42. WĄTPLIWOŚCI


Hermiona odetchnęła z ulgą, opuszczając klasę numerologii. Nie było tak źle, bo nauczyciel nie oczekiwał niesamowitych pokazów magii, całkowicie skupiając się na teoretycznym podłożu nauki. Prawdę powiedziawszy, Gauß był bardziej niż zadowolony, kiedy ignorował fakt, iż jako jedyna dziewczyna siedziała w sali pełnej chłopców i niczego od niej nie wymagał. Z początku była tym szczerze zbulwersowana, ale potem, gdy straciła swą magię, stało się to ogromnym plusem. Przyzwyczaiła się do podobnego zachowania i zrzuciła je na cechę charakterystyczną dla lat czterdziestych, dzięki czemu szybko przestała się denerwować.

Bez celu ruszyła korytarzem, zastanawiając się, co powinna zrobić z resztą dnia. Miała ochotę iść do pokoju wspólnego, aczkolwiek zapowiadało się, że w środku będzie bardzo duszno, ponieważ słońce przez cały dzień oświetlało Wieżę Gryffindoru. Z drugiej strony, tam z pewnością uniknie natrętnego towarzystwa Toma. Od czasu katastrofalnego spotkania w Klubie Ślimaka naprawdę starała się go unikać. Teraz gdy dowiedział się, że straciła magię, mogła spodziewać się najróżniejszych reperkusji i była zaskoczona, że jeszcze nie wykonał swojego kroku. Czy ta podejrzana bierność była częścią jego niecnej machinacji?

Więcej cię nie skrzywdzę.

Miękkie słowa powróciły doń ze zdwojoną siłą, co sprawiło, że parsknęła pod nosem. Musiała przyznać, że był fenomenalnym aktorem. W swoim głosie zawarł tyle szczerości, ile potrzeba. Gdyby miała do czynienia z kimkolwiek innym, uwierzyłaby w te zapewnienia bez żadnego zająknięcia.

Wciąż to dziwne, że wstrzymywał się przed wzięciem sprawy w swoje ręce. Czemu nie skorzystał z idealnej wręcz okazji, którą nieświadomie mu stworzyła, podczas spotkania Klubu Ślimaka? A może było przeciwnie – zrobił użytek z informacji, które mu zdradziła, będąc pod wpływem alkoholu? Najgorsze, że ostatnim, co całkiem dobrze zapamiętała, była absurdalna rozmowa z Melanie Nicolls, a potem wino zamgliło jej umysł.

Jest też opcja, że rzucił na mnie Obliviate, dodała w myślach, nie wykluczając żadnej możliwości.

Odwróciła się w kierunku schodów prowadzących do pokoju wspólnego i właśnie wtedy zmieniła zdanie. W tej chwili potrzebowała odrobiny świeżego powietrza. Skręciła w prawo i poszła dalej korytarzem, ostatecznie wchodząc na wąskie, okrągłe schody. Dotarłszy na szczyt, pchnęła wrota i wkroczyła na Wieżę Astronomiczną. Słońce mocno prażyło, przerywane wyłącznie przelatującymi po niebie jasnymi chmurami. Z przyjemnością zaczerpnęła oddechu, a następnie powolnym krokiem podeszła do kamiennej balustrady. Mimo że dzień był naprawdę parny, owiewała ją szkocka bryza. Usiadła na murku i oparła się plecami o jednego z wyrzeźbionych gargulców, podciągnąwszy kolana pod brodę. Gdy zerknęła w dół, zobaczyła okalające szkołę tereny i Zakazany Las, który zmroził jej serce. Mimo że lęk wysokości się wzmógł, postanowiła zignorować narastającą panikę.

Jestem naprawdę dobra w ignorowaniu rzeczy, pomyślała szyderczo. Zazwyczaj odpycham od siebie przeszłość, sumienie i zdrowy rozsądek.

Wieża Astronomiczna zawsze była dobrą kryjówką. To nawet trochę zabawne, że przez dłuższy czas unikała tego miejsca przez sesję tortur, której doświadczyła, a potem niespodziewanie poczuła potrzebę wejścia po schodach. Teraz siedziała na balustradzie i rozmyślała o wszystkim, co poszło na marne. Manuskrypt Ignotusa Peverella ostatecznie okazał się ślepą uliczką, gdyż nie potrafiła go zrozumieć. Czarna Różdżka pozostawała poza jej zasięgiem, będąc wciąż w rękach Gellerta Grindelwalda, zaś peleryna niewidka, którą zdobyła przed utratą magii, albo leżała gdzieś w zaroślach, albo znalazła się w kwaterze głównej obecnie szalejącego czarnoksiężnika. O Kamieniu Wskrzeszenia wolała nawet nie myśleć…

Wszystko się skomplikowało.

Objęła się ramionami i oparła czoło na kolanach. Może powinna się po prostu poddać, normalnie znaleźć pracę po ukończeniu szkoły i kontynuować życie w latach czterdziestych? Gdy tylko sformułowała tę myśl, uśmiechnęła się bez większego przekonania.

Jasne, zawsze mogę wrócić do mugolskiego świata, parsknęła. Niby trwa druga wojna światowa, ale hej, jakby nie patrzeć, jestem weteranem. Ten konflikt również przeżyję.

Zmarszczyła brwi i zastanowiła się na poważnie. Może opcja z opuszczeniem magicznego świata nie była najgorszym rozwiązaniem problemu. Westchnęła pod nosem, po czym omiotła okolicę wzrokiem. Wielu uczniów szwendało się po dworze, korzystając z ciepłego dnia i przyjemnych promieni słonecznych, podczas gdy ona mierzyła się z samotnością i brakiem perspektyw.

Powodem, dla którego przybyła do Hogwartu, była chęć przebywania blisko Albusa Dumbledore'a, aby mieć sposobność odebrania mu Czarnej Różdżki, kiedy już zwycięży Grindelwalda. Niestety, nawet gdyby zdobyła wszystkie trzy Insygnia, bez magii nie wróci do swojego czasu. Jaki jest sens zostawania, zwłaszcza że dybie nań Tom Riddle, wiedzący zdecydowanie zbyt dużo. Prawdę powiedziawszy, odejście, zanim postanowi wykonać ruch, było najrozsądniejszą decyzją. Wystarczy jedno przypadkowe potknięcie, aby wszedł w posiadanie informacji dlań zakazanych na temat przyszłości, co poskutkowałoby straszliwymi konsekwencjami i zniszczeniem linii czasu, o którą walczyła razem z przyjaciółmi. Ustatkowanie się w latach czterdziestych byłoby po prostu nieodpowiednie. Gdyby Tom zyskał dostęp do jej wspomnień, Lord Voldemort stałby się niepokonany.

Opuszczenie szkoły i usunięcie się w cień zdecydowanie było najlepszą opcją. Wystarczająco długo błądziła po omacku. Powinna zniknąć z Hogwartu, osiedlić się gdzieś w ustronnym miejscu i popracować nad powrotem swojej magii. Jeżeli odzyska moc, będzie mogła wznowić poszukiwania Insygniów Śmierci.

To byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie, gdyby nie interwencja Gellerta Grindelwalda. Jęknęła, szczerze sfrustrowana. Została zaatakowana już trzykrotnie i na własnej skórze przekonała się, że byli doskonałymi tropicielami. Nie mogła ryzykować następnego spotkania, zwłaszcza że Hogwart, oprócz bliskiego towarzystwa Dumbledore'a, zapewniał jej również pewnego rodzaju bezpieczeństwo.

Musiała twardy orzech do zgryzienia. Albo zostanie w szkole i zaryzykuje zmianę przyszłości, albo ucieknie pod osłoną nocy i postawi na szali teraźniejszość. Ostatecznie wszystko sprowadzało się do jednego, zasadniczego pytania, a mianowicie, kogo uważa za groźniejszego wroga – Toma Riddle'a, czy Gellerta Grindelwalda.

Z nerwów przygryzła wargę.

Gdy wracała myślami do Riddle'a, coś skręcało jej się w żołądku. Nie wiedziała, co potajemnie knuje. Oczywiście, przyszedł jej z pomocą podczas ataku żołnierzy Grindelwalda, ale nie mógł naprawdę oczekiwać, że wybaczy mu popełnione zbrodnie tylko i wyłącznie dlatego, że raz postanowił wykazać się namiastką serca?

Czy kiedykolwiek rozważałaś danie mu drugiej szansy?, zapytał się Dumbledore, kiedy poszła do niego zgłosić napaść w Zakazanym Lesie. Wróciwszy wspomnieniami do tamtej rozmowy, westchnęła cierpiętniczo. Szczerze mówiąc, uważała, że dała mu wystarczająco szans, ale wszystkie bez zastanowienia zmarnował. Mimo to odpowiedź na pytanie profesora byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby Tom nagle nie porzucił swojego wrogiego nastawienia. Mimowolnie wróciła myślami do chwili pocałunku na korytarzu. Była na siebie wściekła, bo mimo że zareagowała zupełnie inaczej, w rzeczywistości rozkoszowała się pieszczotą. Jej racjonalna strona mocno ją za to zrugała, ale chociaż próbowała, nie mogła całkowicie wytłumić tych odczuć. Czuła się dobrze w jego ramionach i tęskniła za bliskością, do której zdążyła się przyzwyczaić. Oczywiście, wiedziała, że to wszystko było na pokaz – był wszak pierwszorzędnym aktorem. Niestety, w głębi duszy, wbrew rozsądkowi i logicznym argumentom, pragnęła mu zaufać.

Rozważanie oferty, którą wystosował, było po prostu absurdalne. Czemu właściwie śmiał twierdzić, że chce odnowić ich związek? Parsknęła pod nosem, w głowie mając obraz Lorda Voldemorta ze świecącymi na karmazynowo oczami, powiewającą czarną peleryną oraz okrutnym uśmieszkiem na ustach. Samo wyobrażenie sobie, że jest poniekąd otwarty na mugolaków, przechodziło ludzkie pojęcie. Po tak długim czasie powinna się po prostu przyzwyczaić, że ma do czynienia z tym samym czarnoksiężnikiem, co w przyszłości. Zmarszczywszy lekko brwi, poświęciła chwilę na zastanowienie się, czy w środku był zniesmaczony przymusem pocałowania szlamy. Cóż, najprawdopodobniej tak, ale dobrze się krył.

Uniosła głowę, usłyszawszy zbliżające się kroki i zesztywniała, zobaczywszy nadchodzącego Toma. Nawet nie drgnęła, wciąż siedząc na kamiennej balustradzie, podczas gdy on był coraz to bliżej. Przywdział na twarz nieczytelną maskę, więc to normalne, że zadrżała, widząc chłód i zdystansowanie w jasnoszarych oczach. Ostatecznie oparł się plecami o murek zaledwie metr od niej. Chcąc uciec stąd czym prędzej, zerknęła przelotnie na drzwi prowadzące ku schodom i mocniej objęła się ramionami. Z trudem przełknęła ślinę i rzuciła mu sondujące spojrzenie. Teraz gdy dowiedział się, iż straciła swą magię, mógł zaatakować w każdej chwili, a ona nie miałaby jak się obronić. Wbrew najgorszym przypuszczeniom, chłopak nie sprawiał wrażenia bojowo nastawionego.

– Jak ci minął dzień? – zapytał. – Nie mijaliśmy się dziś na korytarzach.

Cóż, całkiem miło, dopóki się nie pojawiłeś, pomyślała i nie odpowiedziała, ograniczając się do wzruszenia ramionami. Najwyraźniej oczekiwał czegoś więcej, bo uniósł lekko brwi.

Czuła się przytłoczona jego obecnością. Zupełnie nie wiedziała, czego się spodziewać, a to zaś doprowadzało ją na skraj wytrzymałości. Jedno było pewne – przyjazne zachowanie, które prezentował, miało na celu uśpić jej czujność i podejrzewała, że szybko mu się znudzi.

– Mój dzień był raczej męczący. Najpierw zanudziłem się prawie na śmierć na historii magii, a potem musiałem przebrnąć przez spotkanie prefektów – powiedział, więc zaryzykowała nań spojrzenie; kiedy skrzyżowali wzrok, szybko odwróciła głowę. – Masz wielkie szczęście, że nie jesteś ograniczona obowiązkami. Te zebrania są cholerne nudne i niejednokrotnie bezsensowne. Niektórzy potrafią godzinami gadać wokół tematu i nie wyciągać żadnej konkluzji. Jestem bardziej niż zadowolony, że wreszcie mam spokój.

Hermiona uparcie milczała, czując na sobie przenikliwe spojrzenie Toma. Zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna po prostu zeskoczyć na ziemię i odejść. Kiedy rozważała różne opcje, postanowił się odezwać, całkowicie zmieniwszy temat.

– Czemu twoja magia zniknęła?

Szczerze mówiąc, nie była zaskoczona jego wymagającym tonem. Gdy uniosła głowę, zobaczyła, że stracił na swej łagodności.

– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawą, w duchu przeklinając swoje od razu przyjęte obronne nastawienie.

Nic dziwnego, że zmrużył podejrzliwie oczy. To bardziej niż oczywiste, że nie uwierzył w jej zapewnienie.

– Próbowałaś ją odzyskać? – zapytał szorstko.

– Masz mnie za idiotkę? Naprawdę myślisz, że jestem głupia? – warknęła, wzburzona postawą, którą prezentował. – Oczywiście, że tak.

– Nieskutecznie – dodał, stwierdziwszy fakt.

– Jak widać – parsknęła i, nie czekając na odpowiedź, zeskoczyła z balustrady i skierowała się w kierunku drzwi. Skończyła tę rozmowę. Zanim jednak zrobiła przynajmniej dwa kroki, została zatrzymana przez silny uścisk na nadgarstku.

– Zaczekaj.

Zacisnęła usta w cienką linię i gwałtownie się odwróciła.

– Czego?

Tom przez chwilę po prostu nań patrzył. Chwilę później wyciągnął ku niej rękę.

– Chcę, żebyś to wzięła.

Hermiona zamrugała, a następnie popatrzyła na rzecz, którą trzymał w dłoni. Z zaskoczeniem zauważyła, że była to biżuteria. Szczerze zdumiona, spojrzała na chłopaka, który ograniczył się tylko do uniesienia brwi. Z wahaniem sięgnęła po naszyjnik i obejrzała go uważnie. Był wykonany z matowego, miedzianego materiału, aczkolwiek miał dziwaczną zawieszkę, ot mały, czarny, nieregularny kamień, otoczony cienkim łańcuszkiem. Gdy go dotknęła, odkryła, że był zaskakująco ciepły i sprawiał wrażenie jakby ożywionego. W środku coś miarowo pulsowało.

– Nigdy go nie zdejmuj – powiedział rozkazującym głosem. – Włożyłem sporo pracy w ten kamień. Jeżeli znowu zostaniesz zaatakowana, zostanę powiadomiony.

– Czemu? – zapytała, szczerze zdezorientowana, nadal patrząc na trzymany w dłoni naszyjnik.

– Zaklęcie pomoże mi cię zlokalizować oraz przybyć z pomocą.

– Nie rozumiem, dlaczego masz zamiar mnie chronić – doprecyzowała, a potem podniosła nań wzrok. – Wiesz, że nic się nie zmieni, prawda? Zawsze będę mugolaczką.

Chociaż na nią patrzył, zupełnie nie miała pojęcia, co siedzi mu w głowie. Sprawiał wrażenie nieodgadnionego.

– Wiem – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia.

– Chcesz mi oświadczyć, że nie przeszkadza ci fakt, że jestem mugolaczką? – spytała, czując dziwaczne ukłucie w żołądku.

– Mogę to tolerować – odparł chłodnym głosem.

Zamrugała.

– Słowo „tolerować" pochodzi od łacińskiego „tolero", oznaczającego „znosić" lub „wytrzymywać" – podsumowała cicho, po czym położyła naszyjnik na kamiennej balustradzie. Owładnięta odrętwieniem, poprawiła pasek przewieszonej przez ramię torby, a następnie spojrzała na chłopaka ze smutkiem. – Nie chcę, żebyś musiał znosić moją obecność – dodała i wznowiła kroku, ale znów została zatrzymana, tym razem mocniejszym uściskiem na ramieniu. Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła, że w międzyczasie zdążył podnieść wisior. – Puść mnie, Tom – powiedziała spokojnym i jednocześnie ostrym tonem.

Mimo że przywdział na twarz nieczytelną maskę, nie próbowała go rozczytać. Zdecydowanie nie chciała wiedzieć, o czym teraz myślał. Zwalczyła nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej, zaniepokojona tym, że zachowanie ślizgona wzbudzało w niej podobne emocje. Najwyraźniej wciąż czuła się dotknięta, że myślał tak lekceważąco o jej rodzicach i pochodzeniu. W momencie się rozzłościła. Uniosła rękę, złapała go za nadgarstek i szarpnęła, chcąc się wyswobodzić.

