50. DALEKI OD KRADZIEŻY
Następnego dnia, gdy wyswobodziła się z więzów nieprzytomności, została powitana białym szpitalnym sufitem. Mimo że nastał nowy dzień, czuła się po prostu wyczerpana. Z największą przyjemnością ponownie zakopałaby się w pościeli i odgoniła te przeklęte wspomnienia, nieustannie zalewające jej umysł, ostre niczym nóż. Spróbowała przewrócić się na plecy, ale zapomniała o ranach pozostawionych przez harpię, dlatego też syknęła z bólu.
– O, wreszcie się panienka obudziła. – Usłyszała.
Niechętnie odwróciła głowę i zobaczyła uśmiechniętą pielęgniarkę. Mina kobiety jasno wskazywała, że coś było na rzeczy. Zamrugawszy, zrozumiała, że nie leży sama na łóżku, a ma towarzystwo. Wczoraj wgramoliła się na posłanie Toma i przy nim zasnęła. Madam Dulan trzymała w dłoni różdżkę i w skomplikowany sposób machała ręką nad pogrążonym we śnie chłopakiem. Z czubka jej oręża oddzieliła się w pewnym momencie srebrzysta nitka magii i wniknęła w ranę na jego klatce piersiowej, pozostawiwszy po sobie nikły blask.
– Wystraszyła nas panienka, gdy zauważyliśmy, że łóżko jest puste – zagaiła łagodnie uzdrowicielka. – Szczęśliwie, szybko panienkę zlokalizowaliśmy.
Skinęła z roztargnieniem głową, patrząc na Toma. Wciąż był chorobliwie blady oraz miał obandażowaną pierś.
– Czy wszystko z nim w porządku? – zapytała, szczerze zaniepokojona.
– Został trafiony naprawdę paskudną klątwą – odpowiedziała zgodnie z prawdą szkolna pielęgniarka. – Natychmiast się nim zaopiekowaliśmy, kochana. Uzdrowiciel Perry stanął na wysokości zadania i przełamał urok, który słabnie teraz z minuty na minutę.
– Czemu jest nadal nieprzytomny?
– Cóż, rana się goi, niemniej jednak wkrótce odzyska przytomność.
Kobieta schowała różdżkę, a następnie sięgnęła po buteleczkę z eliksirem leczniczym stojącą na pobliskiej szafeczce.
– Proszę. – Podała Hermionie fiolkę. – Niech panienka wypije. To pomoże szybciej odzyskać siły.
Z wdzięcznością skinęła głową i posłusznie wszystko przełknęła. Gdy tylko oddała opróżnioną buteleczkę, senność, którą przed momentem czuła, odeszła w niepamięć.
– Dziękuję.
– Czy może panienka wstać? – Uśmiechnęła się Dulan. – Chciałabym rzucić okiem na zranienia na plecach.
DeCerto spróbowała się podnieść do pozycji siedzącej. Syknęła z bólu i, jak się okazało, potrzebowała małej pomocy, żeby stanąć na nogach.
– Ostrożnie – powiedziała z troską pielęgniarka. – Te rozcięcia są naprawdę paskudne.
Z trudem dotarła do swojego łóżka. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się spojrzeć na drugą stronę skrzydła szpitalnego, gdzie zobaczyła puste posłanie. Mimowolnie jęknęła i zadrżała. Jeszcze wczoraj leżał tam Mark. Państwo Longbottom z pewnością chcieli zabrać syna do domu.
Powoli wypuściła powietrze, które nieświadomie wstrzymała. Madam Dulan rzuciła jej zaniepokojone spojrzenie, a gdy upewniła się, że wszystko jest w porządku, pomogła jej usiąść i z największą delikatnością zdjąć szpitalną koszulę. Ot na wszelki wypadek, podczas oględzin pleców, Hermiona zasłoniła dłońmi piersi.
– Całkiem nietypowa rana – podsumowała pielęgniarka. – Jak ją panienka otrzymała, o ile mogę spytać?
