Gdy Victoria opuściła jego gabinet, odchylił się na krześle i ścisnął nasadę swojego nosa.
Nie myśl. Nie czuj. Nie żałuj – mówił sobie. Kiedy zdusił w zarodku żałosny ból, który zaczął wykwitać gdzieś w jego klatce piersiowej po tak dobitnym zademonstrowaniu jej, że nie ma już jego zaufania ani sympatii, podniósł się z miejsca.
Z pewnością zasługiwała na takie właśnie potraktowanie. Była obłudna, nieszczera i bezmyślna. Zdawała się w ogóle nie brać na poważnie tego, że swoim milczeniem działa na korzyść Czarnego Pana. Sądziła, iż to, co ukrywa, nie jest ważne, że to tylko błahostka – tak przynajmniej Snape przypuszczał. Wierzył, że jeżeli chodziłoby o coś naprawdę wielkiego, miałaby na tyle rozumu, aby jednak to wyznać przed nim samym albo przynajmniej Dumbledore'em. Problem był w tym, że nic, co dotyczyło Voldemorta, nie mogło zostać nazwane błahostką – i chociaż Snape starał się jej to uświadomić, ona wciąż stawiała na swoim, myśląc z pewnością, że jest wystarczająco mądra, by być w stanie ocenić, co jest ważne, a co nie.
Starał się ignorować cichy głosik we własnej głowie, który zdawał się ją lekko usprawiedliwiać, a przynajmniej próbował przypomnieć mu, że w jej wieku on sam nie był lepszy. Gdy skończył Hogwart, dołączył do dyskusyjnej grupy Toma Marvolo'a Riddle'a – grupy będącej zalążkiem późniejszej drużyny śmierciożerców. Był wówczas młodym, pełnym gniewu i żalu człowiekiem, który sądził, że wie wszystko. Moment, gdy Lucjusz Malfoy przedstawił go swojemu mistrzowi, był jednym z najważniejszych w jego życiu. Kiedy pewnego dnia Riddle, charyzmatyczny, szanowany przywódca, nazwał go „przyjacielem", Severus poczuł, że jest gotów oddać mu wszystko. Wsłuchiwał się w każde wypowiedziane przez Toma słowo i z całego serca wierzył w głoszone przez niego idee. Wreszcie czuł, że jego głos się liczy – mógł polemizować i kwestionować. Czarny Pan zawsze go doceniał, a przynajmniej udawał, że to robi.
Na początku chodziło tylko o lojalność. Później o jego umysł i umiejętności. W końcu – o jego gniew. Po pierwszym zadaniu wmówił sobie, że to, co zrobił, było słuszne, że nie stała się żadna trwała krzywda. Potem Voldemort żądał coraz więcej. Początkowo wracał do domu pełen wyrzutów sumienia, ale pewnego razu nadszedł wieczór, gdy po kolejnym okrutnym czynie usiadł spokojnie przed kominkiem, wypił wino i zjadł kolację – i dopiero wtedy uświadomił sobie, że jego dusza już odeszła. Nie zostało nic poza gniewem i nienawiścią. To tej nocy pojął, że potrzebuje Albusa Dumbledore'a.
Nie chciał, by Victoria pojęła to samo zbyt późno. Jak nikt inny był jednak świadom tego, jak bardzo Czarny Pan potrafił wzbudzać uczucia, jak wspaniałomyślnie karmił słowami, które dana osoba potrzebowała usłyszeć. Wiedział, że on sam też kiedyś strzegłby każdej najmniejszej tajemnicy zawierzonej mu przez charyzmatycznego, przystojnego, elokwentnego przywódcę o wielkich planach i ambicjach.
Różnica była taka, że teraz ten przywódca miał inną fasadę. Jego powierzchowność nie robiła już takiego wrażenia. Urok osobisty został przegnany przez przerażającą, gadzią fizjonomię. Czarna magia zmieniła piękny obrazek w odrażające, upiorne dzieło. Pamiętał dobrze bystre ciemne oczy Toma Marvolo'a Riddle'a, które zniknęły pod czerwienią potwornych tęczówek. Nic nie pozostało już po tamtym człowieku, za którym chciał podążać i którego sekrety był w stanie strzec za wszelką cenę.