– Nie dotykaj mnie! – syknęła agresywnie.

Usłyszawszy ton, którym się posłużyła, Tom natychmiast puścił jej ramię i odsunął się o krok. Sprawiał wrażenie zaskoczonego, a może nawet trochę przestraszonego, o czym świadczyły rozszerzające się jasnoszare oczy. Fuknąwszy pod nosem, odwróciła się na pięcie i ponownie spróbowała odejść, aczkolwiek nie minęło kilka sekund, kiedy doń dołączył. Nie chciała wdawać się z nim w niepotrzebną konwersację, dlatego też zacisnęła usta w wąską linię i kontynuowała marsz. Mimo milszej postawy, którą starał się prezentować, w duchu wciąż nią pogardzał. Czemu była tym zirytowana?

Ze złością otworzyła drzwi i zeszła z Wieży Astronomicznej.

– Nie chciałem cię skrzywdzić – powiedział, gdy schodzili po schodach.

– Nie musisz się martwić. Tylko mnie rozczarowałeś – warknęła, rzuciwszy mu ostre spojrzenie. – Naprawdę nie rozumiem, dlaczego wciąż mnie nachodzisz – dodała, kiedy otworzył buzię, aby zaprotestować. – Jeżeli moje pochodzenie jest dla ciebie problematyczne, to może zechcesz zachować dystans?

– Wiesz, że mi na tobie zależy, Hermiono. – stwierdził ostrożnie, ale nie odpowiedziała – zamiast tego, odwróciła wzrok i zeszła po schodach. – Nie możesz jednak oczekiwać, że zmienię się z dnia na dzień.

– Nie mam równie płonnych nadziei, Voldemorcie – odparła.

– Ja... po prostu nie lubię mugolskiego świata… – wyznał, brzmiąc na szalenie niepewnego. – Nigdy nie był dla mnie szczególnie przyjazny…

Zatrzymała się wpół kroku i odwróciła. Gdy skrzyżowali spojrzenia, zobaczyła łagodny błysk w jasnoszarych oczach, przez co prawie zadrżała.

– Wiem, że cię źle traktowano – podsumowała, patrząc nań stanowczo. – Czemu muszę płacić za to cenę? – dodała, kiedy nie odpowiedział.

– Słucham…?

– Nigdy nie próbowałam cię skrzywdzić, a jednak karzesz mnie za rzeczy, na które nie miałam żadnego wpływu – wytłumaczyła na spokojnie.

– To nie tak.

– Zabawne, doprawdy. Jak dotąd, żyłam w przekonaniu, że jakiś czas temu mnie spoliczkowałeś i przekląłeś. Czyżby te wspomnienia były zaledwie wytworem mojej wypaczonej wyobraźni? – Uniosła prowokująco brew.

– Wiesz, że… to nie była kara. Już przeprosiłem, że zachowałem się okropnie… – powiedział, na co spojrzała nań z powątpiewaniem. – Mugole po prostu nie pasują do czarodziejskiego świata. Zupełnie nie rozumieją podstaw, na których bazuje nasze społeczeństwo i spróbowaliby nas unicestwić, gdyby poznali prawdę. Mugolaki z kolei stanowią zagrożenie dla ogólnego bezpieczeństwa, ponieważ przenikają oba światy.

Hermiona zacisnęła usta w cienką linię i musiała się siłą powstrzymywać przed podniesieniem głosu. Czy on naprawdę mówił poważnie? Potrząsnęła w niedowierzaniu głową, a następnie bez słowa ruszyła korytarzem.

– Czyli uważasz mnie za zagrożenie dla społeczeństwa? – zapytała, gdy doń dołączył.

– Nie, daleko ci do innych – zapewnił pospiesznie.

– Twierdzisz, że jestem inna – podsumowała i zmarszczyła brwi, smakując te obrzydliwe słowa. – Wychodzi na to, że awansowałam w drabinie społecznej – z „brudnej szlamy" na „brak zagrożenia".

Tom nie odpowiedział, bo zdał sobie sprawę, że cokolwiek nie mówił, tylko bardziej się złościła.

– Ograniczasz się wyłącznie do jednej perspektywy. Czy przynajmniej przez chwilę pomyślałeś, że mam tyle samo powodów, aby nienawidzić czarodziejskiego świata, co ty, żeby gardzić mugolskim? Mimo to nie biegam wokół, próbując wszystkich przekląć. – Skręciła za najbliższy róg, teraz prawdziwie sfrustrowana, że ma towarzystwo. – Hm, może nienawiść nie jest najodpowiedniejszym słowem. Lepiej pasuje skalanie, prawda? – dodała, zanim zdążył sformułować odpowiedź i nań spojrzała. Nieprzenikniona maska, którą przywdział na twarz, doprowadzała ją do białej gorączki. – Nie, czekaj. Jeszcze inaczej dobrałeś słowa. Wyraziłeś się wówczas bardzo graficznie. – Zmarszczyła w zamyśleniu brwi. – Och, chyba sobie przypomniałam. Stwierdziłeś, że ja i moi rodzice jesteśmy mniej warci, niż zalegającej ci pod butami błoto.

– Nie, nie. Kłamałem, bo byłem zły i chciałem cię zranić – odpowiedział natychmiast.

– Cudownie. – Uniosła sarkastycznie brew. – Nieważne, co wykombinujesz, nie uwierzę w twoje zapewnienia. Dobrze wiem, że wciąż masz mnie za bezwartościową szlamę.

– Nigdy nie uważałem cię za bezwartościową – odparł ściszonym głosem.

– Znów łżesz – podsumowała.

W jasnoszarych oczach dostrzegła miękkość, gdy patrzył nań z czymś w rodzaju zmartwienia. W momencie przystanęła, wiedząc, że zrobi dokładnie to samo. Miała serdecznie dość kłamstw, którymi była ostatnio raczona. Łagodność, którą okazywał, boleśnie przypominała jej czasy, zanim ujawnił swoje prawdziwe oblicze. Zdecydowanie wolała widzieć jego okrucieństwo, aniżeli fasadę, którą prezentował światu, bo przynajmniej było nieobłudne.

– Szczerze mówiąc, twoje uprzedzenia są naprawdę komiczne, biorąc pod uwagę, kim w rzeczywistości był twój ojciec – powiedziała wyniośle.

Zgodnie z przewidywaniami, Tom zesztywniał na tę wzmiankę.

– Nie wiesz niczego o moim ojcu – stwierdził, aczkolwiek w jego głosie słychać było agresywniejszą nutę.

– Cóż, ty również. – Rzuciła mu chłodne, zdystansowane spojrzenie. – Jak tylko dowiedziałeś się, że był mugolem, po prostu postanowiłeś „pozbyć się" problemu? Pomyśl, co by było, gdyby wszyscy poznali prawdę, że ojciec wielkiego Toma Riddle'a był zwyczajnym człowiekiem. – Stłumiła dreszcz, gdy zobaczyła, że oczy chłopaka zmieniły swój kolor. Tym razem była bardziej niż pewna, że to żadna sztuczka światła. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu była cholernie zadowolona, że zdołała zrzucić mu z twarzy tę przesympatyczną maskę i odsłonić prawdziwe oblicze. Niestety, wiązało się z tym jedno utrudnienie, a mianowicie, czuła teraz na skórze pierwsze iskierki jego rozgniewanej magii. – No tak, rodzina ze strony matki z pewnością jest lepsza – kontynuowała, wkładając w swe słowa jak najwięcej sarkazmu. – Dwóch zapijaczonych obłąkanych, szalenie naiwna kobieta oraz wielki i jakże niesamowity Salazar Slytherin, będący martwy od tysięcy lat. Obecnie mało kto o nim pamięta. – Uśmiechnęła się kpiąco. – Kto wie, może za życia był po prostu następnym idiotą.

Tom zrobił krok naprzód, pozwalając swojej magii na więcej.

– Skąd wiesz, że jestem z nim spokrewniony? – zapytał groźnym tonem.

Właśnie tego chciałam, pomyślała, patrząc na ślizgona, który wreszcie porzucił przyjacielską fasadę. Teraz miała do czynienia z prawdziwym Lordem Voldemortem. Spróbowała miarowo oddychać i uspokoić nerwy, a potem kontynuowała szyderczym głosem.

– Wiesz, że dysponuję ponadprzeciętną wiedzą, więc dlaczego jesteś zdziwiony tym, że mam pewne pojęcie o twoim dziedzictwie? – Potrząsnęła z politowaniem głową. – Szczerze mówiąc, byłam zaskoczona tym, że nie chełpisz się nim publicznie. Merlin wie, jak bardzo lubisz zwracać na siebie uwagę.

Kończąc to zdanie, Hermiona na moment przymknęła oczy. Obca magia mocno nań napierała, ale zagryzła zęby i wytrzymała. Gdy uniosła powieki, zobaczyła, że chłopak sięga ku kieszeni szaty, więc wciągnęła gwałtownie powietrze, spodziewając się najgorszego. Z pewnością zaraz dobędzie różdżki. Mam, co chciałam, pomyślała z pewnego rodzaju odrętwieniem i zacisnęła dłonie w pięści. Chociaż trochę się obawiała, nadal stała na korytarzu z przyklejonym do twarzy szyderczym uśmieszkiem.


– Szczerze mówiąc, byłam zaskoczona tym, że nie chełpisz się nim publicznie. Merlin wie, jak bardzo lubisz zwracać na siebie uwagę – powiedziała z sarkazmem w głosie.

Tom powoli tracił nad sobą panowanie. Jej drwiący ton, pełen wyższości błysk w brązowych oczach i wyniosła postawa sprawiały, że zapominał o samokontroli. Zacisnął zęby i mimowolnie sięgnął do kieszeni szaty, gdzie przechowywał różdżkę.

Jakim prawem kpi z moich przodków?

To aż nieprawdopodobne, jak bardzo sobie pozwala. Gdyby chodziło o każdą inną osobę, zareagowałby natychmiast. Wściekłość nakazywała mu udzielenie jej surowej lekcji, takiej na długo zapamiętanej. Zacisnąwszy palce na uchwycie różdżki, powoli tracił kontakt z rzeczywistością. Stała na korytarzu, śmiejąc się z ważnych dlań ludzi. W pewnym momencie uniosła wyżej podbródek, otwarcie rzucając mu wyzwanie.

Zaraz nauczę tę brudną szlamę szacunku.

Gdy tylko uczepił się tej myśli, w głowie mignęła mu leżąca na ziemi Hermiona ze spływającą po skroni strużką krwi, pełna niedowierzania i zdrady. Właśnie tak wyglądała na sekundę po tym, jak cisnął weń zaklęciem i prawie strącił z Wieży Astronomicznej.

W żołądku zacisnął mu się bolesny supeł, niestety, przyćmiony następną mściwą myślą.

Na to właśnie zasłużyła!

Lodowaty chłód niczym mgła zasnuł mu umysł, grożąc stłumieniem wszystkiego innego. Powoli osuwał się w ciemność i poddawał pragnieniu zemsty. Wyciągał właśnie różdżkę z kieszeni, kiedy w głowie mignęło mu następne wspomnienie, tym razem przyjemne.

Figlarne, brązowe oczy zapraszały do zabawy. Ciepła, drobna dłoń z uczuciem przesuwała się po jego policzku, a potem znalazł się w ciasnym uścisku. Miękkie, lekko wilgotne, spragnione pieszczot usta przyciskały się do jego własnych.

W momencie zastygł w bezruchu. Mimo że nie wyciągnął oręża, nie puścił również uchwytu. Wciąż był kontrolowany przez gniew i właśnie dlatego zobaczył w głowie obraz, o którym wolał zapomnieć.

Te same brązowe oczy patrzyły na niego bez wyrazu, zaś ich właścicielka traktowała go chłodno i trzymała na dystans. Wydawała się zblazowana i zobojętniała. W głębi duszy pragnął, żeby okazywała emocje, ale jedyne, czego doświadczył to zimna nienawiść.

Z ledwością mógł oddychać, a jego sytuacji nie poprawiał ból w klatce piersiowej. Wróciwszy do rzeczywistości, gwałtownie puścił różdżkę. Chociaż w powietrzu wciąż unosiły się drobinki pragnącej zemsty magii, zdołał się opanować i ponownie skoncentrował się na stojącej przed nim dziewczynie. Mimo że wciąż patrzyła nań z kpiącym uśmieszkiem i zadziornym błyskiem w oku, przejrzał tę fasadę, dostrzegłszy coś znaczenie więcej. Sprawiała wrażenie zaniepokojonej i czujnej. Wydawała się niesamowicie spięta, a dłonie miała zaciśnięte w pięści, jakby była przygotowana do obrony. Z bolesnym ukłuciem w piersi zrozumiał, że oczekiwała ataku. Czy to możliwe, że sprowokowała tę kłótnię, żeby zobaczyć, w jaki sposób zareaguje…?

Zamrugał kilkakrotnie, potrzebując chwili na uspokojenie nerwów. Naprawdę musiał trzymać swój temperament na wodzy, kiedy była w pobliżu. Wtem zauważył coś jeszcze. Nadal trzymał w lewej dłoni miedziany naszyjnik, który planował jej podarować. Stworzył go wszak z myślą, aby móc ją chronić, a co przed momentem planował? W duchu pragnął, aby zapłaciła za słowa, które wypowiedziała.

Wziął głęboki uspokajający oddech.

– Odłóżmy sprawę naszego pochodzenia na bok. Wciąż chcę, żebyś to wzięła i nosiła – powiedział w miarę opanowanym głosem i wyciągnął ku niej rękę. – Muszę wiedzieć, gdzie przybyć, kiedy znów zostaniesz zaatakowana przez te dziwolągi w czarnych płaszczach.

Ewidentnie była zdumiona, dlatego też mało brakowało, aby wybuchnął śmiechem. Powstrzymała go wyłącznie myśl, iż naprawdę oczekiwała ataku.

– Ja… – wyjąkała, nie mogąc sformułować konkretnej odpowiedzi.

Tom się uśmiechnął i skorzystał z okazji. Otworzył zapinkę naszyjnika, po czym wyciągnął go zapraszająco w kierunku dziewczyny, która najwyraźniej wciąż była zbyt zdezorientowana, żeby zareagować. Oczywiście, postanowił wykorzystać tę niepewność i przechylić szalę na swoją korzyść. Zrobił krok naprzód i, zanim zdążyła się odsunąć, założył jej na szyję miedziany łańcuszek. Gdy go zapinał, czuł, że drżała, dlatego też postarał się, aby nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Szczerze mówiąc, z trudem powstrzymał się przed przekroczeniem granicy, bowiem gdy tylko znalazł się blisko, został otoczony charakterystycznym i jakże pociągającym zapachem bzu. Kiedy skończył, powoli się odsunął. Hermiona nadal patrzyła nań szeroko otwartymi oczami, ale w przypływie świadomości, dotknęła kamienia.

– Nie zdejmuj go – podkreślił. – Jeżeli znajdziesz się pod ostrzałem, zostanę w okamgnieniu poinformowany i zjawię się najszybciej, jak będę mógł.

Wypuściła zawieszkę z uścisku, a Tom z satysfakcją odnotował, że nie zerwała z siebie naszyjnika i nie cisnęła nim o podłogę.

– W porządku… – powiedziała jakby nieśmiało, więc najprawdopodobniej nadal była bardzo zmieszana. – Ee, w takim razie wrócę do pokoju wspólnego…

– Oczywiście. – Skinął głową.

Hermiona rzuciła mu ostatnie zdezorientowane spojrzenie, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła w swoją stronę. W ostatecznym rozrachunku Tom uznał, że nie poszło mu najgorzej. Właściwie osiągnął spektakularny sukces, jeżeli zignorować się fakt, iż został w bezczelny sposób obrażony i omal się nie odwdzięczył atakiem. W duchu liczył, że naprawdę będzie nosiła ten wisior i nie zdejmie go przy pierwszej lepszej okazji. Zaliczywszy początkowy etap planu, musiał teraz nakłonić dziewczynę do wyznań, dlaczego utraciła swą magię. Zanim wspiął się na Wieżę Astronomiczną, miał w planach wybadać dziś temat, ale zrozumiał, że to nie jest najlepszy moment na zwierzenia. Wyglądała, jakby potrzebowała dłuższej chwili na ochłonięcie. Czas nie gra właściwie roli – prędzej czy później dokopie się do prawdy.


