35. PRAWDZIWA TWARZ


Wiesz, że bardzo cię lubię, prawda? – wyszeptał jej do ucha.

Hermiona westchnęła z zadowoleniem, otoczona silnymi, męskimi ramionami. Z błogością uniosła głowę i nań spojrzała. W oczach Toma zobaczyła wyłącznie czułość i troskę. Kiedy się uśmiechnął, ciepło rozeszło się po jej ciele. Odwzajemniła gest, objęła go w pasie i się nad nim pochyliła. Pachniał cholernie dobrze. Czuła się teraz chroniona, bezpieczna i szczęśliwa.

Wszystko było idealnie.

Nie mogło być lepiej.

Znalazła swą ostoję.

Zamknęła oczy i położyła głowę na jego piersi. Odwdzięczył się delikatnym pocałunkiem w czoło. Pragnęła trwać tak na wieki, zawsze razem.

Właśnie wtedy poczuła niewytłumaczalny niepokój. Coś się nie zgadzało. Zadowolony uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy, a potem uniosła powieki, chcąc dokonać rozeznania. Była przekonana, że pierwszą rzeczą, jaką zobaczy, będzie szary sweter z zielonymi oblamówkami, ale gorzko się przeliczyła, bowiem natrafiła na czarną, grubą szatę. Zmarszczyła w zakłopotaniu brwi. Co takiego…? Chciała się podnieść, ale nie mogła, teraz boleśnie otoczona ramionami. Zaczęła się szarpać, próbować wyślizgnąć się z uścisku. Walczyła ile sił, ale nadaremnie.

Tom…? – zapytała z obawą.

Wykrzywiła głowę, żeby nań spojrzeć, ale nie skrzyżowała wzroku z jasnoszarymi oczami, a czerwonymi i szkaradnymi. Zobaczyła jasną, prawie mlecznobiałą skórę oraz wykrzywione w paskudnym uśmiechu wargi. Momentalnie zesztywniała, owładnięta paniką i strachem. Zakręciło jej się w głowie i zadrżała. Wszystko, co mogła teraz zrobić, to po prostu patrzeć nań z przerażeniem.

Tsk, tsk. – Zacmokał bezdusznie. – Wiesz, że nienawidzę tego imienia – dodał głosem, nieprzypominającym człowieczy i się pochylił do przodu. – Wypowiedz moje prawdziwe imię – wyszeptał.

To nie była prośba. Wiedziała, że pożałuje, jeżeli okaże nieposłuszeństwo. Szczerze przestraszona, lekko uniosła się na łokciach. Z szaleńczo bijącym sercem otworzyła usta, chociaż miała ochotę się zakrztusić. Nie chciała poddać się rozkazowi, ale czuła, że nie ma innego wyjścia. Karmazynowe oczy wciąż wpatrywały się weń ze złośliwością, czekając na odpowiedź.

Lord Voldemort – wyszeptała miękko.

Uśmiechnął się z satysfakcją.

Owszem – wysyczał, uprzednio złapawszy ją boleśnie za ramiona. – Zapamiętaj to, brudna szlamo.

Wtem została odepchnięta, przez co jęknęła z bólu. Upadła na podłogę i uderzyła się w ramię, które natychmiast zapulsowało bólem.

Brzydzę się tobą – dodał, wyciągnąwszy różdżkę. – Właśnie na to zasługujesz. Crucio!

Zanim zanurzyła się w bólu, zarejestrowała jeszcze jego okrutny śmiech.

Usiadła na łóżku, gwałtownie łapiąc oddech. Trzęsła się niekontrolowanie, zlana zimnym potem.

To się zaczyna robić niedorzeczne, podsumowała ze złością i świadomością, że nawet jeżeli zdecydowała się zapomnieć o swojej miłostce, te uczucia nie znikną z dnia na dzień. Już wcześniej miała koszmary, prawda? Wszystko wskazywało na to, że powróciły ze zdwojoną siłą, pragnąc ponownie uczynić z jej życia piekło. Jęknęła z frustracji, po czym rozsunęła kotary swojego łóżka i wstała.

– Dzień dobry, słoneczko – zaświergotała wesoło Rose.

Szczerze wątpiła, aby była w jakikolwiek sposób podobna do „słoneczka", ale nie skomentowała tego. Mruknęła pod nosem coś, co równie dobrze mogło oznaczać „cześć" lub „odwal się przynajmniej z rana". Podeszła do kufra i wyciągnęła z niego pierwsze lepsze ubrania. Tym razem padło na czarną spódnicę i spraną fioletową bluzkę. Zebrawszy odzież, ze zdziwieniem zarejestrowała, że jej współlokatorki biegają po dormitorium, całe podekscytowane. Rose wywaliła zawartość swojego kufra na łóżko i co jakiś czas podnosiła koszulkę czy sukienkę ku górze, aby lepiej się przyjrzeć. Lucia pozowała przed lustrem, które najprawdopodobniej sama wyczarowała i kontemplowała buty na wysokim obcasie. Viola zaś wydawała się zajęta zaplataniem długich, kruczoczarnych włosów Diany w dwa warkocze. Hermiona była oszołomiona ich wybrykami. Naprawdę jej nie obchodziło, dlaczego stroiły się tak na jedną z niesławnych inspekcji Legifer.

– O co ta wrzawa? – zapytała, przechodząc obok Lucii.

– Myślisz, że obcasy są za wysokie? – Koleżanka zupełnie ją zignorowała.

– Ee, nie…?

– Właśnie nie jestem pewna – odparła, ponownie oglądając buty. – Mój ojciec nie pochwala szpilek.

Rose podniosła wzrok.

– W takim razie sobie daruj – odpowiedziała z roztargnieniem. – Masz dużo obuwia. Załóż coś na niższym obcasie.

– Yhym, najprawdopodobniej tak zrobię, ale te są najładniejsze z całej mojej kolekcji – burknęła z niechęcią Lucia.

Hermiona zignorowała resztę tej bezsensownej dyskusji i weszła do łazienki. Już wiedziała, o co chodzi współlokatorkom. Gdy Reeves wspomniała o swoim ojcu, przypomniała sobie, że przecież dzisiaj był dzień otwarty dla rodziców, a nie jedna z inspekcji Legifer. Jak mogła zapomnieć, o czym równie ważnym? Jakby nie patrzeć, szczegółowo wszystko zaplanowała. Miała włamać się do rodowej rezydencji swojego najlepszego przyjaciela, aby dokonać kradzieży cennego artefaktu, stanowiącego część przekazywanego z pokolenia na pokolenie dziedzictwa. Westchnęła, nagle sfrustrowana i zamknęła za sobą drzwi. Harry zrozumie, czym się kieruję, prawda?, próbowała się pocieszyć, ale to nijak pomogło, gdyż nadal czuła się źle. Gdyby nie potrzebowała Insygniów, nawet nie rozważałaby podobnej opcji.

Musiała wrócić do domu, gdziekolwiek on był.


Hermiona przeglądała książkę, stojąc obok regału, z którego korzystała. Zjadła wcześniej śniadanie, dlatego też postanowiła wykorzystać sposobność, żeby napisać wypracowanie dla profesora McGraya. Rodzice mieli przybyć mniej więcej w porze obiadowej, więc miała trochę czasu do zagospodarowania, zanim wyruszy na złodziejską wyprawę. Obecnie studiowała walkę z mantykorami, chociaż było na to zdecydowanie zbyt wiele sposobów. Księga, którą miała w rękach, była piątą z rzędu. Autor sugerował, że najlepiej będzie unikać niebezpiecznych stworzeń, aby nie stać się pożywieniem. Powoli podejrzewała, że nie istniała żadna klątwa mogąca poskromić te istoty, a nauczyciel zrzucił na uczniów podchwytliwe zagadnienie.

Mimowolnie się uśmiechnęła. Prawdę powiedziawszy, lubiła McGraya, bo był niekonwencjonalny. Poza Remusem Lupinem, którego szczerze uważała za najlepszego wykładowcę w historii, miała wielkiego pecha do obrony przed czarną magią. Jedynym, który miał dryg do nauki, był Szalonooki Moddy na czwartym roku, ale ostatecznie okazał się przebranym śmierciożercą, Bartym Crouchem Juniorem, co automatycznie skreśliło go z listy dobrych pedagogów. Z niechęcią przyznała, że Snape też nie był najgorszy, gdyż dysponował zarówno wiedzą, jak i umiejętnościami, ale daleko mu było do ulubionego profesora. Czasem łapała się na tym, że nie do końca wiedziała, po czyjej stronie tak właściwie walczył. Szpieg od początku do samego końca. Zawsze pełen sprzeczności, podsumowała, zastanawiając się nad lojalnością Severusa Snape'a. Dumbledore zawsze twierdził, że ma doń bezgraniczne zaufanie, ale z drugiej strony na szóstym roku zamordował swojego pracodawcę, czym przechylił szalę. Nie wiedziała, co o nim myśleć.

Westchnęła, zamknęła książkę o mantykorach i odłożyła tom na półkę. Biblioteka praktycznie świeciła pustkami, bo była dość wczesna godzina – do przyjazdu rodziców zostały jakieś dwie godziny. Wszyscy mieli się spotkać w Wielkiej Sali niedługo po obiedzie. Naturalnie, obawiała się tam podejść. Gdy komnata wypełni się dorosłymi, będzie bardziej niż oczywiste, że jest sama. Hermiona pogodziła się ze śmiercią rodziców, ale w podobnych chwilach strasznie odczuwała ich stratę. Z drugiej strony przyjaciele z Gryffindoru byli bardzo entuzjastycznie nastawieni, zwłaszcza Longbottom i Weasley. W przeciwieństwie do nich Lupin sprawiał wrażenie trochę zdenerwowanego, ponieważ zamierzał przedstawić bliskim swoją dziewczynę i nastawił się na rozmowę z Lovegoodami. Mimo że był przestraszony, wydawał się pozytywnie nastawiony.

Najchętniej uniknęłaby całego zamieszania. Oczami wyobraźni widziała te wszystkie współczujące i zatroskane spojrzenia, którymi z pewnością zostanie obdarzona. Ślizgoni zapewne będą ucieszeni. Odkąd uczniowie dowiedzieli się o jej niemagicznych korzeniach, węże były nieznośne. Cóż, miała całkiem spore doświadczenie w byciu znienawidzoną mugolaczką, prawda?

Sięgnęła po następną książkę, ale kiedy zaczęła wertować kartki, znów odpłynęła myślami. Wróciła wspomnieniami do pierwszych lat nauki w Hogwarcie.

Merlinie, byłam taka naiwna, pomyślała z niedowierzaniem, przypominając sobie dzień, kiedy Draco Malfoy po raz pierwszy nazwał ją szlamą. W okamgnieniu zrozumiała, że to oblega, ale zupełnie nie pojmowała jej wagi i znaczenia, nie doceniała dyskryminacji, jaką za sobą niosło, wykluczenia społecznego i nienawiści. Gdy wkroczyła do magicznego świata, zachwycona zobaczonymi cudami, nie miała pojęcia, że i tutaj jest podział na lepszych i gorszych czarodziejów.

Zrozumienie istoty rzeczy nie zajęło jej dużo czasu, ponieważ obelga na polu do quidditcha była zaledwie preludium do większej wrogości. Kiedy ukończyła szósty rok nauki, wszystko się skumulowało i spotęgowało, a w kraju wybuchła wojna, która wprowadziła powszechny chaos i zniszczenie. Gdy świat powoli tonął w ciemności, często się zastanawiała, czy nie byłoby dlań lepiej zaszyć się w mugolskim społeczeństwie. Lekko się uśmiechnęła, przypomniawszy sobie, że chłopcy zawsze nań burczeli, kiedy mówiła coś podobnego.

Jesteś najlepszą czarownicą, jaką kiedykolwiek poznałem. Jesteś we właściwym miejscu, mówił zawsze Ron, obejmując ją ramieniem i przyciągając do uścisku. Chwilę później ze śmiechem wspominali te sytuacje, w których utarła nosa czystokrwistym dupkom.

Wspomniawszy narzeczonego, poczuła gulę w gardle.

Cholernie tęskniła za chłopcami. Zawsze byli we trójkę – kiedy została obrażona na drugim roku, a potem gdy wybuchła wojna i wszyscy stali się celem. Dzięki wsparciu przyjaciół nigdy tak naprawdę nie poczuła się dotknięta wyzwiskami i chamstwem względem mugolaków. Świadomość, iż nie zostanie pozostawiona sama sobie tylko i wyłącznie przez swój status krwi, stanowiła dlań siłę napędową.

Gdy wszystko zmierzało ku dobremu, straciła swoją straż przyboczną i jednocześnie ostatnich członków rodziny. Tutaj, w latach czterdziestych, była sama i musiała sobie poradzić ze wstrętem widzianym w oczach ślizgonów. Jedyna osoba, która służyła jej do niedawna za wsparcie, niespodziewanie się odsunęła.

Zacisnęła palce na aktualnie trzymanej książce i pozwoliła swoim myślom popłynąć w kierunku, którego dotąd unikała. Skup się na priorytetach, Granger!, syknęła ze złością i odłożyła lekturę na odpowiedni regał. Nie miała tu do czynienia z mrocznymi czarodziejami, a zwyczajnymi uczniami, co zaś znaczyło, że nie potrzebowała żadnej ochrony.

Wtem usłyszała kroki odbijające się echem od kamiennej posadzki. Zmarszczyła brwi, nie spodziewając się nikogo o tej porze. Odwróciła się w kierunku źródła dźwięku i zamarła, rozpoznawszy przybysza. Tom szedł naprzód, emanując pewnością siebie. Jak zawsze miał idealną fryzurę, którą zawsze lubiła burzyć palcami, zwłaszcza w chwilach namiętności. Jasnoszare oczy błysnęły, kiedy również zarejestrował jej obecność.

Wyglądał równie przystojnie, co zawsze.

To wrażenie zostało zrujnowane, kiedy uśmiechnął się deprecjonująco, a potem lekko skrzywił z obrzydzeniem. Serce dziewczyny zabiło szybciej, ale zdołała przełknąć rosnącą w gardle gorycz i wszystkie te emocje, które odczuwała. Spojrzała nań obojętnie, gdyż odmawiała dania mu satysfakcji, że została zraniona tym chłodnym zachowaniem.

– Jakże przyjemne spotkanie, Hermiono – zagaił pogardliwie, gdy znalazł się wystarczająco blisko.