Gdyby Victoria trafiła na tego Toma Riddle'a, którego on znał kiedyś – rozumiałby to wszystko trochę bardziej. Mógł niemal wyobrazić sobie, jak ten elokwentny, przystojny mężczyzna o nienagannych manierach, odziany w najdroższe szaty, okręca sobie Victorię wokół palca, z łatwością o wiele większą, niż zrobił to z nim samym. Ale jakim cudem dał radę to uczynić, będąc takim potworem? Jakim cudem Victoria mogła się na to złapać?
Porzucił rozmyślania o niej, kiedy wyszedł na korytarz i skierował się na górne piętra, by złożyć wizytę dyrektorowi. Czuł się w obowiązku, aby poinformować go o karygodnym zachowaniu Pottera.
Dotarł do gabinetu zadziwiająco szybko. Wewnętrznie wciąż był na tyle rozemocjonowany, zarówno wybuchem Chłopca-Który-Przeżył-Ku-Jego-Utrapieniu, jak i stycznością z Victorią, że prawie biegł, próbując rozładować napięcie. Skrzywił się, wchodząc do pomieszczenia, w którym stacjonował Dumbledore, i myśląc o tym, że miał szczęście, iż nie natknął się po drodze na nikogo. Społeczność tego zamku z pewnością nie była gotowa na widok biegającego po korytarzach Severusa Snape'a.
– Severusie? – Dumbledore zdziwił się na jego widok i zerknął na zegar. – Nie powinieneś teraz mieć trzeciej lekcji oklumencji z Harrym? Nie wiem, czy pamiętasz, ale jakiś czas temu poprosiłem cię, abyś go…
– Z moją pamięcią wszystko w porządku – przerwał dyrektorowi Snape. – Lekcja rzeczywiście się odbyła, ale z powodu wybuchowego i nieprzewidywalnego charakteru twojego pupila… zakończyła się nieco wcześniej, niż powinna.
Dumbledore westchnął ciężko. Tego się obawiał. Wskazał Severusowi krzesło przed sobą.
– Wyglądasz, jakbyś się tego spodziewał. I wcale ci się nie dziwię – powiedział mistrz eliksirów. – Wiesz dobrze, jak… nikłą sympatią darzymy się z Potterem. Dlaczego w ogóle uznałeś, że dobrym pomysłem będzie to, abym go uczył? Tylko nie próbuj tego wytłumaczyć jakąś pokręconą potrzebą nawiązania więzi, proszę.
– Z jednej strony… przyznaję… miałem właśnie to na względzie – odrzekł, a Snape westchnął ciężko na te słowa. – Myślę, że w tak ostatecznych i niebezpiecznych czasach wasza niechęć powinna nieco zelżeć. W końcu walczycie po tej samej stronie, prawda? – Spojrzał na Severusa, a ten uniósł tylko kpiąco brew, zupełnie nieporuszony tym patetycznym pytaniem retorycznym. – Z drugiej strony wiem, że tylko tobie mogłem powierzyć tak ważne zadanie, jeżeli sam nie mogłem się go podjąć. Nikt inny z nauczycieli nie ma takich umiejętności w zakresie legilimencji i oklumencji jak ja czy ty, poza tym nie każdy z nich powinien w ogóle wiedzieć, że Harry uczy się czegoś podobnego. Ja sam chciałem uniknąć nauczania go, ponieważ… – Spojrzał w bok, co wzbudziło zainteresowanie Snape'a. – Nie, nie chodzi o brak czasu. To znaczy… istotnie, mam go niewiele, ale z pewnością nieco więcej od ciebie. A jednak to tobie zleciłem nauczanie go, bo uznałem, że ty poradzisz sobie lepiej z okresem buntu, w który ostatnimi czasy wszedł. Nie sądzę, abym mógł podnieść na niego głos, kiedy nagle zacznie tupać nogą i się złościć na wszystko, co go otacza, a to mu się zdarza. Wiem, bo spotykam się z nim z różnych innych powodów.
– Pozwól mi to zrozumieć – odpowiedział mistrz eliksirów i postukał palcem w swoją dolną wargę. – Wysłałeś go na lekcje oklumencji do mnie, ponieważ obawiałbyś się go skarcić, jeżeli źle się zachowa? Aż tak bardzo nie chcesz zburzyć w swojej głowie obrazu Pottera jako idealnego, grzecznego, poukładanego chłopca?
