze pragnąłeś zmusić mnie do poddania się i wyjawienia wszystkich moich sekretów.

– Nie!

Znów potrząsnęła głową.

– Oświecę cię, Voldemorcie. Wyobraź sobie, że jestem świadoma różnic, które nas dzielą. Jesteś ode mnie znacznie silniejszy – powiedziała swobodnie, dopatrzywszy się w jasnoszarych oczach kompletnego zaskoczenia. – Walczyłam na wojnie, więc wiem, że daleko mi do słabej czarownicy. Zdobyłam wiedzę na temat magii poprzez naukę i wieloletnią, ciężką praktykę. Niełatwo było mi stać się kobietą, którą teraz jestem. – Odchyliła się na krześle, rzucając mu uprzednio sondujące spojrzenie. – W przeciwieństwie do mnie jesteś zupełnie inny.

– O czym ty…?

– Lubisz to słyszeć, prawda? – zapytała, nie dając mu szansy dokończyć zdania. – Że jesteś wyjątkowy – dodała, gwoli wytłumaczenia i się drwiąco uśmiechnęła.

Spodziewała się, że przytaknie lub jakkolwiek zareaguje, ale Tom po prostu patrzył nań, jakby zdezorientowany lub zakłopotany.

Westchnęła.

– Wszystko przychodzi ci bez żadnego wysiłku. Jesteś genialnym czarodziejem. Uwierz, że nieważne, jakbym się starała, nigdy za tobą nie nadążę. Kiedy jesteś u szczytu swej mocy, Voldemorcie, raczej nie ma nikogo, kto mógłby pokonać cię w magicznym pojedynku. – Na moment przymknęła oczy. – Oczywiście, to nie oznacza, że zamierzam się przed tobą kłaniać. Nie zamierzam też zdradzić ci moich tajemnic, bo to prywatna sprawa. Osobiście uważam, że zwykła moc to zaledwie połowa sukcesu. Mimo że jestem słabsza, wciąż mogę stanąć do boju. Tym razem jednak nie ma takiej potrzeby. Skończyłam z walką.

Riddle nic nie odpowiedział.


Resztę weekendu spędziła zamknięta w pokoju wspólnym. Zdecydowanie nie miała ochoty na następne spotkanie z Tomem, który sprawiał, że czuła się co najmniej niekomfortowo. Czasem przyłapywała się na tym, że chciała, aby wrócił do swojego wrogiego nastawienia, a nie udawał pragnącego odnowienia związku chłopaka. Wtedy przynajmniej wiedziała, co może kombinować i czego się po nim spodziewać.

Zobaczyli się ponownie dopiero w poniedziałek. Na eliksirach znów usiadła obok Longbottoma i była z siebie cholernie dumna, że zignorowała wszystkie wysiłki Riddle'a. Niestety, na obronie przed czarną magią nie miała wystarczająco dużo szczęścia.

Weszła do klasy i podeszła do swojego stolika.

– Cześć, Mionka! – Uśmiechnął się Weasley.

Odwzajemniła gest, usiadła obok chłopców oraz wyciągnęła na blat pióro i czysty pergamin.

– Och, nie sądzę, abyś dzisiaj tego potrzebowała – zagaił radośnie Longbottom.

Uniosła wzrok i zobaczyła, że wesoło się szczerzy. Co interesujące, wydawał się w naprawdę dobrym nastroju.

– Czemu miałabym nie potrzebować przyborów do pisania? – zapytała z kpiną. – W przeciwieństwie do ciebie nie mam najmniejszego zamiaru olać zajęć.

– Moja droga Hermiono. – Mark pokręcił głową, nieurażony docinkiem. – Cóż, po prostu po drodze spotkaliśmy McGraya, który powiedział nam, że najwyższy czas na lekcję praktyczną. Za niedługo będziemy się pojedynkować.

Momentalnie zmarkotniała. Cudownie, podsumowała z przekąsem.

– Czyż to nie wspaniałe? – kontynuował, uszczęśliwiony, zupełnie nie zarejestrowawszy jej braku entuzjazmu. – Wreszcie skończyliśmy z tą okropną teorią dotyczącą mrocznych i niebezpiecznych magicznych stworzeń. Teraz gdy odbębniliśmy najgorsze, możemy na spokojnie przejść do standardowego przeklinania. Czeka nas świetna zabawa!

– Jasna sprawa! – dodał Weasley i chłopcy przybili sobie piątki, podczas gdy Lupin ograniczył się tylko do potrząśnięcia głową.

– Wspaniale, że mam nową różdżkę. – Uśmiechnął się Longbottom, wyciągnąwszy z kieszeni ciemnobrązową broń.

– Chciałabym za nią zapłacić – powiedziała, znów mając wyrzuty sumienia.

– Skończ z niepotrzebnym zamartwianiem się, Hermiono. – Mark machnął nań dłonią. – Szczerze mówiąc, moja mama była entuzjastycznie nastawiona do kupna nowej. Nawet mi zasugerowała, że to przez starą miałem same kłopoty. Pff, jakby to było możliwe!

– Nieważne. To przeze mnie musiałeś w pierwszej kolejności kupować nową. Zgubiłam ci starą…

– Weź sobie wreszcie na wstrzymanie – poprosił z troską w oczach. – Wszyscy wiemy, że właściwie niczym nie zawiniłaś.

Hermiona odwróciła wzrok i spojrzała na swoje dłonie. Odkąd powiedziała przyjaciołom prawdę o Gellercie Grindelwaldzie, ci starali się nie poruszać wrażliwego tematu. To oczywiście nie zmieniało faktu, iż skrycie się o nią martwili.

Ich rozmowa dobiegła końca, kiedy do klasy wszedł profesor McGray i po krótkim przywitaniu, rozpoczął lekcję. Słuchając wstępnego wykładu, sięgnęła do torby i wyciągnęła fiolkę z Veneficusem. Jeżeli rzeczywiście mieli się dziś pojedynkować, potrzebowała eliksiru tymczasowo przywracającego magię. Gdy odkorkowała miksturę, Longbottom się nią zainteresował.

– Co to jest? – zapytał, wskazawszy palcem na buteleczkę.

– Eee, ostatni eliksir, który muszę przyjmować – odpowiedziała.

– Madam Dulan wypuściła cię ze skrzydła szpitalnego. Byłem przekonany, że wszystko już w porządku – stwierdził, na nowo zmartwiony.

– Czuję się dobrze. Muszę jednak dalej przyjmować lekarstwo – odparła, upiła łyczka i schowała fiolkę z powrotem do torby. Veneficus odwali całą robotę, pomyślała, zadowolona, a następnie chwyciła za pióro i zaczęła sporządzać notatki.

Jakieś piętnaście minut później poddała się panice. Odkąd zażyła eliksiru, nie poczuła żadnego skurczu, czy też rozchodzącego się po ciele ciepła. Odłożyła pióro na stół, przymknęła oczy i skoncentrowała się na mentalnym warkoczu. Gdy uniosła powieki, zrozumiała, że tym razem rdzeń nie zareagował i wciąż pozostawał niewzruszony. Z nerwów przygryzła dolną wargę.

Jasna cholera!

Czemu eliksir nie zadziałał? W trakcie zaklęć domowych wszystko było w porządku, więc dlaczego teraz odmawiał posłuszeństwa? Zadrżała z paniki, a serce zmroził jej najprawdziwszy strach.

– Najwyższy czas, abyście znów potrenowali w parach – zakończył wykład profesor, zaś DeCerto podniosła gwałtownie głowę. – Resztę lekcji poświęcimy na pojedynki. – To zdanie zostało zagłuszone przez podekscytowane okrzyki radości. – Cisza! – McGray uniósł ręce w górę. – Wszyscy, którzy chcąc wziąć udział w dalszej części lekcji, proszeni są o przejście do sali treningowej.

Uczniowie wstali ze swoich miejsc, zaś Hermiona niewzruszenie siedziała na swoim. W międzyczasie nauczyciel skierował się ku dziewczętom z tradycyjnym arkuszem pergaminów w dłoni, najprawdopodobniej chcąc rozdać im testy teoretyczne. Gdy rozdał arkusze jej współlokatorkom, zebrała się na odwagę i zabrała głos.

– Ja… – urwała i przeklęła samą siebie za bycie aż nazbyt oczywistą. – Czy również mogę dostać wypracowanie, profesorze?

McGray zmarszczył brwi.

– Myślałem, że zechce pani dzisiaj uczestniczyć w lekcji pojedynków, panno DeCerto – powiedział, szczerze zaskoczony. – Jest pani naprawdę utalentowana – dodał, chcąc ją przekonać do zmiany zdania. – Uważam, że rezygnacja z praktyki będzie niekorzystna.

– Właśnie, Hermiono! – Longbottom przyłączył do protestu. Szczerze mówiąc, pragnęłaby, żeby nie zwracał na nią niepotrzebnej uwagi, zwłaszcza wśród ślizgonów. – Jesteś najlepsza z pojedynków z całej klasy. Nie możesz podziękować za współpracę.

Zapatrzyła się na tę dwójkę, próbując naprędce wykombinować w miarę wiarygodną wymówkę. Najgorsze, że nie mogła się powstrzymać i w przelocie zerknęła na Toma. Ze zgrozą zauważyła, że pilnie przysłuchiwał się rozmowie, więc natychmiast odwróciła wzrok.

– Nie czuję się dzisiaj dobrze, profesorze – powiedziała do McGraya. – Myślę, że najlepiej zrobię, jeżeli sobie odpuszczę.

– Wszystko w porządku, panno DeCerto. Wiem, że w zeszłym tygodniu była pani chora, ale zapobiegawczo podpytałem madam Dulan o pani dyspozycyjność i zagwarantowała mi, że bez żadnych przeszkód może pani uczestniczyć w lekcji.

Wstrzymała w panice powietrze.

– Zawsze możesz spróbować, a potem zrezygnować – dodał Mark.