Zacisnęła usta w cienką linię. Nie chciała wdawać się w nim w słowne potyczki, dlatego też schyliła się po torbę i odwróciła z zamiarem opuszczenia biblioteki. Mogła zignorować uczucia, jakie doń żywiła, ale było to trudne zadanie, gdy stał naprzeciwko. Zdołała zrobić zaledwie kilka kroków, zanim została zatrzymana przez dłoń na ramieniu. Nie zdążyła się wyszarpnąć, bowiem chwilę później uderzyła plecami o regał i znalazła się w potrzasku. Gdy została złapana za ramiona i przygwożdżona do szafki, mimowolnie jęknęła z bólu. Chłopak patrzył nań z góry, z pozoru beznamiętnie, ale dobrze wiedziała, że jest rozgniewany.

– Wiesz, że zachowujesz się nieuprzejmie, prawda? Nieelegancko jest odchodzić w trakcie rozmowy – syknął z wyrachowaniem. – No naprawdę. Gdzie twoje maniery?

Usłyszawszy ostatnie zdanie, wciągnęła głęboko powietrze, ale nie pozwoliła, aby emocje wzięły nad nią górę.

– Uwolnij mnie – powiedziała zamiast tego, siląc się na chłodny i zdystansowany głos.

Uśmiechnął się kącikami.

– Co porabiasz sama w bibliotece? – zapytał słodkim tonem. – Czemu nie przygotowujesz się na spotkanie z rodzicami?

Nie odpowiedziała, bo dobrze wiedział, jaka jest prawda. Wzruszyła ramionami i spojrzała nań wyzywająco.

– No tak, zapomniałem. – Uśmiechnął się czarująco, przywdziawszy na twarz współczującą maskę. – Zginęli. Co za pech – dodał z kpiną. Spróbowała wyswobodzić się z uścisku, ale nadaremnie. Jej szamotanina sprawiła, że mocniej zacisnął dłonie. Wydawał się zastanawiać nad swoimi słowami, ale rozumiała, że po prostu kontynuuje okrutną grę. – Niektórzy mogą pomyśleć, że to naprawdę niewielka strata, zwłaszcza że byli brudnymi mugolami – kontynuował z łagodnością, która ostro kontrastowała z przesłaniem słów.

W momencie się rozjuszyła. Zauważywszy podłe rozbawienie w jasnoszarych oczach, nabrała ochoty na wyciągnięcie różdżki i ciśnięcie weń pierwszym lepszym przekleństwem. Jej prawa ręka drgnęła, gotowa do pstryknięcia palcami.

– Powiedziałam, żebyś się odczepił. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! – warknęła, przepełniona słuszną wściekłością.

Tom, naturalnie, nie spełnił żądania, a uniósł wyniośle brew.

– Naprawdę nie powinnaś tak mówić do wyżej postawionych, szlamo.

Zabolało, ale nie chciała dać mu satysfakcji. Utrzymała swą fasadę, wyprostowała plecy i napięła mięśnie.

– Z pewnością nie jesteś ode mnie lepszy – odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy.

Nie przerywając kontaktu wzrokowego, pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę. Następnie uwolniła swoją magię, a ta zawirowała wściekle w powietrzu. Nie sprawiał wrażenia zaskoczonego, bowiem zareagował w odpowiednim momencie i również wyswobodził swą moc. Obie natychmiast zagęściły atmosferę. Chłopak zmrużył oczy i uśmiechnął się przerażająco.

– Oczywiście, że jestem – stwierdził z protekcjonalnością. – Nawet najgłupszy pierwszoroczny z Hufflepuffu jest od ciebie wyżej postawiony.

Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu gniew, który odczuwała, z niej uleciał. Znów była wyczerpana rozmową.

– Chyba że też jest mugolakiem – doprecyzowała beznamiętnym tonem.

– Właśnie – stwierdził, a potem poddał się nienawiści, której już niejednokrotnie doświadczyła. – Śmiecie takie jak ty nie zasługują na dużo.

Nie wiedziała, czy mówił o nauce w Hogwarcie, czy miejscu w czarodziejskim świecie. Obie interpretacje były możliwe, ale to spostrzeżenie sprawiło, że z nerwów poczuła supeł w żołądku. Zapatrzyła się w te piękne oczy, ale nie dostrzegła w nich niczego więcej poza gniewem. W powietrzu słuchać było teraz trzaskanie czarnej magii. Mimowolnie się zastanowiła, czy kiedykolwiek naprawdę coś doń czuł, bo zaczynała mieć wątpliwości. Chcąc pozbyć się z głowy nieprzyjemnych wspomnień, potrząsnęła głową.

– Jesteś odrażający – podsumowała niskim głosem.

To zdanie, oczywiście, go rozjuszyło. Wzmocnił uścisk na jej ramionach i obnażył zęby, a jasnoszare oczy zmieniły swój kolor na krwistoczerwony. Hermiona była w pełni przygotowana na atak, dlatego też zacisnęła dłoń na uchwycie różdżki. Z pewnością nie zamierzała pozwolić na podobne panoszenie się i pomiatanie. Napięła mięśnie, oczekując prawdziwej jatki.

Zdziwiła się, gdy zdołał uspokoić swój temperament. Gdy mrugnął, karmazyn zniknął. Wygładził twarz i spojrzał na nią z góry. Wyglądał grzesznie, przez co poczuła doń przyciąganie, o którym zdążyła zapomnieć. Sprawiał wrażenie człowieka, który zobaczył w niej coś naprawdę interesującego. Została po prostu zahipnotyzowana przez miękkość, która przypomniała jej o dawnych czasach, kiedy wciąż byli razem.

Wtem niespodziewanie się pochylił. Hermiona zesztywniała, gdy poczuła jego miękkie wargi na swoich. Zamknęła oczy i poddała się czułości. Zapomniawszy o swej racjonalnej części umysłu, w pełni skupiła się na doznaniach. Tom uwolnił jej ramiona z uścisku i zaczął błądzić dłońmi po jej ciele. Jedną ręką przyciągnął ją bliżej w talii, zaś drugą przesuwał po plecach w dodatkowej pieszczocie. Była oszołomiona jego zachowaniem i bliskością, której tak bardzo potrzebowała. Ciepło rozprzestrzeniło się po jej ciele, a gdziekolwiek została dotknięta, czuła przyjemne mrowienie na skórze. Z lubością zaciągała się znajomym, męskim zapachem i zatraciła się w uczuciach. Została przytłoczona doznaniami, przez co zareagowała instynktownie. Również pochyliła się do przodu i doń przytuliła, po czym zaczęła żarliwie odpowiadać na pocałunki. Wypuściła z dłoni różdżkę, która z łoskotem upadła na podłogę, uniosła ramiona i objęła go mocno.

Właśnie wtedy przyszło bolesne otrzeźwienie. Gdy zacisnęła palce na ciemnym materiale szaty, chłopak się odsunął. Otworzyła oczy, przywołana do rzeczywistości. Niepokój ścisnął jej serce, kiedy zobaczyła, że patrzył nań bez cienia emocji. Kiedy się pochylił, pomyślała, że zaraz eksploduje z napięcia. Wciąż oplatał ją ramionami, a jego dłonie były przyjemnie ciepłe i kojące.

– Jeżeli naprawdę jestem taki odrażający, to dlaczego jęczałaś przed momentem niczym rasowa dziwka? – wyszeptał jej wprost do ucha. Mówił łagodnym tonem, aczkolwiek przekazywał treści, które mogła porównać do powolnych tortur. Słowa przypominały ostrza, były zimne i przeszywające, atakujące słabe punkty i rozdrapujące stare, jeszcze niezabliźnione rany. Szyderstwo ukrył za maską pokrętnej uprzejmości.

Hermiona zesztywniała, gdy zrozumiała przekaz. Nadzieja, która zakiełkowała w jej sercu, została zdeptana i zniknęła bez śladu. Opuściła ramiona, którymi go obejmowała, jakby ślizgońska szata paliła żywym ogniem. Zacisnęła dłonie w pięści i spróbowała opanować napływające do oczu łzy. Oprzytomniawszy, szarpnęła się, aby odsunąć.

– Puszczaj! – syknęła, kiedy okazało się, że miał nad nią przewagę fizyczną i jej wysiłki okazały się daremne.

Wzmocnił uścisk i przyciągnął ją mocniej do piersi.

– Z przyjemnością – odpowiedział i rzeczywiście spełnił prośbę.

Oddychała z trudem, desperacko próbując zapanować nad gwałtownymi emocjami. Tom w międzyczasie odsunął się o kilka kroków i po prostu nań patrzył. Wyglądał równie przystojnie, co zawsze, ale w jasnoszarych oczach błyszczało szyderstwo, przesłonięte zadowoleniem z siebie. Ewidentnie triumfował, podczas gdy ona ledwo trzymała się na nogach.

– Nie mogę uwierzyć, że szlama ma czelność mnie obrażać – kontynuował, nawet się nie starając ukryć złośliwości. – Ty i twoi nędzni mugolscy rodzice jesteście mniej warci, niż zalegające mi pod butami błoto. – Kipiał ze złości i wstrętu. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, ani się nie wahał. – To nieprzyzwoite, że zyskałaś pozwolenie, żeby spacerować po szkolnych korytarzach i oddychać tym samym powietrzem, co my oraz plugawić to miejsce swoją ohydną obecnością.

Usłyszawszy poniżającą nutę, Hermiona zamarła z niedowierzania. Zadrżała, kiedy znów się pochylił i przymknęła oczy.

– Gdy na ciebie patrzę, to chce mi się rzygać – powiedział niskim głosem i wyciągnął różdżkę. Był usatysfakcjonowany, zobaczywszy jej dyskomfort. Co ciekawe, nie wycelował w dziewczynę, a w siebie. Jednym machnięciem ręki, doprowadził swoją szatę i koszulę do stanu używalności. – Chłoszczyść. Nie chcę być splamiony szlamowatym brudem – dodał z drwiną, a następnie się odwrócił na pięcie i odszedł w swoją stronę.

DeCerto oparła się plecami o regał, do którego przed kilkoma minutami była przyszpilona. Wciąż walczyła ze łzami, ale dzielnie powstrzymywała się przed wybuchem.

Jesteś idiotką!, zganiła się w myślach, zniesmaczona nadzieją, którą zdołał wzbudzić. Właśnie dla takich sytuacji zdecydowała się pogrzebać uczucia. Skonfrontowana z własnymi emocjami, zezłościła się na głupotę, którą pokazała. Po raz kolejny pozwoliła się zranić, bo była obrzydliwie słaba. Schyliła się i drżącą ręką podniosła z ziemi swoje rzeczy. Zacisnąwszy dłoń na pasku przewieszonej przez ramię torby, wybiegła z biblioteki.

Tom nie mógł stłumić cichego parsknięcia, kiedy zobaczył, że Hermiona pospiesznie wychodzi. Jakim cudem żywiła przekonanie, że jest w stanie mu się przeciwstawić? Numer, który właśnie wywinął, był szalenie zabawny, ale zupełnie nie rozumiał, dlaczego posunął się tak daleko. Nie powinien przyciskać szlam do regałów i całować do utraty tchu. To po prostu odpychające. Oczywiście, chciał udowodnić swe racje, ale z pewnością mógł osiągnąć cel innymi sposobami.

Czemu właściwie dał się omotać jej kłamstwom? Zadrżał z obrzydzenia, kiedy wrócił myślami do momentów, kiedy jej prawdziwie pożądał. Dobrowolnie się poniżył, chcąc spędzać czas z brudną, nic nieznaczącą szlamą. Wciąż nie zapomniał o powodzie, dla którego pragnął ją posiąść. Odkąd przybyła do Hogwartu, na każdym kroku udowadniała, że jest wyjątkowo potężną czarownicą. Oczywiście, czuł przyciąganie ku tej mocy. Hermiona sprawiała wrażenie cholernie cennego nabytku.

Wspaniale się złożyło, że przejrzał na oczy. Magia, która go skusiła i umiejętności, które pokazywała, były niczym więcej, aniżeli podłym kłamstwem i sprytnie uknutym oszustwem. Wywodząc się od mugoli, najprawdopodobniej była kiepską czarownicą i nie posiadała żadnego specjalnego talentu – była po prostu bezwartościowa.

Nieświadomie wrócił wspomnieniami do momentu, w którym trzymał ją w ramionach. Czemu zniżył się do pocałunku? Dlaczego było mu przyjemnie i czuł, że to właściwe? Gdy ostatnia myśl nabrała kształtu, potrząsnął gniewnie głową. To niedorzeczne. Nie podobało mu się obejmowanie Hermiony, tylko nadal był nią w jakiś sposób zafascynowany. Od kilku miesięcy widział w niej potężną czarownicę i kogoś pożądanego. To naturalne, że będzie potrzebował czasu, aby pozbyć się tego mylnego wrażenia, niemniej jednak musiał zaakceptować fakt, iż w rzeczywistości była bezwartościowa. Wcześniejsze założenia wysnuł na podstawie błędu, ale jedno było bardziej, niż pewne. Mimo że była szlamą, posługiwała się potężnymi zaklęciami. Musiał się lepiej przyjrzeć tej sprawie i przetestować swoją teorię.

Czy naprawdę ukradła Niezwyciężoną Różdżkę, która stanowiła sekret jej mocy…?

Gdy przesunął palcem po książce, którą wydawała się zainteresowana, pozwolił sobie na nikczemny uśmieszek. „Bestie z lasu", przeczytał tytuł. Czyżby próbowała napisać wypracowanie dla McGraya? Nie powinna marnować czasu nauczycieli i szkolnych zasobów na bezsensowne odrabianie prac domowych. To niemożliwe, żeby mogła konkurować z jakąkolwiek czystokrwistą, pomyślał wyniośle.

Niestety, przegapił dziś okazję. Gdy nań napadł w bibliotece, miał idealną okazję, aby skonfrontować ze sobą fakty i ukraść jej różdżkę. Zmarszczył lekko brwi, rozważając inne opcje. Zamek się roił od uczniów i ich bliskich. Wszyscy, włącznie z nauczycielami, byli rozproszeni i nie zwracali na niego większej uwagi. Wystarczy poczekać, aż Hermiona będzie sama i skorzystać ze sposobności, podsumował z podłym uśmiechem.


Jakiś czas później Hermiona zeszła do pokoju wspólnego. Musiała odreagować incydent w bibliotece i poczekała na obiad w dormitorium. Wciąż czuła obezwładniający wstyd, gdy przypominała sobie, jak łatwo dała się podejść i poniżyć. Nadal darzyła go uczuciem i dobrze o tym wiedział, ponieważ niczym rasowy ślizgon, wykorzystywał sytuację na swoją korzyść, co uświadomiła sobie z pewnego rodzaju wstrząsem.