– Hmmm, to pamiątka po pazurach harpii – wymamrotała nieśmiało.
– Harpii? – Czarownica była zszokowana. – Żyłam w przekonaniu, że to wymarły gatunek. Nic więc dziwnego, drogi Merlinie!
– Co w tym dziwnego? – zapytała.
– Skaleczenie goi się bardzo wolno – wytłumaczyła, uprzednio odchrząknąwszy. – Eliksiry nie przynosiły oczekiwanego rezultatu, dlatego też musiałam się uciec do mugolskiej medycyny – dodała skruszonym tonem, a dziewczyna zesztywniała. – Niczym się nie martw, kochana. Nie otrzymałaś zaklętej rany, niemniej jednak są w niej pozostałości czarnej magii. Z czasem to wyleczymy, ale zostaną ci blizny.
Hermiona odetchnęła. Następna pamiątka po bitwie? Tom miał całkowitą rację, gdy powiedział, że je kolekcjonuje.
– W porządku. – Uśmiechnęła się słabo, aby rozładować napięcie. – Z tyłu nie będę ich widzieć.
Pielęgniarka pogłaskała ją czule po głowie.
– Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby zmniejszyć ich rozmiar. – Machnęła różdżką, czym owinęła jej klatkę piersiową świeżym bandażem. Następnie sięgnęła po zrzuconą wcześniej koszulkę nocną i pomogła podopiecznej się przyodziać. – Naprawdę nie sądzę, aby pan Riddle miał coś przeciwko tym bliznom. Jakby nie patrzeć, będzie miał podobną na piersi. Niezła z was para.
Usłyszawszy ostatnie stwierdzenie, mimowolnie się spięła. W jakiś sposób ten niewinny komentarz sprawił, że w środku się zagotowała. Że niby są parą…? Jeszcze wczoraj z całego serca by temu przytaknęła, ale dzisiaj miała wątpliwości. Z pewnością łączyła ich wyjątkowa więź, ale czy naprawdę byli razem? Samo słowo „związek" sugeruje, iż partnerzy są sobie równi, a w rzeczywistości jest przecież zgoła inaczej. To, co się wydarzyło w kościele, jasno wskazuje, że jest między nimi nierównowaga sił.
Zacisnęła z gniewu zęby i zapięła guziczki koszuli.
– Dziękuję za pomoc – powiedziała pielęgniarce.
Gdy kobieta się uśmiechnęła, Hermiona zauważyła, iż ma na palcu złoty pierścionek z małym oczkiem, którego wcześniej z pewnością nie nosiła. Ujrzawszy zainteresowanie uczennicy, uzdrowicielka się zarumieniła.
– Vallo – powiedziała, patrząc z miłością na sygnecik. – To znaczy profesor McGray.
– Gratuluję zaręczyn. – Uśmiechnęła się szczerze.
– Dziękuję. Oświadczył się dosłownie wczoraj, kiedy wrócił poobijany po tej okropnej bitwie. Stwierdził, że nie powinniśmy dłużej zwlekać. Cóż, od razu się zgodziłam.
– Nie został ranny, prawda…? – spytała z poczuciem winy.
Pielęgniarka potrząsnęła głową.
– Och, nie, a przynajmniej nie tak poważnie, jak wy. Vallo ma się całkiem dobrze.
Odetchnęła z ulgą. Jak to mówią, szczęście w nieszczęściu, pomyślała, patrząc na uśmiechniętą i wciąż zarumienioną twarz panny Dulan.
– Naprawdę się cieszę – dodała.
– W porządku.
Hermiona skinęła głową i z powrotem podeszła do łóżka Toma. Wciąż był pogrążony we śnie. Niechętnie uniosła rękę i ostrożnie zaczesała mu zabłąkany, jedwabisty kosmyk czarnych włosów za ucho, co sprawiło, że lekko się poruszył. Kiedy tak mu się przyglądała, wróciła wspomnieniami do wczorajszego oświadczenia.