Ta entuzjastyczna nuta jest irytująca, pomyślała z rozpaczą, próbując wykombinować coś sensownego. Ku swojemu niezadowoleniu zauważyła, że Tom nadal nie odwrócił od niej wzroku, teraz ewidentnie zaintrygowany. Właśnie wtedy przez otwarte drzwi do sali treningowej wszyscy zobaczyli błyskające czerwone światło. Nauczyciel miał zamiar zainterweniować, dlatego też, zanim odszedł, po raz ostatni nań spojrzał.

– Może jednak pani spróbuje, a jeżeli siły nie dopiszą, odwiedzi skrzydło szpitalne?

Hermiona jęknęła z frustracji, patrząc na oddalającego się profesora. Niestety, nie miała też wystarczająco dużo czasu na ponowne wzniesienie protestu, ponieważ zanim się zorientowała, Mark chwycił ją za ramię i pociągnął w kierunku sali treningowej.

– No dalej, bez ociągania – powiedział po drodze. – Zobaczysz, że jak sobie rzucisz jedną lub dwie klątwy, to od razu poczujesz się lepiej.

Szczerze wątpię, podsumowała w myślach. Gdy weszli do przestronnej komnaty, McGray właśnie rugał Lestrange'a, który był najprawdopodobniej winien rzucenia zaklęcia ogłuszającego bez zgody i nadzoru nauczyciela.

– Coś nie w porządku?

Usłyszawszy jakże znajomy głos, mimowolnie zesztywniała i powoli odwróciła głowę. Naturalnie, kiedy nie patrzyła, Tom podkradł się bliżej i teraz stał praktycznie za nią. Uniósł lewą brew, całkowicie ignorując mordercze intencje Longbottoma.

– Chciałbym, żebyście dobrali się w pary – powiedział wszem wobec McGray.

Ślizgon się uśmiechnął, zaś Hermiona zastygła w bezruchu. To aż nazbyt oczywiste, z czym zaraz wyskoczy.

– Zechciałabyś mi partnerować? – zapytał łagodnie.

Spanikowała. Jeżeli wyrazi zgodę, Riddle w okamgnieniu się zorientuje, że utraciła swą magię i zyska nań ogromną przewagę. Zanim zdążyła odmówić, Mark wkroczył do akcji.

– Chyba oszalałeś, jeżeli myślisz, że pozwolę ci skrzywdzić Hermionę!

To najprawdopodobniej był pierwszy raz, kiedy ucieszyła się z okazywanej przez przyjaciela wrogości. Naprawdę nie mogła pojedynkować się z Tomem.

– Nie, nie, panie Longbottom. Absolutnie wykluczone – powiedział McGray, który nagle zmaterializował się obok nich. – Panna DeCerto źle się dzisiaj czuje i powinna partnerować koledze, który w pełni kontroluje siłę swoich zaklęć – wytłumaczył, zaś dziewczyna prawie przewróciła oczami, kiedy odwrócił się do Toma. – Czy zechciałby pan współpracować z panną DeCerto?

– Oczywiście, profesorze – odpowiedział ślizgon, szalenie zadowolony z obrotu sytuacji.

Hermiona zacisnęła usta w cienką linię. To zdecydowanie nie był jej dzień.

– Żadnych niebezpiecznych klątw, dobrze? – Nauczyciel pogroził im palcem. – Nie chcę powtórki z poprzedniej lekcji pojedynków. Zrozumiano?

Chłopak zrobił skruszoną minę.

– Naturalnie.

McGray najwyraźniej był usatysfakcjonowany przedstawieniem, ponieważ zostawił ich chwilę później i kontynuował obchód dookoła sali, upominając co poniektórych uczniów.

Przez moment obserwowała oddalającego się profesora, wciąż główkując nad sensownym rozwiązaniem problemu, kiedy do Riddle'a podszedł Longbottom.

– Słuchaj no, gadzie – syknął, ledwo tłumiąc wściekłość. – Jeżeli coś jej zrobisz, obiecuję, że się zrewanżuję.

Szczerze mówiąc, była bardzo zaskoczona, że Tom zupełnie zignorował usłyszaną groźbę. W normalnych okolicznościach zareagowałby albo złośliwością, albo odwdzięczeniem się pogróżkami. Teraz jednak po prostu się nań skoncentrował.

– Zaczynamy? – zapytał.

Nie, oczywiście, że nie!

– Tak…

Chłopak odsunął się od Longbottoma i znalazł wolną przestrzeń. Mark spurpurowiał ze złości, ale zdołał powstrzymać swe nerwy. Zamiast tego, rzucił Hermionie uspokajający uśmiech, po czym odmaszerował do Weasleya i Lupina.

Nie mając innego wyjścia, niepewnie podążyła za Tomem. Jak się wykaraskać z ambarasu, w którym przez przypadek wylądowała…? Chociaż jej umysł pracował na najwyższych obrotach, nie zdołała wymyślić żadnego rozwiązania problemu. Gdy przystanęła, była przekonana, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Ślizgon zdążył już wyciągnąć różdżkę i teraz nonszalancko się nią bawił. Z trudem przełknęła ślinę, zwłaszcza że uśmiechał się zachęcająco. Prawdę powiedziawszy, miała ochotę obrócić się na pięcie i uciec gdzie pieprz rośnie.

– Wszystko w porządku? – zapytał z jakby troską.

– Jasne…

Gdy pstryknęła palcami, przywołała do siebie różdżkę. Zacisnęła mocno dłoń na chłodnym drewnie i przez moment walczyła z uczuciem opuszczenia. Jej magia wciąż nie reagowała.

Kiedy się wreszcie pozbierała, spojrzała na przeciwnika, który patrzył nań z wyrazem zdumienia na twarzy. No cudownie, podsumowała, zirytowana do granic możliwości. Zauważył, że coś kombinuję, jeszcze zanim przystąpili do pojedynku.

– To tylko trening. Nic poważnego – stwierdził, a ponieważ nic nie odpowiedziała, dodał: – Jesteś gotowa?

Skinęła głową.

Wzmocniła uścisk na uchwycie, a potem się formalnie pokłoniła. Może najlepszym sposobem na wykaraskanie się z tej sytuacji będzie oberwanie pierwszą lepszą klątwą? Gdyby zdecydowałaby się podłożyć, nie musiałaby kombinować z pokazem własnej magii, bo zostałaby wyeliminowana.

Tom się wyprostował i zaatakował, strzelając doń najzwyczajniejszym w świecie oszałamiaczem. W przeszłości, kiedy jeszcze dysponowała magią, podobne zaklęcie tylko poprawiłoby jej humor, ale teraz była bezbronna, a tym samym zrozpaczona. Zgrzytnęła zębami ze złości. Niestety, ale naprawdę dobrze wymierzył. Jeżeli się nie ruszy, oberwie zaklęciem prosto w klatkę piersiową. Zanim została powalona na ziemię, odskoczyła w bok, przetoczyła się przez ramię i wylądowała na kuckach na podłodze. Wyraźnie zdezorientowany, Tom spojrzał nań ze zmarszczonymi brwiami.

Przekląwszy swój instynkt, Hermiona uzmysłowiła sobie, że zaprzepaściła najprawdopodobniej najlepszą szansę na wyeliminowanie się z pojedynku.

Jasna cholera!

Wstała i ponownie stanęła twarzą w twarz z przeciwnikiem. Wydawał się szczerze zaskoczony sposobem, w jaki się wywinęła i teraz ewidentnie czekał na kontratak. Gdy wycelowała weń broń, czuła się po prostu głupio, ponieważ dobrze wiedziała, że nie wykrzesze z siebie nawet odrobiny magii. Może powinnam rzucić w niego różdżką, pomyślała z szyderstwem. W tej chwili był to najprawdopodobniej najbardziej obiecujący sposób na przeprowadzenie ataku. Jeżeli się postaram, trafię go w głowę, parsknęła.

Gdy nie wykonała żadnej akcji, Tom zdecydował się na następny urok. Elegancko machnął ręką i cisnął weń zupełnie nieszkodliwym zaklęciem wiążącym. Aby je odeprzeć, nie musiała nawet wznosić tarczy – wystarczyłoby zwykłe przekierowanie mocy. Oczywiście, znów była bezbronna, więc wyczekała ostatniego możliwego momentu i się uchyliła. Gdy się przesunęła, ze świstem wciągnęła powietrze, bowiem zarejestrowała ostrzejszy błysk w jasnoszarych oczach. W ekspresowym tempie zakręcił różdżką i posłał ku niej następną klątwę. Najwyraźniej chciał, żeby wreszcie użyła magii. Zaklęcie miało uderzyć dokładnie w miejsce, gdzie wylądowała, więc miała naprawdę mało czasu na uniknięcie najgorszego. Chociaż bardzo się starała, urok był dokładnie wymierzony, przez co nie zdążyła. Zanim się zorientowała, poczuła, że dotyka jej łokcia. Siła czaru sprawiła, że straciła równowagę i z cichym sapnięciem upadła na podłogę. W miejscu, gdzie oberwała, czuła nieprzyjemne kłucie.

Cóż, przynajmniej zostałam wyeliminowana. Jeden problem z głowy, pomyślała i spróbowała się podnieść. Właśnie wtedy poczuła ciepłą dłoń na ramieniu. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła, że Riddle znalazł się tuż obok, najwyraźniej mocno zatroskany.

– Byłem przekonany, że postawisz tarczę – powiedział. – Nie chciałem cię skrzywdzić.

– Wszystko w porządku – burknęła, rozmasowując łokcia. Najprawdopodobniej oberwała prostym urokiem żądlącym, gdyż pieczenie nie przechodziło nawet po delikatnym masażu.

– Co się tu wydarzyło?

Kiedy byli skupieni wyłącznie na sobie, podszedł do nich McGray, zainteresowany wynikiem pojedynku. Tom pomógł Hermionie wstać, a potem zerknął na nauczyciela.

– Nie uniknęła zaklęcia żądlącego, profesorze.

Mężczyzna zmrużył oczy.

– Proszę mi pokazać – powiedział do podopiecznej.

Nie mając innego wyjścia, posłusznie podwinęła rękaw szaty i pokazała zaczerwienie. McGray machnął nad nim różdżką, a następnie lekko się uśmiechnął.