– Nie chcę się z nim kłócić, Severusie. To nie przyniesie niczego dobrego. A jako iż i tak spędzam z nim sporo czasu, uznałem, że nie powinienem spotykać go jeszcze częściej. Harry nie może się nagle na mnie obrazić, tak jak ja nie mogę obrazić się na niego, a lekcje oklumencji… cóż… wyobrażam sobie, że mogą być trudne i wymagające.
– Jak dobrze, że masz osobę, na którą zawsze możesz zrzucić to, co zbyt trudne, wymagające i niewygodne – zakpił Snape. – Jeżeli chodzi o tego chłopaka, to uważam, że nie mamy do czynienia ze zwykłym młodzieńczym buntem. Mam wrażenie, że chodzi o coś większego.
– Co masz na myśli?
– Kiedy byłem w jego umyśle i przeglądałem leniwie różne wspomnienia, czekając cierpliwie, aż mi się choć minimalnie postawi, co będzie oznaczać, że ma jakiekolwiek pojęcie o oklumencji, o której kazałem mu przeczytać książki, zanim zajęliśmy się praktyką, dotarłem do pewnego dziwnego obrazu… Pan Potter, twój niewinny i wspaniały wybraniec, wchodził nocą na dział ksiąg zakazanych. Kiedy zorientował się, że patrzę na to wspomnienie, zaczął się miotać jak szalony i robić wszystko, by przerwać połączenie. Musiałem wydostać się z jego umysłu, aby nie rozbił sobie lada moment głowy o ścianę, bo oczywiście – uśmiechnął się z kpiną, wypowiadając następne słowa – bardzo bym tego nie chciał. Później przyszło mi oglądać jeszcze komiczniejsze przedstawienie… Potter, o wielce beznadziejnych zdolnościach aktorskich, zaczął wydzierać się na mnie, rzekomo urażony tym, że chichotałem nieco, za co nie przepraszam, podczas przeglądania jego wspomnień z Blackiem. Udał, że to właśnie to sprawiło, iż zażądał, abym wydostał się z jego głowy. Ale przecież dobrze wiem, i on też to dobrze wiedział, w którym dokładnie momencie zaczął się szamotać. Nie byłem wtedy przy wspomnieniach z Blackiem. Byłem przy wspomnieniu, kiedy zakradał się nocą w dość niechlubną, przynajmniej zapewne w jego ocenie, część biblioteki. Z pewnością nie chciał, abym zobaczył, po co tam przyszedł. Na koniec, z tego co zrozumiałem, zakończył nasze lekcje. Uznał, że nie zniesie ani minuty dłużej w moim towarzystwie. Dobijające! Szczerze… nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie nagłe pojawienie się Malfoy. Przyznam, zanim Potter sam ci to prędzej czy później wygada, że dość mocno zacząłem go prowokować, kiedy już miał wyjść. Namawiałem go, aby potraktował mnie zaklęciem uśmiercającym.
Dumbledore popatrzył na Snape'a w niemym szoku, ale nie odezwał się od razu – zamiast tego zaczął się zastanawiać. To właśnie mistrz eliksirów mocno w dyrektorze cenił: nie reagował impulsywnie, nie wygadywał bzdur. Najpierw myślał i podchodził do rzeczy z dystansem, co pozwalało mu dostrzec to, czego inni nie potrafili.
– Rozumiem – odparł siwobrody. – To znaczy… albo rozumiem… albo jesteś szaleńcem, Severusie. Przedstawię ci jednak moją teorię. Podejrzewasz, że wściekłość Harry'ego, jego impulsywność, gniew… wszystko to spowodowane jest tym, że zaangażował się w jakieś mroczne sprawy. Te mroczne sprawy, prawdopodobnie związane z czarną magią, mają coś wspólnego z jego wizytą, a najpewniej wizytami, w dziale ksiąg zakazanych. Próbując sprawdzić, czy w istocie Harry skalał się czarną magią, zacząłeś go prowokować do czegoś, co osoba, której czarna magia nie jest obca, potrafi uczynić.
Snape kiwnął z zadowoleniem głową.
– Niestety z mojego eksperymentu nic nie wyszło, bo, jak już wspomniałem, wparowała Malfoy, a Potter spłoszył się i uciekł. – Zaśmiał się sucho na wspomnienie twarzy Victorii. – Merlinie, była taka przerażona… Sądziła, że naprawdę dałbym temu beznadziejnemu chłopakowi się zabić. Moje dłonie były ukryte. Nie wiedziała, że mam w pogotowiu różdżkę.