Następnego dnia wyszła ze szkoły w poszukiwaniu odrobiny samotności. Podświadomie zacisnęła dłoń na wisiorze, który wczoraj otrzymała. Prawdę powiedziawszy, ostatnio robiła to niesamowicie często. Czemu właściwie jeszcze go nie zdjęła? Całkiem prawdopodobne, że Tom, zamiast umieścić weń zaklęcie alarmowe, wykombinował jakąś sprytnie ukrytą klątwę o opóźnionym działaniu. Bez magii nie mogła przeprowadzić odpowiednich testów, jednak w duszy wiedziała, że powinna się go jak najszybciej pozbyć. Wbrew rozsądkowi wciąż nosiła ten przeklęty naszyjnik, który obecnie połyskiwał w słonecznym świetle. Nie chcąc przyciągać nim niepotrzebnej uwagi, schowała go pod bluzką.

Najlepiej jakby wylądował na dnie jeziora, pomyślała, sfrustrowana.

Westchnęła pod nosem i kontynuowała spacer. Inni uczniowie również cieszyli się przyjemnym dniem, zaś niedaleko biegała grupka pierwszorocznych, bawiąc się czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało zepsutego złotego znicza. W pewnej odległości zobaczyła także siedzących pod wierzbą Rose i Lucię, więc natychmiast się odwróciła i poszła w przeciwnym kierunku. Nie minęło wiele czasu, zanim znalazła się przed boiskiem do quidditcha, gdzie jedna z drużyn właśnie odbywała swój trening. W powietrzu unosili się gracze i ćwiczyli przekazywanie kafla. Byli tak szybcy, że Hermionie zakręciło się w głowie od samego patrzenia. Jedyne, co dostrzegała, to rozmazującą się zieleń.

Znów ślizgoni, co?

Wyciągnęła szyję i spróbowała dojrzeć, kto właściwie gra. Ledo Avery był kapitanem, prawda? Zdecydowanie wolałaby uniknąć towarzystwa. To następny sprawiający kłopoty gad, podsumowała i mimowolnie zadrżała. Chwilę później zmarszczyła brwi, bo uświadomiła sobie, że kiedy ostatnio go widziała, nie wyglądał najlepiej. Miało to miejsce w skrzydle szpitalnym, gdzie praktycznie się wykrwawiał na jednym z łóżek. Na twarzy miał paskudne rozcięcie. Wiedziała, że to sprawka Toma i zastanowiła się, czy sprawiło mu to przyjemność.

Oczywiście.

Najważniejszy był powód, dla którego skrzywdził swojego podwładnego – bo przecież nie chodziło o to, że była przez niego nękana i napastowana. Potrząsnęła głową, aby odrzucić niepokojące myśli, a następnie westchnęła i się odwróciła. Chciała znaleźć sobie lepszą miejscówkę do rozmyślań, aniżeli potencjalnie niebezpieczny teren. Została jednak zawołana, zanim zrobiła przynajmniej trzy kroki naprzód.

– Psst, Hermiono! – Usłyszała, więc obejrzała się przez ramię, ale nikogo nie zauważyła. Zmarszczyła brwi. – Na dole! – dodał głos.

Zerknęła na puste trybuny, gdzie przy ziemi dojrzała wystającą rękę, machającą doń energicznie. Nie chcąc wzbudzać niczyjego zainteresowania, podeszła bliżej rusztowania. Zamrugała ze szczerym zdezorientowaniem, zobaczywszy ukrytego za drewnianymi belkami Longbottoma.

– Co ty tutaj…?

– Cicho! – syknął, uciszając ją w środku zdania. – Chodź do mnie, zanim cię zobaczą!

Usłuchawszy polecenia, schyliła się i podeszła do przyjaciela.

– Co najlepszego, do jasnej cholery, wyprawiasz? – wyszeptała i przykucnęła.

Mark spojrzał na nią, jakby wyrosła jej druga głowa. Najwyraźniej uważał to pytanie za co najmniej absurdalne.

– Szpieguję – odpowiedział, ponownie skupiając się na treningu ślizgońskiej drużyny.

– Co takiego…?

– To, że ostatnim razem pokonaliśmy Slytherin nie oznacza, że powinniśmy odpuścić. – Uśmiechnął się ze złośliwością.

Hermiona westchnęła i oparła się plecami o drewniane rusztowanie. W tej pozycji było jej zdecydowanie wygodniej.

– Czy to przypadkiem nie stoi w sprzeczności z gryfońską ideą sprawiedliwości? – spytała, rozbawiona.

– Nie, nie, bo widzisz, to jest część gry, całkowicie akceptowalna – wytłumaczył przyjaciel.

– Yhym.

– Uwierz, że inni robią dokładnie to samo – dodał, kiedy się zorientował, że nie została przekonana.

– Owszem, ale właśnie podglądasz ślizgonów – stwierdziła, ale tylko wzruszył ramionami, nie wyglądając na zawstydzonego. – Może Tiara Przydziału popełniła błąd w twoim przypadku. To całkiem prawdopodobne, że powinieneś był zostać przydzielony do Slytherinu – dodała złośliwie, a następnie zachichotała, gdy na twarzy chłopaka pojawiło się szczere oburzenie.

– To wcale nie jest śmieszne – burknął pod nosem.

Przez chwilę się krzywił, a potem razem wybuchnęli śmiechem. Wciąż rechocząc, Longbottom sięgnął do po małą torebeczkę, uprzednio rzuconą na ziemię, i podał ją Hermionie. Po krótkich oględzinach znalazła w środku kilka kawałków ciasta dyniowego.

– Widzę, że porządnie się przygotowałeś – stwierdziła i z wdzięcznością poczęstowała się wypiekiem.

– Owszem. – Uśmiechnął się z zadowoleniem i przez moment żadne z nich się nie odzywało, skupione na słodkiej przekąsce. – Co tutaj porabiałaś? – zapytał, gdy przełknął. Szturchnął ją żartobliwie w bok. – Co cię skłoniło do opuszczenia biblioteki? Świat chyba schodzi na psy.

Automatycznie zmarkotniała, przypomniawszy sobie powód, dla którego wyszła z zamku i zaczęła się szwendać na zewnątrz. Longbottom szybko zauważył tę zmianę nastroju i spojrzał nań z niepokojem.

– Coś nie w porządku? – zapytał ostrożnie.

Odwróciła wzrok. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu rozmowa z Markiem na temat Toma wydawała jej się wysoce niewłaściwa.

– Jest dobrze – mruknęła.

– Tak ci przypomnę, że jesteśmy przyjaciółmi – powiedział, po czym przysunął się bliżej, ewidentnie zatroskany.

– Wiem.

– Czyli możesz wyznać mi wszystko, co cię trapi – podsumował.

Westchnęła.

– Chodzi o Toma.

– Riddle znów cię nachodzi? – Longbottom natychmiast się rozgniewał.

– Nie, nie – burknęła pospiesznie, a potem potrząsnęła głową i się zawahała. – Tak, a raczej ciężko stwierdzić, czy podchodzi to pod nękanie.

– Co zrobił tym razem?

– Ostatnio ciągle za mną łazi – wyznała z ciężkim sercem.

Mark zmarszczył brwi.

– Obawiasz się go?

– Nie, ale sprawia, że czuję się niekomfortowo. Nie wiem, co właściwie kombinuje. – Westchnęła przeciągle. – Sytuacja jest skomplikowana. Uratował mi życie, gdy zostałam napadnięta przez żołnierzy Gellerta Grindelwalda, a potem niespodziewanie stał się miły i zaprzestał wcześniejszego gnębienia – wytłumaczyła, świadomie zignorowawszy zatroskaną minę przyjaciela.

– To cię denerwuje? – zapytał pół żartem, pół serio.

– Oczywiście – parsknęła. – Z drugiej strony, zdecydowanie wolę takie zachowanie, aniżeli przemoc.

Longbottom się skrzywił.

– Powinien zostać za to wydalony ze szkoły.

– Po prostu nie rozumiem, skąd ta nagła zmiana – wytłumaczyła. – Czemu niespodziewanie przeszedł z chłodnej nienawiści i otwartej wrogości do cywilnego, nawet koleżeńskiego zachowania?

Chłopak oparł się wygodniej o rusztowanie.

– Cóż, jest cwanym ślizgonem, a myślę, że wszyscy wiemy, że węże są nieuczciwe i podstępne – powiedział z dozą obrzydzenia, ale też starannie dobierał słowa. – Nie sądzisz, że za dużo się nad tym zastanawiasz?

– Jak to?

– Jestem święcie przekonany, że ten drań powinien zostać zamknięty w Azkabanie, ale z mojego punktu widzenia to całkiem oczywiste, czego od ciebie chce – stwierdził z powagą.

Uniosła ze zdziwienia brwi.

– Czyli…?

Longbottom się skrzywił, a następnie wyciągnął z torby kolejny kawałek ciasta dyniowego. Wyraźnie odwlekał odpowiedź w czasie.

– Już ci mówiłem, prawda? Że Riddle prędzej czy później pożałuje, że cię zostawił.

Hermiona zamrugała, szczerze zszokowana.

– Naprawdę myślisz, że chce przebaczenia i odnowienia związku?

Skinął głową.

– Trochę mu zajęło, zanim się zorientował, że popełnił kardynalny błąd.

Wciąż roztrzęsiona, spojrzała w górę i przez moment patrzyła na pędzące po niebie zielone smugi światła. Czy rzeczywiście wyłącznie o to chodzi? Zmarszczywszy brwi, musiała przyznać, że ostatnimi czasy był prawdziwym wrzodem na dupie. Chociaż mówił coś zupełnie przeciwnego, w duchu był zniesmaczony faktem, że urodziła się i wychowała w mugolskiej rodzinie. Sęk w tym, że dobrze poznała jego przeszłość i przyszłość, więc rozważanie opcji nagłej zmiany światopoglądu było po prostu śmieszne i z miejsca wykluczone. Z drugiej strony, jeżeli naprawdę miał wyrzuty sumienia…

– Riddle na ciebie nie zasługuje, Hermiono. – Usłyszała. Wyrwana z zamyślenia, spojrzała na Marka, który uśmiechał się uspokajająco. – Nie zrozum mnie źle – kontynuował. – Nie próbuję cię podburzać przeciwko niemu, bo gościa nienawidzę, albo też dlatego, że podobasz mi się bardziej, niż powinnaś. – Uśmiechnął się, kiedy mimowolnie się zarumieniła. – Znam Riddla od pierwszego roku. Z początku był cholernie dziwny, nawet jak na ślizgona. Wtedy wszyscy byliśmy głupimi szczeniakami, głównie bawiącymi się wokół i nietraktującymi niczego na poważnie. Cóż, prawie wszyscy, bo Riddle był, naturalnie, wyjątkiem od reguły. Nigdy nie miał przyjaciół i był widywany raczej w pojedynkę. Wyglądał, jakby mu nie zależało na nawiązywaniu koleżeńskich relacji z innymi. Nawet jego współlokatorzy z dormitorium trzymali się na dystans. Jak teraz sięgam pamięcią, to nie mogę sobie przypomnieć przynajmniej jednego razu, kiedy wybuchnął śmiechem. Zamiast tego pamiętam dziwaczne i niewytłumaczalne incydenty. Jeżeli ktoś zdenerwował Riddle'a, można było śmiało założyć, że spotka go krzywda. Sprawcy, oczywiście, nigdy nie udało się zidentyfikować, ale dla mnie było jasne, kto jest odpowiedzialny.

Longbottom oparł głowę o drewnianą belkę i przeczesał dłonią blond włosy. Hermiona wyłapała w jego spojrzeniu najprawdziwsze zmartwienie, dlatego też przygryzła w nerwach dolną wargę.

– Wraz z biegiem czasu te wypadki przestały się przydarzać, a Riddle zdawał się wyluzować. Powoli zaczął wchodzić w interakcje z rówieśnikami. Stał się o wiele milszy i zyskał wielu przyjaciół, zwłaszcza w swoim domu; niedługo później również w innych. Ludzie jakby w momencie zapomnieli, że wcześniej był antypatycznym draniem. Jeżeli przyjrzeć się temu bliżej, to w rzeczywistości nijak się zmienił – wciąż jest zamknięty w sobie i pokręcony. Wystarczy spojrzeń na „kumpli", którymi się otacza. Avery jest największym dupkiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Lestrange to najgorszy łobuz w Hogwarcie. Cała reszta, w tym również Malfoy i Black, jest bandą aroganckich snobów, uważających się na lepszych od innych. – W niebieskich oczach ponownie mignęło zmartwienie. – Po tej przemianie z dziwaka do najpopularniejszego chłopaka w szkole wypadki znów zaczęły chodzić po ludziach, tym razem o wiele gorsze. Niektórzy zostali poważnie ranni, a nawet lądowali w skrzydle szpitalnym, przeklęci czarną magią. Szczerze mówiąc, wolałbym nie wspominać tego, co przydarzyło się w zeszłym roku Marcie… – Westchnął, po czym poruszył się nerwowo. – Oczywiście, nie było żadnych świadków, ale krąg podejrzanych zawężał się do przyjaciół Riddle'a. O dziwo, nikt nie pomyślał, żeby przyjrzeć się bliżej samemu Riddle'owi. Wszystko sprowadza się do jednego, Hermiono. – Mark spoważniał i rzucił dziewczynie twarde spojrzenie. – Starszy Riddle różni się od młodszego tylko tym, że teraz lepiej ukrywa swe zbrodnie. Naprawdę uważam, że powinnaś się trzymać od niego z daleka. Moja nienawiść nie wynika z faktu, że on jest ślizgonem, a ja gryfonem i z reguły powinniśmy się kłócić. Facet jest po prostu niebezpieczny i nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć to, czego tylko zapragnie. – Tu zrobił nieszczęśliwą minę. – Wygląda na to, że teraz skupił się na tobie.


Hermiona zanurzyła się w chłodnej wodzie i chwilę w niej posiedziała, zanim wypłynęła na powierzchnię. Momentalnie otuliło ją zimno, szczypiąc skórę niczym najprawdziwszy mróz, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób czuła się z tym dobrze. To pomogło jej nieco oczyścić umysł. Poddała się żywiołowi, a następnie położyła się na plecach. Unosiła się teraz na wodzie. Chcąc oderwać się od rzeczywistości, zastanowiła się, czy Wielka Kałamarnica już urosła. Miała nadzieję, że nie była wystarczająco duża, żeby pociągnąć ją na dno.

Oby nie była też głodna, pomyślała z uśmiechem na twarzy.

Zapatrzyła się w niebo, na którym dostrzegła szybującego ponad koronami drzew samotnego myszołowa. Przymknęła na moment oczy i wzięła głęboki oddech. Wciąż wracała myślami do rozmowy, którą przeprowadziła z Longbottomem. Chociaż nie mogła powiedzieć dlaczego, była nią zdenerwowana. Właściwie to nie usłyszała niczego nowego, a jednak… gdzieś w podświadomości wiedziała, że Mark się mylił, bo Tom nie pragnął odnowić ich relacji, a dokopać się do informacji, które zgromadziła na przestrzeni lat. Z drugiej strony, zawsze mogło mu chodzić o jeszcze coś innego.

Gdy zaczęła drżeć z zimna, postanowiła podpłynąć do brzegu. Wyszła z wody, a potem położyła się na miękkiej trawie. Była ukryta za krzewami, z daleka od ciekawskich ludzkich oczu, a więc miała zapewnioną prywatność. Cieszyła się samotnością, wygrzewając na przyjemnym słońcu. Wyciągnięcie bikini z torby i popływanie w jeziorze okazało się fenomenalnym pomysłem.

Zasypiała, kiedy poczuła, że ktoś siada na trawie obok niej. Uniosła powieki i spojrzała na przybysza. Tom marszczył nań brwi.

– Och, witaj, Voldemorcie – powiedziała, położywszy się z powrotem i przymknąwszy oczy. Jakoś nie była zaskoczona jego obecnością.

– Czemu wciąż mnie tak nazywasz?

– Cóż, nie chcę znowu zapomnieć – odparła zgodnie z prawdą.

Chłopak postanowił przez chwilę pomilczeć, więc skorzystała z ciszy i trochę się odprężyła. Słońce świeciło na niebie, a ptaki radośnie świergotały, dlatego też poczuła się senna.

– Co tutaj robisz? – zapytał z jakby wyrzutem po jakiejś minucie.

Ziewnęła, szczerze zmęczona.

– Jak myślisz? Odpoczywam.

– To widzę, ale dlaczego akurat nad jeziorem? – syknął.

Ton, którego użył, sprawił, że otworzyła oczy i nań spojrzała. Wydawał się rozgniewany. Hermiona zmarszczyła w dezorientacji brwi, a potem westchnęła.

– Jaki masz z tym problem?

– Jesteś daleko od zamku i w odosobnieniu – podsumował ostrym tonem. – Widzę, że nawet nie zdajesz sobie sprawy, że jesteś teraz bezbronna i praktycznie wystawiasz się na atak. Zapomniałaś już, co się wydarzyło ostatnim razem?