– To nic poważnego, panno DeCerto. Nalegam jednak, żeby odwiedziła pani skrzydło szpitalne. Madam Dulan z pewnością zaoferuje pani maść na ukąszenia.

Skinęła głową.

– Chciałbym jej towarzyszyć – powiedział natychmiast Tom, węsząc doskonałą okazję.

– W twoich snach, Riddle!

Hermiona odwróciła się i prawie jęknęła z frustracji, zobaczywszy nadbiegającego Longbottoma. Najwyraźniej zobaczył, że została trafiona i postanowił przybyć jej na ratunek. Strasznie szybko stracił nad sobą panowanie, bowiem gdy już się doń zbliżył, był cały purpurowy ze złości. W dłoni trzymał różdżkę i było bardziej niż oczywiste, że cisnąłby w ślizgona zaklęciem, gdyby nie obecność profesora.

– Przekląłeś ją! – dodał oskarżycielskim tonem.

– Już, już, spokojnie. – McGray postanowił interweniować. – Pan Riddle jest niewinny, bo był to wypadek podczas pracy.

– Jestem pewien, że gnojek zrobił to specjalnie!

– Pięć punktów od Gryffindoru, panie Longbottom. – Nauczyciel zmarszczył brwi. – Nie przystoi w ten sposób obrażać kolegów.

– Przepraszam, profesorze – wymamrotał pod nosem Mark, ale było po nim widać, że ma gdzieś to upomnienie.

– Wciąż radzę, aby poszła pani do skrzydła szpitalnego. Madam Dulan szybko zaradzi użądleniu – powiedział w stronę DeCerto McGray. – W porządku, może pan odprowadzić koleżankę – dodał w kierunku Riddle'a.

Hermiona miała wrażenie, że Longbottom warknął wściekle pod nosem, ale postanowiła to zignorować. Naprawdę borykała się teraz z o wiele większymi problemami, aniżeli możliwym do wytłumaczenia gniewem przyjaciela. Tom ewidentnie coś podejrzewał, bo co kilka sekund rzucał jej przenikliwe spojrzenie. W kościach czuła, że z wyprawy do ambulatorium nie wyniknie nic dobrego.

Skinąwszy nauczycielowi głową, skierowała się ku drzwiom prowadzącym do sali lekcyjnej, boleśnie świadoma zbliżającego się przesłuchania na korytarzu. Milczenie chłopaka powoli doprowadzało ją do szału, bo wiedziała, że tylko czeka na nadarzającą się okazję. Całkiem prawdopodobne, że właśnie dodawał do siebie elementy układanki, biorąc pod uwagę również wszystkie wcześniejsze wydarzenia. Cisza wyjątkowo jej ciążyła. Gdy bez przeszkód dotarli do skrzydła szpitalnego, odetchnęła z ulgą. Tom zapukał, a drzwi otworzyła im pielęgniarka.

– Widzę, że nie masz, kochana, za dużo szczęścia! – stwierdziła, dojrzawszy Hermionę. – Co się stało tym razem? – dodała z troską i z dłonią na ramieniu poprowadziła ją do pierwszego wolnego łóżka.

– Zabłąkane przekleństwo podczas obrony przed czarną magią – powiedziała zwięźle.

– Od zawsze powtarzam Vallo, że jego zajęcia są zbyt niebezpieczne – podsumowała z irytacją czarownica. – Oczywiście, nie stosuje się do moich poleceń.

Zmarszczyła w dezorientacji brwi. Vallo…? Czy Dulan mówiła o McGrayu…? Właśnie wtedy zauważyła to charakterystyczne szkliste spojrzenie pielęgniarki, dzięki któremu doznała olśnienia. Mimowolnie się uśmiechnęła.

Kobieta podwinęła jej rękaw szkolnej szaty, a następnie bluzki i obejrzała zaczerwienienie na łokciu. Cmoknęła z dezaprobatą i sięgnęła po małą buteleczkę, stojącą na pobliskiej półce.

– Niczym się nie martw, skarbie. To nie będzie bolało – powiedziała uspokajającym tonem, a następnie wylała odrobinę na wacik, przyłożyła do miejsca ukąszenia, a Hermiona niemal westchnęła z ulgą, gdy kłujący ból natychmiast ustąpił. – Lepiej? – zapytała, odłożywszy szczypce na boczny stolik.

– Tak, dziękuję. – Uśmiechnęła się uprzejmie.

– Myślę, że najlepiej będzie, jak wrócisz do pokoju wspólnego – podsumowała pielęgniarka. – Powiem Vallo, ee… to znaczy panu profesorowi, że wszystko z tobą dobrze. Jestem pewna, że twój chłopak z przyjemnością cię odprowadzi.

Zmarszczyła w niezrozumieniu brwi, a potem odwróciła głowę i zauważyła, że Tom wciąż stał z boku i przyglądał się tej scenie. Szczerze mówiąc, na chwilę zapomniała, że się przypałętał.

– Oczywiście, to żaden problem – powiedział grzecznie.

– Nie ma takiej potrzeby… – wydukała, patrząc na zdezorientowaną minę pielęgniarki. – Nie chciałabym, żeby Tom opuszczał przeze mnie zajęcia – dodała, gwoli wyjaśnienia i spróbowała zignorować podejrzliwość chłopaka.

Dulan potrząsnęła głową.

– W żadnym wypadku. Wolałabym, żebyś nie włóczyła się sama po zamku, kochaniutka.

Hermiona z trudem przełknęła ślinę. Stanowczo odmawiała przebywania dłużej w jego towarzystwie, aniżeli to konieczne, zwłaszcza że gdy rzuciła mu ukradkowe spojrzenie, wciąż wydawał się rozważać różne możliwości, a nawet mrużył lekko oczy.

Już się domyślił!, podsumowała, spanikowana. Z pewnością rzuci weń przekleństwem, kiedy tylko zostaną sami. Była bezbronna i dobrze o tym wiedział. Nie przepuści takiej okazji. Lord Voldemort nie miał żadnego powodu, aby dłużej udawać, bo wreszcie dokopał się do prawdy.

Spojrzała błagalnie na pielęgniarkę.

– Jestem pewna, że sobie poradzę…

– Byłaś w skrzydle szpitalnym przez prawie tydzień, skarbie. Nie zamierzam ryzykować, że zemdlejesz mi po drodze i znów będziemy się widywały codziennie. – Uśmiechnęła się pobłażliwie madam Dulan. – Czy mogę liczyć, że odprowadzisz swoją dziewczynę bezpiecznie do pokoju wspólnego? – zapytała, patrząc na Toma.

Ślizgon się uśmiechnął.

– Oczywiście, że się nią zaopiekuję – powiedział, zaś po kręgosłupie Hermiony przebiegł lodowaty dreszcz.

Była kompletnie przerażona. Z doświadczenia wiedziała, co niesie za sobą podobna obietnica – jeżeli będzie chciał czegoś więcej, aniżeli informacji, które już zdobył, to nie uniknie długotrwałych tortur i intensywnego przesłuchania.

Zaraz mnie zamorduje!

Wróciła wspomnieniami do wydarzeń na Wieży Astronomicznej. Właśnie wtedy zrozumiała, że Tom Riddle naprawdę był Lordem Voldemortem. Chociaż wcześniej ich od siebie odróżniała, wówczas stali się jednością. Od tamtego pamiętnego dnia nie była w stanie spojrzeń na chłopaka, nie widząc w nim przyszłego odpowiednika. To oczywiste, co po cichu planował – zamierzał ponownie wyrządzić jej krzywdę. Nic dziwnego, że spięła się, kiedy poczuła, że łapie ją pod ramię. Odwróciła głowę i skrzyżowała z nim spojrzenie. W jasnoszarych oczach zobaczyła ten charakterystyczny badawczy błysk, zwiastujący wciąż obracające się trybiki.

– Dziękuję za pomoc, madam Dulan – powiedział do pielęgniarki, przywdziawszy na twarz maskę uprzejmości, a następnie pomógł dziewczynie wstać i, nie puściwszy jej ręki, podszedł do drzwi.

Hermiona starała się zapanować nad nierównym oddechem, ale było to niemożliwe.

Weź się uspokój!

Tom nie poluźnił uścisku, nawet kiedy wyszli razem na korytarz. Mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści, spodziewając się najgorszego. Naturalnie, nie zamierzała wyjawić mu żadnych informacji. Właśnie dlatego uratował ją przed żołnierzami Grindelwalda – żeby móc samodzielnie dokończyć dzieła. Skoro poznał prawdę, że utraciła swą magię, nie miał żadnego powodu, aby dalej się powstrzymywać. Wcześniej się nie ugięła, przez co zszedł z Wieży Astronomicznej sromotnie pokonany. Dziś też dopilnuje, aby nie zasmakował zwycięstwa. Była gotowa odeprzeć atak, nawet bez mocy. Jeżeli trzeba, odda życie, ale zabierze swe tajemnice do grobu. Nawet słowem się nie zająknie na temat przyszłości.

Mimo że naprawdę kierowali się w stronę pokoju wspólnego Gryffindoru, Hermiona miała wrażenie, że była prowadzona na egzekucję, zwłaszcza że chłopak jak dotąd nie przerwał tej niekomfortowej ciszy. Zanim dotarli do portretu Grubej Damy, Tom skręcił w lewo, zaś dziewczyna sapnęła z zaskoczenia. Razem przeszli całkiem spory dystans i znaleźli się w odosobnionej części zamku, gdzie stanęli twarzą w twarz. Jasnoszare oczy niczego nie zdradzały.

– Co jest nie tak z twoją magią? – zapytał z podejrzliwością, wreszcie przechodząc do sedna sprawy.

Mimowolnie zesztywniała.

– Wszystko jest w porządku – odpowiedziała, stłumiwszy strach.

Zmrużył oczy.

– To dlaczego się nie broniłaś w trakcie pojedynku?