Idąc przez opustoszały pokój wspólny, spróbowała wyrzucić z głowy wszystkie myśli dotyczące byłego chłopaka. Istniały przecież ważniejsze rzeczy, na których warto się skoncentrować. Prawie dotarła do portretu Grubej Damy, kiedy usłyszała ciche pohukiwanie. Zatrzymała się w miejscu i odwróciła. Na oparciu jednego z foteli siedziała sowa, mrugająca doń swoimi żółtymi ślepiami. Do nóżki miała przyczepiony kawałek pergaminu. Gdy odczepiła zwitek, ptak ponownie zahukał, tym razem bardziej entuzjastycznie, a potem wystartował i wyleciał przez otwarte okno. Na zwiniętej w rulon kopercie pisało „Hermiona DeCerto". Zmarszczyła brwi i otworzyła list.

Panno DeCerto.

Jeżeli ma pani czas, chciałbym porozmawiać. Zapraszam do mojego gabinetu w poniedziałek o godzinie osiemnastej.

Z poważaniem,

Albus Dumbledore.

No cudownie!, pomyślała, zirytowana, ponownie przeczytawszy krótką notkę. Czy los naprawdę uważał, że miała niewystarczającą ilość problemów na głowie? Nie dość, że Tom nad nią wisiał, to jeszcze wzbudziła zainteresowanie Dumbledore'a. Westchnęła ze zmęczenia, zrulowała kopertę i schowała zawiadomienie do kieszeni szaty. Nie miała żadnych wątpliwości, czego chciał profesor. Wychodząc z pokoju wspólnego, nie zdołała się powstrzymać od sfrustrowanego jęku. Gdy ostatnim razem ucinali sobie pogawędkę, posunęła się do szantażu, z którym nadal czuła się źle. Aby uchronić Toma przed wydaleniem z Hogwartu, zagroziła nauczycielowi, że poda do wiadomości publicznej informację, iż mugol znęcał się nad czarodziejskim dzieckiem w niemagicznym sierocińcu, co wywołałoby niemałą sensację i pożywkę dla dziennikarzy oraz niewątpliwie podsyciłoby nienawiść do mugoli i mugolaków. Dumbledore nie chciał ryzykować bojowego nastroju społeczeństwa, co zaś odpowiadałoby Gellertowi Grindeldwaldowi i wojnie, którą wypowiedział światu, dlatego też pozwolił Tomowi zostać w szkole i trzymał buzię na kłódkę.

Oczywiście, od samego początku blefowała. Nigdy nie zagroziłaby niewinnym ludziom, bez względu na ich pochodzenie czy zdolności magiczne. Profesor był tego nieświadomy, ponieważ poznał ją zaledwie przez kilkoma miesiącami, podczas gdy ona miała z nim styczność przez kilka lat w przyszłości.

W międzyczasie dotarła do ruchomych schodów. Była pogrążona w myślach i nie zwracała na nic uwagi. Nowe wydarzenie i zaproszenie do Hogwartu rodziców uczniów tylko wszystko komplikowało. Najwyraźniej najnowsze plotki obiegły zamek z prędkością światła i dotarły również do grona pedagogicznego. Można było więc bezpiecznie założyć, że Dumbledore dowiedział się, że skłamała co do swojego pochodzenia, a zatem zrozumiał, że odegrała przed nim bardzo ładne przestawienie, a groźba, do której się posunęła, była bezpodstawna. To z pewnością powód, dla którego wystosował zaproszenie do swojego gabinetu. Hermiona nie miała zielonego pojęcia, co właściwie powiedzieć mu w poniedziałek. Źdźbło prawdy? Następne kłamstewko? Tak czy inaczej, wygląda na to, że czeka mnie niezła zabawa, podsumowała ze znużeniem. Oczywiście, pomijając problem Albusa Dumbledore'a, pozostała również do rozwiązania kwestia Ortusa. Eliksir zaliczeniowy był już prawie gotowy, dlatego też na następnej lekcji musiała wziąć się do roboty i go tak zepsuć, żeby nikt nie zauważył. Zaraz po zawaleniu przedmiotu, ot na dobitkę, będzie musiała zmierzyć się z opiekunem Gryffindoru.

Jasna cholera!, przeklęła i skręciła w korytarz prowadzący do Wielkiej Sali. Sytuacja się skomplikowała, ale nie powinna się przejmować. Najlepiej zrobi, jeżeli uporządkuje swoje pogmatwane myśli. Jak postanowiła, tak też zrobiła. Albus Dumbledore mógł poczekać, ponieważ miała czas aż do poniedziałku. Czas ustalić priorytety, podsumowała, zdeterminowana, wchodząc na obiad. Musiała się skoncentrować na dzisiejszym zadaniu i planie, który opracowała.

Omiotła komnatę spojrzeniem. Stoły uczniowskie zniknęły, zastąpione przez mniejsze, czteroosobowe. Jak miło, pomyślała z goryczą. Zaraz sobie usiądę, żeby wszyscy mogli zobaczyć, że nie mam żadnej rodziny.

To będzie wspaniały dzień dla tych przygłupów ze Slytherinu. Ich ulubiona mugolaczka będzie siedziała samotnie przy stoliczku i wyglądała koszmarnie. Z pewnością będą się cieszyć towarzystwem rodziców i jednocześnie naśmiewać się z cudzego nieszczęścia.

Ponownie rozejrzała się po Wielkiej Sali. Wyglądało na to, że większość rodzin już przybyła i siedziała razem z dziećmi przy wyczarowanych miejscach. Chociaż starała się stłumić uczucia, poczuła bolesne ukłucie w sercu. Wszyscy byli szczęśliwi i cieszyli się dniem otwartym, najprawdopodobniej opowiadając najbliższym o wydarzeniach miesiąca i mile spędzonym czasie. Dorośli sprawiali wrażenie zadowolonych, zaś wiele kobiet było uśmiechniętych od ucha do ucha.

Hermiona zacisnęła dłonie w pięści i spróbowała zlokalizować wolny stolik. Najlepszym rozwiązaniem chyba będzie spoczynek, wysłuchanie mowy dyrektora, złapanie pierwszego lepszego talerza z jedzeniem oraz czmychnięcie z Wielkiej Sali, dzięki czemu uniknęłaby większego spektaklu.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech, po czym ruszyła naprzód. Przechodząc obok pozajmowanych stolików, pozwoliła swoim oczom błądzić po siedzących ludziach. Przeszła prawie całą komnatę, zanim dostrzegła rodzinę, którą była zainteresowana. Diana Potter śmiała się wesoło, a jej oczy błyszczały jak nigdy przedtem. Ojciec dziewczyny, mężczyzna o jasnobrązowych włosach, sterczących pod dziwnymi kątami, również się śmiał, a nawet zdjął okulary, żeby móc otrzeć oczy. Siedząca obok niego kruczowłosa kobieta sprawiała wrażenie poważniejszej i patrzyła na męża z wyrzutem. W jej oczach można było dostrzec złośliwy błysk. Gdy tak nań zerknęła, owładnęła nią tęsknota. Oddałaby wszystko, żeby mieć to, co zostało jej brutalnie odebrane.

Szybko odwróciła wzrok od Potterów i wyrwała się z odrętwienia. Właśnie zyskała pewność, że rodowa siedziba w Dolinie Godryka świeci pustkami, a więc zaliczyła pierwszy etap planu. Musiała przeczekać obiad, a potem się stąd deportować i ukraść pelerynę niewidkę.

– Czołem, Hermiono!

Usłyszawszy znajomy głos, zatrzymała się, szczerze zdezorientowana. Stolik niedaleko zajmowała rodzina Longbottomów. Mark machał doń entuzjastycznie, zupełnie się nie przejmując rodzicami. Jego ojciec miał jasne włosy, zaś matka pięknie haftowane szaty. Z wahaniem podeszła bliżej, a potem odetchnęła z ulgą, gdyż została przywitana szerokimi uśmiechami.

– To właśnie Hermiona – zagaił do rodziców przyjaciel.

– Witaj, kochanie – powiedziała uprzejmie pani Longbottom. – Może zechciałabyś z nami usiąść i zjeść obiad?

– Eee…

Szczerze mówiąc, nie wiedziała, jak rozwiązać ten problem. Naprawdę nie chciała zakłócać im dnia i sprawiać kłopotów.

– Nie musisz się wstydzić! – stwierdził pan Longbottom, wyraźnie rozbawiony jej zażenowaniem.

– Hm, w takim razie w porządku – odparła z wahaniem i zajęła miejsce.

Mężczyzna spojrzał z uśmiechem na żonę, a ta natychmiast nalała Hermionie filiżankę gorącej herbaty. Dopiero wtedy, kiedy pokonała nieśmiałość, dziewczyna zauważyła, że kobieta jest w zaawansowanej ciąży.

– Wreszcie poznaliśmy tę słynną Hermionę–Bez–Nazwiska – zagaił pan Longbottom ze złośliwym błyskiem w oku.

Mimowolnie się uśmiechnęła. Najwyraźniej Mark nie tylko wygląd odziedziczył po ojcu.

– Nazywam się Hermiona DeCerto. Miło mi państwa poznać – powiedziała, zrozumiawszy sugestię.

Mężczyzna uniósł ze zdziwienia brwi.

– Więc jednak ma nazwisko. – Spojrzał kpiąco na syna. – Zapomniałeś nam wspomnieć o tym maleńkim szczególe, chłopcze.

Mark się zarumienił.

– Możesz już przestać, tato.

Hermiona się zaśmiała i sięgnęła po filiżankę herbaty. To było naprawdę miłe. Słysząc te przekomarzanki, pani Longbottom potrząsnęła głową i uśmiechnęła się z rozbawieniem.

– Słyszałam, że jesteś nową uczennicą, kochanie. Jak ci się podoba w szkole?

– Jest w porządku. Hogwart to wspaniałe miejsce. Zajęcia są na zadowalającym i niezbyt trudnym poziomie, więc nadążam za materiałem – odpowiedziała grzecznie.

– Znów opowiadasz głupoty. Jesteś najlepsza w całej grupie, więc to dla ciebie łatwizna! – zachichotał Mark.

– Czyli mamy przyjemność z najlepszą uczennicą w szkole? – Pan Longbottom uniósł brwi, a następnie objął syna ramieniem i potargał mu blond włosy. – Ach, otaczasz się wyjątkowo mądrymi przyjaciółmi, a nie czerpiesz od nich ani grama wiedzy, chłopcze – stwierdził z udawanym smutkiem.

Gryfon odepchnął ojca i się skrzywił. Hermiona znała go jednak na tyle dobrze, że wiedziała, że w gruncie rzeczy odpowiadają mu podobne przepychanki.

– Skończ z próbami zawstydzania mnie, tato – powiedział, po czym się wyprostował na krześle. – Nie muszę mieć najlepszych ocen, bo będę znakomitym ścigającym. Gracze quidditcha muszą skupiać się na zupełnie innych szkolnych aspektach. Nie mogę marnować czasu na ślęczenie nad książkami.

Zanim jego ojciec zdążył odpowiedzieć, zareagowała matka. Nieco się uniosła na siedzeniu, a następnie pacnęła syna w czoło.

– Za co? – burknął z oburzeniem Mark.

– Żadnego ociągania się z nauką, szanowny panie – podsumowała. Chociaż starała się wyglądać na surową, zdradzał ją rozbawiony błysk w oku.

Hermiona znów się zaśmiała, zadowolona z przedstawionego obrazu.

– Panie i panowie, drodzy uczniowie. – Usłyszała pompatyczny głos Dippeta, przez co została wyrwana z zamyślenia. – Jestem rad, że mogę powitać tak liczne grono odwiedzających. To wielki zaszczyt być dzisiaj waszym gospodarzem. W imieniu rady nadzorczej szkoły pragnę powiedzieć, że planowaliśmy zorganizowanie podobnego wydarzenia od dawna…

Wytężyła umysł i wyciszyła przemowę dyrektora. Chociaż nie pokazała po sobie znużenia, w duszy liczyła na krótkie wprowadzenie. W przeciwieństwie do niej pan Longbottom nie silił się na podtrzymanie pozorów i po prostu ziewnął.


Jakiś czas później Hermiona wyszła z Wielkiej Sali, po cichu zadowolona, że mogła wykaraskać się z przedstawienia. Zgodnie z przewidywaniami, przemowa Dippeta zajęła wieczność, dlatego też była bardziej niż szczęśliwa, że mogła uciec od tego wszystkiego. Longbottomowie byli naprawdę mili i była im wdzięczna za towarzystwo, ale wszak miała inne plany, aniżeli szwendanie się bez sensu po zamku. W swoim roztargnieniu nie zauważyła, że jest śledzona przez jasnoszare, niegdyś tak ukochane oczy.

– Najmocniej przepraszam. – Uśmiechnął się uprzejmie Tom i wstał od stołu.

– Już nas pan opuszcza? – zapytała z rozczarowaniem pani Malfoy.

Siedziała na krześle obok Herewealda, najstarszego syna, po prawicy. Abraxas, jako młodszy dziedzic, zajmował miejsce po jej lewej stronie. Ślizgon ukłonił się grzecznie matriarchini Malfoyów. Była kobietą o wyjątkowej urodzie. Miała długie jasne włosy, białe niczym śnieg, a jej skóry, pomimo wieku, nie szpeciła ani jedna zmarszczka, co znacznie utrudniało dokładniejsze wyliczenia. Wykwintna jedwabna suknia, którą dziś przywdziała, podkreślała zgrabną sylwetkę i urodę. Lśniła jak diament, ale jej największym atutem były oczy rzadko spotykanego koloru, wyblakłe jasnoszare, przywodzące na myśl tęczówki topielca lub osoby niewidomej. Oczywiście, nic bardziej mylnego, gdyż cechowała się spojrzeniem polującego jastrzębia.

– Wie pan, że bardzo lubię pańskie towarzystwo – dodała ściszonym głosem.

Jej oczy sprawiały wrażenie zamglonych, ale wiedział lepiej, gdyż zauważył charakterystyczny dlań wyrachowany błysk. Spojrzał na kobietę, przywdziawszy beznamiętną maskę. Mimowolnie się zastanowił, czy krążące na salonach plotki są prawdziwe. Lord Malfoy zmarł kilka lat temu i od tego czasu gorąco spekulowano, czy aby na pewno zabrała go smocza ospa. Część arystokracji, naturalnie, skłaniała się ku opcji z zimnokrwistym morderstwem. Niezależnie od prawdy i okoliczności, Lady Malfoy stała się głową rodu po śmierci męża, a tym samym jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych czarownic w magicznej Wielkiej Brytanii. Niezwykła kobieta, podsumował, patrząc nań kalkulująco.