– Wyobraź sobie, że wręcz przeciwnie – odparła spokojnym, aczkolwiek zdystansowanym tonem. – Niemniej jednak nie będę się ukrywała w Hogwarcie do końca moich dni.

Tom zacisnął usta w cienką linię, wyraźnie niezadowolony z udzielonej mu odpowiedzi. Zmarszczywszy gniewnie brwi, niespodziewanie złapał ją za prawe ramię.

– Przestałaś też nosić kaburę na różdżkę. Tym samym pokazujesz wszem wobec, że jesteś łatwym celem.

Hermiona zesztywniała, kiedy znalazła się w pułapce. Gniewnie wyszarpnęła rękę z uścisku i zmrużyła oczy. Gdy się zorientował, że przekroczył granicę, trochę spokorniał, ale i tak się odsunęła, patrząc nań podejrzliwie. Odwrócił wzrok, najwyraźniej urażony jej reakcją i zrobił markotną minę.

– Przepraszam – wymamrotał pod nosem.

– W porządku – odparła, wciąż w pozycji obronnej.

Chwilę posiedzieli w milczeniu, a potem Tom nie wytrzymał i wrócił do poprzedniego tematu, starając się ostrożniej dobierać słowa i emanować większym opanowaniem.

– Jesteś po prostu nieodpowiedzialna. Ci czarodzieje przełamali zabezpieczenia Hogwartu, a nawet mieli przy sobie świstokliki. Oddalanie się na własną rękę jest dla ciebie szalenie niebezpieczne.

– Całkiem możliwe, ale nie zamierzam pozwolić, aby ponownie moim życiem zawładnął strach – odpowiedziała hardo.

– Jak możesz być tak lekkomyślna?

– To żadna nowość, że ktoś pragnie mojej śmierci – podsumowała.

Tom przez chwilę nań patrzył, przywdziawszy na twarz nieprzeniknioną maskę.

– Kto wcześniej na ciebie polował? – zapytał spokojnie, aczkolwiek wychwyciła w jego głosie oznaki utraty samokontroli.

Głównie ty, pomyślała i ograniczyła się do niedbałego wzruszenia ramionami. Ostatecznie zdecydowała się zignorować przejmującą nad nim władzę wściekłość. Wtem gniewny blask wyparował z jasnoszarych oczu, ponownie czyniąc je opanowanymi. Riddle się uśmiechnął, co samo w sobie wzbudziło weń niepokój.

– Nie walczyłaś na wojnie we Francji, prawda?

Z trudem powstrzymała się od napięcia wszystkich mięśni. Momentalnie stała się podejrzliwa. Chociaż pytanie z pozoru wydawało się niewinne, dobrze wiedziała, że było podchwytliwe i cholernie obciążające. To oczywiste, że nie brała udziału w wojnie przeciwko Gellertowi Grindelwaldowi, aczkolwiek wcześniej twierdziła inaczej. Tom częściowo dokopał się do prawdy i wszedł w posiadanie wiedzy, iż pochodziła z przyszłości i odbyła nieplanowaną podróż w czasie. To była kwestia kilku tygodni, a maksimum miesiąca, żeby poruszył drażliwy temat, pomyślała ze znużeniem.

– Owszem – odpowiedziała ostrożnie.


– To żadna nowość, że ktoś pragnie mojej śmierci – powiedziała swobodnie.

Magia Toma szarpnęła się do przodu.

– Kto wcześniej na ciebie polował?

Szczerze mówiąc, był zaskoczony, że zdołał nie pokazać po sobie gniewu. Siłą się powstrzymywał od złapania Hermiony za ramiona i potrząśnięcia nią. Pragnął wydusić z niej odpowiedź, bo wiedział, że zaraz zacznie zmyślać lub się wymigiwać od powiedzenia prawdy. Wtedy mógłby dopaść tych drani i dopilnować, aby długo cierpieli przed śmiercią. Zmrużył oczy, gdy wzruszyła ramionami. Magia przepływała przez niego falami, podsycana przez niemożność uspokojenia nerwów. Potrzebował informacji, a mury ochronne, które automatycznie wzniosła, doprowadzały go do białej gorączki. To cholernie frustrujące. Miał ochotę dobyć różdżki, a moc mu chętnie wtórowała. Odetchnął głęboko. Przeklinanie Hermiony nie zaprowadzi go do niczego, a wręcz przeciwnie, tylko pogorszy sprawę i wszystko dodatkowo skomplikuje. Nie mógł ponownie popełnić błędu, którym niemal zaprzepaścił pracę nad zaczarowanym naszyjnikiem. Utrata panowania nad sobą nie wchodziła w grę. Wciąż pracował nad odzyskaniem jej zaufania i nie chciał udaremnić swoich prób przez głupie, rozszalałe emocje. Postanowił nie uciekać się do używania przemocy. W końcu nie na darmo skończył w Slytherinie.

– Nie walczyłaś na wojnie we Francji, prawda? – zapytał, przybrawszy niewinny wyraz twarzy.

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale spodziewał się podobnej reakcji, więc wykazał się cierpliwością i poczekał, aż sama mu odpowie.

– Owszem.

Zamrugał, zaskoczony łatwością, z jaką przyznała się do kłamstwa. Z drugiej strony, już wcześniej potwierdziła, że rzeczywiście cofnęła się w czasie. Całkiem dobrze pamiętał tę rozmowę, bo groziła mu wówczas wydaleniem ze szkoły.

Spojrzał na taflę jeziora.

– Czyli naprawdę pochodzisz z przyszłości?

– Nie rozumiem, po co się pytasz, skoro użyłeś mojej krwi w Ortusie – odparła.

Tom stłumił cisnący się na usta uśmieszek. Chciała się zabawić? W porządku, będzie nawet zabawniej.

– Eliksir stwierdził, że urodziłaś się w 1979 roku – powiedział z pozoru beztrosko.

– Owszem – syknęła.

Tym razem nie zdołał powstrzymać uśmiechu.

– Przeskok w czasie o pięćdziesiąt trzy lata to niezły wyczyn.

Hermiona się nań zapatrzyła, przez co prawie się roześmiał. Wyglądał na tak nieufną, że to aż śmieszne.

– Właściwie to pięćdziesiąt cztery – odpowiedziała, uprzednio potrząsnąwszy głową. Zmarszczył brwi, zaś dziewczyna westchnęła i oparła się na łokciach. – Tak naprawdę mam osiemnaście lat, bo przybyłam z 1997 roku.

– Rozumiem – stwierdził i omiótł ją wzrokiem.

Miała na sobie tę dziwaczną… rzecz, odsłaniającą zdecydowanie zbyt dużo w miejscach, które powinny być zakryte, zwłaszcza przed ciekawskimi oczami postronnych ludzi. Nie podobało mu się, że paradowała w tym po dworze, gdzie wszyscy mogli ją zobaczyć. Mimowolnie zaczął błądzić spojrzeniem po jej smukłych nogach, aż wreszcie zatrzymał się na cięciu na prawym podudziu. Wcześniej głębokie rany teraz stały się zaledwie jasnymi znamionami, przypominającymi pajęczynę na skórze. Skoncentrował się na innych bliznach, które nosiła. Nie podobało mu się, że oberwała w niejednym starciu. Stłumił rosnący gniew i wygładził twarz. Hermiona zmarszczyła brwi, gdyż najwyraźniej zauważyła, że się trochę doń przybliżył. Uśmiechnął się przyjaźnie.

– Czemu to zrobiłaś? Z jakiego powodu postanowiłaś cofnąć się w czasie o ponad pięć dekad? – zapytał, zaintrygowany.

– Cóż, przez przypadek – odparła po chwili dłuższego milczenia.

Tom był zaskoczony, że rzeczywiście mu odpowiedziała. Czy mówiła prawdę? Przeniosła się w przeszłość przez zwykły zbieg okoliczności? Był szczerze przekonany, że przybyła tutaj w konkretnym celu, jak na przykład zebranie Insygniów Śmierci.

– Co doprowadziło do tego przypadku? – zapytał opanowanym głosem.

Trochę spochmurniał, zauważywszy dozę dystansu na twarzy dziewczyny. Ewidentnie wciąż była przy nim ostrożna.

– Nie zaspokoję twojej ciekawości.

Na moment poddał się rozczarowaniu, ale ostatecznie szybko się pozbierał. Musiał zaakceptować tę odmowę, gdyż wiedział, że więcej z niej nie wyciągnie. Wywieranie presji i nacisku wcześniej się nie sprawdziło.

– Jak to zrobiłaś? – zapytał, skupiwszy się na innych aspektach. – Nie mogłaś przecież użyć zmieniacza, bo działają w ściśle określonym przedziale czasowym, ot godziny do najwyżej kilku dni.

– Znów natrafiłeś na ścianę – odparła. – Nie zdradzę ci żadnych szczegółów związanych z podróżą w czasie, którą odbyłam, a tym bardziej na temat przyszłości.

Może powinienem przyjąć agresywniejszą strategię, pomyślał, patrząc na jej zacięty wyraz twarzy.

– Skoro odmawiasz mi odpowiedzi, to przynajmniej pozwól, abym zgadywał. – Uśmiechnął się, kiedy zmrużyła podejrzliwie oczy. – Użyłaś Niezwyciężonej Różdżki – dodał i prawie pęknął z zadowolenia, gdy zesztywniała, próbując zachować kamienną minę. Najwyraźniej od samego początku miał rację. To satysfakcjonujące uczucie.

– Co sprawia, że tak myślisz? – zapytała lekko drżącym głosem.

– Cóż, ponieważ używasz tego Insygnium, odkąd przybyłaś do Hogwartu – zaryzykował.

W brązowych oczach dojrzał ciężki do zidentyfikowania błysk.

– Jesteś przekonany, że posługuję się Czarną Różdżką?

– Tak.

– Czyli to dlatego ukradłeś mi broń.

Tom przez moment rozważał kłamstwo, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że nijak się opłaci i byłoby to nierozsądne posunięcie. Zdecydowawszy się na powiedzenie prawdy, przybrał pełną wyrzutów sumienia minę.

– Owszem, bardzo przepraszam.

Atak na Wieży Astronomicznej był kolosalnym błędem, stwierdził z goryczą. Jednym z pozoru przemyślanym ruchem zniszczył resztki zaufania, którymi go darzyła i teraz będzie się musiał sporo natrudzić, żeby je odzyskać.

– Z przykrością muszę cię poinformować, że straciłeś całą masę czasu na przeprowadzenie badań, z których nic nie wyniknęło – powiedziała ze złośliwością w głosie. – To zwyczajna różdżka.

Zmarszczył brwi i nań uważniej spojrzał. Wyglądało na to, że rzeczywiście mówiła prawdę. To wręcz niesłychane, bo był święcie przekonany co do swojej teorii. Odkąd się poznali, Hermiona posługiwała się zaawansowanymi czarami i nieraz potrafiła go zadziwić. Co więcej, niejednokrotnie wyczuwał wokół niej drobinki jakby obcej magii, tak więc nic dziwnego, że doszedł do wniosków, które niedawno zostały obalone. Zastanawiające zakłócenie w przepływie jej mocy było jednak spowodowane wpływami Niezwyciężonej Różdżki, prawda? Jakby nie patrzeć, przyznała, że użyła Insygnium Śmierci, żeby cofnąć się w czasie. Żeby to osiągnąć, musiała być właścicielką Niezwyciężonej Różdżki. Czemu teraz posuwała się do równie oczywistego kłamstwa…? Kiedy mocniej się skupił i prześledził nawet najdrobniejsze zmiany w jej mimice, nie zauważył jednak nawet odrobiny fałszu. Był szczerze zdezorientowany.

Wtem wrócił myślami do rozmowy, którą odbyli jakiś czas temu, jeszcze przed zerwaniem.

Miał miejsce pewien incydent, a kilka minut później znalazłam się tutaj, powiedziała mu wówczas. Wtedy jeszcze nie wiedział, że „tutaj" oznaczało „w przeszłości". Nawet moja magia przeszła transformację, dodała.

W momencie zalała go fala najprawdziwszej, nieposkromionej ekscytacji. Wreszcie połączył ze sobą wszystkie elementy układanki. Hermiona użyła Niezwyciężonej Różdżki, aby cofnąć się w czasie, jednak w trakcie podróży coś poszło nie tak, coś się niespodziewanie wydarzyło i właśnie dlatego jej moc uległa „przemianie". Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały, iż ta siła sprawcza pochodziła od Insygnium Śmierci. Magiczny przedmiot, który stworzył Ignotus Peverell, był wystarczająco silny, żeby wejść w integrację z magią swojego właściciela i dokonać weń zmian. W rezultacie Hermiona zaczęła dysponować niewiarygodną wręcz magią, dzięki której mogła nawet przełamywać zabezpieczenia Hogwartu. Całkiem prawdopodobne, że Niezwyciężona Różdżka była również powodem, dla którego straciła swą moc.

Zmarszczywszy lekko brwi, spojrzał na dziewczynę. Zagapiła się na jezioro, ewidentnie starając się go ignorować. Pozwolił sobie na mały uśmieszek. Wychodzi na to, że Insygnium najpierw poluzowało pasa, a następnie go zacisnęło. W jakiś niewyjaśniony sposób czuł się urażony faktem, iż wcześniej się w tym nie zorientował i długo tkwił w nieświadomości. Potrzebował potwierdzenia, bo przecież planował pomóc jej odzyskać moc. Majstrowanie przy cudzej magii już z samej zasady było niebezpieczne. Zabieranie się do pracy bez znajomości wszystkich podstawowych faktów było zaś lekkomyślne i niewiarygodnie głupie.

– Co się stało z Niezwyciężoną Różdżką po tym, jak cofnęłaś się w czasie? – zapytał z największą ostrożnością.

Od razu nań spojrzała.

– Co masz na myśli…? – spytała z nutką paniki w głosie.

Uśmiechnął się uspokajająco.

– Cóż, użyłaś Różdżki, żeby się tutaj przenieść, a jeszcze przed momentem twierdziłaś, że już jej nie posiadasz. Zastanawiam się, co takiego z nią zrobiłaś.

Zaczęła się niezręcznie wiercić, niby w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji, ale wiedział lepiej. Czuła się zakłopotana i zapędzona w pułapkę. Za wszelką cenę próbowała znaleźć wyjście z tej sytuacji i sposobu na zakończenie improwizowanego przesłuchania.

– Eee, zostawiłam Różdżkę w przyszłości.

– Och, naprawdę? – zapytał, celowo wplatając w to zdanie wątpiącą nutę.


– Och, naprawdę?

Jakże nienawidziła kpiącego uśmieszku, który zagościł na jego twarzy. Gdyby mogła, z przyjemnością by mu go zmyła.

W jasnoszarych oczach błyszczało podekscytowanie, ale w rzeczywistości dysponował jedynie skrawkami informacji i nie posiadał ogólnego zarysu sytuacji, prawda…? Spanikowana, prawie przygryzła z nerwów wargę i się zdradziła. Wiedział, że była podróżniczką w czasie, że w niewyjaśnionych okolicznościach straciła swoją magię oraz że wykazywała niezdrowe zainteresowanie Insygniami Śmierci. Nie mogła pozwolić, aby połączył wszystkie kropki i wyciągnął poprawne wnioski. Wystarczy, że ona miała zagwozdkę. Wciąż nie mogła wykombinować, dlaczego jeszcze nie cisnął weń Cruciatusem i próbował zachowywać się w miarę przyjaźnie. Spojrzała na niego uważnie i prawie przeklęła pod nosem, zobaczywszy jego zadowolony z siebie uśmieszek. Ewidentnie coś knuł. Zdecydowanie zbyt dobrze go znała.

– Wiesz, co myślę? – zapytał, uprzednio pochyliwszy się do przodu, aby sięgnąć jej ucha. Chwilę później, gdy wywarł nań presję, z powrotem usiadł normalnie. Oczywiście, potrząsnęła przecząco głową, szczerze wystraszona. W odpowiedzi Tom szerzej się uśmiechnął. – Nijak zaprzeczysz, że odkąd tu przybyłaś, dokonałaś kilku niemożliwych rzeczy. Jestem przekonany, że mimo tego, co opowiadasz, byłaś wspierana przez Niezwyciężoną Różdżkę.

Nieświadomie się od niego odsunęła, spanikowana nie na żarty.

– Powiedziałam, że nie mam Czarnej Różdżki.

Uniósł wyzywająco brew.

– Nie twierdziłem, że potrzebujesz do tego Insygnium.

– Co właściwie insynuujesz…?

– Niczego – odpowiedział. – Stwierdzam tylko oczywistość. Moc, którą dysponuje Niezwyciężona Różdżka, magiczny przedmiot stworzony przez Ignotusa Peverella, jest wystarczająco potężna, aby zmienić magię czarodzieja lub czarownicy.

Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze. Gorączkowo spróbowała zetrzeć wypisaną na twarzy panikę, ale zadowolony uśmieszek Riddle'a podpowiedział jej, że osiągnęła spektakularną porażkę. Odwróciła wzrok. Cóż, nie powinnam być zaskoczona, stwierdziła, pragnąc uspokoić przyspieszony oddech. Gdzieś w środku wiedziała, że Tom szybko wpadnie na właściwy trop. Co teraz…? Ugryzła się mocno w język. Czy zamierzał wymusić z niej resztę informacji? Na moment przymknęła oczy, a kiedy je otworzyła, zauważyła, że patrzy nań niczym drapieżnik na bezbronną ofiarę.

– Co zamierzasz? – zapytała hardo. Nie zamierzała pozwolić mu na żadną. Ostry ton sprawił, że przestał wyglądać na tak zadowolonego.

– Nic – odpowiedział zaskakująco kojącym głosem, a następnie wyciągnął doń rękę. Mimowolnie się spięła, ale nie została dotknięta. Zamiast tego, chłopak poprawił miedziany naszyjnik. – Obiecałem przecież, że więcej cię nie skrzywdzę.

Nawet na moment nie spuściła z niego badawczego spojrzenia. Mimo to, kiedy usłyszała ciche zapewnienie, trochę się rozluźniła.

Facet jest po prostu niebezpieczny i nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć to, czego tylko zapragnie, przypomniała sobie słowa Longbottoma. Chociaż chciała mu uwierzyć, rozumiała, że nie powinna opuszczać gardy w jego towarzystwie. Jakby nie patrzeć, Mark miał całkowitą rację i wiedziała to z własnego doświadczenia. Tom Riddle był stanowiącym zagrożenie czarnoksiężnikiem oraz pierwszorzędnym kłamcą. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, zadrżała i znów odwróciła wzrok. Tym razem patrzyła na spokojną taflę jeziora.

– Co się przydarzyło Marcie w zeszłym roku? – zapytała po dłuższej chwili milczenia.

Szczerze mówiąc, nie pojmowała, dlaczego podtrzymała konwersację i skupiła się akurat na incydencie z bazyliszkiem. Kątem oka zauważyła, że lekko zesztywniał, a więc natrafiła na temat, którego wolał nie poruszać. Z zainteresowaniem odwróciła głowę. Jak dotąd, kiedy czuł się niekomfortowo, przywdziewał na twarz nieprzeniknioną maskę, całkowicie pozbawioną emocji. Obecnie również nie mogła go rozszyfrować, ponieważ jasnoszare oczy były twarde niczym stal, chłodne i zdystansowane.

Nic nowego, podsumowała i wstrzymała na moment oddech, gdy na jego ustach pojawił się nikczemny uśmiech.

– Kto cię wtajemniczył? – zapytał z pozornym opanowaniem.

– Mark coś napomknął – odpowiedziała zgodnie z prawdą, aczkolwiek nie potrafiła powstrzymać się od zmarszczonych z dezaprobatą brwi. – Co przydarzyło się Marcie? – powtórzyła z naciskiem.

Tom przechylił głowę w bok.

– Hmm. Odnoszę wrażenie, że już wiesz.

Zmrużyła podejrzliwie oczy.

– Czyżbyś zabił tę dziewczynę? – zapytała, porzuciwszy ostrożność.

Jeżeli był zaskoczony okazaną bezpośredniością, nijak to okazał.

– Nie – odparł.

Oczywiste kłamstwo sprawiło, że Hermiona zacisnęła usta. Coś nieprzyjemnego osiadło jej na żołądku, ale nie sądziła, by było to rozczarowanie, bo niczego podobnego nie oczekiwała. Chociaż chciała, nie potrafiła wytłumaczyć targających nią emocji. Ostatecznie zaklasyfikowała tę rozmowę jako niemałą wpadkę w swoim postanowieniu o unikaniu kontaktu i zachowaniu bezpiecznego dystansu.

– Nie zabiłem Marty – dodał beznamiętnie. – Niemniej jednak jej nie uratowałem. Po prostu znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Hermiona się zapatrzyła, rozważając usłyszaną odpowiedź. To wręcz niebywałe, że wypowiadał się o czyjejś śmierci w tak bezuczuciowy i chłodny sposób.

– Może i rzeczywiście nie planowałeś zabić Marty, ale to z pewnością twoja wina, że zginęła. – Zmarszczyła brwi. – Żałujesz, że straciła przez ciebie życie…? – dodała z wahaniem.

Tom przez moment milczał. W jasnoszarych oczach nie widać było nawet cienia emocji. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy to aby na pewno była maska, czy też właśnie patrzyła na jego prawdziwą twarz. Naprawdę nie czuł żalu? Nie miał żadnych wyrzutów sumienia?

– Nie.

Nie wiedziała, jak zareagować. Sprawiał wrażenie chłodnego i wręcz odpychającego. Teraz gdy o tym pomyślała, z bolesnym ukłuciem w sercu doszła do wniosku, że to najprawdopodobniej najszczersza rozmowa, którą dotąd przeprowadzili. Nie mogła się zdecydować, czy to dobra nowina, czy też smutna wieść. Z drugiej strony, postawił na prawdę, a nie fałsz…

– Czemu to zrobiłeś? – zapytała ostrożnie. – Była mugolskiego pochodzenia?

Wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia.

Zamrugała, szczerze zaskoczona.

– Naprawdę…?

– Owszem – przyznał. – Zginęła, więc nie widziałem sensu w drążeniu tematu.

– Rozumiem – stwierdziła.

Tom nie odpowiedział i, szczerze mówiąc, nie czuła potrzeby kontynuowania tej rozmowy. Mimowolnie zatopiła się w myślach, chcąc poukładać sobie sprawy w głowie.

To niesamowite, że rzeczywiście postanowił niczego nie ukrywać. Wiedziała, że nie kłamał, bo przecież znała historię otwarcia Komnaty Tajemnic i bazyliszka. Żeby się wykręcić, nie musiał nawet posuwać się do sfałszowania najważniejszych informacji, bowiem wystarczyło, aby powstrzymał się od odpowiedzi. Zamiast się wymigiwać, postawił na prawdę. Dlaczego?

Uświadomiwszy sobie zależności, odczuła niesamowitą ulgę, chociaż nie potrafiła wytłumaczyć jej podstaw. Z pewną dozą oszołomienia zrozumiała, że ta szczerość ją uspokoiła.

– Czyli rozmawiałaś z Longbottomem o Marcie?

Wyrwana z zadumy, prawie podskoczyła w miejscu. Była też zaskoczona wymagającą nutą, którą usłyszała. Wyglądał na niezadowolonego, że rozmawiała o podobnych rzeczach ze współdomownikami.

– Cóż, jest moim przyjacielem – odparła, nie wiedząc, dlaczego właściwie musi się tłumaczyć.

Tom zmarszczył gniewnie brwi.

– O czym jeszcze sobie pogawędziliście?

– O wielu rzeczach – stwierdziła, skołowana nagłą stanowczością ślizgona.

– Yhym, też mi przyjaciel – parsknął. – Co jeszcze ci powiedział? Czyżby ostrzegał przede mną?

Hermiona spojrzała jego rozgniewaną twarz i poczuła się dziwnie uspokojona.

– Nikt nie musi mnie w tej kwestii uświadamiać. Wiem, że jesteś problematyczny. – Uśmiechnęła się łagodnie.

Nie spodobała mu się odpowiedź, bo prychnął, ewidentnie zirytowany. Szczerze mówiąc, miała to gdzieś. Rozprostowała ramiona i położyła się z powrotem na trawie. Wkrótce poczuła się cholernie zmęczona, zapewne dzięki padającemu nań przyjemnemu słońcu. Co ciekawa, chociaż wcześniej jej przeszkadzał, teraz przestał. Wylegiwanie się nad wodą było cholernie relaksujące, dlatego też niedługo potem zaczęła odpływać.

– Hermiono?

Drgnęła, wróciwszy do rzeczywistości, ale nie otworzyła oczu.

– Słucham?

Ta rozmowa była dziwaczna od samego początku. Zdecydowanie nie chciała jej kontynuować. Miała wiele do przemyślenia.

– Naprawdę pływałaś w samej bieliźnie?

Zamrugała i podniosła się na łokciach.

– Co…? – zapytała, szczerze zdezorientowana.

Tom nań patrzył, a w jasnoszarych oczach dostrzegła błysk dezaprobaty.

– Ktoś mógł cię zobaczyć – dodał z wyrzutem.

Zachichotała, nie mogąc uwierzyć w realizm tej sytuacji. Czyżby dręczyło go to od momentu, kiedy się doń podkradł?

– Wiem, że to nie mój interes – kontynuował, teraz bardziej obronnym tonem. Nie mógł oderwać od niej spojrzenia. – Jesteś prawie naga. Co, gdyby ktoś przechodził obok? To nie takie niemożliwe, jak ci się wydaje. Widzisz, dobrze, że tylko mnie spotkałaś.

– Cóż, ty mnie szukałeś – podsumowała z niemałym rozbawieniem.

Zrobił diablo winną minę, ale nie przyćmiła ona oburzenia, którym emanował.

– Nie możesz paradować po dworze w takim odzieniu – stwierdził karcącym tonem.

Wybuchnęła śmiechem, nie mogąc się dłużej powstrzymać. W odpowiedzi straszliwie się skrzywił.

– To nie jest bielizna. To bikini – wytłumaczyła ze spokojem, ale tylko zmarszczył w niezrozumieniu brwi. Myślałam, że stały się już popularne, pomyślała i wzruszyła ramionami. – Jestem pewna, że wprowadzono je w okolicach lat czterdziestych. Może po prostu nie dotarły jeszcze do Europy.

Tom nie wydawał się przekonany tą argumentacją i nadal patrzył na turkusowy strój kąpielowy z wyraźną dezaprobatą. Hermiona znów się roześmiała.

– Możesz nosić to w przyszłości publicznie? – zapytał z oburzeniem.

– Wyobraź sobie, że noszenie bikini nie wymaga czyjegoś zezwolenia – odpowiedziała. – Sama wybieram sobie ubrania, dziękuję bardzo – dodała z kpiną w głosie, a kiedy nijak zareagował, kontynuowała: – Jeżeli masz z tym problem, to zastanawiam się, jak zdzierżysz lata sześćdziesiąte. – Potrząsnąwszy głową, sięgnęła po bluzkę i zakryła piersi. – Jest już późno, więc wracam do zamku. – Wstała i włożyła spódnicę. Cały czas była bacznie obserwowana.

– Czy mogę ci potowarzyszyć? – zapytał Tom, kiedy zapięła suwak i wszystkie guziczki.

Spojrzała nań uważnie. Wciąż siedział na trawie, ale wydawał się gotowy do podniesienia w każdej chwili. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Nadal ani trochę mu nie ufała. Teraz gdy poznał kilka z jej tajemnic, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej przerażającego, aniżeli przedtem. Powinna po prostu zaprzeczyć i samodzielnie wrócić do szkoły, ale ku własnej frustracji tylko wzruszyła ramionami. Riddle najwyraźniej odebrał to jako zgodę, bowiem podniósł się z trawy i się uśmiechnął.


Jakiś czas później Hermiona siedziała w bibliotece, pracując nad wypracowaniem z zielarstwa. Termin mijał dopiero za tydzień, ale wiedziała, że esej doskonale odciągnie ją od innych, bardziej skomplikowanych myśli dotyczących pewnego ślizgona, który ostatnio często zań chodził. Uświadomiwszy sobie, na czym się znów skupiła, westchnęła pod nosem. To takie bezcelowe…

Gdy wracała wspomnieniami do rozmowy, którą odbyli nad hogwardzkim jeziorem, zaciskała z dezaprobaty usta i ignorowała nerwowy supeł w żołądku. Wiedział o niej zdecydowanie zbyt dużo, a teraz, przynajmniej częściowo, potwierdził swe przypuszczenia odnośnie Czarnej Różdżki. Kiedy tak zastanawiała się nad jego planami i związanymi z nią zamiarami, odkryła, że zagnieździło się weń nietypowe uczucie. Spróbowała je od siebie odsunąć lub zdeptać w zarodku, ale nieskutecznie. Cholernie się bała, do czego doprowadzi.

Zaczęła mieć wątpliwości.

Zwątpienie, niczym wolno działająca trucizna, zainfekowała jej myśli, przez co postanowienie, w którym tyle wytrwała, znacząco osłabło. Właściwie to machina ruszyła w dzień, kiedy została zaatakowana przez żołnierzy Grindelwalda i Tom przyszedł jej z pomocą. Niespodziewanie przestał zachowywać się okrutnie, skończył z docinkami i wrogimi spojrzeniami, a nawet zaczął odnosić się doń całkiem przyjaźnie. Z początku była przekonana, że udawał, aby osiągnąć swój cel i wydobyć z niej informacje, ale teraz zmagała się z rosnącymi wątpliwościami. Z każdą odbytą rozmową były coraz to większe. Złościła się na siebie, ale i była tym przerażona. Nie mogła ponownie wpaść w pułapkę kłamstw.

Mimowolnie dotknęła miedzianego naszyjnika i zacisnęła dłoń na zawieszce z kamieniem. Czemu wciąż go nosiła? W głębi duszy wiedziała, że powinna go zdjąć przy pierwszej lepszej okazji, a jednak… coś ją powstrzymywało.

Może rzucił na wisior zaklęcie dezorientacji, pomyślała z niezadowoloną miną. Zacisnęła usta w cienką linię i potrząsnęła w niedowierzaniu głową. Zgłębiła temat magii umysłu od podszewki, więc dobrze wiedziała, iż to z góry wykluczone. Jeżeli pomieszanie odpadało i Tom rzeczywiście mówił prawdę, nie miała pojęcia, jak na to zareagować.

Warknęła pod nosem z rozdrażnienia, a potem odepchnęła od siebie niechciane myśli i wróciła do pisania wypracowania z zielarstwa. Właśnie wtedy, gdy ponownie zatraciła się w najróżniejszych zastosowaniach życicy, jej skupienie zostało przerwane.

– Czemu marnujesz czas na naukę?

Wzdrygnęła się i uniosła wzrok. Przed biurkiem, które okupowała, stała Melanie Nicolls. Oczywiście, potrzebowałam dobitki, parsknęła.

Ślizgonka zrobiła zniesmaczoną minę.

– Z twoim pochodzeniem i tak niczego nie osiągniesz, więc dlaczego tracisz czas?

Hermiona przewróciła oczami.

– Nie wolałabyś przypadkiem podręczyć kogoś innego?

– Co robiłaś z Tomem na spotkaniu Klubu Ślimaka? – zapytała dziewczyna z gniewnym błyskiem w oczach. – Czemu nagle razem zniknęliście?

Z trudem stłumiła cierpiętniczy jęk. Nicolls była cholernie męcząca, a dopiero zaczęła swoje nijakie przesłuchanie. Wiedząc, że najlepszą strategię na gburowatość jest uprzejmość, zmusiła się do ugrzecznionego uśmiechu.

– Uwierz, że wolałabyś nie wiedzieć.

To oczywiste, że rozmówczyni została doprowadzona do ostateczności. Melanie zmrużyła podejrzliwie oczy i zaczęła się trząść z niekontrolowanej złości. W pewnym momencie sięgnęła nawet po różdżkę. Hermiona westchnęła i starła z twarzy kpiący uśmieszek. Nie miała ani siły ani chęci, żeby zmagać się teraz z nastoletnią, naładowaną hormonami szaleńczą zazdrością.

– Usiądź – powiedziała rozkazującym tonem, odłożywszy pióro na blat.

Gniew Nicolls nie zmalał, ale surowość, której doświadczyła, sprawiła, że posłusznie zajęła miejsce na krześle naprzeciwko.

– Czego właściwie ode mnie chcesz? – zapytała ze spokojem gryfonka.

– Jeszcze nie rozumiesz? Chcę, żebyś trzymała się z daleka od Toma – warknęła młodsza dziewczyna.

Sfrustrowana, wypuściła haust powietrza.

– To oczywiste – zauważyła. – Nie potrafię jednak pojąć, dlaczego, na Merlina, tak bardzo zależy ci na Riddle'u.

Melanie fuknęła pod nosem.

– Jeżeli myślisz, że szlama na niego zasługuje, to jesteś w olbrzymim błędzie. Obie wiemy, że w rzeczywistości to mnie pragnie.

Hermiona przeczesała dłonią skołtunione włosy.

– Słuchaj no, Nicolls. Nie lubię cię, ale i tak powiem swoje. Możesz to uznać za dobrą radę. Zapomnij o Tomie Riddle'u. – Zignorowała oburzenie na twarzy dziewczyny i kontynuowała wywód. – Wiem, że czasem odgrywasz dla innych przedstawienie i nie jesteś całkowicie pozbawiona mózgu, jak również wiem, że dysponujesz talentem, więc czemu nie poszukasz sobie lepszej partii? Jestem przekonana, że w Slytherinie jest wielu czystokrwistych czarodziejów, którzy dla twojej urody bardzo chętnie przeoczyliby paskudny charakter.