Nie mogąc znaleźć dobrego wytłumaczenia, postanowiła skupić się na fizycznej stronie tej rozmowy. Spróbowała wyszarpnąć rękę z mocnego uścisku, ale nadaremnie.

– Puść mnie!

Tom, naturalnie, nie spełnił tej prośby. Wtem zrobił coś, czego się zupełnie nie spodziewała. Złapał ją za ramiona i pozwolił swojej magii działać. Wciągnęła gwałtownie powietrze, czując nacisk obcej mocy na swój uśpiony rdzeń. Nie było to bolesne uczucie, aczkolwiek wciąż nieprzyjemne, przez co zaczęła niekontrolowanie drżeć. Nie mogąc znieść jego przenikliwego spojrzenia, odwróciła wzrok i wtedy się wycofał. Przez moment żadne z nich się nie odezwało, a potem ślizgon zabrał głos.

– Zniknęła, prawda?

Przełknąwszy gorzką prawdę, Hermiona zaryzykowała zerknięcie na Riddle'a. Gdy zobaczyła mroczny, szalenie niebezpieczny błysk w jego oczach, wiedziała, że musi natychmiast uciekać, bo inaczej nigdy nie wróci do pokoju wspólnego. Oczywiście, nie podda się bez walki. Jeżeli będzie trzeba, stanie na wysokości zadania. Kiedy otworzył usta, żeby najprawdopodobniej wysnuć pierwszą groźbę, skorzystała z okazji i kopnęła go w goleń. Jęknął z bólu i wyswobodził z uścisku jej ramiona, dlatego też z miejsca odrzuciła wahanie i czmychnęła.


Tom zignorował przeszywający ból w nodze i podbiegł za Hermioną. Zanim ją dogonił i złapał za nadgarstek, zdążyła przebiec cały korytarz. Pociągnięta, musiała gwałtownie zatrzymać się w miejscu. Sapnęła, kiedy przycisnął ją do pobliskiej ściany, ale gdyby pożałował swojej siły, z pewnością znów zaczęłaby uciekać. Oczywiście, spróbowała się wyrwać, ale udaremnił każdą próbę. Gdy zrozumiała, że się nie wyswobodzi, napięła wszystkie mięśnie.

Omiótł dziewczynę spojrzeniem. Nagle rozgniewany, wzmocnił uścisk i pozwolił swojej magii jeszcze raz dokonać analizy. Znów niczego nie wyczuł, nawet najdrobniejszej iskierki mocy. Chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy, jego wzrok stwardniał.

– Zniknęła, prawda? – powtórzył.

Lśniący bunt w brązowych oczach podziałał nań niczym płachta na byka. Kiedy ponownie spróbowała się odsunąć, zacisnął mocniej palce.

– Trzymaj się ode mnie z daleka! – syknęła ostro, aczkolwiek dobrze wiedział, że się obawiała.

– Co się stało z twoją magią? – zapytał nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Nie odpowiedziała, więc ze złości obnażył zęby. Była szlamą, ale wcześniej dysponowała czarodziejską mocą. Teraz zaś… stała się zwyczajną mugolką.

Brudną, bezużyteczną szumowiną!, dopowiedział sobie w myślach.

Owszem, była niczym więcej, aniżeli przyklejającym się do podeszwy buta gównem. Rozwścieczony do granic możliwości, pozwolił swojej magii na samowolkę – ta z radością szarpnęła się do przodu. Mroczna mgiełka przesłoniła mu umysł, odbierając zmysły i zdolność logicznego myślenia. Jego moc wirowała w powietrzu i poczuł się cholernie usatysfakcjonowany, kiedy Hermiona ponownie spróbowała się od niego odsunąć. Warknął pod nosem, wiedząc, że to nie wystarcza.

Zawsze go okłamywała!

Zawsze.

Czuł pod palcami, że drży, ale nie poświęcił temu większej uwagi. Musiał wyładować złość, mimo że odwróciła głowę, odmawiając spojrzenia mu w oczy. Na tym etapie nie był w stanie odwołać swej magii, która również pragnęła się wyżyć.

Zasłużyła na karę, prawda?

Ciągle mamiła go kłamstwami, a potem ośmieliła się dać mu kosza. Będąc zaledwie brudną mugolką, pozwoliła sobie na znacznie więcej, aniżeli miała prawo…

Wtem stało się coś niespodziewanego. Mimo że wciąż się wściekał, a jego magia stale nań napierała, Hermiona się uspokoiła i przestała szarpać. Zamiast tego, po prostu uniosła głowę i skrzyżowała z nim spojrzenie. Wciągnął ze świstem powietrze i puścił ramiona, które przyszpilał do ściany, jakby został poparzony. W brązowych oczach nie dostrzegł nawet iskierki emocji. Na twarz przywdziała tę samą beznamiętną, pełną obojętności maskę, której szczerze nienawidził. Jego magia znów szarpnęła się do przodu, ale tym razem się powstrzymał.

– Czy to właśnie moment, kiedy przestajesz udawać, że ci zależy? – zapytała zblazowanym tonem. Wyglądała na spokojną, ale również cholernie zdystansowaną i pogodzoną ze swoim losem.

Wcześniej dał się ponieść bezmyślnemu gniewowi i niechęci do wszystkiego, co niemagiczne, ale teraz, postawiony w obliczu zaistniałej sytuacji, skonfrontowany z rzeczywistością, w momencie przestał się złościć. Chociaż wolał o tym zapomnieć, wróciły doń wspomnienia rozmowy w opuszczonej klasie, tuż po opatrzeniu jej cięć na podudziu i to, co mu wówczas powiedziała.

Po naszym rozstaniu zobaczyłam twoją prawdziwą twarz. Wiesz, co ci powiem? Jest po prostu odrażająca.

Z trudem przełknął gulę, która nie wiadomo kiedy zagnieździła mu się w gardle. Hermiona przez chwilę po prostu go obserwowała, a potem zmarszczyła brwi i nos. Ze świstem wciągnął powietrze, gdy uświadomił sobie, że jest nim obrzydzona.

Chociaż pragnął, nie był w stanie się odezwać.

– Zabrakło ci języka w gębie? – zapytała z chłodem. – A może zastanawiasz się, którą klątwę rzucić jako pierwszą?

Tom wytrzeszczył oczy, po czym potrząsnął głową. Popełnił okropną gafę, dając się ponieść emocjom. W głębi duszy dobrze wiedział, że nie cisnąłby weń żadnym przekleństwem. Otumaniony gniewem, prawie skrzywdził dziewczynę, do której coś czuł.

– Nie chciałem, żeby to się stało – powiedział w końcu, odzyskawszy zdolność mowy.

Hermiona zmarszczyła w niezrozumieniu brwi.

– Teraz kiedy twoja ulubiona szlama okazała się bezbronna i jeszcze mniej wartościowa, nie musisz dalej odgrywać przedstawienia i udawać skruszonego chłopaka – podsumowała. – Dziś dokonałeś olbrzymiego przełomu, prawda?

Zobaczywszy w brązowych oczach najczystszą wściekłość, wiedział, że musi interweniować i pokazać, że naprawdę nie ma wrogich zamiarów.

To zwykła szlama, głupcze!, warknął wewnętrzny głos, jakby chcąc przywołać go do porządku.

Z mocnym postanowieniem zrobił krok naprzód i wyciągnął ku niej rękę. Z początku chciał dotknąć jej policzka, ale potem postanowił, że lepiej zrobi, jeżeli położy dłoń na ramieniu. Hermiona zmrużyła podejrzliwie oczy i się zjeżyła, ale, prawdę powiedziawszy, zupełnie tego nie zarejestrował, w pełni skupiony na tych różowych, kuszących ustach. Zrobił następny krok do przodu, przez co prawie stykali się klatkami piersiowymi. Z błogością przesunął dłoń z jej ramienia na kark, a potem przeczesał miękkie, kręcone włosy. Z tej odległości mógł swobodnie wdychać pobudzający zapach bzu, którym zawsze emanowała. Wewnętrzny głos wrzeszczał wniebogłosy, żeby się opamiętał i przestał robić głupoty, ale szybko go wytłumił. Fakt, iż Hermiona była tak blisko, działał nań odurzająco. W delikatnej pieszczocie przeczesywał jej krnąbrne kosmyki, podczas gdy drugą ręką zawędrował na plecy. Sekundę później przycisnął dziewczynę do siebie i pocałował. Skupiwszy się na skubaniu jej dolnej wargi, doszedł do wniosku, że nie chce, aby kiedykolwiek się od siebie oderwali. Zupełnie nie mógł pojąć, jakim cudem odrzucała go zaledwie kilka minut temu. Czemu właściwie pomyślał, że jest obrzydliwa i bezwartościowa? Teraz czuł się po prostu cudownie i wiedział, że jest we właściwym miejscu.

Niestety, ona widziała to inaczej. Po chwili, która równie dobrze mogła być wiecznością, uniosła ręce i go odepchnęła, przez co został gwałtownie wyrwany z morza błogości, w którym się zanurzył. Robiąc krok wstecz, potknął się i prawie by upadł, szczerze zdezorientowany.

– W co ty właściwie pogrywasz? – zapytała, rozgniewana, po czym otarła dłonią usta.

– Ja… – urwał, nie wiedząc, co dokładnie powiedzieć.

Ten pocałunek był oszałamiający. Jak mogła sądzić inaczej?

Gdy rzuciła mu mroczne spojrzenie, zorientował się, że nie czerpała z niego żadnej przyjemności. Momentalnie zamarło mu serce.

– Niejednokrotnie ci mówiłam, żebyś trzymał się z daleka – stwierdziła. – Czego nie zrozumiałeś?

Tom wziął głęboki, uspokajający oddech.

– Odpowiedziałem ci wtedy, że chciałbym, żebyś do mnie wróciła.

Zupełnie nie rozumiał dlaczego, ale bardziej się zdenerwowała.

– Zawsze chodzi wyłącznie o ciebie, prawda? – zapytała z błyszczącymi od gniewu oczami. – Czy poświęciłeś przynajmniej chwilę, żeby zastanowić się nad moimi pragnieniami? A może to bez żadnego znaczenia, ponieważ opinia szlamy jest nieważna?