– Najmocniej przepraszam – powtórzył. – Wolałbym, naturalnie, spędzić czas w czarującym towarzystwie, ale niestety wzywają mnie obowiązki.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

– Zawsze jest pan bardzo zajęty – stwierdziła, wciąż bacznie go obserwując. – Mam nadzieję, że gdy wypełni pan swoje zobowiązania, dołączy do nas później.

– Z największą przyjemnością – odparł z niewielkim uśmiechem.

Schylił głowę po raz ostatni, a potem skierował się do wyjścia z Wielkiej Sali. Niemal czuł na sobie rozbawione, ale mimo to zabarwione chłodem, jastrzębie spojrzenie pani Malfoy. Szczerze mówiąc, była jedną z nielicznych osób, które potrafiły sprawić, aby był zdenerwowany w ich obecności. Ku swojemu zdziwieniu w pewnym momencie odkrył, że czuje doń coś na kształt szacunku.

Idąc korytarzem, doszedł do wniosku, że koniecznie musi się dowiedzieć, dokąd poszła Hermiona. Uczniowie, nauczyciele i rodzice zgromadzili się w Wielkiej Sali, dlatego też był to idealna chwila, żeby złapać dziewczynę samą. Uniósł kąciki ust, a kiedy mijał okiennice, wyglądał na zewnątrz. Zastanowił się, dokąd mogła pójść. Wtem zatrzymał się wpół kroku, zobaczywszy jej drobną sylwetkę maszerującą w kierunku Zakazanego Lasu.

Czemu właściwie wyszła na zewnątrz?

Tom zmarszczył podejrzliwie brwi i dał się ponieść instynktowi. Puścił się biegiem wzdłuż korytarza, nie chcąc stracić jej z oczu. Chwilę później wypadł przez główne wrota i pospieszył w kierunku drzew. Hermionę zobaczył, dopiero kiedy minął hogwardzkie jezioro. Była prawie na skraju Zakazanego Lasu. Najwyraźniej niczego nie podejrzewała, bo szła spokojnym, miarowym krokiem. Wznowił bieg, trzymając się cienia. W pewnym momencie przystanęła, przez co prawie się zaśmiał pod nosem. To zbyt proste, podsumował. Obecnie znajdowali się daleko od zamku, zasięgu słuchu i wzroku. Nie mógł trafić na odpowiedniejszy moment, żeby przypuścić atak.

Żadnych świadków, parsknął.

Gdy zaczął triumfować, zauważył, że wyciągnęła różdżkę. Zatrzymał się gwałtownie i zmrużył podejrzliwie oczy. Z pewnością coś kombinowała. Prawie się zdradził i jęknął z frustracji, kiedy wykonała charakterystyczny ruch nadgarstkiem. Sekundę później obróciła się w miejscu i rozpłynęła w powietrzu.


Zmaterializowała się w małym sadzie z gruszami. Odwróciła się, żeby sprawdzić, czy ma przypadkowe towarzystwo, ale okazało się, że nikogo nie było w pobliżu. Wyszła z ogrodu i powędrowała do głównej drogi. W oddali widziała domy. Zdeterminowanym krokiem ruszyła naprzód. Nie minęło wiele czasu, zanim dotarła do najbliższych domostw, stojących po obu stronach wąskiej dróżki. Każda posiadłość miała zadbane podwórko, niekiedy będące małym ogródkiem z grządkami i kwiatami. Słońce radośnie oświetlało okolicę, aczkolwiek beztroska atmosfera kontrastowała z nastrojem Hermiony, która była bardzo spięta, skanując wzrokiem tabliczki z nazwiskami mieszkańców wioski.

Chwilę później zobaczyła idącego z naprzeciwka mężczyzna z małym, aczkolwiek wytrwałym yorkiem. Gdy się mijali, skinął jej uprzejmie głową, nie szczędząc sobie zainteresowanego spojrzenia. Odwzajemniła grzecznie gest, ale nie zwolniła kroku. Niepostrzeżenie wyciągnęła różdżkę i rzuciła na siebie niewerbalne zaklęcie rozpraszające. To głupota, że wcześniej o tym zapomniała. Naprawdę nikt nie powinien jej tutaj zobaczyć i powiązać faktów.

Ulica zakręcała w lewo i wkrótce Hermiona dotarła do czegoś, co mogłaby nazwać sercem miasteczka. Na placu kręcili się ludzie, najprawdopodobniej załatwiając drobne codzienne sprawy. Niektórzy się relaksowali, bowiem zobaczyła również grupkę wchodzących do baru mężczyzn. Na szczęście urok działał perfekcyjnie i nikt nie zorientował się w sytuacji. Szczerze mówiąc, nie miała zielonego pojęcia, gdzie znaleźć rodową rezydencję Potterów. W swoich czasach nie mieli możliwości rozeznania się w terenie i nigdy nie odwiedzili Doliny Godryka. Oczywiście, wiedziała, że Harry zawsze pragnął zobaczyć rodzinny dom, ale wojna stanęła mu na przeszkodzie.

Westchnęła pod nosem, przechodząc przez skwerek. Po prawej stronie wypatrzyła nieduży kościół, a za nim kamienne nagrobki. Zastanowiła się, czy za czterdzieści lat, kiedy spoczną tutaj Lily i James Potterowie, cmentarz będzie wyglądał tak samo. Mimo że słońce jasno świeciło, wzdrygnęła się z odczuwanego chłodu. Zdeterminowana, przyspieszyła kroku. Minęła fontannę i weszła w jedną z uliczek. Dolina Godryka nie jest rozległa, tak więc nie miała wątpliwości, że prędzej czy później zlokalizuje swój cel. Idąc obraną dróżką, w końcu doszła do końca rządku domów, a dalsza droga prowadziła poza wioskę. Najprawdopodobniej trafiła na ślepy zaułek. Przeklęła cicho pod nosem i odwróciła się, żeby wrócić na skwer. Nie zdążyła zrobić kroku, kiedy wyczuła w powietrzu iskierki trochę znajomej magii. Wydawała się pochodzić z ostatniego budynku. Hermiona wiedziała, że w Dolinie Godryka mieszka wiele czarodziejskich rodzin, ale może właśnie uśmiechnęło się doń szczęście. Ostrożnie podeszła bliżej. Posiadłość była otoczona żywopłotem, a rosnące w ogrodzie jabłonie w pełnym rozkwicie. Gdy zbliżyła się do metalowej bramy, poczuła słodki kwiatowy zapach. Dom nie sprawiał wrażenia wyjątkowego, ale trafiła we właściwe miejsce, bowiem tożsamość właścicieli została potwierdzona przez drewnianą tabliczkę z nazwiskiem „Potter".

Zaklęcie rozpraszające wciąż działało, dlatego też bez przeszkód otworzyła wrota. Brama zaskrzypiała, ale zupełnie to zignorowała i weszła na teren posiadłości. Słodki zapach natychmiast się wzmógł, a nawet usłyszała bzyczenie pszczół. Gdy dotarła do drzwi frontowych, zauważyła, że są pomalowane na jasnozielono. Wyciągnęła różdżkę i nią machnęła. Ku swojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu nie wykryła żadnych uroków zabezpieczających, ani najdelikatniejszych osłon. Najwyraźniej Potterowie nie spodziewali się włamywaczy.

Cóż, dostaną nauczkę na przyszłość, pomyślała ze smutkiem i otworzyła sobie drzwi zwyczajną Alohomorą. Wzięła głęboki oddech, a następnie chwyciła za klamkę i weszła do domu. Stanęła w małym przedsionku, pomalowanym na przyjemny, rozświetlający żółty kolor. Po prawej stronie zobaczyła schody prowadzące na piętro, po lewej drewniane drzwi, zaś przed sobą miała otwarty na przedpokój salon. Zamknęła frontowe wrota, po czym zrobiła krok naprzód. Na wieszakach wisiały różnokolorowe płaszcze i zimowe kurtki, a nawet kwiecisty fartuch kuchenny.

Hermiona spróbowała zwalczyć domową atmosferę, którą emanowała posiadłość i z powrotem skupiła się na zadaniu. Wzmogła ostrożność i podkradła się do zamkniętych drewnianych drzwi. Stanęła plecami do ściany i powoli nacisnęła klamkę. Nic się nie wydarzyło, więc wyjrzała zza winka i omiotła wzrokiem kuchnię. Ujrzała palenisko i standardowe wyposażenie. Naprzeciwko drzwi wychodziło na podwórze okno, na którego parapecie stały doniczki z ziołami. W rogu stał nieduży stolik, a na nim dwie filiżanki i dzbanek do kawy. Nie weszła do środka, tylko skierowała się do salonu. Tutaj również panował lekki nieporządek, gdyż czasopisma leżały porozrzucane na ławie. Kanapa sprawiała wrażenie przyjemnie miękkiej, jakby zachęcającej, żeby doń podejść, położyć się i wyciągnąć nogi.

Westchnęła i poświęciła chwilę na zastanowienie się, czy za czterdzieści lat ta posiadłość będzie wyglądać podobnie. Czy została w pierwszej kolejności wyremontowana po ataku Lorda Voldemorta tej pamiętnej październikowej nocy? Może została po prostu wyburzona? Po cichu miała nadzieję, że dom przetrwał i wprowadzili się tu nowi ludzie, ponownie wprowadzając przyjazną atmosferę.

Zacisnęła usta w cienką linię, przypomniawszy sobie, że nie może zalewać się teraz łzami i popadać w nostalgię. Za wszelką cenę musiała znaleźć pelerynę niewidkę. Zdeterminowana, weszła do salonu i skierowała się ku komodzie. Niestety, zwykły czar przywołujący nijak się w tym przypadku sprawdzi, ponieważ szukała magicznego artefaktu, odpornego na podstawową magię. Nie miała innego wyjścia, jak uciec się do mugolskich sposobów, czyli ręcznego przeszukania domu. Machnęła różdżką i wyczarowała z powietrza czarne rękawiczki. Zaśmiała się pod nosem, zrozumiawszy, że w czarodziejskiej posiadłości mało kto znał się na odciskach palców, gdyż była to stricte niemagiczna technika dochodzenia do prawdy i śledzenie włamywaczy. Mimo wszystkich argumentów przeciw postanowiła kierować się instynktem i założyła rękawiczki. Ostatecznie przeszukała wszystkie szuflady w salonie, ale nie znalazła żadnych śladów peleryny.

Wróciła do przedsionka i podeszła do schodów. Skoro na dole pocałowała klamkę, to może na górze dopisze jej szczęście. Otworzyła pierwsze drzwi z brzegu i weszła do niedużego pokoju, wymalowanego na czerwono. Pod oknem stało biurko, na którym zauważyła zrulowane kawałki pergaminu i kilka piór. Ścianę zdobiła biblioteczka, z której Hermiona rozpoznała kilka tytułów. „Standardowa księga zaklęć, stopień trzeci", „Transmutacja dla średniozaawansowanych" i „Historia magii" to podręczniki z Hogwartu. Najprawdopodobniej natrafiła na sypialnię Diany. Wyszła na korytarz, ponieważ nie spodziewała się, żeby współlokatorka z dormitorium skrywała w szafie pelerynę niewidkę. Wkroczyła do następnego pokoju. Sam środek zajmowało duże podwójne łóżko, naprzeciwko którego stała komoda na ubrania. To zdecydowanie lepszy trop, podsumowała. Gdy weszła do środka, zobaczyła czarodziejskie zdjęcie stojące na stoliku nocnym, przedstawiające parę, która dziś odwiedziła Dianę. To sypialnia małżeńska, a więc pokój państwa Potter. Kiedy podeszła do ogromnej szafy, znów poczuła się niczym złodziejka.

Cóż, takie są fakty, Granger, stwierdziła z nutą goryczy. Zdusiła w sobie wyrzuty sumienia i zabrała się za przekopywanie ubrań.

Chwilę później przeklęła, ponieważ wciąż niczego nie znalazła. Sfrustrowana, postanowiła mieć gdzieś zacieranie śladów i wywróciła szuflady do góry dnem. I tak odkryliby kradzież, pomyślała, przerzucając coś, co wyglądało na damskie spódnice. Szafa była wypchana po brzegi, więc wyglądało na to, że potrzebowała znacznie więcej czasu na przejrzenie wszystkich ubrań, aniżeli z początku przypuszczała. Westchnęła ciężko i odrzuciła na łóżko ciuchy, które okazały się niewłaściwe.

Kwadrans później wzięła się za szufladę ze skarpetkami. Jak dotąd, niczego nie znalazła. Owładnięta frustracją, prawie przegapiła dźwięk otwieranych drzwi frontowych. Zesztywniała z szoku i zastygła w bezruchu.

– Jesteście tu jeszcze? Nie wyrobiłem się wcześniej! – Usłyszała męski głos. – Mamo? Tato?

Sapnęła, uzmysłowiwszy sobie, że nie wzięła pod uwagę podobnej możliwości. Cholera!, krzyknęła w myślach i wbiła wzrok w otwarte drzwi do pokoju rodziców.

Z dołu dochodził szelest, więc intruz najprawdopodobniej ściągał wierzchnie odzienie. To nie wróżyło dobrze. Przygryzła dolną wargę i spojrzała na szafę. Nie przejrzała nawet połowy ubrań i nie miała żadnej pewności, czy peleryna naprawdę jest w którejś z szuflad.

Kto to jest…?

Hermiona stała nieruchomo i nawet nie drgnęła. Różdżkę miała schowaną w kaburze, ale wystarczy, że pstryknie palcami i będzie gotowa do walki. Omiotła wzrokiem bałagan, który narobiła. Ubrania leżały porozrzucane zarówno na podłodze, jak i na łóżku, tak więc Potterowie szybko się zorientują, że myszkował tutaj złodziej. Z pewnością wzmogą ostrożność i nałożą na posiadłość zaklęcia zabezpieczające i ochronne, przez co ponowne włamanie będzie znacząco utrudnione i bardziej skomplikowane. Jedynym sensownym rozwiązaniem problemu jest po prostu odnalezienie peleryny, podsumowała, po czym podeszła z powrotem do otwartej szafy. Musiała działać szybko. Drżącymi dłońmi zaczęła przekopywać ubrania, licząc na odrobinę szczęścia.

Serce prawie wyskoczyło jej z piersi, kiedy usłyszała kroki na schodach na piętro.

– Mamo? Tato?

W panice zerwała ubrania z wieszaków i gorączkowo się rozejrzała. Wciąż nigdzie nie widziała peleryny niewidki, a intruz był już niebezpiecznie blisko.

Za późno!, lamentowała w głowie, owładnięta szałem poszukiwacza. Mimo groźby przyłapania nie wyciągnęła różdżki, w pełni skupiona na zadaniu. To była jej jedyna szansa. Innej nie dostanie.