Jesteś tylko naczyniem.
Może i związałaś się z magią Ignotusa Peverella, ale nie jest twoją własnością.
Prawdziwa moc Niezwyciężonej Różdżki może być aktywowana wyłącznie przez jej prawowitego właściciela.
Jesteś związana z tą mocą tylko ciałem, zaś ja duchem. Okiełznałem magię Ignotusa Peverella.
Westchnęła pod nosem, przypominając sobie te wszystkie słowa. Naprawdę tworzymy zgraną parę, parsknęła w myślach. Tom niezaprzeczalnie dzierży nad nią władzę i ma pełną kontrolę. Jak miała się w tym odnaleźć? Czy była zaledwie służącą na każde zawołanie mistrza?
Zadrżała, spojrzawszy na Toma. Gdy tak przeczesywała mu włosy, skupiła się na swojej nowej, srebrzystej ręce. Zaklęciem ucięła sobie dłoń od podstawy kciuka aż do tego, co niegdyś było knykciem małego palca. Urok, który rzucił nań chłopak, zastąpił brakującą część, dzięki czemu połyskiwała teraz w słońcu. Oczywiście, była bardzo wdzięczna za wyczarowanie pasującej kończyny, a tym bardziej za pomoc w starciu z Gellertem Grindelwaldem, aczkolwiek to uczucie było również skażone dziwacznym odrętwieniem.
Obiecuję, że więcej cię nie skrzywdzę.
Złożył tę obietnicę na krótko przed tym, zanim zgodziła się na odnowienie związku. Był naprawdę przekonujący, dlatego też mu uwierzyła. Podjąwszy decyzję, przebaczyła mu wszystkie wyrządzone krzywdy, uprzykrzanie życia, usłyszane zniewagi i znęcanie. Sprawiał wrażenie szczerze skruszonego, więc odważyła się ponownie obdarzyć go zaufaniem i uczuciem.
Teraz, mój drogi magiczny przedmiocie, nadszedł czas, abym użył twej mocy.
Na moment przymknęła oczy, wróciwszy wspomnieniami do wydarzeń z kościoła. Jakby nie patrzeć, złamał złożone przyrzeczenie, ponieważ znów cierpiała.
Westchnęła, patrząc na śpiącego chłopaka.
– Profesor Dumbledore prosił mnie, abym przekazała panience wiadomość. – Usłyszała łagodny głos szkolnej pielęgniarki, co sprawiło, że natychmiast wróciła do rzeczywistości. – Chciał się spotkać, gdy tylko poczuje się panienka lepiej.
– Gdzie jest? – zapytała.
– Godzinę temu wrócił z Ministerstwa Magii, a teraz najprawdopodobniej rozmawia z dyrektorem Dippetem. – W oczach kobiety pojawiła się troska. – Może jednak powinna panienka trochę poleżeć w łóżku i odpocząć? Jestem pewna, że profesor Dumbledore poczeka, ile potrzeba.
Potrząsnęła głową.
– Wrócę później – odpowiedziała i spojrzała na śpiącego chłopaka.
– Pan Riddle z pewnością to doceni. Sugeruję, żeby poszukała panienka swoich kolegów, pana Lupina i pana Weasleya. Szaleli ze zmartwienia i musiałam ich wyrzucić z ambulatorium, aby również mogli zaznać odrobinę odpoczynku.
Hermiona przytaknęła, podniesiona na duchu. Perspektywa rychłego zobaczenia się z przyjaciółmi dodała jej otuchy. Rozejrzawszy się wokół, zobaczyła czarną szatę przewieszoną przez poręcz łóżka. Wzięła ją i założyła, dzięki czemu zakryła szpitalną piżamę. Ubranie było zdecydowanie zbyt duże, więc zapewne należało do Toma, za czym przemawiały również zielone i srebrne lamówki.
– Och, mogę przynieść bardziej odpowiednią odzież – powiedziała pielęgniarka, widząc jej poczynania.