Nie powiedział Dumbledore'owi o tym, że zaczęła płakać. To było wystarczająco dziwne dla niego samego, by jeszcze wygłaszać to dyrektorowi. A może… może to wcale nie było takie dziwne? W każdym razie – i tak nie zamierzał dzielić się tym wspomnieniem.
– Po to przyszedłem – dodał i podniósł się. – Chciałem poinformować cię o swojej obserwacji. Według mnie Potter zaczął interesować się czarną magią i to właśnie jest powodem zmiany jego zachowania. Z pewnością sądzi, że przy pomocy mrocznych czarów łatwiej przyjdzie mu pokonać Czarnego Pana – prychnął z pogardą. – Ten chłopak nie ma pojęcia, z jakimi siłami igra. Lepiej zajmij się tym, póki nie jest za późno.
•*•.•*•
Pierwsze trzy dni w domu rodzinnym upłynęły Victorii dość przyjemnie. Zebrania śmierciożerców w okresie przedświątecznym nie były, Merlinowi dzięki, zwoływane, więc ani żaden poplecznik Voldemorta, ani Voldemort we własnej osobie, nie przebywał we dworze Malfoyów. Czasem pojawiała się Bellatriks, ale to było całkiem zrozumiałe i wybaczalne, jako iż łączyła ją serdeczna, siostrzana więź z Narcyzą.
Dzień przed Bożym Narodzeniem, kiedy Lucjusz i Draco zajmowali się przycinaniem żywopłotu i innymi pracami w ogrodzie, Narcyza i Victoria ozdabiały i sprzątały dom – wdzięczne bardzo za możliwość robienia tego wszystkiego z pomocą magii. Doceniły to zwłaszcza po tym, jak kilka lat temu, przez podstęp Harry'ego Pottera, ich rodzina utraciła skrzata domowego.
– Nie czuję w tym roku klimatu świąt – przyznała cicho Narcyza, zawieszając ostatnią bombkę na wielkiej choince, której gałęzie chyliły się lekko pod ciężarem ozdób. – W zasadzie… nie czuję w tym roku niczego poza obawą. Zbliżają się przerażające czasy.
Victoria popatrzyła na matkę z czułością. Nie wyznała jej nigdy, że współpracuje z Dumbledore'em, ale wiedziała, iż ona jedna by to zrozumiała, może nawet pochwaliła. Czasem chciała jej powiedzieć. Chciała powiedzieć jej w zasadzie o wiele więcej – nawet o swojej relacji ze Snape'em, z Tomem. Niekiedy pragnęła zrzucić z własnych barek ciężar tych tajemnic choć na chwilę. Była jednak boleśnie świadoma tego, że nie może – każdy, kto by się o tym dowiedział, byłby w niebezpieczeństwie.
– Tak – odparła więc tylko, zagryzając wszystkie inne słowa, które cisnęły się na jej usta. – Ale… nie martw się. Na pewno to przetrwamy.
Narcyza uśmiechnęła się słabo. Za oknami zaczął prószyć śnieg.
– Chłopcy niedługo wrócą z podwórza, pójdę przygotować jadalnię i obiad. Możesz odpocząć.
Victoria kiwnęła głową i poszła do swojej komnaty na piętrze. Stanęła przy oknie i ujrzała w ogrodzie Dracona, którego zwykle platynowa czupryna była w tym momencie, z powodu spoczywającego na niej śniegu, zupełnie biała. Uśmiechnęła się do siebie, po czym przysiadła na skraju łóżka. Zapatrzyła się w ścianę i zaczęła rozmyślać o tym, co mógł w tym momencie robić Snape. Zastanawiała się, czy został na święta w Hogwarcie, czy może udał się do rodzinnego domu przy Spinner's End.
Zaraz potem upomniała samą siebie, by porzucić te myśli. Nie chciała myśleć o tym człowieku. Nie mogła. Ich ostatnia styczność była dla niej prawdziwym koszmarem. Snape powiedział, że nie może jej ufać, bo uważa, iż jest lojalna, przynajmniej w pewnym stopniu, Czarnemu Panu. Oczywiście, co nie brzmiało dobrze, miał prawo tak myśleć – w końcu zawzięcie odmawiała zdradzenia sekretu Voldemorta. I oczywiście, co brzmiało jeszcze gorzej, może w istocie w jakiejś części była lojalna Czarnemu Panu.