– Twierdzisz, że jestem niewystarczająco dobra dla Toma?

– Nie, ale zaoszczędzisz sobie sporo kłopotów, jeżeli z niego zrezygnujesz – odpowiedziała ze spokojem.

– Żebyś mogła mieć go na własność?

Przewróciła oczami, prosząc w myślach o cierpliwość.

– Nic podobnego. Naprawdę najlepiej zrobisz, jeśli poszukasz sobie innego chłopaka.

– Jesteś głupia? – Melanie odchyliła się na krześle i rzuciła jej mroczne spojrzenie. – Myślisz, że się na to nabiorę?

– Muszę ci tłumaczyć podstawowe fakty? – Sama się zirytowała. – Tom nie jest tobą zainteresowany, tylko się bawi i wykorzystuje cię, kiedy najdzie go ochota. Nigdy nie kierował się szczerymi pobudkami, bo jest zakłamanym draniem. Nie powinnaś się za nim uganiać, bo stać cię na kogoś znacznie lepszego.

Zacisnęła usta, czując, jak wzbiera się weń gniew. Nie był jednak ukierunkowany na Nicolls, a na Riddle'a i wątpliwości, których zaczęła niedawno doświadczać. Tom zawsze był zmyślnym manipulantem i pierwszorzędnym kłamcą. Uwikłał w swoją pajęczą sieć niewinną, naiwną i zakochaną w nim dziewczynę, która była gotowa o niego walczyć.

Jedna trzpiotka wystarczy!, stwierdziła z mocnym postanowieniem.

– Słuchaj, szlamo, bo nie będę się więcej powtarzać. – Nicolls zgrywała zastraszającą. – Trzymaj się z daleka!

Hermiona prychnęła.

– Naprawdę myślisz, że Riddle potrzebuje twojej ochrony?

– Jest po prostu zbyt uprzejmy, żeby powiedzieć ci wprost, że cholernie go irytujesz.

Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnęła śmiechem.

– Zupełnie go nie znasz, prawda?

Melanie zmrużyła oczy.

– Co to ma znaczyć?

Wzruszyła oszczędnie ramionami.

– Cóż, w moim mniemaniu Tom nawet nie wie, jak się pisze słowo „uprzejmy".

Nicolls spurpurowiała.

– Skończ go wreszcie obrażać, wstrętna szmato! Czemu ciągle za nim latasz, jak pies szukający swojego pana?

– Zależy mi na wielu rzeczach, ale nie na właścicielu – odpowiedziała, uprzednio unosząc brwi.

– Byłaś dla niego krótkotrwałą rozrywką. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby spędzać z tobą czasu – syknęła ślizgonka, zupełnie zignorowawszy wszystko, co wcześniej usłyszała. – Tom nie potrzebuje małej, brzydkiej zdziry, która nieustannie ślini się na jego widok – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.

Hermiona miała serdecznie dość tej rozmowy, dlatego też nie zareagowała na zaczepkę i po prostu postanowiła wyjść z biblioteki. Spakowała do torby pióro i w połowie zapisany kawałek pergaminu, a następnie bez słowa wstała z krzesła. Zanim odeszła, rzuciła Nicolls ostatnie przenikliwe spojrzenie.

– W porządku, twój wybór. Rób, co uważasz za słuszne – powiedziała opanowanym głosem. – Nie płacz potem, że cię nie ostrzegałam.

Na twarzy dziewczyny pojawił się gniewny wyraz, ale go nie zarejestrowała. Zamiast tego, odwróciła się i po prostu skierowała się do dormitorium.


Tom nie miał zielonego pojęcia, co w niego wstąpiło. Chociaż przywdział na twarz nieprzeniknioną, pozbawioną wszelkich emocji maskę, w rzeczywistości krzywił się z niesmakiem. To się nie skończy dobrze, pomyślał z irytacją, patrząc wprost w błyszczące oczy Albusa Dumbledore'a.

– Skąd właściwie pomysł, że mam tę księgę? – zapytał nauczyciel zdecydowanie zbyt niewinnym głosem.

Stłumił gniewne warknięcie, nie chcąc bawić się w kotka i myszkę. Jeżeli jednak miał osiągnąć cel, musiał zachować spokój.

– Hermiona mi powiedziała, profesorze.

– Rozumiem – odparł, po czym zapatrzył się w okno, wesoło pogwizdując pod nosem.

Tom miał tego serdecznie dość i musiał wziąć głęboki oddech, żeby uspokoić pragnącą zemsty magię. Gdyby tylko mógł bez żadnych konsekwencji wyciągnąć różdżkę. Musiał też ugryźć się w język, żeby nie palnąć czegoś niewłaściwego.

– Czyli na pan księgę – syknął tak ostro, że potem aż się zastanowił, czy przez przypadek nie posłużył się wężomową. Najwyraźniej nie, bo uśmiech na twarzy Dumbledore'a tylko się poszerzył.

– Faktycznie. Dzieło, o którym mówisz, rzeczywiście jest w moim prywatnym zbiorze – potwierdził wesoło. – Muszę jednak przyznać, że jestem zaskoczony tym, że Hermiona rozmawiała z tobą na ten temat. Odniosłem wrażenie, że ostatnio nieszczególnie dobrze się dogadujecie.

Wścibski stary grzyb!

– Co sprawiło, że odniósł pan podobne wrażenie? – zapytał grzecznie.

– Ostatnim razem, kiedy spotkaliśmy się poza zajęciami, próbowałeś przekląć pannę DeCerto, chłopcze – wytłumaczył nauczyciel, będąc w podejrzanie dobrym nastroju.

Uśmiech, który wciąż utrzymywał, zaczął sprawiać mu fizyczny ból.

– Cóż, przepracowaliśmy dzielące nas różnice – odparł, chociaż wiedział, że ten przeklęty starzec potrafi przejrzeć go na wylot.

– Hmm. – Dumbledore zerknął nań z większym zainteresowaniem. – Gdy ostatnio rozmawiałem z Hermioną, powiedziała mi coś całkowicie odwrotnego.

– Jesteśmy w trakcie pojednania – wyjaśnił i uświadomił sobie, że nawet nie skłamał, a posłużył się półprawdą.

– Rozumiem. – Nauczyciel nie brzmiał na szczególnie przekonanego. – Ośmielę się zapytać, dlaczego potrzebujesz pomocy Ignotusa Peverella, żeby zyskać przebaczenie?

– Potrzebuję tego manuskryptu, żeby pomóc Hermionie – powiedział zgodnie z prawdą.

Starzec pogłaskał długą brodę, patrząc na Toma przez okulary-połówki. Gdybym tylko mógł go przekląć!, pomyślał z rozmarzeniem ślizgon, ale szybko wrócił do rzeczywistości, kiedy profesor otworzył jedną z szuflad swojego biurka i wyciągnął na wierzch oprawioną w skórzaną okładkę książkę. Zmrużył pożądliwie oczy.

– Wiesz, że Hermiona została zaatakowana, bo była w posiadaniu tego dzieła, prawda? – Dumbledore uniósł brew.

– Owszem.

– Czyli chcesz, żebym przekazał tę księgę następnemu uczniowi i zaryzykował drugi atak?

Tom z trudem powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Oczywiście, jakbyś naprawdę dbał o mój dobrostan.

– Sądzę, że wciąż będzie pan dobrze spał w nocy – odpowiedział z chłodnym uśmiechem.

Co interesujące, nauczyciel niespodziewanie posmutniał, zaś ślizgon musiał stłumić potrzebę skrzywienia się i pokazania emocji.

– Głęboko żałuję, że nasze relacje od samego początku są napięte, drogi chłopcze – podsumował z powagą profesor. – Jestem jednak świadomy, iż te różnice wynikają przede wszystkim z błędów popełnionych przez obie strony.

Niekoniecznie, pomyślał, ale nie zdradził swych myśli.

– W takim razie może spróbujemy zacząć od nowa, począwszy od kredytu zaufania i wypożyczenia księgi? – zasugerował.

Niemal uniósł ze zdziwienia brwi, kiedy się zorientował, że Dumbledore rzeczywiście rozważał tę propozycję. Mężczyzna odchylił się na krześle i przez chwilę uważnie mu się przyglądał.

– Jeżeli oczekujesz, że pożyczę ci manuskrypt, musisz mi zaoferować coś w zamian – odpowiedział rzeczowym tonem.

Tom zacisnął usta w cienką linię, niepewny takiego rozwiązania.

– Czego pan chce? – Zmarszczył brwi.

Na twarzy nauczyciela pojawił się uśmiech, przez który poczuł natychmiastową potrzebę odwołania swojego pytania. W momencie zapragnął również wyciągnąć różdżkę.

– Porozmawiajmy o Komnacie Tajemnic.

To zaś sprawiło, że niemal skoczył na równe nogi i ewakuował się z gabinetu. W ostatniej chwili zdołał się powstrzymać.

– Czemu miałbym cokolwiek wiedzieć, profesorze? – Spróbował niewinnego i przekonującego tonu.

– Nie obrażaj mojej inteligencji, chłopcze, zaprzeczając oczywistościom. Wiem, że miałeś wiele wspólnego z zeszłorocznym incydentem. – Dumbledore spojrzał nań surowo. – Jesteś odpowiedzialny za otworzenie Komnaty Tajemnic i śmierć Marty.

Znów ta głupia dziewczyna, dziś po raz drugi, pomyślał, sfrustrowany przebiegiem rozmowy. Nie ma mowy, że do czegokolwiek się przyzna. Gdyby się złamał, dałby temu prykowi zatrważającą przewagę. Jakby nie patrzeć, rzeczywiście odpowiadał za czyjąś śmierć, co w praktyce oznaczało bilet w jedną stronę do Azkabanu. Nic nie było warte zaryzykowania swojej wolności.

– Oczywiście, jeżeli nie chcesz, nie musimy w ogóle rozmawiać – dodał nauczyciel, widząc stawiany opór.

Tomowi zrobiło się niedobrze, gdy przyuważył iskierki rozbawienia w niebieskich oczach. W momencie zawładnęła nim złość. Gdyby zdradził przynajmniej odrobinę informacji, podałby mu się na srebrnej tacy.

– Cóż, najlepiej zrobisz, jeśli wrócisz do pokoju wspólnego, chłopcze – kontynuował mężczyzna, wiedząc, że to albo definitywnie zakończy rozmowę, albo popchnie ją do przodu.

Tak mocno zacisnął zęby, że aż rozbolała go szczęka. Jego magia gorączkowo rzucała się do przodu, szukając ujścia i możliwości wyładowania. Wziął głęboki uspokajający oddech, żeby stłumić swój rosnący temperament.

– Zależy mi na tej księdze, profesorze – powiedział opanowanym głosem.

– Rozumiem. – Uśmiechnął się Dumbledore i przechylił głowę w bok.

Riddle przez chwilę milczał, patrząc nań mrocznie. W przeciwieństwie do niego nauczyciel wydawał się być w całkiem dobrym nastroju i wciąż przywdziewał życzliwą minę.

Najgorsze, że jeżeli nie pójdzie na zaproponowane ustępstwo, nigdy nie dostanie książki w swoje ręce i będzie się musiał zadowolić tylko pooglądaniem okładki z daleka. Wtedy nigdy nie pomoże Hermionie odzyskać magię.

– W porządku, możemy pospekulować. Załóżmy, że rzeczywiście otworzyłem Komnatę Tajemnic – zaczął, ostrożnie dobierając słowa. – Jak by pan zareagował?

– Prawdę powiedziawszy, nijak. Żeby podjąć konkretnie działania, musiałbym mieć lepsze dowody, aniżeli twoje dobrowolne przyznanie się do winy. – Starzec odchylił się na krześle.

Naturalnie, Tom nie uwierzył w te brednie. Dumbledore może i mówił jedno, ale niewinność zdecydowanie mu nie pasowała. Wiedział zbyt dużo i tylko czekał na odpowiedni moment, aby wykorzystać okazję. Gdyby przyznał się do otworzenia Komnaty Tajemnic, z pewnością zostałby wydalony, a następnie trafiłby do więzienia i nigdy więcej nie postawiłby stopy na wolności. Dopiero kiedy się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że mając do wyboru dwie miejscówki, wolał Azkaban od powrotu do sierocińca. Zacisnął z niesmakiem usta, sfrustrowany do granic możliwości. Tym razem Hermiona nie uchroniłaby go przed wyrokiem skazującym. Mimo to wciąż potrzebował księgi Ignotusa Peverella. To oczywiste, że Niezwyciężona Różdżka odpowiadała za problemy dziewczyny, które można było rozwiązać przy pomocy manuskryptu.

Musiał go pożyczyć.

– Wspominał pan o wymianie – zagaił. – Czego miałaby dotyczyć?

– Cóż, chciałbym usłyszeć prawdę. – Uśmiechnął się Dumbledore.

Tom wziął głęboki oddech.

– Punkt widzenia jest zależny od punktu siedzenia – odpowiedział.

– Jakże ślizgońsko. – Nauczyciel nie wydawał się przekonany, zaś chłopak zacisnął dłonie na podłokietnikach krzesła. – Rzeczywiście. Z mojej perspektywy otwarcie Komnaty Tajemnic było poważnym błędem. Czyżbyś uważał inaczej?

– Nie, profesorze.

Miał ochotę nawrzeszczeć na starca, złapać do za ramiona, mocno nim potrząsnąć, a następnie uderzyć jego głową o drewniany blat solidnego biurka. Gadał trzy po trzy. Odkrycie dziedzictwa Salazara Slytherina z pewnością nie było żadną pomyłką, a wręcz przeciwnie – było olbrzymim osiągnięciem! Owszem, zginęła jedna uczennica, ale to tyle. Czasem potrzebne są ofiary.

– Uważam, że powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, aby zapobiec następnemu nieszczęściu – dodał mężczyzna.

– Zgadza się, profesorze – odparł, walcząc o opanowanie.

Dumbledore znów się uśmiechnął, zaś Tom mógł się tylko modlić o zachowanie kontroli nad rozwścieczoną do granic możliwości magią.

– Zboczyliśmy z tematu – stwierdził niespodziewanie starzec. – Jeżeli nie możesz zaoferować mi prawdy o zeszłorocznym incydencie, to chcę czegoś innego.

– Czegoś konkretnego?

– Obietnicy.

– Jakiej?

– Przyrzeknij mi, że nigdy więcej nie wejdziesz do Komnaty Tajemnic – poprosił profesor, a z jego głosu zniknęła cała wesołość. – Obiecaj, że nie użyjesz ponownie tego miejsca.

Tom się nań zapatrzył.

– Nigdy nie przekroczyłem nawet progu…

– Czyli niczego nie tracisz, składając to przyrzeczenie – podsumował nauczyciel.

Nie mógł zrezygnować z Komnaty Tajemnic i swojego rodowego dziedzictwa, ponieważ wciąż skrywała w sobie niezliczoną ilość sekretów. To oczywiste, że planował otwarcie, może na siódmym roku, bliżej końca szkoły, kiedy nie będzie miał za wiele do stracenia. Co z bazyliszkiem, ot niezwykle potężnym chowańcem? Nigdy nie zamierzał zrezygnować z mocy, którą oferował mu wąż – wielowiekowe magiczne stworzenie, związane tylko i wyłącznie z dziedzicem swego pierwotnego pana. Komnata Tajemnic prawnie doń należała. Otwarcie jej zajęło mu całą wieczność. Czemu miałby składać równie wiążącą obietnicę? Niczym na zawołanie, w umyśle zmaterializowała mu się Hermiona. Potrzebował księgi Ignotusa Peverella, żeby zrozumieć, dlaczego straciła magię.

– Jeżeli złożysz mi przyrzeczenie, pożyczę ci tę księgę – kusił Dumbledore.

– Na jak długo? – zapytał, godząc się z własnym losem. W głębi duszy wiedział, że się ugnie, a triumfalny błysk w niebieskich oczach podpowiedział mu, że profesor również miał tę pewność.

– Do niedzieli, chłopcze.

– To naprawdę niewiele czasu – zaprotestował.

– Ani dnia dłużej – odpowiedział stanowczo nauczyciel. – Oczywiście, będę wiedział, jeżeli spróbujesz zrobić kopię.

Tom zacisnął dłonie w pięści. Cztery dni na przeczytanie i zrozumienie treści książki w zamian za zapieczętowanie Komnaty Tajemnic…?

– Złożysz tę obietnicę? – Dumbledore był nieugięty.