Chłopak się zagapił. Wręcz gotowała się ze złości. Chciał krzyknąć coś w guście: „No owszem!", bo przecież była mu przeznaczona, a następnie wyciągnąć różdżkę i…

Zacisnął zęby, chcąc opanować emocje. To zdecydowanie nie był problem, który dało się rozwiązać kilkoma zmyślnymi zaklęciami. Szczerze mówiąc, pragnąłby, żeby to załatwiło sprawę raz na zawsze, ale rzeczywistość była zgoła inna. Strategicznie postanowił nie odpowiadać na jej pytanie, ponieważ był przekonany, że tylko przysporzyłby sobie więcej kłopotów.

Opinia Hermiony zawsze była dlań ważna.

– Czemu twoja magia zniknęła? – zapytał z największą ostrożnością. Wzruszyła ramionami, aczkolwiek nadal była rozgniewana. – Może ma to związek z Niezwyciężoną Różdżką…? – zaryzykował z nadzieją, że nie przekroczy granicy.

Zgodnie z przewidywaniami, rzuciła mu twarde spojrzenie.

– Cokolwiek zrobisz, niczego ci nie powiem.

– Nie zamierzam wyciągać od ciebie informacji – zapewnił pospiesznie, na co prychnęła w niedowierzaniu. – Odkąd masz te problemy?

Zamrugał, szczerze zaskoczony, kiedy odwróciła wzrok. Wyglądało na to, że zdołała opanować nerwy. Zwiesiła głowę, skupiwszy się na swoich butach i, najprawdopodobniej nieświadomie, zaczęła bawić się włosami.

– Zaczęły się jakiś tydzień po naszym rozstaniu… – powiedziała po dłuższej chwili milczenia.

Tom był w szoku, zwłaszcza że Hermiona wyglądała, jakby mówiła szczerze. Czy naprawdę straciła magię tyle tygodni temu? Gdy tak się zastanowił, nie mógł sobie przypomnieć momentu, kiedy widział, że czaruje. Z drugiej strony ignorował ją wystarczająco długo, żeby przeoczyć podobne oczywistości.

Wróciwszy do rzeczywistości, zauważył, że dziewczyna oparła się plecami o ścianę korytarza, najprawdopodobniej chcąc zwiększyć dystans między nimi. Musiała być strasznie spięta, bo nie panowała nad drżącymi rękoma. Czy oczekiwała, że zaraz zostanie zaatakowana? Merlinie, skoro od dłuższego czasu nie mogła używać magii, to czy…?

Jasna cholera!

Nie chciał zadawać tego pytania, ale czuł, że nie ma większego wyboru.

– Czyli nie mogłaś się obronić tamtego dnia, kiedy zaatakowałem cię na Wieży Astronomicznej…? – wydukał i skrzywił się, gdy został zmierzony chłodnym wzrokiem.

– Owszem – odpowiedziała zgodnie z prawdą, a następnie odepchnęła się od ściany i odeszła. Tym razem nie ruszył w pogoń.


Idąc korytarzem, Hermiona była przekonana, że zaraz oberwie w plecy jakąś klątwą, a mimo to nie przyspieszyła kroku. Zdecydowała się nie uciekać przed przeznaczeniem i stawić czoła wszystkiemu, co przyniesie jej los. Skończyłam z podkulaniem ogona, pomyślała z mocnym postanowieniem. Gdy skręciła za rogiem, ledwo mogła uwierzyć, że naprawdę pozwolił, żeby odeszła. Niepewna, zerknęła przez ramię i potwierdziła swoje przypuszczenia.

Jakież to dziwaczne.

Prawdę powiedziawszy, była szczerze zaskoczona i zdezorientowana zachowaniem Toma. Spodziewała się, że po usłyszeniu tych rewelacji natychmiast przejdzie do ataku, chcąc wykorzystać fakt, że była bezbronna. Czemu się właściwie wstrzymał? Nieświadomie uniosła dłoń do ust i przejechała palcami po miękkich wargach. Wciąż czuła przyjemne mrowienie, które pozostawił po swoich pocałunkach. Co interesujące, wydawał się pochodzić doń z uczuciem, delikatnie i troskliwie, przez co – prawie! – poddała się przyjemności. Zachowywał się tak, jak wcześniej, gdy jeszcze się ze sobą spotykali – zanim zrzucił swą maskę i przemienił się w Lorda Voldemorta.

Dlaczego postępował irracjonalnie…?

W nerwowym geście przeczesała dłonią włosy. Czemu posunął się tak daleko i ją pocałował? To przecież nie miało żadnego sensu. Jak dotąd żyła w przekonaniu, że zdążył wyciągnąć poprawny wniosek, iż uwiedzenie jej, aby zdradziła mu wszystkie sekrety, mijało się z celem i nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Voldemort z pewnością dobrowolnie nie dotknąłby czarownicy mugolskiego pochodzenia, a mimo to Tom Riddle się doń zbliżył i przekroczył granicę nietykalności. Wyglądał, jakby naprawdę mu zależało i pragnął ją odzyskać.

Przygryzła wargę.

Ten pocałunek był cudowny i chciała na niego odpowiedzieć, ale ostatecznie się powstrzymała. W żołądku zawiązał jej się ciasny supeł. Nie mogła poddać się przyjemności, ponieważ na krótko przed tym, jak nań naparł, zacisnęła dłonie w pięści i przygotowała się na spoliczkowanie. Obraziła go i właściwie wyśmiała, więc to naturalne, że spodziewała się odpłacenia okrucieństwem i przemocą. Jak mogła oddać ten pocałunek? Za każdym razem, gdy był w pobliżu, czuła się cholernie niepewnie. Był szalenie niebezpieczny. Może i rzeczywiście powstrzymałaby go groźbą wydalenia ze szkoły, zwłaszcza że utraciła swą magię, ale to nie trwałoby wiecznie.

Riddle był groźnym czarodziejem i najlepiej byłoby, żeby zachował dystans. To przyciąganie, które do niego czuła, musiało zostać stłumione.

Był niczym niebezpieczna bestia, dlatego też nie wiedziała, który moment wybierze sobie na przeprowadzenie ataku.


Hermiona zaszyła się w pracowni Slughorna, gdzie uwarzyła więcej Veneficusa z myślą, że wcześniej popełniła błąd. Po piątej próbie stwierdziła, że problem tkwił nie w eliksirze, a w niej samej. Kiedy wreszcie się poddała, była bardzo sfrustrowana. Czemu rdzeń nie reagował mimo wcześniejszego sukcesu? Niewiedza była najgorsza.

Z laboratorium wyszła dopiero wieczorem. Idąc ciemnym korytarzem, usłyszała hałas dochodzący z jednego z pomieszczeń i uświadomiła sobie, że przecież dzisiaj jest spotkanie Klubu Ślimaka.

Wzruszyła ramionami i kontynuowała spokojny marsz. Chwilę później się zawahała. Jakoś nie miała ochoty wracać do dormitorium i kłaść się spać. Zbyt wiele się dziś wydarzyło, dlatego też podejrzewała, że tylko by się przewracała z boczku na boczek, dręczona zmartwieniami.

Odwróciła się i spojrzała na gabinet. Może powinna po prostu wpaść na kilka minut i przynajmniej zjeść coś dobrego? Musiała się trochę zrelaksować. Z wahaniem podeszła do drzwi, a kiedy je pchnęła, spotkała się z głośną muzyką i rozmowami zaproszonych gości. Slughorn, tradycyjnie, magicznie powiększył swoje komnaty, dzięki czemu wszyscy się w miarę mieścili. Nieliczni byli uczniami Hogwartu, zaś reszta wysoko postawionymi urzędnikami Ministerstwa Magii, znanymi osobistościami i wynalazcami, ot śmietanka towarzyska.

Hermiona całkiem szybko zlokalizowała Amarysa i Stellę Lovegood, obejmujących się i całujących. Uśmiechnęła się, bo tworzyli naprawdę ładną i zgraną parę. Gdy się rozdzielili i zauważyli ją stojącą w drzwiach, Lupin spłonął rumieńcem. Zaśmiała się pod nosem i pomachała im dłonią. Stella, która lepiej znosiła publiczne pieszczoty od swojego chłopaka, z rozmarzonym wyrazem twarzy odwzajemniła gest.

Nie chciałam im przeszkadzać w randce, dlatego też postanowiła pospacerować na własną rękę. Ostatecznie podążyła za pierwotnym zamiarem i skierowała się ku bufetowi. Nie jadła dziś za wiele i była głodna. Niestety, w drodze się z kimś zderzyła.

– Oj, przepraszam! – powiedziała.

Kiedy nieznajoma się odwróciła, prawie jęknęła z frustracji, ponieważ okazało się, że wpadła na Melanie Nicolls, czyli praktycznie ostatnią osobę, z którą miała ochotę na pogaduszki. Ślizgonka rzuciła jej pełen wyższości uśmiech. Wyglądała naprawdę bardzo ładnie w ciemnoczerwonej wieczorowej sukience.

– Nie wiedziałam, że jesteś członkinią Klubu Ślimaka – zagaiła, siląc się na spokój.

– Właściwie to zostałam zaproszona – odpowiedziała Nicolls, wcześniej spojrzawszy nań zarozumiale.

– To cudownie – mruknęła z sarkazmem i chciała się odsunąć, żeby wreszcie dobrnąć do bufetu, ale właśnie wtedy rozmówczyni się zadziornie uśmiechnęła.

– Yhym, to naprawdę miłe ze strony Toma – powiedziała z pełną wyższości miną, podczas gdy na żołądku gryfonki osiadło coś ciężkiego. – Co się stało? – zapytała z udawaną troską. – Nie mów, że wciąż liczysz na odnowienie związku.

Hermiona wygładziła twarz. Jakby nie patrzeć, nie mogła pozwolić, aby pokazać swą słabość i dać się ponieść emocjom w obecności znienawidzonej koleżanki.