– Nie, to zbędne. Naprawdę. – Potrząsnęła głową. – Wrócę do swojego dormitorium i tam się przebiorę.
Zobaczywszy minę madam Dulan, utwierdziła się w przekonaniu, że kobieta chciałaby, aby przeleżała w łóżku przynajmniej resztę dnia, ale wolała tego uniknąć. Z całego serca nienawidziła wszelkiego rodzaju szpitali. I, jeżeli miała być szczera, nie była pewna, czy chciałaby być obecna przy przebudzeniu się Toma.
Jeszcze raz podziękowała grzecznie za pomoc i pospiesznie opuściła ambulatorium. Szybkim krokiem ruszyła w stronę wieży Gryffindoru, co niestety, jednocześnie zbliżyło ją do bardziej uczęszczanych części zamku; na domiar złego przed sekundą rozbrzmiał dzwonek i uczniowie powychodzili z klas na korytarze. Gdy pędziła do dormitorium, przedzierając się przez tłum, natychmiast zauważyła, że znów stała się obiektem powszechnego zainteresowania.
Właśnie tego było mi trzeba, pomyślała, szczerze zirytowana zachowaniem kolegów i koleżanek. Owinęła się mocniej czarną szatą i spuściła głowę, chcąc przynajmniej na moment odciąć się od wszechobecnego zgiełku i szeptów. Najwyraźniej ludzie słyszeli plotki o wydarzeniach z poprzedniego dnia. Czarodziejski świat zapewne pogrążył się w chaosie, ponieważ Gellert Grindelwald nareszcie upadł, a teraz należało stawić czoła konsekwencjom jego krucjaty. W gruncie rzeczy nie powinna być zaskoczona, że wzbudziła zainteresowanie swoim powiązaniem z tą aferą.
Chociaż próbowała zagłuszyć szeptane wokół rozmowy i nie nawiązywała z nikim kontaktu wzrokowego, i tak słyszała fragmenty.
– Naprawdę? To ona? DeCerto?
– Jak myślisz, co miała wspólnego z Grindelwaldem?
– Słyszałem, że jest mugolaczką. Może właśnie dlatego została zaatakowana.
– W Hogwarcie jest wielu mugolaków. Czemu akurat ona?
– Może jest mroczną czarownicą i miała zostać zwerbowana. Niejednokrotnie widziałam u niej szaleńczy błysk w oku.
– Yhym, wygląda na szaloną.
Hermiona wzięła głęboki, uspokajający oddech, żeby stłumić narastającą frustrację. Że niby była mroczną czarownicą? Niedorzeczność jakich mało! W momencie stłumiła bolesny skurcz w żołądku i skupiła się na rozwiązaniu problemu. Najszybszym sposobem załatwienia sprawy była rozmowa z Albusem Dumbledore'em, który powstrzyma zalew plotek. To raczej niemożliwe, żeby publicznie ogłosił, iż jedna z uczennic Hogwartu była zaangażowana w walkę przeciwko Gellertowi Grindelwaldowi. Gdyby zdecydował się postawić na prawdę, ludzie mocniej zainteresowaliby się „Hermioną DeCerto", która wszak nie istnieje. To zaś doprowadziłoby do wielu nieprzyjemnych pytań. Wykluczone, aby pozwoliła aurorom lub grupie dochodzeniowej na węszenie wokół swojej osoby.
Niezła z was para. Chociaż te słowa wypowiedziała panna Dulan, usłyszała w głowie głos Grindelwalda. Jesteś w wielkim błędzie, moja droga. Nie tkwimy w żadnej ciemności.
Zacisnęła dłonie w pięści, wchodząc po schodach do wieży Gryffindoru. Wciąż słyszała w uszach ten okropny śmiech.
Możesz mieć problemy z akceptacją rzeczywistości, ale prawdy nie pokonasz. Jesteś częścią pierwotnej magii.