Naprawdę nie chciał rezygnować z rodowego dziedzictwa, również dlatego, że było to jedyne namacalne powiązanie, jakie miał ze swoją rodziną. Komnata była przesiąknięta mocą Salazara Slytherina i służyła wyłącznie jego prawowitemu dziedzicowi. Zacisnąwszy z niesmaku usta, spojrzał na oprawiony w brązową skórę manuskrypt. To, co przed momentem zaproponował mu profesor, było niedorzeczne. Cztery dni w zamian za wieczność…?

Przymknął powieki.

– Obiecuję – wyszeptał i przypieczętował swój los.

Natychmiast został otulony magią wiążącą, którą bez problemu rozpoznał. Kłuła go i podrażniała skórę, ale jednocześnie stanowiła najpotężniejszą klątwę. Zadrżał, wiedząc, że to uczucie potowarzyszy mu trochę dłużej. Złamanie przysięgi było oczywiście możliwe, ale niełatwe i z pewnością niewskazane. Gdy otworzył oczu, zobaczył, że Dumbledore jest rozbawiony, przez co musiał się powstrzymać od sięgnięcia po różdżkę.

Nauczyciel, naturalnie, zauważył, że przepełniała go złość, ale nijak to skomentował. Z zadowoleniem wyciągnął rękę ku księdze i po chwili mu ją wręczył. Tom przez moment patrzył na ten niepozorny dziennik, a zerknął na pierwszą stronę.

Ja, Ignotus, dedykuję to dzieło moim braciom, Evanderowi i Oleandrowi.


Następnych kilka dni minęło bez większych rewelacji, zaś Hermiona wciąż zastanawiała się nad opuszczeniem Hogwartu. W rzeczywistości nie chciała stąd odchodzić, głównie dlatego, że zamek był częścią jej przeszłości, miała z nim wiele przyjemnych wspomnień oraz nie wiedziała, co mogłaby innego zrobić. Fakt, iż straciła swą magię, rzucał się w oczy i była prawdziwie zdziwiona, że tylko Tom coś zauważył, aczkolwiek widziała, że Lupin patrzył nań podejrzliwie podczas ostatnich zajęć z transmutacji. Jej zdenerwowanie potęgował również fakt, że nie spotkała Riddle'a od czasu rozmowy nad jeziorem. Odpuścił sobie zajęcia w klasie, posiłki w Wielkiej Sali, a nawet nie wyściubił nosa poza lochy, bo nie minęli się w przelocie gdzieś na korytarzu. Ta nagła nieobecność była dlań szczególnie niepokojąca, bo była przekonana, że ma z nią coś wspólnego. Całkiem prawdopodobne, że planował i wdrażał w życie coś, co wreszcie raz na zawsze ją pogrąży. To był kolejny powód, dla którego chciała jak najszybciej opuścić Hogwart, ale z jakoś nie mogła podjąć ostatecznej decyzji. Właśnie dlatego uznała pokój wspólny Gryffindoru za bezpieczną przystań i się jej trzymała.

W tej chwili, w wolną od zajęć niedzielę, siedziała sobie na kanapie obok Longbottoma, zaś Lupin i Weasley okupowali fotele naprzeciwko, grając w czarodziejskie szachy. Richard marszczył brwi, zastanawiając się nad następnym ruchem, zaś Amarys rozsiadł się wygodnie i obserwował mimikę przyjaciela.

– Rozmawiałaś z Dumbledore'em? – zapytał, patrząc znacząco na Hermionę.

Chwilę się powierciła, bo dobrze wiedziała, jakiej odpowiedzi oczekiwał od niej Lupin. Od czasu, gdy powiedziała chłopcom o wzbudzeniu zainteresowania Gellerta Grindelwalda, wydawali się tym szczególnie zaniepokojeni, nawet w czasie wolnym.

– Tak, tuż po transmutacji – odparła.

– Coś wymyślił?

– Owszem. Wzmocnił ochronę Hogwartu i zablokował możliwość przedostania się tutaj świstoklikiem – wytłumaczyła. – Podobno dyrektor Dippet nie był z tego bardzo zadowolony.

– Czyli stary Dumbledore po raz kolejny zrobił po swojemu – podsumował pod nosem Weasley, nadal zapatrzony w szachownicę.

– Ano.

– W takim razie możemy bezpiecznie założyć, że nie wisi już nad tobą żadne zagrożenie? – zapytał Longbottom, wyraźnie zatroskany.

– Ciężko stwierdzić, bo Grindelwald jest pomysłowym czarodziejem. – Hermiona zmarszczyła lekko brwi.

– Ostrożności nigdy za wiele – dodał Lupin.

– Niczym się nie martwcie. Jestem pewna, że wszystko będzie… – urwała, gdyż coś przyciągnęło jej wzrok. Do pokoju wspólnego właśnie wszedł Tom Riddle i zmierzał prosto ku niej. Gdy został rozpoznany, uczniowie zaczęli między sobą szeptać i wymieniać spostrzeżenia.

– Co ten gad tutaj robi? – warknął gniewnie Mark.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

Zmarszczyła brwi, zobaczywszy, w jakim był stanie. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Włosy zazwyczaj układał w idealną fryzurę, a teraz sterczały pod dziwnymi kątami, jakby nawet ich nie czesał. Co ciekawe, na policzkach miał lekki zarost, a więc również się nie golił. Jasnoszare oczy zdobiła czerwień, ale nie w kolorze rozgniewanego karmazynu, a jakby z niewyspania i zarwania co najmniej kilku nocek, co podkreślały ciemne worki. Nawet ubrania miał w nieładzie – koszulę niewyprasowaną i niewciągniętą w spodnie, a zielono-srebrny krawat luźno zawieszony na szyi. Nie zaprzątał sobie głowy ubraniem bezrękawnika, czy też czarnych szat, będących częścią szkolnego mundurka. Gdy się wreszcie przed nią zatrzymał, zamrugała, szczerze zdezorientowana. Sprawiał wrażenie człowieka, który ledwo się trzymał na nogach. Ciekawe, co w międzyczasie robił.

– Masz moment, Hermiono? – zapytał, brzmiąc na szalenie zmęczonego. – Musimy porozmawiać.

– Eee… – wydukała, nie bardzo wiedząc, co właściwie mu odpowiedzieć.

– Hermiona nie chce rozmawiać z ludźmi twojego pokroju! – Mark natychmiast wkroczył do akcji.

Tom spojrzał na Longbottoma.

– Stul dziób. Nie tobie zadałem pytanie.

Jest rozdrażniony, pomyślała, patrząc nań z niepokojem. Naprawdę wydawał się być w złym nastroju, więc dlaczego chciał zamienić z nią kilka słów? Zdecydowanie wolała uniknąć spotkania we dwoje.

– To naprawdę ważne – dodał w stronę dziewczyny, całkowicie odmiennym głosem.

Ma rozdwojenie jaźni, albo chorobę dwubiegunową, podsumowała, przygryzłszy dolną wargę. Kiedy spojrzała na jego wymięte ubrania, natychmiast podjęła decyzję. Co mu się przydarzyło…? Zanim się zorientowała, skinęła głową.

– W porządku.

– Hermiono! – Longbottom podniósł głos.

– Wszystko będzie dobrze. Niczym się nie martw – powiedziała z uspokajającym uśmiechem na twarzy, a następnie wstała z kanapy i spojrzała na Toma wyczekująco. Wydawał się odczuwać ulgę, iż zgodziła się na tę rozmowę. Wykonał też ruch ręką, jakby chciał podać jej dłoń, ale w ostatniej chwili się rozmyślił, nie próbował bardziej naciskać i po prostu skierował się do wyjścia. Wciąż oszołomiona, podążyła za nim. Kilka korytarzy dalej weszli do małego i raczej dusznego pomieszczenia z zaledwie jednym oknem.

Ślizgon usiadł na starej kanapie, zaś Hermiona wahała się tylko przez moment. W końcu ciekawość zwyciężyła i zajęła miejsce naprzeciwko. Fotel, który jej przypadł, był stary i ponadgryzany przez mole. Oddzielał ich mały kawowy stoliczek.

– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytała, od razu przechodząc do konkretów.

Tom zamrugał, a następnie z trudem się uśmiechnął.

– Zastanawiałem się nad twoją utraconą magią.

Hermiona zesztywniała. Oczywiście, wiedziała, że będzie próbował drążyć temat, ale i tak się zdenerwowała.

– Yhym.

– Z początku nie rozumiałem, w jaki sposób to w ogóle możliwe – powiedział, gwoli wyjaśnienia. – To bardzo rzadkie zjawisko. Czarodzieje rodzą się z magicznym rdzeniem, który jest ich integralną częścią, aż do samej śmierci, kiedy to gaśnie. Oddzielenie lub uśpienie tych cząstek jest bardzo trudne i wymaga olbrzymiego nakładu mocy. – Westchnął przeciągle. – W twoim przypadku jest wiele zmiennych, które miały na to wpływ. – Uśmiechnął się słabo. – Wyróżniłem trzy główne: użycie Niezwyciężonej Różdżki, późniejsza zmiana twojej magii oraz, naturalnie, podróż w czasie.

Wciągnęła gwałtownie powietrze.

– Czego właściwie ode mnie chcesz? – zapytała ostrzej.

Tom się zaśmiał pod nosem.

– Zawsze jesteś taka niecierpliwa – podsumował, a potem spoważniał. – Chcę ci pomóc przywrócić magię.

Hermiona wytrzeszczyła oczy.

– Co takiego…?

– Jak już mówiłem, chciałbym odzyskać twoją magię – powtórzył.

Zamrugała, szczerze zdziwiona.

– Dlaczego…?

– Cóż, to częściowo moja wina, że stałaś się mugolką – wytłumaczył, uprzednio westchnąwszy. Sprawiał wrażenie mocno zasmuconego.

– Jak to…? – zapytała z niedowierzaniem. – Byłam przekonana, że to wina Czarnej Różdżki… – dodała, zanim zdążył odpowiedzieć.

– Też miała w tym swój udział – stwierdził, a następnie wyciągnął z kieszeni spodni małą książeczkę, którą w momencie rozpoznała. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Tom przerzucił kilka kartek i kontynuował wywód. – Nie miałem zbyt rozległej wiedzy na temat Niezwyciężonej Różdżki, dlatego też musiałem się trochę dokształcić.

– Manuskrypt Ignotusa Peverella…? – Hermiona była wytrącona z równowagi. – Skąd go masz? – zapytała z cichym oskarżeniem w głosie. – Zwróciłam księgę Dumbledore'owi.

– Owszem. – Uśmiechnął się, przez chwilę patrząc na jej rozgniewaną minę. – Chociaż to nieistotne, Dumbledore mi go pożyczył.

– Włamałeś się do gabinetu i obrabowałeś zbiory?

– Widzę, że masz o mnie naprawdę kiepskie mniemanie – stwierdził, jakby rozbawiony podobną możliwością. – Właściwie to po prostu poprosiłem o wypożyczenie.

– Co musiałeś dać w zamian? – zapytała podejrzliwie.

Tom zmarszczył brwi.

– Nic, czym musiałabyś zawracać sobie głowę – powiedział, po czym rozsiadł się wygodniej na kanapie. – Skoro wyjaśniliśmy już tę kwestię, wróćmy do pierwotnego powodu naszej rozmowy, a mianowicie do utraty twojej magii. – Uśmiechnął się przyjaźnie. – O ile dobrze zrozumiałem, twoja moc zmieniła się, gdy użyłaś Niezwyciężonej Różdżki. Czy wciąż podtrzymujesz tę wersję? – zapytał, więc skinęła głową. – Sądziłem, że to niemożliwe, bo nigdy nie słyszałem o różdżce, która wpływa na rdzeń swojego właściciela. – Z roztargnieniem postukał palcami w skórzaną oprawę manuskryptu. Wyglądał, jakby się nad czymś mocno zastanawiał. – Czytałaś fragment, w którym mowa o magii wiążącej?

– Owszem – przyznała, wciąż zbolała, iż nie pojęła większości tego, co autor napisał. – Miałam jednak pewne problemy ze zrozumieniem treści.

Zmrużyła gniewnie oczy, gdy zobaczyła, że uśmiechnął się złośliwie.

– Nic dziwnego. Peverell to zadufany w sobie palant. – Podniósł księgę i pomachał nią w powietrzu. – W praktycznie co drugim zdaniu pisze o tym, jaki jest genialny i lepszy od innych – prychnął lekceważąco i rzucił manuskrypt na podniszczony stolik kawowy. – Gdyby przestał być próżnym kutasem i zapisał co istotniejsze rzeczy, zaoszczędziłabyś ponad połowę czasu na zgadywankach, co autor miał na myśli.

Tom westchnął i oparł się z powrotem na kanapie. Chwilę później ponownie skupił się na Hermionie.

– Ogólnie rzecz ujmując, stworzenie Niezwyciężonej Różdżki zostało podzielone na trzy etapy. Najpierw Ignotus Peverell stworzył magiczny przedmiot, przenosząc część swojej magii do starannie wybranego rodzaju drewna. W drugiej fazie rzucił na wynalazek kilka potężnych zaklęć wiążących, głównie dlatego, aby wzmocnić połączenie między magią a różdżką. To jest niestety coś, czego nie opisał, a szkoda. – Rzucił manuskryptowi mroczne, potępiające spojrzenie, wyraźnie zdegustowany postępowaniem autora. – Nie jestem pewien, jakie to były dokładnie czary, jednakże w rezultacie zakorzenił swą magię w drewnie. W trzecim etapie Peverell skondensował to wszystko i ostatecznie stworzył Niezwyciężoną Różdżkę. Prawdę powiedziawszy, jestem przekonany, że to nie powinno zadziałać, ale znów nie mam możliwości przeanalizowania podjętych kroków, ponieważ nie zapisał żadnych dodatkowych wyjaśnień. W teorii niemożliwe jest, aby jakakolwiek broń dysponowała własnym rodzajem magii. To z natury sprzeczne z definicją magicznej różdżki, która powinna koncentrować moc władającego nią czarodzieja i tylko nią kierować. Nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób Peverell dokonał niemożliwego. – Westchnął i pokręcił z frustracją głową. – Zakładam, że nie wytłumaczył tego potomnym, ponieważ był równie zagubiony, co my. Osobiście uważam, że użyte zaklęcia wiążące były tak silne, że całkowicie zmieniły właściwości drewna. Gdyby jego magia była niewłaściwie ukierunkowana, całość okazałaby się niestabilna i odrzuciłaby część czarów. Myślę, że Ignotus Peverell stworzył Niezwyciężoną Różdżkę dzięki czystemu przypadkowi. To cud, że nie wysadził się w powietrze. Ostatecznie zmajstrował wynalazek, będący czymś w rodzaju skrzyżowania magicznego przedmiotu i czarodziejskiej różdżki. Niestety, złożoność zaklęć wiążących sprawiła, że Niezwyciężona Różdżka okazała się trudna w obsłudze i w rezultacie służyła wyłącznie jednemu właścicielowi. Peverell zaakceptował ten produkt uboczny, ponieważ nigdy nie zamierzał dzielić się władzą, a tym bardziej przekazywać oręża następnemu pokoleniu.

Hermiona podskoczyła w miejscu, gdy Tom spojrzał nań drapieżnie.

– I teraz właśnie dochodzimy do najciekawszej części. Mimo że symbioza magii i drewna jest sercem mocy Niezwyciężonej Różdżki, jestem przekonany, że zdołałaś jakoś naruszyć albo przerwać to połączenie. Sądzę, że uwolniłaś magię Ignotusa Peverella z Insygnium. Gdy tego dokonałaś, zapieczętowana wcześniej moc weszła w ciebie i zmieniła twoją własną – powiedział i wbił weń wyczekujące spojrzenie. – Zgaduję, że wywołał to incydent z przeniesieniem się w czasie. Mam rację? – zapytał, najwyraźniej rozbawiony paniką, której nie potrafiła ukryć.

– Właściwie to przełamałam Czarną Różdżkę na pół – wyznała po dłuższej chwili milczenia. – To był początek mojej podróży.

Tom zamrugał, wyraźnie zakłopotany, a potem zachichotał.

– Jeszcze bardziej niemożliwe – podsumował. – Zniszczyłaś Niezwyciężoną Różdżkę, to prawie śmieszne. Czyli podsumowując, przełamałaś Insygnium Śmierci, uwolniłaś zapieczętowaną w nim od wieków magię, a potem ją wchłonęłaś – urwał, przestał się uśmiechać i spojrzał nań dziwnie. Po raz pierwszy od rozpoczęcia tej rozmowy wyglądał na bardzo niepewnego. – Czy pamiętasz, jak zaatakowałem cię w dzień otwarty…? – zapytał z wahaniem.

Hermiona skinęła głową i się skrzywiła. To był dzień, w którym ukradła pelerynę niewidkę. Kiedy wróciła do Hogwartu, wpadła wprost w zasadzkę Toma. Ostatecznie skończyło się na krótkim pojedynku.