– Już ci wszystko wytłumaczyłam, prawda? Możesz go sobie wziąć. Nijak mnie obchodzi.

Nicolls przewróciła oczami.

– To oczywiste, że kłamiesz – stwierdziła z przekonaniem, a potem przywdziała na twarz maskę udawanego współczucia. – Szczerze mówiąc, powinnaś być wdzięczna, że cię rzucił. Gdybyś wciąż chodziła z nim za rękę, tylko najadłby się wstydu. Kto chciałby być widywany w towarzystwie brudnej szlamy? Rozumiem jednak, że to nie twoja wina, że masz gorsze wyczucie od czystokrwistych. Szlamy nigdy nie osiągną tego samego poziomu intelektualnego, co prawdziwi czarodzieje – dodała ze słodkim uśmieszkiem. – Bez urazy. Mówię tylko prawdę.

Usłyszawszy te brednie, Hermiona zagotowała się ze złości.

– Och, skoro tak twierdzisz, bo nie będę ci dłużej przeszkadzała moim ptasim móżdżkiem – warknęła jadowicie.

Nicolls wzruszyła ramionami.

– Okoliczności zmusiły mnie, żebym już dawno temu nauczyła się znosić twoje rozwydrzenie. – Uśmiechnęła się złośliwie.

DeCerto tylko przewróciła oczami i po prostu sobie poszła. Znowu te „brudne szlamy", westchnęła i potrząsnęła głową.

Gdy wreszcie dotarła do stołu bufetowego, postanowiła zrezygnować z jedzenia na rzecz czerwonego wina. Co ta durna dziewczyna sobie myślała? To, że jej rodzice urodzili się w czarodziejskiej rodzinie, wcale nie znaczyło, że powinna się wywyższać.

Albo udawać bardziej inteligentną!

Opróżniwszy kieliszek, natychmiast sięgnęła po następny. Melanie Nicolls była zaledwie pustogłową lalką, pozbawioną instynktu samozachowawczego i odrobiny rozumu. Czy czystokrwiści byli ślepi na oczywistości? Przecież magiczny talent dziecka nie zależy od zdolności rodziców. Z wściekłości zachłysnęła się alkoholem, ale kiedy odzyskała oddech, odłożyła go na blat i sięgnęła po kolejny. Chociaż liczyła na coś innego, wino nijak pomogło jej się uspokoić, a wręcz przeciwnie – im dłużej wodziła myślami wokół młodszej ślizgonki, tym więcej piła.

Chwilę później muzyka została pogłośniona, a Hermiona nadal stała przed stołem bufetowym. Już dawno przestała liczyć, ile kieliszków opróżniła, poddając się słodkim wyobrażeniom o zemście. Może następnym razem powinna po prostu walnąć tę dziewuchę w twarz, ot dla opamiętania?

Zaprezentuję mugolski sposób walki. Jako czystokrwista nie będzie miała najmniejszych szans!, pomyślała wesoło. No naprawdę, mówiła o przepaści intelektualnej?

– Byłem przekonany, że nie chcesz przyjść.

Odwróciła głowę, usłyszawszy znajomy głos. Została brutalnie wyrwana z marzeń i sprowadzona do rzeczywistości. Przed sobą zobaczyła uśmiechniętego Toma i zmrużyła podejrzliwie oczy. Rozdrażniona wcześniejszymi wydarzeniami, zrobiła krok naprzód, przez co uniósł brew w niemym pytaniu.

– Oczywiście, jeszcze ciebie mi brakowało do szczęścia! – syknęła, wbijając mu palec wskazujący w klatkę piersiową. – Czemu myślisz, że chcę z tobą rozmawiać? – zapytała, a chłopak zmarszczył brwi, bo trochę bełkotała. – Co? Też będziesz bredził, że jest między nami olbrzymia przepaść intelektualna? – Dźgnęła go oskarżycielsko. – Cała masa ludzi byłaby podekscytowana, móc wymienić ze mną swoje poglądy na tematy naukowe. Uwierz, że mieliby gdzieś fakt, iż jestem mugolskiego pochodzenia.

Tom zamrugał, po czym zerknął na wpół opróżniony kieliszek, który trzymała w dłoni.

– Ile właściwie wypiłaś?

– Zamierzasz mi dyktować, kiedy powinnam przestać…?

– Nie. – Wziął głęboki oddech i spróbował uspokoić dziewczynę. Zmarszczył brwi, gdy się niebezpiecznie zakołysała. – Może usiądziemy przy stoliku i to przedyskutujemy?

Hermiona parsknęła.

– Oczywiście. Chcesz uciąć sobie przyjemną pogawędkę. Czy to oznacza powtórkę z Wieży Astronomicznej?

– Już powiedziałem, że bardzo tego żałuję – przypomniał.

Naturalnie, trochę odrealniona od rzeczywistości, zupełnie go nie słuchała.

– Czemu nie pójdziesz sobie – tu palcami oznaczyła cudzysłów – porozmawiać z Nicolls…? Jestem pewna, że byłaby zachwycona. – Omiotła go szklistym spojrzeniem. – Lub nie – dodała ze złośliwością. – W zależności od tego, czy staniesz na wysokości zadania.

Potrząsnęła głową i odwróciła się, chcąc dramatycznie wyjść z pomieszczenia, ale to zdecydowanie nie był dobry pomysł. Nagłe zakołysanie sprawiło, że jej świat zawirował i przewróciłaby się, gdyby nie została złapana za ramię. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła, że Tom patrzy nań spode łba.

– Zdecydowanie ci wystarczy – powiedział, odebrawszy od niej kieliszek z winem. – Koniec z tym dobrym. Teraz powinnaś wytrzeźwieć.

Hermiona warknęła pod nosem i spróbowała sięgnąć po szkliwo.

– To nie twoja sprawa, ile piję – syknęła, chociaż mu się poddała i prawie się doń przytulała.

– Najwyraźniej nie wiesz, kiedy przestać. Ktoś musi mieć na ciebie oko.

Prychnęła, wciąż pragnąc mu wyrwać kieliszek z ręki. Aby skończyć z tą dziecinadą, pstryknął palcami, czym sprawił, że szkło rozpłynęło się w powietrzu.

– Jakby cię to naprawdę obchodziło – podsumowała. – Po prostu przyznaj, że nie chcesz tracić drogiego wina na bezwartościową mugolkę.

Spojrzenie chłopaka natychmiast złagodniało.

– Nie jesteś bezwartościowa…

Hermiona otworzyła usta, żeby coś mu odwarknąć i może nazwać wierutnym kłamcą, ale właśnie wtedy im przeszkodzono.

– Och, wspaniale was razem widzieć. – Uśmiechnął się Slughorn, który niezauważenie do nich podszedł, kiedy rozmawiali. – Wiedziałem, że prędzej czy później, ale zdołacie się pogodzić – dodał, po czym mrugnął porozumiewawczo do dziewczyny, która nadal opierała się o Toma.

Zamrugała, próbując skupić się na profesorze, ale nadal miała pewne problemy. Nawet nie zorientowała się kiedy, ale dłoń, którą wcześniej sięgała po kieliszek, zacisnęła na rękawie koszuli chłopaka.

– Przyznam, że trochę się o was martwiłem – kontynuował donośnym głosem nauczyciel. – Jesteście dla siebie stworzeni. To byłby naprawdę wielki błąd, gdybyście jednak postanowili podążyć osobnymi ścieżkami…

Hermionie zrobiło się niedobrze, ponieważ Slughorn wyglądał na piekielnie z nich dumnego. Wręcz promieniał.

– Eee, nie. Źle nas pan zrozumiał, profesorze… – zaczął Tom, ale nie pozwoliła mu dokończyć zdania.

– Oczywiście, profesorze! – powiedziała z fałszywym entuzjazmem. – Wreszcie się przekonałam, że skończyłam z właściwym facetem.

Slughorn najwyraźniej nie zauważył sarkazmu, bo skinął głową.

– Owszem, moja droga. Tom jest naprawdę dobrą partią.

– Ma pan rację. – Uśmiechnęła się słodko. – Z początku miałam pewne wątpliwości, ale potem doznałam olśnienia, zupełnie jakby – tutaj spojrzała chłodne spojrzenie Riddle'owi – ktoś uderzył mnie prosto w twarz.

Nauczyciel znów zignorował sarkazm sączący się z ust uczennicy, zaś Tom zesztywniał, usłyszawszy nawiązanie.

– Ach, ta młodość. Naprawdę nie ma w świecie lepszego uczucia, aniżeli zakochanie.

Hermiona zachichotała. Przebłysk świadomości uparcie podpowiadał jej, że powinna się opanować, ale nie mogła. Nieświadomie wzmocniła też uścisk na rękawie ślizgona.

– Całkowita racja, profesorze. Jest tak silne, jakby ktoś rzucił we mnie zaklęciem niewybaczalnym. Czasem wciąż mam wrażenie, że rozsadza mnie od środka – powiedziała, gdy się trochę uspokoiła.

Slughorn pokiwał ze zrozumieniem głową.

– Te słynne motylki w brzuchu.

– Niekoniecznie. – Uśmiechnęła się słodko, a potem wybuchnęła śmiechem. Tym razem Tom musiał poprawić swój ucisk, bowiem by się przewróciła.

– Wszystko w porządku? – zaniepokoił się nauczyciel.

– Hermiona nie czuje się najlepiej – odparł ślizgon, gdyż po prostu nie była w stanie udzielić odpowiedzi.

– Rozumiem. Wypiła troszkę za dużo, prawda? – zapytał ze współczuciem, co nie współgrało ze złośliwym uśmieszkiem, który przywdział na twarz.

– Właściwie to nie – burknęła dziewczyna, rzuciwszy Tomowi oskarżycielskie spojrzenie.

– Może skorzystacie z jednego z pokojów gościnnych? – zasugerował Slughorn, ignorując jej parsknięcie. – Nie sądzę, aby była w stanie na spokojnie dojść do Wieży Gryffindoru.

– Oczywiście, profesorze.