Wtem usłyszała kroki tuż obok pokoju, w którym myszkowała. Jeszcze kilka sekund i zostanie przyłapana na gorącym uczynku, z którego będzie się mogła wywinąć wyłącznie wszczęciem bójki. Właśnie wtedy, kiedy spanikowana ledwo łapała oddech, spojrzała na limonkową skrzynkę położoną na górnej półce.

Pieprzyć to wszystko!, podsumowała i przywołała do siebie różdżkę. Machnęła nią, a pudełko natychmiast doń podleciało.

– Hej! – Usłyszała za sobą. – Kim jesteś? Co robisz?

Hermiona przełknęła ślinę, ale nie odpowiedziała. Zamiast tego, chwytając się ostatniej nadziei, otworzyła wieko szkatułki i prawie się rozpłakała ze szczęścia, zobaczywszy srebrzysty materiał peleryny niewidki.

Sukces!

– Odłóż to i się odwróć! Kim jesteś?

Zacisnęła dłoń na różdżce. Choćby się paliło i waliło, nie mogła zostać potem gdzieś rozpoznana. Zgięła delikatnie nadgarstek i wyczarowała sobie jasną maskę, całkowicie zasłaniającą jej twarz.

W porządku, teraz czas na ucieczkę, stwierdziła, trochę uspokojona przechwyceniem znaleziska. Gdy miała wycelowaną w plecy różdżkę, nie mogła zaryzykować deportacji. Musiała zachować odpowiedni dystans. Zamknęła wieko skrzynki z peleryną i przycisnęła ją do piersi. Kiedy się odwróciła do żądającego odpowiedzi przybysza, na moment przestała oddychać. Mężczyzna miał kruczoczarne, potargane włosy, znajomo wyglądającą twarz i charakterystyczną posturę.

– Harry…? – wydukała, nie mogąc uwierzyć własnym oczom, gdyż byli praktycznie identyczni.

Nieznajomy zmarszczył brwi, przez co ponownie zwróciła uwagę na to nieoczekiwane podobieństwo. Była szczerze zdezorientowana.

– Co…? – Chłopak sprawiał wrażenie zaskoczonego.

Gdy skrzyżowali wzrok, Hermiona zauważyła, że patrzy nie w jasnozielone oczy, a brązowe. Jej serce ścisnęło bolesne rozczarowanie, gdy zdała sobie sprawę, że spotkała jednego z przodków przyjaciela.

– Przepraszam – wyszeptała, a maska dodatkowo stłumiła słowa. W okamgnieniu machnęła różdżką i wystrzeliła weń czerwonego oszałamiacza.

Protego! – krzyknął nieznajomy, bez wysiłku odeprawszy atak.

Hermiona zacisnęła usta w wąską linię. Co sobie właściwie myślała, ciskając w niego zwyczajnym ogłuszaczem? Że powali go na ziemię i czmychnie? Ten facet był najprawdopodobniej dziadkiem Harry'ego. To naturalne, że miała pewne opory przed walką z nim. Byłoby jej łatwiej, gdyby tak bardzo nie przypominał swojego wnuka.

Expelliarums! – dodał czarnowłosy.

Zareagowała instynktownie. Uniosła różdżkę i nią machnęła. Wyczarowała przed sobą tarczę, a zaklęcie rozbrajające nie sięgnęło celu i ostatecznie rozpłynęło się w powietrzu.

Cholera, przeklęła w myślach i zneutralizowała swoją ochronkę, ponieważ przeciwnik nie czekał na jej odzew i znów przeszedł do ofensywy. Nie mogła dłużej angażować się w walkę. Potrzebowała się szybko stąd wydostać. Zanim dokończył swój urok, uniosła rękę.

Depulso!

To zaklęcie z czwartego roku, ale miało jedną prostą zaletę, a mianowicie nieskomplikowane ruchy nadgarstka. Skończyła czarować na długo, zanim mężczyzna uformował swoją klątwę, dzięki czemu musiał przerwać to, co robił i skupić się na defensywie. W momencie wzniósł tarczę. Z pewnością odparłby każdy urok, którym by w niego cisnęła, ale, szczerze powiedziawszy, nie poświęciła temu większej uwagi. Gdy rzuciła zaklęcie, puściła się biegiem. Zgodnie z przewidywaniami, Potter zneutralizował Depulso, a potem sapnął, zszokowany, kiedy go staranowała. Był od niej wyższy i, przez wzgląd na płeć, lepiej zbudowany i bardziej umięśniony, ale został wzięty z zaskoczenia, dzięki czemu stracił równowagę i się potknął o kilka kroków. To Hermionie wystarczyło, bowiem po prostu przebiegła przez niestrzeżone drzwi. Wypadła na korytarz i popędziła w kierunku schodów.

– Hej, zaczekaj!

Zbiegła na parter, wciąż mocno przyciskając skrzynkę ze zdobyczą do piersi. Od razu skierowała się ku drzwiom wyjściowym. Gdy otworzyła drewniane wrota, usłyszała, że mężczyzna nie zaprzestał pościgu.

Uparty.

W okamgnieniu przebiegła przez podwórze, minęła pachnącą jabłoń i wyskoczyła za żelazną bramę. Następnie skręciła w lewo i popędziła uliczką do skweru, marząc o wydostaniu się z Doliny Godryka. Tym, czego najbardziej potrzebowała, była strefa aportacyjna. Nie zwolniła nawet na sekundę. Wiedziała, że jest ścigana. Gdy się obejrzała przez ramię, ze strachem zarejestrowała, że chociaż pędziła ile sił w nogach, była doganiana. Złapanie okazało się zaledwie kwestią czasu.

Gwałtownie zmieniła kierunek i wbiegła w inną ulicę. Sapnęła, kiedy zobaczyła rząd drzew owocowych, będących jej wybawieniem. Zacisnęła dłoń na różdżce. Teraz musiała dać z siebie wszystko. Miała dosłownie sekundy, nim z drapieżnika stanie się zwierzyną. Zatrzymała się i poczyniła znajome przygotowania. Machnęła dłonią i się odwróciła. Wstrzymała oddech, kiedy mężczyzna wyciągnął doń rękę, ale nie zdążył jej dotknąć. Z radością powitała charakterystyczne uczucie ściskania. Deportowała się z Doliny Godryka, wciąż przyciskając skrzynkę do piersi.

Zmaterializowała się w cieniu betonowej ściany i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Pochyliła się do przodu i oparła dłonią o chłodny kamień. Gdy uspokoiła oddech, podniosła głowę. Wyglądało na to, że stała na niewielkim podwórzu. Zmarszczyła brwi, szczerze zdezorientowana. Zamarła w bezruchu, zrozumiawszy, co się właśnie wydarzyło. Właśnie złamała pierwsze prawo teleportacji, a mianowicie celu. Była tak zdeterminowana, żeby uciec Potterowi, że zupełnie nie skupiła się na miejscu, w którym chciałaby się pojawić.

No cudownie, dziewczyno, pogratulowała sobie w myślach. Masz cholernie wielkie szczęście, że się nie rozczłonkowałaś po całym kraju.

Potrząsnęła w niedowierzaniu głową.

Najważniejsze, że ocalała.

Prychnęła pod nosem, a potem ściągnęła z twarzy maskę, którą wcześniej wyczarowała. Dobrze, że pomyślała przynajmniej o ukryciu swej tożsamości. Gdyby poszła na żywioł, z pewnością mogłaby podziwiać swoje oblicze z okładki jutrzejszego Proroka Codziennego. Dopiero kiedy odsapnęła, spojrzała na swój twór. Wytrzeszczyła oczy. Wyczarowała gładką, białą maskę, szalenie znajomą i właściwie obrzydliwą. Targnęły nią mdłości. Czemu stworzyła coś tak ohydnego? Chciała tylko zakryć twarz, a nie podszywać się od śmierciożerczynię. Uniosła różdżkę i zniszczyła to szkaradztwo.

– W porządku, to nic wielkiego… – mruknęła pod nosem.

Z trudem przełknęła ślinę i ponownie skupiła się na skrzynce ze zdobyczą. Powoli otworzyła wieko, żeby się upewnić, że w stresującej chwili nie doznała żadnych przewidzeń i odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła srebrzysty materiał peleryny niewidki. Wyciągnęła ją ze szkatułki i włożyła do swojej torby.

Usatysfakcjonowana, rozejrzała się po okolicy. Gdzie właściwie się zmaterializowała? Wszystko wydawało się znajome i z początku nie potrafiła dobrze się określić, ale potem zobaczyła dom niedaleko, jakieś dwadzieścia metrów dalej. Zacisnęła zęby niemal do bólu. Wsparta o ścianę, podniosła się do pozycji stojącej, a następnie usiadła na pobliskim murku. W oddali widziała więcej domostw, a uliczka należała do ruchliwych. Gdy pomyślała na spokojnie, zrozumiała, gdzie zaprowadziło ją serce.

Nie powinna być zaskoczona. Jęknęła, patrząc na krajobraz. Kiedy była tutaj po raz ostatni? Chyba prawie dwa lata temu, albo – biorąc pod uwagę paradoks czasowy, w który wdepnęła – za pięćdziesiąt lat do przodu. Czemu aportowała się akurat tutaj? Westchnęła, szczerze zirytowana. Nie chciała tu być, a jednak siedziała na murze, zapatrzona w jeden z domów. Mimo upływu czasu to wciąż to samo miejsce.

Mój dom, pomyślała z nostalgią. Dziś skonfrontowała się z przeszłością zdecydowanie zbyt dużo razy. Najpierw musiała patrzeć na te wszystkie szczęśliwe rodziny podczas uroczystego obiadu w Hogwarcie, potem to domowe ciepło i przyjemna atmosfera w rodowej rezydencji Potterów, aż wreszcie ten mężczyzna przypominający Harry'ego. Nic dziwnego, że ostatecznie wylądowała tutaj, ze wszystkich możliwych miejsc.

Murek, na którym siedziała, był nagrzany przez słońce. Przechodzący obok ludzie rzucali jej czasem zaciekawione spojrzenie. Najwyraźniej znowu wzbudzała zainteresowanie w mugolskim świecie.

Zawsze starała się unikać myśli o swoim domu. Spłonął, więc pragnęła wymazać go z pamięci. Gdybanie i rozmyślanie o utraconym rodzinnym cieple było bezcelowe i nie miało większego sensu. Zadrżała, gdy zawiał chłodny wiatr i potargał jej rozwichrzone włosy. Miała to gdzieś, gdyż wszyscy zawsze mówili, że ma na głowie najprawdziwszą szopę. Powiew, jakby na przekór, najprawdopodobniej sprawił, że stały się bardziej ułożone. Mimo dziwacznego pustego uczucia w środku delikatnie się uśmiechnęła. Wbrew sobie wróciła wspomnieniami do osoby, po której odziedziczyła tę nieokiełznaną grzywę.

Kiedy była młodsza, jeszcze zanim poszła do Hogwartu, często się zastanawiała, dlaczego ma takie włosy. Jej matka szczyciła się zadbanymi, długimi i prostymi, ciemnobrązowymi kosmykami. Zawsze zazdrościła rodzicielce wyjątkowej urody i nie mogła pojąć, dlaczego skończyła z kędzierzawą szopą, którą nie sposób dobrze rozczesać. Właśnie wtedy zobaczyła swojego tatę na zdjęciu zrobionym w 1970 roku. Miał wówczas siedemnaście lat. Zawsze strzygł się na krótko, właściwie odkąd sięgała pamięcią, ale w młodości nosił długie włosy. Opadały mu falami na zielonkawą, barwioną koszulkę, kręcone niczym diabli. Może i miał o stopień jaśniejszą grzywę, ale to po nim odziedziczyła kołtun na głowie.

To niesamowite, że człowiek zapamiętuje takie szczegóły ze swojego dzieciństwa. Westchnęła pod nosem i spojrzała ze smutkiem na dom po drugiej stronie ulicy. Rodzice zginęli dwa lata temu, a mimo to nadal cholernie za nimi tęskniła, dziś szczególnie mocno.

Ty i twoi nędzni mugolscy rodzice jesteście mniej warci, niż zalegające mi pod butami błoto. Wtem przypomniała sobie okrutne słowa Toma i zacisnęła z gniewu zęby.

Jak mógł powiedzieć coś takiego? Nawet nie miał okazji ich poznać, a już wydał bezduszny osąd. Wiedział tylko tyle, że byli mugolami, ale najwyraźniej to mu wystarczyło. Znów zapatrzyła się na dom, w którym niegdyś mieszkała. Teraz przynależał do kogoś innego. Tutaj, w przeszłości, był własnością innych ludzi, a w przyszłości zostanie zniszczony. Ze mną jest podobnie, podsumowała. Nie była częścią tego okresu, a w latach dziewięćdziesiątych straciła swe miejsce.

Zaczynasz się robić melodramatyczna, stwierdziła i wstała. Niezależnie od okoliczności, musiała wrócić do swojego czasu. Otworzyła torbę i skinęła z zadowoleniem głową, zobaczywszy pelerynę niewidkę. Nie ma potrzeby nurzać się w przygnębieniu, gdyż dzień rodziców zakończył się prawdziwym sukcesem. Zrobiła wielki krok naprzód. Zdeterminowana, zeskoczyła z murka i wylądowała na podwórzu. Wiedziała, że w tym miejscu była niezauważalna dla mugoli spacerujących ulicą, tak więc pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę. Najwyższy czas, żeby wrócić do Hogwartu. Posiedzenie tutaj było kuszące, ale musiała zachować w szkole pozory. Obróciła się w miejscu, tym razem w pełni skoncentrowana na celu i zniknęła z rodzinnego miasta.

Zmaterializowała się w Zakazanym Lesie, dokładnie w tym samym miejscu, co wcześniej zniknęła. Nie chciała zwracać na siebie uwagi, dlatego też zdecydowała się na mało używany kąt. Stała więc w odosobnieniu, w sporej odległości od zamku. Teraz wystarczyło tylko podkraść się do szkoły i zakończyć swą misję pełnym sukcesem. Schowała różdżkę do kabury i ruszyła ścieżką. Zrobiła zaledwie kilka kroków, zanim zauważyła, że ktoś się doń zbliża. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jeżeli ktoś zobaczył, że deportowała się ze skraju lasu, wpadła w duże kłopoty i będzie musiała się srogo tłumaczyć. Najgorszy byłby nauczyciel, który z pewnością nie przyjąłby do wiadomości pierwszego lepszego wyjaśnienia.

Stała nieruchomo, czekając na nieuniknione. Gdy rozpoznała Toma, wstrzymała na moment oddech. Od tego nieprzyjemnego incydentu w bibliotece zdecydowała się go unikać, a tu proszę, znów się spotykają. Cholernie podejrzane miejsce na schadzki, podsumowała z ostrożnością.