– Na moment odebrałem ci wówczas magię – kontynuował, trochę się skuliwszy. Wyglądał, jakby spodziewał się, że zostanie za to zrugany w każdej chwili.

Prawdę powiedziawszy, rozważała tę opcję. Opamiętała się jednak i po prostu mu przytaknęła.

– Zniwelowałaś moje zaklęcie i odzyskałaś magię. Wtedy jeszcze nie dysponowałem wszystkimi informacjami, ale teraz bezpiecznie zakładam, że posłużyłaś się mocą Ignotusa Peverella – dodał.

– Owszem – powiedziała chłodniejszym tonem. – Jak to wszystko się ma do tego, że straciłam magię?

– Myślę, że zaczęło się od momentu, w którym moc Peverella zderzyła się z twoją w powietrzu, czyli poza ciałem. Wasze połączenie zostało tymczasowo zerwane, a właściwie nigdy nie było stabilne i wtedy po prostu zawiodło. Te dwie siły się ze sobą zderzyły, a potem połączyły, tworząc coś zupełnie nowego, niebędącego z tobą związanego. Nic dziwnego, że nowa moc odmówiła z tobą współpracy.

– Sądzisz, że moja magia pomieszała się z mocą Czarnej Różdżki? – Na żołądku Hermiony osiadło coś ciężkiego. – Czy to oznacza, że już nigdy nie będę mogła rzucić nawet najprostszego zaklęcia?

– Nie, nie. Myślę, że jest sposób, żeby to naprawić. – Uśmiechnął się uspokajająco Tom. – Wystarczy tylko stworzyć połączenie pomiędzy nową magią, a twoim ciałem.

– Naprawdę jesteś przekonany, że dokonasz niemożliwego? – zapytała z powątpiewaniem.

– Wydaje mi się, że tak.

– Coś nie w porządku? – dodała, widząc jego wahanie.

– Ciężko stwierdzić – podsumował ze zmarszczonymi brwiami. – Nie mam pewności, w jaki sposób ta nowa magia zareaguje na manipulacje rdzeniem. Nawet jeżeli połączyła się z twoją, zaklęcia wiążące wciąż są aktywne. Nie odważyłbym się przy nich majstrować, bo trzymają wszystko w kupie i umożliwiają podtrzymanie kontroli.

Hermiona otworzyła szerzej oczy. To naprawdę nie brzmiało dobrze, zwłaszcza w jego ustach. Wyglądało na to, że nigdy nie odzyska mocy.

– Nie martw się – powiedział, widząc, że zmarkotniała. – Mam pewien plan, aczkolwiek możemy napotkać pewien kłopot.

– Jaki…?

– Zasadniczy problem leży w naturze zaklęć wiążących. Są owinięte wokół mocy Ignotusa Peverella, a ich celem jest połączenie magii z przedmiotem. Wcześniej była to Niezwyciężona Różdżka, a ty jesteś żywym człowiekiem – wytłumaczył z największą ostrożnością. – Myślę, że ta magia może być połączona wyłącznie z jednym przekaźnikiem, więc kiedy spróbujesz użyć własnej różdżki, możesz napotkać więcej problemów.

– Czyli wciąż będę niezdolna do czarowania – podsumowała słabo. – Jak inaczej mam uprawiać magię…?

– Nie wiem – odpowiedział, brzmiąc szczerze.

Zamrugała, zaniepokojona.

– Czemu mi właściwie pomagasz…? – zapytała ściszonym głosem.

Tom przechylił głowę w bok.

– Myślę, że dobrze wiesz dlaczego. – Uśmiechnął się słabo, a potem sięgnął po leżącą na blacie księgę i schował ją z powrotem do kieszeni spodni. – Zanim spróbujemy odzyskać twoją magię, muszę zwrócić manuskrypt staremu prykowi – stwierdził z mocnym postanowieniem. – I przespać się przynajmniej kilka godzin – dodał, uprzednio ziewnąwszy. – Czy możemy się spotkać o dziewiątej pod Pokojem Życzeń? – Zauważył jej niepewny wyraz twarzy i przewrócił oczami. – Już obiecałem, że więcej cię nie skrzywdzę. Zagwarantuję ci bezpieczeństwo. – Nie czekając na odpowiedź, wstał z kanapy i podszedł do drzwi. Po drodze znów ziewnął. – Nie zapomnij. – Spojrzał przez ramię. – Jesteśmy umówieni na dziewiątą – podsumował i wyszedł z pomieszczenia, zostawiwszy Hermionę zdezorientowaną.


To kompletne szaleństwo.

Właśnie z tą myślą opuszczała pokój wspólny Gryffindoru. Była już spóźniona, bo zegar wskazywał piętnaście po dziewiątej, ale po prostu zachodziła w głowę, czy powinna ufać Riddle'owi, zwłaszcza po wszystkim, co jej dotąd zafundował. Ostatecznie postanowiła spróbować i z najprawdziwszym mętlikiem skierowała się do Pokoju Życzeń. Wciąż czuła się zaniepokojona nagłą zmianą zachowania chłopaka, łagodnością, którą okazywał i obietnicami, które składał. Może planował to od samego początku i w duszy cieszył się, że złapała przynętę. Z trudem przełknęła ślinę i skręciła w następny korytarz, którym miała dotrzeć do czeluści piekieł. Instynkt podpowiadał jej, aby uciekała gdzie pieprz rośnie, zawróciła i schowała się w bezpiecznym dormitorium, ale postąpiła wręcz przeciwnie. Nie wiedziała, co ją właściwie powstrzymywało – całkiem prawdopodobne, że wątpliwości, które weń narastały z dnia na dzień, a może po prostu chciała sobie raz na zawsze udowodnić, że Tom nie jest godzien zaufania. Gdy ponownie wpadnie w szpony Voldemorta, pogrzebie to przeklęte zwątpienie.

Serce waliło jej niczym młotem i zachwiała się w miejscu, kiedy zobaczyła czekającego nań ślizgona, opierającego się swobodnie o ścianę. Zanim przyszedł na spotkanie, zdążył się ogarnąć, bowiem miał ułożone włosy, szaty w znacznie lepszym stanie, a nawet się ogolił. Wyglądał cholernie przystojnie. Gdy usłyszał zbliżające się kroki, natychmiast poderwał głowę i się rozpogodził.

– Myślałem, że mnie wystawiłaś – podsumował na dzień dobry, oderwawszy się od ściany.

Hermiona zerknęła nań nieśmiało, a potem wbiła wzrok w miejsce, gdzie zaraz zapewne zmaterializują się drzwi do Pokoju Życzeń.

– Co teraz? – zapytała, od razu przechodząc do konkretów.

Tom się uśmiechnął, a następnie pozwolił sobie na odrobinę swobody, bowiem objął ją w talii. Momentalnie się spięła, a kiedy zauważył pomyłkę, posłusznie się odsunął. Przespacerował się pod ścianą, a kiedy po raz trzeci minął to samo miejsce, otworzył przejście.

– Najpierw wejdziemy do środka – powiedział, wskazując dłonią na wrota. – Później zajmiemy się uprawianiem magii.

Popełniasz błąd, dziewczyno!, zagrzmiał wewnętrzny głosik, ale na potrzeby sytuacji postanowiła go zignorować.

– Może jednak nie powinnam…

– Nie ma już odwrotu, Hermiono – stwierdził i wziął ją za rękę. Znów zesztywniała, ale tym razem jej nie puścił, a pociągnął ku drzwiom.

Gdy znalazła się w Pokoju Życzeń, wiedziała, że przypieczętowała swój los.

Jeszcze możesz zawrócić!

Pomieszczenie okazało się ogromnym holem z wyłożoną czarnymi kafelkami podłogą, przez co ich kroki odbijały się echem od chropowatych ścian. Okna były olbrzymie, aczkolwiek szyby sprawiały wrażenie dziwacznie nieprzezroczystych, jakby celowo miały blokować wpadanie światła słonecznego, dzięki czemu pokój pogrążony był w półmroku, a wokół tańczyły przerażające cienie. Idąc na sam środek komnaty, do ogromnej platformy, wyrzeźbionej z ciemnego granitu, mimowolnie się zastanowiła, czy ta okropna atmosfera rzeczywiście była potrzebna, czy stanowiła po prostu odwzorowanie pokręconego gustu otwierającego.

Gdy przyglądała się otoczeniu, Tom rozpakował torbę, którą ze sobą przyniósł. Chwilę później wyłożył na podłogę czarne świece, kłębek najzwyczajniejszego sznurka, małą kamienną miskę i srebrny sztylet, który w momencie rozpoznała. Wciągnęła ze świstem powietrze.

W słabej próbie rozproszenia napiętej ciszy zdecydowała się na czarny humor.

– Mam nadzieję, że nie oczekujesz, że przywdzieję jakąś białą suknię i położę się na ołtarzu, abyś mógł mi wbić ten sztylet prosto w serce.

– To byłoby bezproduktywne, prawda? – Uśmiechnął się diabelsko. – Czarna sukienka z pewnością byłaby lepszym wyborem. – Wstał z podłogi i doń podszedł, emanując spokojem i opanowaniem. – Wszystko będzie dobrze – obiecał, po czym zaczął rysować kredą po podłodze. Sekundę później to samo miejsce zaznaczał sznurkiem. – Samodzielnie wymyśliłem ten rytuał, więc uwierz, że pójdzie zgodnie z planem.

Hermiona zmarszczyła brwi.

– Widzę, że zebrało ci się na skromność – mruknęła pod nosem.

Tom pokręcił głową i uśmiechnął się arogancko.

– Owszem. To jedna z moich przodujących i godnych podziwu cech charakteru – odparł.

W odpowiedzi tylko przewróciła oczami, nie mogąc stłumić cichego chichotu.

Niecałą minutę później chłopak ponownie podniósł się z podłogi, ewidentnie zadowolony ze swojej pracy. Platformę, na której obecnie stali, zdobił teraz pentagram, otoczony dużym okręgiem. Za wewnętrznym pierścieniem zostały narysowane starożytne runy. Kiedy podniósł kamienną misę i sztylet, bez wahania doń podszedł. Oczywiście, zerknęła podejrzliwie na ostrze.

– Muszę upuścić ci trochę krwi – powiedział.

Niemal wytrzeszczyła oczy. Nie mogąc się powstrzymać, zerknęła bez tchu na narysowany na podłodze pentagram.

Czyżbyś uzmysłowiła sobie błąd?, zapytał głos rozsądku. Hermiona nie wiedziała, co robić. Co w nią wstąpiło? Voldemort właśnie zażądał próbki krwi do nieznanego rytuału.

– To nie jest mroczna ceremonia, prawda…? – spytała z największą ostrożnością.

– Nie – odpowiedział powoli, co sprawiło, że zmarszczyła brwi. – Zapewniam, że nie użyjemy żadnej czarnej magii.

– Tom..?

Spojrzała nań uważniej, ponieważ ewidentnie unikał jej wzroku. Zanim się na coś zdecyduje, musi zyskać pewność. Przez dłuższą chwilę po prostu na siebie patrzyli, aż wreszcie się ugiął i wyznał prawdę.

– W porządku – burknął z irytacją. – Jako bazę wykorzystałem mroczny rytuał – tu wskazał na narysowany na podłodze pentagram – jednakże odpowiednio go zmodyfikowałem. Zmieniłem co poniektóre runy, dzięki czemu ceremonia nabrała zupełnie nowego charakteru.

Zerknęła na kamienną misę.

– Mimo to wciąż potrzebujesz upuścić mi krew – zauważyła.

– Owszem.

– Jaki rytuał wybrałeś?

– Pieczęć Charona – odpowiedział z widoczną niechęcią.

– Słucham…? – Natychmiast odsunęła się o krok. – Trochę mi daleko do trupa, którego chcesz zamienić w inferiusa, Tom.

– Wiem, w pełni rozumiem – stwierdził pospiesznie, poprawnie odczytując jej nastrój. – Już ci wytłumaczyłem, że zmodyfikowałem pismo runiczne. Teraz mają na celu zupełnie coś innego.

Hermiona westchnęła, obrzucając pentagram zdegustowanym spojrzeniem. W momencie pożałowała, że tutaj przyszła.

– Skąd mam mieć pewność?

– Obiecuję, że wszystko będzie w porządku. – Wyglądał, jakby rzeczywiście mówił prawdę. – Wyodrębniłem z run część skorelowaną z magią wiążącą – dodał, kiedy nie odpowiedziała.

– Yhym, a zazwyczaj podmiotem związana są ludzkie zwłoki – odparła, a w jasnoszarych oczach zabłyszczała łagodność, która trochę zmiękczyła jej serce. Westchnęła ciężko pod nosem. – Naprawdę myślisz, że to zadziała?

– Owszem.

– I nie zmienię się w bezmyślne zombie?

– Nie ma takiej możliwości.

Hermiona przygryzła wargę. Nie chciała poddawać się niepewnemu ceremoniałowi, zwłaszcza że nie darzyła wykonawcy ogromnym zaufaniem. Nie wiedziała, czy naprawdę chciał jej pomóc, czy tylko pogorszyć i tak kiepską sytuację. Gdy rozmawiali nad hogwardzkim jeziorem, dojrzała w jego słowach i zachowaniu szczerość, ale wiele brakowało, aby uwierzyć w tę uczciwość. Z drugiej strony, dzięki temu przekonam się raz na zawsze, pomyślała, patrząc z odrętwieniem na rozrysowany, teraz złowieszczo się mieniący, znak.

– W porządku. – Wzięła głęboki, uspokajający oddech. – Co mam zrobić?

Ulżyło mu, bo pewniej się uśmiechnął.

– Wystarczy, że staniesz pośrodku pentagramu – wyjaśnił. – Zajmę się całą resztą.

Skinęła niepewnie głową i pozwoliła, żeby Tom podwinął jej rękaw bluzki na lewym ramieniu i odsłonił nagą skórę. Kiedy podniósł srebrny sztylet, miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi, a żołądek powoli podchodzi do gardła. Zadrżała, gdy dotknęło ją zimne ostrze, a potem zmierzyła się z bólem, kiedy skóra została rozcięta i popłynęła krew. Chłopak ostrożnie napełnił kamienną misę. Jak się okazało, nie potrzebował za wiele, dlatego też szybko i bez zbędnej zwłoki uleczył skaleczenie. Na koniec poprawił jej rękaw bluzki i uśmiechnął się uspokajająco.

Chwilę później została zaprowadzona ku pentagramowi.

– Musisz stanąć dokładnie w tym miejscu.

Hermiona ostrożnie przeszła nad kredowymi runami i przystanęła pośrodku znaku. Tom przykucnął na podłodze i wyszeptał pod nosem inkantację, wylewając krew na symbole. Biała kreda całkiem szybko wchłonęła osocze, a potem przez chwilę nic się nie działo.

Wtem białe linie na podłodze rozbłysły jasnym światłem. Gdy przygasło, runy kreda zmieniła swój kolor na krwistoczerwony, a Hermiona znalazła się w lekkim ścisku, przez co wiedziała, że nie będzie mogła opuścić pentagramu, nawet jeżeliby chciała. Od tego momentu nie ma dlań powrotu.

Riddle się wyprostował, patrząc na nią z nieczytelnym wyrazem twarzy. Zadrżała, zauważywszy chłodny błysk w jasnoszarych oczach. W panice spróbowała się odsunąć, ale magia uniemożliwiła jej poruszanie nawet palcem – była jakby przytwierdzona do tego miejsca.

Wyciągnął różdżkę, machnął nią w skomplikowany sposób, a nacisk na jej ciało znacząco się zwiększył. Ślizgon zaczął obchodzić pentagram z uwagą, aby przypadkiem nie naruszyć którejś runy. Cały czas mamrotał pod nosem inkantację i sprawiał wrażenie niesamowicie skupionego na zadaniu. Z każdym jego krokiem, czuła większy ścisk, a wkrótce musiała haustami łapać powietrze, bo zaczęła mieć trudności z oddychaniem. Wizję miała rozmazaną i uderzyły weń zawroty głowy. Kiedy Tom dotarł do miejsca, w którym rozpoczął swą podróż, miała serdecznie dość tego wszystkiego, ponieważ powoli traciła przytomność umysłu. Niestety, magia blokowała jej również możliwość mówienia, dlatego też mogła tylko bezradnie patrzeć przed siebie ze łzami w oczach.

Zadrżała, kiedy poczuła na sobie chłodne spojrzenie, a potem zesztywniała, gdy ostro machnął różdżką w dół. Nacisk stał się tak duży, że była przekonana, iż zaraz zostanie zmiażdżona i wbita w podłogę. Co gorsza, narastał z każdą sekundą, aż osiągnął punkt krytyczny. Nie mogąc się powstrzymać, uchyliła usta i wrzasnęła z bólu.