– Hasło to „Colubra" – dodał i zerknął w przelocie na podpitą uczennicę, która nadal opierała się o klatkę piersiową ślizgona i chichotała pod nosem. – Najlepiej będzie zachować dyskrecję, mój chłopcze. Gdyby się dowiedział, Dumbledore z pewnością nie byłby zadowolony…

– Naturalnie.

Nauczyciel skinął głową, po czym wziął jeden z kieliszków i zniknął w tłumie zaproszonych gości. Hermiona nawet nie zarejestrowała jego zniknięcia, bowiem walczyła z następną falą zawrotów głowy i mdłościami. Skupiona wyłącznie na swoich dolegliwościach, miała gdzieś to, że jest wyprowadzana z przyjęcia. Gdy wyszli na ciemny korytarz, przypomniała sobie rozmowę z Melanie Nicolls.

– Twoja partnerka nie będzie tęsknić? – zapytała.

– Przyszedłem sam – odparł, skupiony na drodze.

Nie zaczęła się burzyć tylko dlatego, że musiała się skoncentrować na poprawnym stawianiu kroków. Potknęła się po drodze i upadłaby na podłogę, gdyby nie silne męskie ramiona oplatające ją w pasie. Na szczęście pokój gościnny, o którym wspominał Slughorn, nie był daleko. Cholernie się ucieszyła, kiedy wreszcie stanęli przed punktem docelowym.

– Colubra – powiedział Tom, a drzwi zostały odbezpieczone. Razem weszli do środka, zastawszy coś, co przypominało miniaturowy salon, posiadający skromny wystrój, a mianowicie kanapę i mały stolik kawowy. Podłoga była wyłożona ciemnym drewnem oraz grubszym zielonym dywanem, co sprzyjało przytulności.

– Niedobrze mi – burknęła, zupełnie zignorowawszy wnętrze pokoiku.

Szybko została zaprowadzona do łazienki. Zataczając się, podeszła do toalety i opadła na chłodne kafelki. Musiała zwymiotować. Była wdzięczna rękom, które pomogły jej, zanim wylądowała na podłodze.

– Więcej nie piję – wymamrotała, wciąż wisząc nad muszlą.

Tom westchnął.

– Oczywiście.

Hermiona przez dłuższą chwilę siedziała przed toaletą, próbując uspokoić buntujący się żołądek. Cholernie się cieszyła, że miała teraz wsparcie.

– W porządku. Myślę, że najgorsze mamy już za sobą – powiedział po dłuższej chwili milczenia chłopak. Sprawiał wrażenie niespodziewanie spokojnego.

– Yhym.

Sekundę później została podźwignięta do góry i postawiona na nogach. Siłą rzeczy znów musiała zwalczyć falę mdłości, tym razem znacznie lżejszą, niż poprzednim razem. Zanim się zorientowała, miała wytartą na mokro twarz i została wyprowadzona z łazienki.

Gdy minęli salon, weszli do niedużej sypialni, gdzie z westchnieniem zauważyła miękkie łóżko. Kiedy przyłożyła głowę do poduszki, świat ponownie zawirował, więc przymknęła oczy.

– Zamierzasz mnie teraz przekląć? – zapytała, walcząc ze słabością organizmu.

– Nie – odpowiedział po dłuższej chwili Tom.

– Zmarnujesz całkiem dobrą okazję – dodała, zbyt wymęczona, żeby unieść powieki. – Tylko Slughorn wie, że tutaj jesteśmy i szczerze wątpię, aby zapukał do drzwi w ciągu najbliższych kilku godzin.

– Chcesz, żebym rzucił na ciebie zaklęcie? – spytał, najwyraźniej chcąc zażartować.

– Nie – wymamrotała w poduszkę. – Niemniej jednak to nigdy cię nie powstrzymywało.

Aguamenti – powiedział, ignorując docinek. – Nalałem ci do szklanki wody. Musisz zadbać o nawodnienie organizmu, bo w przeciwnym wypadku jutro zmierzysz się z okropnym bólem głowy.

– Mmmm…

Usiadł na brzegu łóżka. Przez chwilę nikt nic nie mówił, a Hermiona próbowała zapanować nad zawrotami głowy. Niestety, osiągnęła sromotną porażkę.

– Wiesz, co powiedziała mi Nicolls? – zapytała. – Że jestem brudną szlamą. – Podciągnęła nogi i zwinęła się w kłębek. – Szczerze mówiąc, po tak długim czasie powinnam się już przyzwyczaić do podobnych wyzwisk. – Uniosła powieki. Żałowała, że nie widziała twarzy Toma, ponieważ była pogrążona w ciemności. – Mal… Draco był pierwszym czarodziejem, który mnie tak nazwał – dodała, nie wiedząc, dlaczego się właściwie zwierza.

– Kim jest Draco?

– Idiotą, którego poznałam w przeszłości. – Na moment zatopiła się we wspomnieniach. – Hm, prawdę powiedziawszy, jesteście do siebie trochę podobni. – Gdy doświadczyła ciszy, kontynuowała: – Miałam dwanaście lat, kiedy po raz pierwszy zostałam ochrzczona „szlamą". Wtedy zupełnie nie rozumiałam, jakie ma to znaczenie – urwała na moment. – Oczywiście, szybko zostałam sprowadzona do rzeczywistości. – Wzięła głęboki oddech. Czemu zebrało jej się wyznania? Riddle z pewnością nie był zainteresowany opowiadaną historią. W jakiś niewyjaśniony sposób jednak czuła, że nie może teraz przerwać. – Nazwał mnie „brudną małą szlamą". – Co dziwne, Tom się spiął. – Cóż, kreatywność nigdy nie była jego mocną stroną. Żenujące, że te wspomnienia są tak cholernie wyraźne – prychnęła.

– Przeklęłaś go? – zapytał.

– Nie – odparła zgodnie z prawdą.

– Może powinnaś była przynajmniej pogrozić mu różdżką.

Hermiona się uśmiechnęła. Typowe.

– To bezcelowe. Takich jak Draco, było tysiące.


Tom spojrzał na leżącą obok dziewczynę. Skuliła się na posłaniu, wcześniej opatuliwszy kocem. Bujne kręcone loki miała rozrzucone na zielonej poduszce. Wyglądały naprawdę zachęcająco, ale powstrzymał się przed wplątaniem w nie palców. Z nagłym wstrząsem uświadomił sobie, że jeszcze kilka tygodni temu był zdeterminowany, żeby odegnać od siebie to pragnienie.

– Wiesz, że to wiele zniszczyło…?

Zamrugał, ponownie skupiwszy się na jej mimice.

– To znaczy?

– Kiedy wkroczyłam do magicznego świata, byłam zachwycona i porażona jego niesamowitością. Przypominał krainę z baśni i snów. Był fantastyczny, nierealny i po prostu cudowny. – Uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – Miałam wrażenie, że nie posiada żadnych granic. – W momencie zmarkotniała, przywdziawszy na twarz nieczytelną maskę. Zanim ponownie przymknęła oczy, zobaczył w nich żal i bezbrzeżny smutek. – Właśnie wtedy nauczyłam się, co znaczy ta zniewaga, a to zaś skalało mój obraz społeczeństwa. Czarodziejski świat okazał się chłodny, bezwzględny i szorstki w obyciu, a nie fantastyczny, czy oniryczny. Został zbezczeszczony… przynajmniej dla mnie.

Tom ze smutkiem przyjął fakt, że zadrżała i mocniej opatuliła się kocem. Uniosła powieki i na niego spojrzała, przez co musiał stłumić dreszcz, ujrzawszy nieme oskarżenie. Ostatecznie westchnęła i odwróciła wzrok.

– Wiesz, czasami szczerze żałuję, że dostałam list do Ho… że okazałam się czarownicą – wyznała ściszonym głosem. – Mogłam zostać w mugolskim świecie. Całkiem prawdopodobne, że poszłabym wówczas śladami moich rodziców i skończyłabym gdzieś w medycynie – może w stomatologii. Ciężko stwierdzić.

Nie mogą się dłużej powstrzymywać, przejechał dłonią po ramieniu dziewczyny. To byłoby prawdziwie okropne, gdyby urodziła się bez magicznego rdzenia i nigdy nie wylądowałaby w Hogwarcie.

Z drugiej strony to obrzydliwe, prawda? W mugolskich rodzinach zdarza się czasem czarodziejskie dziecko, stanowiące niemałe zagrożenie. Szlamy mają naprawdę nikłą kontrolę nad swoją mocą, a mimo to są gorsi od mugoli, ponieważ na siłę infiltrują magiczny świat i dokonują niewyobrażalnych zniszczeń. Co gorsza, niejednokrotnie wprowadzają swoje własne zasady, wyniesione z rodzinnego domu.

Hermiona straciła swą magię, a więc była mieszanką wybuchową, najniebezpieczniejszą ze wszystkich możliwych.

Oczywiście, nie mogła zniknąć. Była mu przeznaczona, a więc musiała dalej trwać u jego boku.

– Gadasz głupoty. Gdybyś się nie pojawiła w Hogwarcie, ten rok szkolny dłużyłby się niemiłosiernie – podsumował z zaborczą nutą. – Cieszę się, że jesteś czarownicą.

Zwinęła się w kłębek.

– Hm, a byłam przekonana, że tylko „udaję czarownicę" – wymamrotała pod nosem i przymknęła oczy.

Tom chciał coś odpowiedzieć, ale nie potrafił zabrać głosu. Zasnęła, zanim się zorientował. Dopiero kiedy poczuł się wystarczająco swobodnie, przesunął dłoń z jej ramienia w kierunku brązowych loków. Z przyjemnością wplątał dłoń w kręcone włosy, wiedząc, że gdy śpi, nie zaprotestuje.

Jakież to żałosne. Mogę jej dotknąć tylko, gdy jest pijana lub nieprzytomna, pomyślał z cichym westchnieniem i zabrał rękę.