Co tutaj właściwie robił…?

Zdenerwowała się na siebie, ponieważ znów poczuła przypływ nadziei. Może wreszcie poszedł po rozum do głowy i postanowił przeprosić? Zacisnęła usta, ganiąc się za głupotę serca. Nie zniżyłby się do świadomego zadośćuczynienia mugolaczce. Szybko stłumiła zdradzieckie uczucia i po prostu patrzyła, jak podchodzi bliżej. Już z daleka zauważyła wrogie, nienawistne spojrzenie i hardą minę. Zatrzymał się kilka metrów od niej i skrzywił z obrzydzeniem. Hermionę ogarnął smutek. Ciężko jej było znosić postawę, którą przedstawiał, gdyż wciąż pamiętała łagodność i troskę w jasnoszarych oczach.

Zacisnęła dłonie w pięści i poczuła, że niedługo z pewnością się rozklei. Uderzona bezlitosnością, postanowiła nie pokazywać po sobie zranienia. Przywdziała na twarz beznamiętną, aczkolwiek trochę zaintrygowaną maskę, ukrywając wewnętrzną rozterkę i rozpacz. Oboje jesteśmy całkiem dobrzy w tuszowaniu emocji, pomyślała.

– Czego chcesz? – zapytała chłodnym i zdystansowanym głosem, który w ogóle nie przypominał jej zwyczajowego.

Przez moment nań patrzył i się nie odzywał. Z trudem zwalczyła chęć skrzywienia się i rozpłakania. Oczywiście, nie mogła wybuchnąć teraz szlochem. Musiała pokazać wszem wobec swoją siłę i twardość, nawet jeżeli to wyłącznie pozory. Musiała podtrzymać swą fasadę i pozory. Chociaż zapewne bardzo by się ucieszył z jej krzywdy, nie zamierzała go uświadamiać.

– Gdzie się aportowałaś? – spytał w zamian, od razu przechodząc do przesłuchania.

– Nie twój interes – odpowiedziała szorstko.

Niestety, nie wydawał się pod wrażeniem.

– Jakim sposobem łamiesz zabezpieczenia Hogwartu? – dodał ostrzej.

Hermiona skrzyżowała z nim spojrzenie. Potrzebowała chwili, żeby zebrać w sobie siły i powstrzymać drżenie.

– Naprawdę oczekujesz, że wszystko ci wytłumaczę? – zapytała z niedowierzaniem.

– Właściwie to tak. – Uśmiechnął się z okrutnym rozbawieniem. – To oczywiste, że kogoś twojego pokroju przerasta podobna potęga.

Zacisnęła usta. Najprawdopodobniej tkwił w przekonaniu, że mugolaczka nie powinna mieć dostępu do magii Czarnej Różdżki, co uważał za zwyczajne marnotrawstwo mocy.

W momencie poddała się gniewowi.

– Skoro twierdzisz, że jestem nieporadna z powodu mojego urodzenia, to dlaczego ci się wydaje, że masz lepsze predyspozycje?

Oczy Toma rozbłysły czerwienią, a wokół zawirowała czarna magia. Zanim dziewczyna zdążyła pojąć, co się stało, w jej stronę poszybowało jasne światło. Instynktownie odskoczyła w bok, a klątwa minęła ją dosłownie o kilka centymetrów. Szczerze zaskoczona, spojrzała na ślizgona i zauważyła, że wciąż nie schował różdżki. Zaatakował mnie, podsumowała ze zgrozą. Coś nieprzyjemnego osiadło jej na żołądku, ale chwilowo postanowiła to zignorować. Zamiast tego przywołała do siebie oręż. Nie czas na smutek i rozmyślania, bowiem znów stała się celem Lorda Voldemorta.

– Naprawdę powinnaś trzymać język za zębami, szlamo.

Nie ruszył się nawet o krok, sprawiając wrażenie opanowanego i pewnego siebie. Uśmiechał się z wyższością, która szpeciła przystojną twarz. Wyglądał, jakby uważał zaatakowanie bliskiej sobie osoby za coś zupełnie normalnego.

Nasze uczucia to przeszłość, pomyślała i zawrzała z gniewu. Czyżby stare powiedzenie się sprawdzało? Najlepszą obroną jest atak?

Skoczyła na równe nogi.

Discessum! – syknęła, obrawszy cel.

Wystrzeliła żółto-zieloną klątwę, ale zanim podleciała bliżej, Tom machnął leniwie ręką, czym zmienił jej trajektorię. Ostatecznie z głośnym hukiem wbiła się w leśną ścieżkę niedaleko niego, pozostawiwszy po sobie olbrzymi krater.

– Całkiem imponujące – stwierdził pobłażliwie.

Zgiął nadgarstek, ale nie poleciało weń żadne zaklęcie. Naturalnie, nie straciła koncentracji, bowiem czuła tańczące w powietrzu iskierki magii, teraz odrobinę zmienione. W momencie została przez nią otoczona, a potem ściśnięta, przez co z bolesnym sykiem upadła na plecy. Wyglądało to tak, jakby grawitacja się zbuntowała i nie pozwoliła jej stanąć na nogi. Mimowolnie zaczęła łapczywie łapać powietrze, ponieważ po prostu nie mogła oddychać. Nawet okoliczne liście zostały przygwożdżone do ziemi. Powoli traciła przytomność i osuwała się w ciemność, ponieważ przed oczami latały jej czarne mroczki. Chociaż próbowała zwalczyć narastającą panikę, była zbyt słaba, żeby sięgnąć po różdżkę i rzucić przeciwzaklęcie. Jak przez mgłę widziała, że Tom stał w dokładnie tym samym miejscu, co wcześniej z dziką satysfakcją wymalowaną na twarzy. Zagryzła zęby z bólu, niemającego nic wspólnego z fizycznym cierpieniem. W ostatnim desperackim ruchu postanowiła zagłuszyć go wściekłością. Kierowana gniewem, wykorzystała swą niestabilność emocjonalną i zmanipulowała magię, aby zneutralizować klątwę, którą oderwała.

Eximo.

Gdy przełamała urok, wreszcie zaczerpnęła powietrza. Wciąż spięta, skoczyła na równe nogi i wycelowała w chłopaka, który sprawiał teraz wrażenie rozzłoszczonego. Najwyraźniej spodziewał się innego rezultatu.

Machnęła różdżką bez żadnego ostrzeżenia. Zaklęcie popędziło w kierunku Toma. Zobaczywszy, że się nie poddała, ślizgon również przystąpił do ataku. Nie miała czasu na wyczarowanie tarczy, więc oberwała i uderzyła plecami w pień drzewa. Jęknęła z bólu. Zsunęła się po pniu, ale wytrwała w pozycji stojącej. W międzyczasie jej przekleństwo trafiło celu. Chłopak się osłonił, jednakże również został odrzucony do tyłu. Niestety, złapał równowagę i się nie przewrócił, wylądowawszy zgrabnie na nogach. Hermiona nie przestała weń celować. Odległość między nimi zwiększyła się o kilka metrów. Serce waliło w jej piersi, gdy zastanawiała się, w jaki najefektywniejszy sposób go powalić. Wiedziała, że to niełatwe zadanie, bo pojedynek był bardzo wyrównany.

Wtem wyczuła zmianę w unoszącej się w powietrzu magii. Ciśnienie wzrosło, a moc przybrała na sile i przypuściła fizyczny atak. Kiedy zrobiła się mroczniejsza, a przez to bardziej niebezpieczna, DeCerto zacisnęła dłoń na różdżce, przygotowana na każdą ewentualność. Niemal podskoczyła z przerażenia, gdy zobaczyła złośliwy uśmieszek na twarzy oponenta. Właśnie wtedy wykonał skomplikowany ruch nadgarstkiem, uwalniając smugę bladopomarańczowego światła, które poszybowało doń z niewiarygodną wręcz prędkością. Praktycznie nie miała czasu, żeby zareagować. Rzuciła się na bok, żeby uciec przed zaklęciem, ale nie była wystarczająco szybka. Klątwa, co prawda, przeleciała obok, ale zdołała wyrządzić jej krzywdę – smagnęła ramię, przez krzyknęła z bólu. Ostatecznie z głośnym trzaskiem rozbiła się o stojące na drodze drzewo, które natychmiast wybuchło. Zanim przynajmniej złapała oddech, musiała wyczarować zaklęcie osłaniające, ponieważ odłamki kory i drzazgi roztrysnęły się wokół, dokładając jej zmartwień. Klątwa, której właściwie cudem uniknęła, podpowiedziała jej, że naprawdę myliła się wcześniej co do Toma. Sprawiał teraz wrażenie szczerze rozgniewanego. Czyżby był zawiedziony, iż umknęła niechybnej śmierci? Odwróciła głowę i spojrzała na zranione ramię. Szatę miała rozdartą, a pod spodem mogła dostrzec kawałek sczerniałej, poparzonej i opuchniętej skóry. Adrenalina sprawiała, że nie czuła bólu, ale wiedziała, że kiedy opadnie i trochę się uspokoi, wszystko doń wróci ze zdwojoną siłą. Spojrzała na zniszczone drzewo. Wciąż stało, ale olbrzymia dziura pośrodku mówiła, że to kwestia czasu, nim się przewróci i obumrze. Czy Tom naprawdę cisnął weń równie niszczycielską klątwą? Czemu właściwie tak ryzykował?

Nie trać koncentracji!, zganiła się w myślach i natychmiast przystąpiła do własnego ataku. Verbero!

Z czubka jej różdżki zaczął się wydobywać dym, który następnie uformował się w srebrzystą linię, która pomknęła ku przeciwnikowi. Tom sprawiał wrażenie opanowanego i, co zaskakujące, nawet się nie ruszył; wyglądał wręcz na znudzonego. Hermiona ponownie machnęła ręką i bicz zmienił swoją formę na mglistą.

– To nie jest sala lekcyjna, DeCerto – zadrwił z wypisanym na twarzy okrucieństwem. – Mogłabyś się trochę bardziej postarać.

Prawdę powiedziawszy, była zszokowana, jak łatwo zniwelował jej zaklęcie, więc po prostu nie zauważyła, że sięgnął lewą ręką do kieszeni szaty. Wyciągnął coś srebrzystego i gdy skończył z obrażaniem, ponownie przystąpił do ataku.

Nie spodziewała się też, że ucieknie się do niemagicznych sposobów, dlatego też została wzięta z zaskoczenia. W jej stronę poszybował niewielki sztylet. Wyłącznie dzięki szybkiemu refleksowi uniknęła gorszej rany. Automatycznie uniosła ręce, aby ochronić twarz. Nóż wbił się ostatecznie w jej prawe przedramię, okrwawiając szatę. Zapatrzyła się w sztylet, ale zanim zdążyła go wyciągnąć, Tom pstryknął palcami, czym przywołał do siebie ostrze.

Gdy patrzył na pokrytą czerwienią broń, paskudnie się wykrzywił. Wtem machnął nad nią różdżką, mamrocząc pod nosem zaklęcie, którego nie rozpoznała. Następnie wycelował weń i stało się coś niespodziewanego. Magia, którą władała, zaczęła się buntować i trzeszczeć w powietrzu. Chłopak uśmiechnął się z zadowoleniem, a potem wymierzył w zakrwawione ostrze, a moc podążyła we wskazanym kierunku. Hermiona z przerażeniem patrzyła, jak magia opuszcza jej ciało, pieczętowana w srebrnym sztylecie. W momencie poczuła się opuszczona, przeraźliwie zasmucona i bezbronna.

– Dobrze ci radzę, żebyś się poddała i ze szczegółami odpowiedziała na każde pytanie, które zadam – powiedział łagodnym głosem, stojącym w sprzeczności z wypisanym na twarzy sadystycznym okrucieństwem. Spojrzał na różdżkę, którą nadal trzymała w dłoni z czymś przypominającym głód. Zanim minęła chwila, ponownie skoncentrował się na jej twarzy. – Jeżeli mi odmówisz lub będziesz próbowała się przeciwstawiać, poniesiesz konsekwencje.

Oczy miała szeroko otwarte, wciąż trzymając się za skaleczone ramię. Jak mógł posunąć się tak daleko? Jakim cudem władał równie potężną magią? Podszedł do sprawy cholernie beztrosko, podczas gdy ona musiałaby się mocno natrudzić, aby opanować to zaklęcie. Nawet teraz, będąc nastolatkiem, Lord Voldemort był przytłaczająco silny. Nie było mowy, aby kiedykolwiek mogła go pokonać.

Najwyraźniej był zadowolony ze strachu, który okazywała, ponieważ złowrogo się uśmiechnął. Gdy nie odpowiedziała, uniósł różdżkę i wykonał gniewny ruch ręką. Tym razem rozpoznała klątwę. Cisnął weń zwyczajnym urokiem tnącym, najprawdopodobniej odrobinę wzmocnionym, ale wciąż na poziomie czwartego roku. Odruchowo rzuciła przeciwzaklęcie. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy zrozumiała, że to na marne, bowiem nic się nie wydarzyło. Jej różdżka nie zareagowała na inkantację. Była zupełnie bezbronna.

Zanim klątwa uderzyła w jej klatkę piersiową, uniosła ręce w bezsensownej próbie ochrony. Syknęła z bólu, kiedy czar przeciął skórę. Znów zalała się krwią. Miała wrażenie, że ktoś powoli przesuwa ostrzem, aby jak najdokładniej zadać jej cierpienie. Opuściła trzęsące się dłonie i spojrzała z niedowierzaniem na Toma, który wyglądał na rozradowanego i usatysfakcjonowanego. Bez wątpienia podziwiał swą pracę.

– Jesteś żałosna, szlamo – podsumował z pogardą. – Wystarczy, że odpowiesz na kilka pytań i tym samym oszczędzisz mi cennego czasu.

Zamknęła oczy, aby przynajmniej na chwilę odgrodzić się od tej bezbrzeżnej nienawiści. Jak wykaraskać się z tego szamba? Nie mogła mu przecież zdradzić sekretu Czarnej Różdżki i wspomnieć, że nosi w torbie pelerynę niewidkę. Musiała strzec przed nim Insygniów Śmierci, nawet za cenę własnego życia. Z drugiej strony, wiedziała, że będzie kontynuował tę zabawę, dopóki nie zgodzi się na współpracę. Voldemort nie wahał się przed wymyślnymi torturami, ażeby dopiąć swego. Tym razem z pewnością nie będzie inaczej.