Gdy sobie to uświadomiła, poczuła w klatce piersiowej coś ciężkiego. Czyżby to jej serce stało się kamienne? Zaśmiała się na tę głupią, prawie patetyczną, a już na pewno poetycką, myśl. Było w tym wszystkim jednak pewne ziarno prawdy – wspierała Voldemorta. Wspierała, bo gdyby tak nie było, pierwszego dnia wyjawiłaby Dumbledore'owi, że Czarny Pan stworzył sobie drugą tożsamość – a może raczej wrócił do swojej starej tożsamości, nie porzucając przy okazji tej nowej.
Ale czy chciałaby żyć w świecie, w którym rządziłby Voldemort? Czy kiedy osiągnąłby już pełnię władzy, wciąż traktowałby ją tak wyjątkowo jak dotychczas, czy może odtrąciłby, gdyby nie była mu już potrzebna?
Z drugiej strony – co oferował jej świat Dumbledore'a? Gdyby wygrał Zakon Feniksa, musiałaby z pewnością znosić wytykanie palcami i nienawistne spojrzenia. Zapewnienia dyrektora, że mu pomagała, dostarczając cenne informacje prosto od Voldemorta, nie przekonałyby społeczeństwa. Jedyną cenną rzecz, jaką prawdopodobnie by zyskała w przypadku wygranej „tych dobrych", był spokój ducha. I czystość sumienia.
Westchnęła ciężko i schowała twarz w dłoniach. Oczywiście – to Dumbledore musiał wygrać i nie śmiała polemizować z tym faktem dłużej nawet we własnej głowie. Faktem było jednak to, że w istocie odczuwała dziwne poczucie lojalności wobec Czarnego Pana. Zdradzała go, ale zawsze pozostawiała coś niedopowiedzianego przed Snape'em i Dumbledore'em. Wierna dobru w dziewięćdziesięciu procentach, pomyślała o sobie z pewną kpiną. I wierna złu w dziesięciu procentach, bo czuła, że nie potrafi inaczej. Nosiła na przedramieniu Mroczny Znak. Voldemort miał setki zwolenników, ale wiedziała, że od początku bycia liderem – a te początki miały miejsce długie lata temu – obdarzył Mrocznym Znakiem jedynie kilkanaścioro osób. Nie był w końcu głupcem, by oznaczać każdego, kto mu służył. Jeżeli jednak ktoś wydał mu się szczególnie cenny, Czarny Pan chciał być z nim w pewien sposób połączony – i wtedy dawał Mroczny Znak. Ona go dostała. Jako jedna z nielicznych. Była w jego oczach wartościowa.
Nie miała pojęcia, że niecałe dwadzieścia lat wcześniej Severus Snape zachwycał się nad swoim Mrocznym Znakiem w niezwykle podobny sposób – a konsekwencje decyzji, które z tego zachwytu podjął, prześladowały go do tej pory.
•*•.•*•
Świątecznego poranka Lucjusz rozesłał listy do wybranych śmierciożerców, zapraszając ich na obiad. Wiedział, że Czarny Pan prawdopodobnie pojawi się tego dnia, więc chciał, by powitało go większe grono osób.
Gdy około południa Draco poinformował Victorię, że będą mieli niebawem gości i powinna zacząć się szykować, powstrzymała pytanie, czy Snape także ma się pojawić. Musiała przestać się nim interesować.
Około trzeciej w jadalni było już gwarno. Pojawił się Nott z żoną, synem Theodorem – rówieśnikiem Victorii i Dracona i ich kolegą ze Slytherinu – oraz córką Evą, około dwudziestopięcioletnią, ładną blondynką, Yaxley, Dołohow, Anastazja Zabini z narzeczonym – ale, ku uldze Victorii, bez syna – oraz Bellatriks z mężem. Kwadrans po tym, jak Narcyza zaserwowała przystawki, nie chcąc podawać głównego dania zanim przybędzie Czarny Pan, we dworze zjawił się Snape.
