-Zapraszam ponownie-

Z gardłowym rykiem, które bardziej przypominało kwik, niż ludzki głos, odezwał się otyły mężczyzna. Jego spuchnięta twarz, z małymi, zapadniętymi oczkami, jeszcze bardziej upodobniła go do tucznika. Nawet w pośpiechu, odwracając się plecami do niknącej w oddali sylwetki, emanował ociężałością. Zniknął w kłębach dymu papierosowego, zamykając za sobą ciężkie, skrzypiące drzwi z trzaskiem, który odbił się echem w ciszy. Każdy jego krok na drewnianych schodach wiodących do piwnicy dudnił w całym domu, niosąc ze sobą zapowiedź czegoś nieprzyjemnego.

Zimne, wilgotne powietrze uderzyło mężczyznę, gdy tylko przekroczył próg piwnicy. W obskurnym pomieszczeniu, o ścianach pokrytych zaciekami i pajęczynami, panował półmrok. Jedynym "meblem" był stary, zapadnięty materac, z którego gdzieniegdzie wystawały sprężyny, a dziury odsłaniały brudne wnętrze. Na tym nędznym posłaniu leżał młody chłopiec, nagi i skulony. Jego wychudzone ciało zdradzało około piętnastu lat. Mimo to w jego młodych oczach czaił się smutek o wiele starszy. Grubas prychnął z zadowoleniem. - Dobrze się dzisiaj spisałeś, smarkaczu.

Dalej, wstawaj. Ubierz się w te łachmany i marsz do kuchni. Na lodówce wisi lista twoich zadań.

-...

-Nie myśl sobie, że będziesz tu leżeć!

Gruby mężczyzna warknął, a chłopiec, drżąc, podniósł się z materaca. Zbyt duże, wyciągnięte ubrania kuzyna opinały jego chude ciało niczym worki. Z pochyloną głową ruszył za swoim oprawcą na górę. W kuchni, na drzwiach brudnej lodówki, wisiała kartka. Chłopiec drżącą ręką oderwał ją i przeczytał. Litery tańczyły mu przed oczami – mycie okien, szorowanie podłóg, odkurzanie wszystkich dywanów, umycie łazienki... Lista zdawała się nie mieć końca, przytłaczając go swoim ogromem.

-Jedziemy na wycieczkę. Wrócimy jutro o piętnastej. Wszystko ma lśnić! Jasne?!

Cichy szept ledwo opuścił jego wargi. - Tak, wuju.

-No to ruszaj się! Nie trać czasu!

Starzec zmrużył tłuste powieki, lustrując chłopca z pogardą, po czym machnął ręką i wyszedł z domu, za nim potoczyła się jego hałaśliwa rodzina. Cisza, która zapadła, była niemal namacalna. Chłopiec stał przez chwilę nieruchomo, chłonąc tę nagłą ulgę. W końcu westchnął cicho i powlókł się z powrotem do kuchni. Zabrał się za stertę brudnych naczyń, jego drobne dłonie z trudem radziły sobie z tłustymi talerzami. Każdy umyty talerz odkładał ostrożnie na suszarkę, jakby bał się, że zaraz znowu usłyszy gniewny krzyk. Potem, z determinacją wypisaną na twarzy, wspiął się na chwiejne krzesło i zaczął myć okna, z zewnątrz brudne od kurzu i deszczu, a od wewnątrz zaparowane od jego cichego oddechu.

Zmęczony, powlókł nogami do swojego "pokoju" – w rzeczywistości zagraconej klitki na poddaszu, która kiedyś należała do Dudleya. Stało tam stare, skrzypiące łóżko z cienkim, poplamionym materacem, mała, obdrapana szafka i sterty nieużywanych, zakurzonych zabawek i ubrań jego kuzyna. Usiadł ostrożnie na skraju łóżka, jakby bał się, że zaraz się pod nim załamie. Jego wzrok powędrował pod materac. Delikatnie wsunął tam rękę i po chwili wyciągnął swój sekret – błyszczący, srebrno-czerwony scyzoryk. W jego brudnych dłoniach wyglądał jak klejnot. Chłopiec przycisnął go do piersi, a na jego smutnej twarzy pojawił się cień uśmiechu. To był jego jedyny skarb, coś tylko dla niego.

Zerwał się z łóżka z nagłą potrzebą ucieczki. Zbiegł po schodach i przez kuchenne drzwi balkonowe wyszedł do zaniedbanego ogrodu. Bez trudu przecisnął się przez dziurę w płocie – znajome przejście do jedynego miejsca, które dawało mu namiastkę normalności. Plac zabaw na obrzeżach osiedla. Jego ukochana huśtawka czekała. Usiadł na niej powoli, jakby każdy ruch sprawiał mu fizyczny ból, choć ten prawdziwy gnieździł się głęboko w jego wnętrzu. Z kieszeni wytartych spodni wyciągnął swój skarb. Błysk ostrza w popołudniowym słońcu był niemal hipnotyzujący. Podciągnął rękawy za dużej bluzy i przyłożył zimne ostrze do skóry. Kilka głębokich, bolesnych cięć. Czerwone krople natychmiast wypłynęły na wierzch. Dopiero gdy poczuł, że odpływa, z trudem schował scyzoryk z powrotem do kieszeni. Siedział tak, kołysząc się leniwie, przez kilka długich minut. Świat zaczął tracić ostrość, więc zsunął z nosa potłuczone okulary. Chwilę później ciemność zaczęła go wciągać