Nie pozwól mu dojść do prawdy!, błagał wewnętrzny głos. Chociaż to na nic, wzmocniła uścisk na różdżce. Krew spływała jej z rozcięć po ręce i pięści, mocząc bezużyteczną broń. Kiedy tak stała z przymkniętymi powiekami, owładnięta strachem i desperacją, skupiona na potencjalnych możliwościach, zauważyła, że wciąż tlił się w niej magiczny ogień. Wyciszenie poskutkowało automatycznym sięgnięciem do mentalnego warkocza, zawsze będącego dlań wsparciem.

Czarny splot nadal do niej przemawiał. To w sumie oczywiste, bo przecież był obcą magią, niezwiązaną z krwią. Zaklęcie, którego użył Tom, zassało moc, którą naturalnie dysponowała, tę, z którą przyszła na świat i się wychowała. Magia Czarnej Różdżki była czymś nabytym, a więc pozostała na swoim miejscu, bezpieczna jak nigdy. Zawahawszy się przez sekundę, sięgnęła po pokręcone dziedzictwo Ignotusa Peverella. Otworzyła oczy i spojrzała na ślizgona, który patrzył nań chłodno, najwyraźniej wciąż oczekując odpowiedzi bądź reakcji. Surowy wzrok obiecywał srogą karę, jeżeli się nie podporządkuje i okaże nieposłuszeństwo. Urok tnący był zaledwie początkiem arsenału, który na dziś przygotował i następnym razem ciśnie weń czymś gorszym.

Wzięła głęboki oddech. Szczerze mówiąc, nie miała zbyt dużego wyboru, dlatego też pozwoliła, aby czarny splot nią zawładnął. Bez względu na to, jak bardzo nienawidziła Ignotusa Peverella, okazało się, że znów była od niego zależna. Skrzywiła się lekko, gdy została wzięta w posiadanie przez obcą magię. Tymczasowo pozbawiona własnej mocy, odczuwała to zupełnie inaczej.

Chłopak zrobił krok wstecz, wyczuwając w powietrzu różnicę. Wyglądał, jakby stracił trochę swojej pewności i stonował. Hermiona zauważyła, że wyraźnie zesztywniał. Cały wysiłek związany z ukryciem przed nim magii Czarnej Różdżki właśnie poszedł na marne, podsumowała z rozgoryczeniem. Z drugiej strony najprawdopodobniej i tak już wpadł na właściwy trop.

Spojrzała na srebrny sztylet. Owładnięta czarnym splotem, widziała swoją magię jako niebieskawą poświatę, teraz lekko zabarwioną przez czerwoną krew na ostrzu. Czuła doń dziwnego rodzaju przyciąganie i w okamgnieniu wyczuła potężne zaklęcie pieczętujące, które zostało wcześniej użyte, bez wątpienia pochodzące z dziedziny czarnej magii.

Najmroczniejszej odnogi, pomyślała z odrętwieniem.

To niesamowite, że czarny splot może przełamać to przekleństwo. Oczywiście, skorzystała z możliwości. Sztylet zaczął wibrować w dłoni chłopaka, który wydawał się szczerze zaskoczony. Próbował przeciwdziałać odpieczętowaniu, ale nadaremnie, ponieważ magia wiążąca się rozsupłała i musiał puścić nóż. Poleciał w dół, ale zanim dotknął ziemi, został owinięty czarnym splotem i przyciągnięty z powrotem do Hermiony. Gdy odzyskała swą moc, poczuła natychmiastową ulgę. Zadrżała i zerknęła na Toma, który stał wryty w ziemię, zszokowany jak nigdy przedtem. Nie czekała, aż wróci do zmysłów i odzyska zdrowy rozsądek, tylko machnęła w skomplikowany sposób różdżką.

Vulnero!, krzyknęła w myślach.

Jasne, białe, magicznie wzmocnione światło poszybowało w kierunku celu. Oczywiście, ślizgon zareagował instynktownie i wyczarował zielonkawą tarczę, ale i tak został uderzony. Skonfrontowany z siłą zaklęcia, potknął się o kilka kroków, ale utrzymał równowagę. Ochronka zamigotała, a chwilę później rozpłynęła się w powietrzu. Zaklęcie, które wypuściła, nie zniknęło, a się przebiło, przez co Tom również oberwał. Zawył z bólu, kiedy został trafiony. Klątwa poraniła mu policzek i splamiła twarz krwią, ale to tylko bardziej go rozsierdziło. W momencie się wyprostował i wbił weń mordercze spojrzenie. Chociaż była przerażona, Hermiona się nie wycofała, dzielnie wytrwawszy w miejscu. Czuła przepływającą przez siebie magię. Nie zamierzam się poddać, zdecydowała.

Ictus!

Zesztywniała, rozpoznawszy następną mroczną klątwę. Było to niebezpieczne zaklęcie tnące, ale miało zadać o wiele większe i rozleglejsze rany. Jeżeli zostanie trafiona, w najlepszym wypadku straci tylko ramię. Gdy patrzyła na pędzące przekleństwo, na moment zatraciła się w odrętwieniu. Tom nie miał najmniejszego problemu z ciskaniem weń niebezpiecznych czarów, prawda? Westchnęła pod nosem, a potem ponownie się skoncentrowała. To nie był dobry czas na rozpamiętywanie ran i walkę ze zranionymi uczuciami, więc szybko uniosła różdżkę, aby rzucić przeciwzaklęcie. Zneutralizowała lecące nań przekleństwo i, zanim zdążył zareagować, posłała w jego kierunku następną klątwę.

Phasma!

To zaklęcie z pogranicza, ale użyła go świadomie. Jak do tej pory tylko Tom posuwał się do czarnej magii, więc dlaczego miałaby się powstrzymywać? Beznamiętnie patrzyła, jak znikąd pojawia się mgła, powoli pochłaniając wszystko, co napotkała na swojej drodze. Urok był ukierunkowany wyłącznie na przeciwnika, czyli chłopak miał ograniczoną widoczność, podczas gdy ona całkiem dobrze go widziała. Ewidentnie był zaskoczony jej inwencją twórczą, a w jasnoszarych oczach przez moment migotało uznanie. Najwyraźniej znał tę klątwę.

Wokół nich zaczęły się pojawiać zacienione, podobne do ludzkich kształty. Powstały z mgły i pozostawały niewyraźne, zupełnie jakby nie miały własnego konturu. Przez chwilę po prostu tańczyły wokół swej ofiary, a następnie wyciągnęły doń ręce. Gdy przeszły do ataku, Tom znalazł się w potrzasku. Potrząsały nim we wszystkie strony, szarpały za szaty i próbowały przewrócić, a kiedy się bronił, jego wysiłki szły na marne, ponieważ walczył z bytami niematerialnymi, przez które przenikał. Z początku Hermiona planowała wykorzystać to zaklęcie do odwrócenia uwagi przeciwnika i ucieczki z Zakazanego Lasu, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie mogła odwrócić wzroku. Zanim się wreszcie pozbierała, ślizgon paskudnie się wykrzywił, a następnie machnął ostro różdżką. Jego magia dosłownie zalała pobliski teren. Mgła natychmiast się rozproszyła, a razem z nią cieniste postacie. Dziewczyna musiała zrobić krok wstecz, żeby utrzymać się na nogach, uderzona gniewną falą.

Spojrzała na Toma i zesztywniała, zobaczywszy krwistoczerwone, wypełnione szczerą nienawiścią oczy. Wyglądał przerażająco i nie zdołała powstrzymać dreszczy. Zaczął wymachiwać różdżką, nawet nie otworzywszy ust. Czarna magia w momencie się ukierunkowała, co podpowiedziało jej, czego zamierzał użyć.

To była mroczna i niebezpieczna klątwa, niosąca za sobą straszliwe konsekwencje. Niegdyś opowiedział jej historię z czasów swojego dzieciństwa, kiedy próbował przekląć chłopca, który mu dokuczał i źle na tym wyszedł. Miał wówczas zaledwie jedenaście lat. Minęło kilka lat i teraz z pewnością opanował Haz do perfekcji. Urok ten karmił się nienawiścią rzucającego, która przez chwilę się kumulowała, a następnie bezlitośnie atakowała ofiarę. Czy naprawdę pragnął jej śmierci? Z trudem przełknęła ślinę, a jej żołądek zacisnął się w supeł.

– Przestań! – krzyknęła rozpaczliwie, zanim zdążył dokończyć klątwę. Niespodziewanie, ślizgon rzeczywiście się zatrzymał, mimo że wciąż był rozgniewany. Spojrzała nań szeroko otwartymi oczami. – Co ty najlepszego wyprawiasz?

Uśmiechnął się nikczemnie.

– Coś, co powinienem był zrobić już dawno temu.

Zacisnęła usta, nie mogąc oderwać od niego wzroku. W karmazynowych oczach widziała tylko i wyłącznie nienawiść, złośliwość i wściekłość, ukierunkowane wprost na nią. Starała się opanować emocje, ale smutek, który odczuwała, był wręcz niewyobrażalny.

– Dlaczego? – wyszeptała, starając się ukryć desperację. – Myślałam, że jest nam razem dobrze…

– Jesteś niczym więcej, jak szkaradztwem – powiedział, nie pozwoliwszy jej dokończyć zdania. – Nie mogę uwierzyć, że zmarnowałem na ciebie tyle czasu. Szlamy tutaj nie pasują. Powinnaś się trzymać z daleka od magicznego świata, bo cię tu nie chcemy i nie potrzebujemy. Zanieczyszczasz czarodziejskie społeczeństwo swoim brudem i nieczystą krwią. Podajesz się za prawdziwą czarownicę, a jesteś tylko i wyłącznie śmieciem.

Hermiona się zagapiła, niezdolna do skonfrontowania się z tą pogardą. Gdy tak milczała, zdołał trochę opanować nerwy, gdyż wrócił do swojego tradycyjnego jasnoszarego koloru oczu. Mimo że sprawiał wrażenie uspokojonego, dobrze wiedziała, że wciąż jest trawiony przez nienawiść, teraz ukrytą za maskę obojętności.

– Wiesz, niektórych rzeczy naprawdę żałuję. – Uśmiechnął się czarująco, przez co musiała zwalczyć mdłości. Następnie dodał konwersacyjnym tonem, doskonale wiedząc, gdzie uderzyć: – To, że z tobą spałem, napawa mnie obrzydzeniem.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, słysząc tę uszczypliwość. Zagryzła wewnętrzną stronę policzka, aby powstrzymać się od wybuchnięcia szlochem. W ustach czuła smak krwi, ale próbowała się kontrolować. Oddychała nierówno ze świadomością, że długo tak nie wytrzyma. W przeciwieństwie do niej Tom sprawiał wrażenie opanowanego i spokojnego. W pewnym momencie uśmiechnął się chłodno.

– Jeżeli szukasz obrzydliwości, wystarczy, że spojrzysz na siebie – wyszeptała.

Wiedziała, że jej głos się łamie, ale nie mogła powstrzymać wybuchu nagromadzonych dotąd emocji. Zadowolenie, którym emanował, świadczyło o tym, że wiedział, gdzie dokładnie celować. Cholernie bolało ją to, co usłyszała. Przełknęła nadchodzące łzy i uniosła wyżej głowę, aby zachować przynajmniej resztki pozorów. Nie zamierzała publicznie się załamywać. Wzmocniła uścisk na uchwycie różdżki, a następnie uniosła rękę.

Ulciscor, pomyślała, przecinając powietrze.

Klątwa popędziła w kierunku Toma, obecnie nieprzygotowanego na atak. Siła zaklęcia nie zostawiła mu czasu na wyczarowanie odpowiednio potężnej tarczy. Nie poczuła ani grama satysfakcji, kiedy czar rzeczywiście sięgnął celu. Urok należał do mrocznych, ale miała to głęboko gdzieś. Chłopak jęknął z bólu i się zatoczył, ale nie uciekł od otaczającego go w formie kokonu niebieskiego, elektryzującego przekleństwa. Nie opuściła ręki, nadal podtrzymując swój atak. Wiedziała, że niełatwo będzie przełamać klątwę i z pewnością zostawi po sobie ślady.

Ślizgon uniósł różdżkę. Miał trudności z poruszaniem się, a mimo to próbował przełamać zaklęcie. Cały czas szeptał coś pod nosem, wykrzywiony z bólu. Wtem Hermiona poczuła, że traci kontrolę nad swoją magią. Trochę mu zajęło, ale wreszcie odzyskał panowanie. Gdy podniósł wzrok, zobaczyła, że znów ma czerwone oczy. Bez słowa wymierzył doń różdżką, najprawdopodobniej chcąc dokończyć wcześniej przerwany Haz. Jego magia rzuciła się do przodu, niebezpieczna i przygotowana do ataku.

Szczerze mówiąc, nie chciała już dalej walczyć. Wolała żyć w nieświadomości, czy posunąłby się do najgorszego, czy też zaprzestał tortur. Sięgnęła po czarny splot i z trzepotem szat się aportowała. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła przed pogrążeniem się w ciemności i charakterystycznym uczuciu ściskania, były te piękne jasnoszare oczy wypełnione okrutną pogardą i nienawiścią.

Zmaterializowała się na szczycie Wieży Astronomicznej, choć tym razem nie na kamiennej platformie, a na samym dachu. Potknęła się i przewróciła, przez co upadła na plecy i prawie zsunęła się po śliskich dachówkach. W ostatniej chwili złapała się rzeźby gargulca, dzięki czemu nie spadła. Zwisała nad krawędzią, ale ostatecznie wylądowała w pozycji siedzącej. Owinęła się nogami wokół strażnika i na moment przymknęła oczy, nagle owładnięta lękiem wysokości, którego czasem doświadczała. To właśnie dlatego się tutaj aportowała. Strach, który nią owładnął, znieczulał inne emocje. Niestety, niewystarczająco, żeby powstrzymała spływające po policzkach łzy. Cichy szloch wstrząsnął jej ciałem, więc przylgnęła desperacko do kamiennego gargulca, który nie mógł zapewnić jej wsparcia.

Jesteś niczym więcej, jak szkaradztwem, powiedział przez kilkoma minutami. Jak śmiał ciskać weń takimi obelgami? Szczerze mówiąc, powinna go za to znienawidzić, ale nie potrafiła. Zamiast tego, poddała się smutkowi i żalowi. Czuła się po prostu beznadziejnie. Wystarczyło, że powiedział zaledwie kilka słów, a bez wyrzutów sumienia przebił się przez wszystkie jej mechanizmy obronne i rozdrapał stare rany. Czemu była taka słaba? Przeszła w życiu naprawdę wiele, więc czemu poddawała się bólowi? Po tych wszystkich przejściach powinna być znacznie silniejsza i bardziej wytrzymała. To godne pożałowania.

Odetchnęła głęboko, starając się uspokoić skołatane nerwy.