Victoria, zmuszając się do niezwracania na niego uwagi, zaczęła przyglądać się twarzom siedzących przy stole osób. Natychmiast dostrzegła, jak intensywnie w przybyłego dopiero co mistrza eliksirów wpatruje się Eva Nott, obok której jedyne miejsce – poza tym zarezerwowanym dla Czarnego Pana – jako ostatnie było wolne.
Snape powitał wszystkich i zasiadł obok Evy, która – kiedy pozostali goście wrócili do przerwanych minutę wcześniej rozmów – obróciła głowę i zaczęła mówić coś do siedzącego obok niej mężczyzny. Victoria, zajmując miejsce po drugiej stronie stołu, nieco z boku, miała na nich dobry widok. Próbowała udawać zainteresowaną tym, co opowiadała jej Bellatriks, ale tak naprawdę obserwowała z uwagą mistrza eliksirów, który – choć z kamienną twarzą – odpowiadał Evie.
Czarny Pan się wciąż nie pojawiał, więc Narcyza uznała, że poda pierwsze danie. Istniało prawdopodobieństwo, iż Voldemort albo jest zbyt zajęty, by przybyć, albo wciąż złości się na śmierciożerców z powodu ich niepowodzenia podczas ataku na Bridgetown.
– Tak, tak, Eva studiuje eliksiry na uniwersytecie w Wiedniu – powiedziała pani Nott do Bellatriks, kiedy zaczęły rozmawiać ze sobą przez stół, jako że pani Nott siedziała naprzeciwko. – Marzy o praktykach u Severusa. Raczej jej to odradzamy – dodała konspiracyjnym szeptem, śmiejąc się lekko. – Z jednej strony Snape na pewno jest niezwykle utalentowany, ale… ten jego charakter… ta osobowość… – Kobieta zatrzęsła się, jakby zrobiło jej się zimno. – Cóż, zrobi, co będzie chciała. Skoro bycie jego uczennicą przez siedem lat w Hogwarcie jej nie zniechęciło, to chyba rzeczywiście jest twarda.
Eva, siedząca kilka krzeseł dalej, wychyliła się, by spojrzeć na matkę i rzucić:
– Twarda i z dobrym słuchem, mamusiu!
Obie zaśmiały się, a ich szczupłe, blade twarze rozbłysły delikatnym, choć zimnym urokiem.
– A ty, Victorio? – Pani Nott popatrzyła na nią, a z jej oczu zniknęła sympatia. – Jakie masz plany na przyszłość?
Victoria wiedziała, że z jakiegoś powodu pani Nott widziała w niej zagrożenie. Obawiała się, iż mogła osiągnąć większe sukcesy niż jej własna córka.
– Na najbliższą: przeżyć. A gdy to się powiedzie, z pewnością będę próbowała dokonać wielkich rzeczy – odrzekła chłodno, akurat w momencie, kiedy wszystkie inne rozmowy ucichły.
Poczuła na sobie spojrzenie Snape'a i wielu innych osób, ale dopiero gdy zauważyła, że siedząca naprzeciw niej pani Nott patrzy wielkimi oczami w górę, zorientowała się, iż to nie ona wzbudza powszechną uwagę.
Obróciła głowę i zobaczyła, że tuż za nią stoi Czarny Pan, który musiał pojawić się chwilę temu. On jako jedyny mógł teleportować się w każdej części domostwa.
– Bardzo mądra odpowiedź, Victorio – powiedział, a jego dłonie prześlizgnęły się z oparcia krzesła na jej ramiona i zacisnęły lekko na nich. – Z pewnością przeżyjesz. I z pewnością dokonasz wielkich rzeczy. Czy ktoś ma co do tego jakieś wątpliwości?
Victoria zamarła, ale jej oczy przebiegły po twarzach siedzących dookoła ludzi, by zaobserwować ich reakcje. Pani Nott przełknęła ślinę i pokręciła przecząco głową.
W następnej sekundzie każdy stał już na baczność, by powitać Voldemorta z należnym mu szacunkiem. Ten w końcu zasiadł na przygotowanym dla niego miejscu u szczytu stołu. Po kilku minutach atmosfera rozluźniła się wreszcie – wszyscy przestali zwracać uwagę na Victorię i zajęli się na powrót jedzeniem i rozmowami. Wszyscy, poza Severusem Snape'em, który przestał nagle odpowiadać Evie i wpatrzył się z zamyśleniem w swój własny talerz.