Wrócił wspomnieniami do wszystkiego, co mu dziś wyznała. Oczami wyobraźni zobaczył jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego chłopaka, który nazywa dwunastoletnią Hermionę szlamą i w momencie ogarnął go gniew. Nie mógł zrozumieć jego podstaw, bo przecież Draco, o którym wspominała, nie skłamał, a powiedział prawdę. Z drugiej strony, gdyby był tam obecny, najprawdopodobniej sam wyciągnąłby różdżkę.

W kogo by wycelował…? Raczej nie w tamtego dzieciaka, a w Hermionę. Zmarszczył brwi, mając problem z podjęciem decyzji.

Pochodziła z odległej przyszłości, prawda? Sama to przyznała. Mimo tych wszystkich wspólnie spędzonych miesięcy wciąż stanowiła nierozwiązalną tajemnicę. Nawet bardziej niż wcześniej, stwierdził, patrząc na jej śpiącą twarz.

Wstał z łóżka i niechętnie opuścił komnatę.


Tom wszedł do ogromnego pokoju gościnnego. Pozawieszane na ścianach liczne obrazy przedstawiały mężczyzn o bladych karnacjach i ciemnych włosach, milczących i nieruchomych, a ich szare, pozbawione życia oczy beznamiętnie obserwowały, jak przechodzi do części wypoczynkowej. Hermiona siedziała na jednej z miękkich kanap i czytała książkę. Gdy usłyszała zbliżające się kroki, podniosła głowę i wytrzeszczyła oczy, ewidentnie przestraszona. Kiedy się przed nią zatrzymał, wypuściła lekturę z ręki i zamarła w bezruchu.

Myślałaś, że cię tutaj nie znajdę? – zapytał, zaś dziewczyna się skrzywiła, usłyszawszy ostrą nutę. Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął do góry. – To bardziej niż oczywiste, że ukryłabyś się w mugolskim domostwie – dodał, omiatając pomieszczenie zdegustowanym wzrokiem.

Nie dotykaj mnie! – krzyknęła, chcąc się wyrwać z uścisku.

Tom poniósł rękę i wymierzył Hermionie bolesnego policzka. Jęknęła z bólu i upadła z powrotem na kanapę.

Jesteś moja – powiedział, patrząc nań uważnie. – Nigdy o tym nie zapominaj.

Zignorowawszy jej strach, pochylił się do przodu. Próbowała się odsunąć, ale nadaremnie, bo szybko przewidział ten ruch i przygwoździł ją do posłania swoim ciężarem ciała. Ręką natychmiast sięgnął do bluzki, którą dziś założyła i rozerwał materiał, nie myśląc nawet o rozpinaniu guzików. Sapnęła, kiedy łakomie dotknął odsłoniętej skóry.

Nie, proszę!

Uciszył dziewczynę brutalnym pocałunkiem. Oczywiście, spróbowała się wyrwać, ale unieruchomił jej ręce ponad głową i ukrócił wszelką szarpaninę. Jedną dłonią wzmocnił uścisk na jej skrzyżowanych nadgarstkach, zaś drugą zaczął błądzić po ciele. Jęknęła, kiedy mocno przygryzł dolną wargę, a po chwili po brodzie spłynęła jej krew. Usatysfakcjonowany, spojrzał nań złowieszczo.

Nie będę tolerował nieposłuszeństwa ze strony brudnej, małej szlamy.

Hermiona sapnęła z przerażenia, gdy została złapana pod lewym kolanem i przesunięta tak, aby Riddle mógł się usadowić pomiędzy jej rozłożonymi nogami.

Przestań, Tom! – poprosiła, nie mogąc powstrzymać się od płaczu i wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy wzmocnił uścisk na przytrzymywanych w miejscu nadgarstkach.

Jedynym sposobem dla brudnej szlamy na bycie użyteczną, jest służenie postawionym wyżej od siebie – podsumował z groźbą w głosie.

Gdy przyjął odpowiednią pozycję, podwinął spódnicę dziewczyny i sięgnął ku majtkom. Nie przejmując się słyszanymi szlochami, szarpnął materiał tak mocno, że się podarł. Zadowolony z rezultatu, uśmiechnął się drapieżnie, rozpiął guzik swoich spodni oraz rozporek, a potem pchnął…

Wystrzelił do przodu, przez co prawie spadł z parapetu, który okupował. Serce mocno waliło mu w piersi, jak również niekontrolowanie drżał. Kiedy rozejrzał się wokół, zobaczył, że kanapa i pokój gościnny rozpłynęły się w powietrzu, zastąpione przez ustawione w rzędach regały i stoliki z krzesłami. W okamgnieniu zrozumiał, że przysnął w tylnej części szkolnej biblioteki, ot na swojej zwyczajowej miejscówce. Mimo że przez ogromne okno otulały go promienie słoneczne, mierzył się z przeszywającym chłodem. Uniósł wciąż drżącą rękę i przejechał nią po twarzy. Z cichym westchnieniem oparł się plecami o ramę okna i spróbował uspokoić oddech. Gdy tylko przymknął oczy, w głowie mignęły mu obrazy ze snu, a przez to musiał zwalczyć mdłości.

Czemu umysł płatał mu figle…?

Nigdy nie zrobiłby Hermionie czegoś takiego. Chociaż wrócił do rzeczywistości, w głowie wciąż słyszał ten okropny szloch. To oczywiste, że chciał odnowienia związku, bo doń należała, ale nigdy nie posunąłby się tak daleko. Wcześniej nawet nie myślał o podobnym rodzaju przymusu.

Potrząsnął głową, pragnąc oczyścić umysł i pozbyć się tego dziwacznego uczucia ściskania z klatki piersiowej. Zdecydowanie odpada! Nie podniósłby nań ręki, ani…

Zamarł w bezruchu, uświadomiwszy sobie podstawowe zależności – przecież wymierzył jej policzka, a potem wycelował weń różdżką. Od dłuższego czasu również nie szczędził dziewczynie ostrych i nieprzyjemnych słów.

Możliwe, ale nigdy nie posunąłbym się do gwałtu!

Owładnięty trwogą, beznamiętnie zapatrzył się w regały naprzeciwko. Nawet nie pomyślał o spełnieniu swego snu…

Inni niestety tak. Ze strachem uświadomił sobie, że ten odziany w czarny płaszcz mężczyzna najprawdopodobniej próbował zgwałcić Hermionę, podczas gdy była bezbronna z powodu utraty swojej magii.

Nie zasługujesz na nic lepszego!, krzyknął tamten blondyn, kiedy leżała na ziemi i zwijała się z bólu. Cóż, poniekąd miał rację. Z wypalonym rdzeniem z czarownicy stała się zwyczajną mugolką, a więc stoczyła się do najniższego poziomu i naprawdę nie zasługiwała na dobre traktowanie, prawda?

Mimo to Tom zaciskał ze złości zęby, wyobrażając sobie wszystkie możliwości z dnia ataku. Ten mężczyzna ośmielił się potraktować ją niczym pierwszą lepszą zabawkę, a ona wcześniej stoczyła najprawdziwszy bój o wolność, na co zaś wskazywały liczne obrażenia, które potem opatrywał. Zacisnął dłonie w pięści i spróbował zapanować nad pragnącą uwolnienia magią. Powinien był wówczas cisnąć we wroga klątwą zabijającą, a nie puszczać go z życiem!

Jedna szlama została potraktowana dosyć szorstko. Czy to takie złe?, zapytał wewnętrzny głos, z którym od pewnego czasu toczył mentalne batalie.

Usłyszawszy natręta, Tom jeszcze bardziej się zdenerwował. Zadrżał, kiedy wrócił wspomnieniami do siniaków, których się dopatrzył na ciele dziewczyny. Nie chciał, żeby znów znalazła się w podobnym niebezpieczeństwie. Nikt nie miał prawa podnieść nań ręki.

On również.

Hermiona jest szlamą.

Nie, nie, w żadnym wypadku – jest kimś ważniejszym. Tom zmarszczył brwi, wyciągając wniosek ze swoich rozważań. Oczywiście, wciąż był troszkę zaniepokojony jej mugolskimi korzeniami, ale to nie było najistotniejsze. Mimo że właściwie powinien być zniesmaczony, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu miał to w poważaniu. Tym, co najbardziej go niepokoiło, paradoksalnie, w normalnych okolicznościach nie byłoby żadnym problemem. Nie mógł znieść myśli, że chciała, aby trzymał się z daleka i niejednokrotnie traktowała go, jakby był złoczyńcą z najgorszych koszmarów sennych. To się musiało skończyć i to jak najszybciej.

Jak…?

Wszystkie plany, które uknuł, spełzły na niczym, ale z drugiej strony, to właśnie wyróżniało ją wśród innych dziewcząt. Zawsze potrafiła przejrzeć kłamstwa, którymi się posługiwał. Wiedziała, jaki jest w rzeczywistości i naprawdę go lubiła.

Cóż, wciąż nad tym pracował, bo ostatnio mieli problemy komunikacyjne.

Może warto się skupić na innych trudnościach, jak na przykład fakt, iż straciła swą magię. Gdyby spróbował coś podziałać w temacie, z pewnością by mu wybaczyła i ponownie obdarzyłaby go zaufaniem. Co więcej, dzięki powrotowi swojej mocy znów stałaby się czarownicą.

O, właśnie.

Automatycznie się wyprostował. To chyba najlepszy pomysł, na który do tej pory wpadł. Spróbuje zrobić dokładne rozeznanie i pomóc jej odzyskać magię. Z pewnością musiał przeprowadzić gruntowne badania i zebrać jak najwięcej informacji. Oczywiście, ich najdokładniejszym źródłem była Hermiona, co zaś stanowiło niemałą przeszkodę. W jaki sposób zmusić ją do zwierzeń?

Zmarszczył z niesmakiem nos, ponieważ źle się wyraził. W pierwszej kolejności nie powinien stosować przymusu, bo i tak nie osiągnąłby oczekiwanych rezultatów. W tym przypadku siła była niewłaściwym sposobem rozwiązywania problemów. Westchnął, nagle sfrustrowany. Zawsze przymuszał do czegoś ludzi i przychodziło mu to z łatwością.

Gdy w grę wchodziła Hermiona DeCerto, wszystko się komplikowało.