– Misja, Granger! – syknęła do siebie. – Masz się skupić na misji.

To prawda, miała przecież cel.

Otarła z twarzy łzy. Nic z tego, co Tom powiedział, nie miało teraz większego znaczenia. Jej uczucia również były nieistotne. Może rzeczywiście czuła się pusta w środku, ale to nijak zmieniało fakt, iż miała wszak priorytety. Ból, który wziął ją we władanie, minie, zastąpiony przez znajome odrętwienie. Jeżeli skoncentruje się na zadaniu, pokona wszystkie przeciwności losu.

Zacisnęła ramię wokół gargulca, a wykute w kamieniu rogi boleśnie wbiły jej się w ciało. To także nieistotne. Wreszcie powstrzymała zdradzieckie łzy. Uniosła różdżkę i automatycznie wycelowała w swoje prawe ramię. Rozdarty przez zaklęcie materiał natychmiast się zreperował, ukrywając przed światem poparzoną i zwęgloną skórę. Kolejny raz machnęła ręką i pozbyła się brudu, krwi i poprzyklejanych do ubrania liści. Znów była czysta i nic nie wskazywało na to, że przed momentem walczyła z najniebezpieczniejszych czarodziejem, jakiego znała.

Hermiona pochyliła się do przodu, zignorowawszy swój lęk wysokości i spojrzała na platformę. Na szczęście była zupełnie pusta. Skorzystawszy z czarnego splotu, przeniosła się na niższą kondygnację. Lekko się zatoczyła, gdyż zakręciło jej się w głowie. Kiedy zeszła z niej adrenalina, w momencie poczuła ból mięśni, zranienia, poparzenie i słabość. Najgorsza była chyba rana na ramieniu. Straszliwie piekła, przez co prawie zwymiotowała. Zignorowała ból i sprawdziła zegarek. Powoli dochodziła piąta, wiec miała jeszcze trochę czasu do kolacji. Wieczorem rodzice opuszczą zamek po czymś, co najprawdopodobniej okazało się wielkim sukcesem, a Potterowie odkryją, że zostali okradzeni. Spojrzała na teren otaczający Hogwart. Ze świecącym w górze słońcem wyglądał naprawdę przyjemnie i zachwycająco.

Odwróciła się, weszła z powrotem do szkoły i zaczęła maszerować w kierunku pokoju wspólnego Gryffindoru, który ostatecznie okazał się opustoszały. Wyglądało na to, że wszyscy miło spędzają czas z bliskimi albo w Hogsmeade, albo siedząc na słońcu w okolicach jeziora. Szybko wspięła się po schodach prowadzących do dormitorium. Kiedy upewniła się, że jest zupełnie sama, zabezpieczyła drzwi do sypialni, bo nie chciała, żeby ktokolwiek jej przeszkadzał. Uspokoiwszy oddech, ostrożnie ściągnęła z siebie szatę. Syknęła z bólu, kiedy materiał przypadkowo otarł się o oparzenie na ramieniu. Pod spodem miała fioletową bluzkę, prawie całą przesiąkniętą krwią. Przy zdejmowaniu góry musiała zacisnąć zęby, ponieważ część ran zdążyła już wyschnąć, a przez to zdzierała strupy. Stłumiła jęki i rzuciła zniszczoną bluzkę na podłogę.

Usiadła na brzegu łóżka i obejrzała otrzymane w boju rany. Na prawym przedramieniu, kilka centymetrów poniżej łokcia, zobaczyła bliznę w kształcie półksiężyca. To najprawdopodobniej pozostałość po sztylecie, którym została skaleczona. Cóż, i tak lepiej, że zdołała uniknąć oszpecenia twarzy. Zostawiwszy to na razie w spokoju, ogarnęła wzrokiem głębokie, długie nacięcia, wciąż się sączące, które pozostawiło po sobie zaklęcie tnące.

Jakby w odrętwieniu patrzyła, jak krew spływa jej po rękach, pozostawiając na skórze jasnoczerwone ślady, a potem moczy podłogę. Na ciemnym drewnie utworzyła się już niewielka kałuża. W milczeniu obserwowała, jak się powiększa. Zacisnęła dłonie w pięści, w wyniku czego z rozcięć popłynęło jeszcze więcej osocza.

Potrząsnęła w niedowierzaniu głową. Jakim cudem to wszystko się wydarzyło? Zamknęła oczy, rozdarta przez bolesną pustkę. Bolała o wiele bardziej, aniżeli cięcia na ramionach.

Niespodziewanie zobaczyła oczami wyobraźni Harry'ego. Zdumiewające zielone oczy śmiały się doń, okraszone zachęcającym uśmiechem. Choćby wszystko się paliło i waliło, nigdy się nie poddawał. Zawsze walczył, nawet kiedy inni tracili nadzieję, aż do samego końca. Hermiona uniosła powieki i spojrzała na wciąż krwawiące ręce. Był od niej o wiele silniejszy, dlatego też nie chciała go zawieść.

Sięgnęła po rzuconą wcześniej na łóżko różdżkę. Wycelowała w szkolny kufer i przywołała do siebie apteczkę, która miękko opadła na pościel. Kolejne machnięcie ręką sprawiło, że krew wokół skaleczeń szybko skrzepła, a rany się zasklepiły. Sięgnęła po fiolkę z dość gęstym eliksirem, zdjęła zatyczkę i zaczęła aplikować go na cięcia. Szarawa maź charakteryzowała się nieprzyjemnym zapachem spalonych opon samochodowych, ale zapobiegała pęknięciu ran i znacznie przyspieszała proces gojenia. Skończywszy, machnęła różdżką i usunęła sobie zaschniętą krew. Następnie wyczarowała bandaże, którymi owinęła nieszczęsne ramiona.

Gdy uporała się z jednymi skaleczeniami, postanowiła przyjrzeć się bliżej oparzeniu na przedramieniu. Wiedziała, że pod poczerniałą skórą, ciało również w pewnym stopniu będzie zwęglone. Niepokojące było to, że nie czuła promieniującego do dłoni bólu, a jedynie brzegi drażniły jej nerwy. Odrętwienie nie wróżyło niczego dobrego, bowiem najbardziej prawdopodobnym scenariuszem było to, że klątwa sięgnęła naprawdę głęboko i dokonały większych zniszczeń. Całe szczęście, że wciąż mogła normalnie poruszać ręką. Ponownie sięgnęła do drewnianego pudełeczka i wyjęła z niego mały dzbanuszek, zawierający zielonkawą maść. Wzięła troszkę na palce i nałożyła na oparzenie. Praktycznie nic nie czuła, kiedy dotykała zwęglonej skóry. Kiedy skończyła, machnięciem różdżki założyła sobie opatrunek.

Gdy opatrzyła wszystkie rany, wyciągnęła z kufra nową bluzkę, tym razem w kolorze niebieskim. Jak się okazało, materiał zakrywał co najważniejsze oraz był luźny, a więc nie przylegał do bandaży i nie podrażniał skóry. Mimo że tak naprawdę była obolała, coś innego zaprzątało jej głowę. Chociaż była niejednokrotnie atakowana, to, co się dziś wydarzyło, odbiegało od wszelkich norm. Została napadnięta przez chłopaka, którego obdarzyła uczuciem. To, co zrobił, było znacznie gorsze, aniżeli uderzenie w twarz.

Zapatrzyła się w trzymaną w dłoniach różdżkę. Tom użył na niej niebezpiecznych, mrocznych i zagrażających życiu klątw z nadzieją, że zostanie poważnie ranna. Chciał cisnąć weń Hazem. Znów niej otwarcie kpił i się naśmiewał. Użył dziś kilku niewybrednych wyzwisk, a także powiedział, że jest… nieczysta.

Hermionę przeszedł chłód. Owinął się wokół niej i szybko rozprzestrzenił po całym ciele. Kiedy została zaatakowana, poczuła, że coś jest nie w porządku. Miała wrażenie, że jej serce rozpada się na miliony kawałeczków.

Skończ z głupotami!, zganiła się w myślach. Od zawsze wiedziałaś, kim jest Tom Riddle.

Wzięła głęboki wdech, po czym powoli wypuściła wstrzymywane powietrze. Trochę uspokojona, sięgnęła do torby i ujrzała znajomą srebrzystą pelerynę niewidkę. Uśmiechnęła się z nostalgią i ostrożnie wyciągnęła płaszcz na zewnątrz. Materiał był gładki i przyjemnie chłodny w dłoniach, zupełnie jakby przeplatały go cienkie, metaliczne nitki. Spojrzała nań zamglonym wzrokiem i wróciła wspomnieniami do momentu, kiedy ujrzała ją po raz pierwszy. Miało to miejsce na pierwszym roku nauki, gdy Dumbledore podarował pelerynę Harry'emu jako pamiątkę po zmarłym ojcu.

Już wtedy była szalenie użyteczna, pomyślała, błądząc wzrokiem po zdobyczy. Chłopcy nie wahali się jej używać podczas nocnych eskapad i głupich przygód, co przypomniała sobie z rozbawieniem. Często też ratowała im tyłki, albo przynajmniej oszczędzała odrabiania szlabanu za łamanie szkolnego regulaminu. W przeciwieństwie do przyjaciół Hermiona zajmowała się głównie pouczeniami. Zaśmiała się pod nosem, zadowolona z faktu, iż wreszcie zatopiła się w miłych wspomnieniach. Nie walczyła z nimi, a pozwoliła im przepływać przez swoją głowę. Zazwyczaj była przerażona, gdy przychodziło do chwil słabości, ale tym razem było inaczej. Oczywiście, wiedziała, że wspominki są niebezpieczne, gdyż przypominają o beztrosko spędzonym czasie, obecnie na zawsze utraconym. Marzenia o tych szczęśliwych chwilach sprawiały, że życie, które obecnie wiodła, wydawało się jeszcze bardziej gorzkie.

Gdy przyciskała do siebie pelerynę niewidkę Harry'ego, chciała o wszystkim pamiętać. Może jej przyjaciele zginęli, ale tak naprawdę zawsze przy niej byli. Najwyraźniej podjęła dobrą decyzję o nietłumieniu wspomnień z wojny, bo teraz była również gotowa na powrót dobroci. Uśmiechnęła się lekko i zatraciła we wspominkach ze szkolnych lat.


– Cholera!

Tom wściekle zatrzasnął za sobą drzwi od dormitorium. Wyciągnął różdżkę i gniewnie machnął nią w stronę najbliższego łóżka. Jego magia aż rwała się do działania i natychmiast uformowała się w klątwę. Płomienie w momencie ogarnęły pościel i baldachim, podczas gdy chłopak przeczesał dłonią włosy. Mimo wyładowania gniewu to nijak go uspokoiło. Ze sfrustrowanym jękiem ponownie uniósł rękę i machnął nią delikatnie. Ogień się zmniejszył, a potem całkowicie zniknął, zaś dymiące, czarne szczątki zamieniły się z powrotem w łóżko. Ślizgońskie dormitorium wyglądało, jakby nigdy nie wybuchł tutaj pożar.

Schował oręż i podszedł do swojej części sypialni. Zdjął wierzchnią szatę i rzucił ją niedbale na oparcie krzesła, po czym opadła na posłanie. Oparł się o wezgłowie i ze zmrużonymi oczami piorunował kamienne ściany. Wciąż był rozgniewany i nie wiedział, jak najlepiej rozładować nagromadzone napięcie. Czuł, jak wściekłość rozdziera go od środka, a magia błaga o uwolnienie. Czemu akurat teraz?, zapytał sam siebie. Wcześniej mógł nakarmić swą nienawiścią klątwę, którą zamierzał rzucić w Zakazanym Lesie, ale zawiódł na całej linii.

Uformowanie tego przekleństwa nie było wszak takie trudne. Czemu znowu spartaczył…? To była idealna okazja, żeby zdobyć Niezwyciężoną Różdżkę. Co zrobił w zamian? Wszystko zmaścił i pozwolił zmarnować się niepowtarzalnej sposobności.

Tak, to zdecydowanie było Insygnium Śmierci, co wywnioskował z dziwacznej magii, którą wyczuł od Hermiony. Wiedział, że była dlań obca, bo tę naturalną – co wręcz obrzydliwe – rozpoznawał nawet z daleka. Moc, którą dysponowała podczas walki, była zupełnie inna – potężna, dzika i niczym nieskrępowana. Wcześniej się zabezpieczył i związał magię dziewczyny ze sztyletem, więc powinna stać się po prostu bezbronna. Mimo to zdołała mu się oprzeć i zerwać nałożoną na srebro pieczęć. Od samego początku miał rację. Naprawdę dysponowała Niezwyciężoną Różdżką.

Skoro posiadł wiedzę, to dlaczego nie skonfiskował artefaktu, gdy miał idealną okazję? Czemu nie dokończył swojej klątwy? Wszystko wykonał przecież perfekcyjnie. Z pewnością nie popełnił żadnego błędu. Mimo iż czuł kulminację mocy, wiedział, że coś było nie w porządku. Cały proces przebiegł powoli, a moc sprawiała wrażenie wiotkiej, przelewającej się przez palce i bezwładnej. W momencie zrozumiał, że nie osiągnie oczekiwanego rezultatu.

Jestem słaby!, pomyślał ze złością. Wstał z łóżka i zaczął chodzić po dormitorium. Jak mógł równie spektakularnie nawalić? Nie był już przecież jedenastoletnim głupcem. Znał zaklęcie, dopracował ruchy nadgarstka i umiejętność gromadzenia mocy, więc czemu? Wcześniej rzucił tę klątwę z powodzeniem, aczkolwiek również oberwał.

Dziś jednak zawiódł.

Prawdę powiedziawszy, był cholernie zadowolony, że Hermiona się deportowała, bo w przeciwnym razie byłaby naocznym świadkiem jego słabości. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego Haz okazał się tak olbrzymim problemem. Klątwa nie stanowiła dlań najmniejszego kłopotu. Nie popełnił żadnego błędu, ale i tak moc, którą skumulował, była żałosna i niewystarczająca. Gdyby cisnął weń przekleństwem, nie spowodowałby poważnych szkód. Chciał zamienić swą gorącą nienawiść w magiczną energię, którą cisnąłby w tę szlamę, ale równie dobrze mógłby rozłożyć w bezradności ręce. Roześmiałaby mi się w twarz, podsumował, nadal rozgniewany.

To oczywiste, że musiał zdobyć Niezwyciężoną Różdżkę. Zanim jednak wprowadzi swój plan w życie, powinien najpierw zrozumieć, dlaczego dziś zawiódł. Cholernie go irytowało, że nie poradził sobie z zaklęciem. Klątwa Haz jeszcze nigdy nie wydawała mu się bardziej nieosiągalna.