Łgał, pomyślała ze wściekłością. Skoro była przekonana, że kłamał, aby nawiązać współpracę, to dlaczego miała wątpliwości? Odkąd się obudziła, nie próbowała zwizualizować sobie mentalnego warkocza. Z łatwością mogła przetransmutować czarną szatę w coś bardziej odpowiedniego, a mimo to się powstrzymała. Wolała przebiec pół zamku w szpitalnej piżamie, żeby na spokojnie przebrać się w dormitorium. Dlaczego? Czy w głębi duszy naprawdę uważała, że Grindelwald miał rację? Magia, którą władała, była mroczna?
Zdeterminowana, potrząsnęła gwałtownie głową.
Jest sens zaprzeczać?, usłyszała szydzący głos. To przecież niemały zaszczyt.
Nie, to najprawdziwsze przekleństwo, odparła, szczerze gardząc człowiekiem, który do tego doprowadził. Ignotus Peverell stworzył czarną magię i niejednego zbrukał swą ciemnością. Nienawidziła go z całego serca.
Grindelwald z miłością nazwał ją „częścią pierwotnej magii", zaś Tom „drogim magicznym przedmiotem", równie pieszczotliwie. Wciąż drżała na samą myśl. Nie chciała być czyjąś własnością, czy po prostu czarodziejskim artefaktem. Czym właściwie się stała? Wabikiem na potężnych czarnoksiężników, pragnących władzy i mocy?
Jakim prawem Tom się tak porządził?
Zwiesiła głowę, przystanąwszy przed portretem Grubej Damy. Kobieta najpierw uniosła jedną brew, a potem zmarszczyła obie, patrząc nań oceniająco.
– Czemu masz na sobie ślizgońską szatę? – zapytała podejrzliwie.
Hermiona wzruszyła ramionami, a potem podała hasło.
– Krab podkowiasty.
Gruba Dama się skrzywiła i niechętnie otworzyła przejście. Jak się okazało, pokój wspólny Gryffindoru świecił pustkami. Całkiem możliwe, że gryfoni byli w drodze na następne zajęcia. Skorzystawszy z oferowanej przez los możliwości, szybko pokonała schody prowadzące do dormitorium. Tym razem skierowała się ku sypialni chłopców, ponieważ miała przeczucie, iż przyjaciele zaszyli się w bezpiecznym azylu i nie wyściubiali stamtąd nosa. Najprawdopodobniej ominęli również dzisiejsze lekcje. Z największą ostrożnością zapukała do drzwi męskiego dormitorium z szóstego roku.
– Proszę.
Powoli pchnęła wrota, weszła do sypialni i pobieżnie omiotła pokój wzrokiem. Jako pierwsze zobaczyła łóżka z baldachimem i czerwone kotary Gryffindoru. Lekko się uśmiechnęła, bo w szkole naprawdę niewiele się zmieniło na przestrzeni lat. W drugiej kolejności zarejestrowała trójkę pochłoniętych rozmową osób, które teraz zwróciły nań uwagę – Amarysa Lupina, Richarda Weasleya i, o dziwo, Stellę Lovegood.
Hermiona wstrzymała oddech, nagle przerażona. Czy zostanie obwiniona za śmierć Marka…? Niestety, nie sposób zaprzeczyć oczywistości, a mimo to się obawiała reakcji przyjaciół. W momencie zanurzyła się w morzu poczucia winy i wyrzutów sumienia, a przez to nie była w stanie wejść do dormitorium. Zaczęła normalnie oddychać, dopiero kiedy Weasley się uśmiechnął.
– Merlinie! – Lupin podniósł głos. – Właśnie o tobie rozmawialiśmy, Hermiono! – To powiedziawszy, podszedł doń szybkim krokiem i zdusił ją w niedźwiedzim uścisku. Richard natychmiast poszedł śladami przyjaciela, zaś Stella z pogodnym uśmiechem na twarzy pogłaskała ją troskliwie po głowie.
– Ano. – Głos Richarda był stłumiony. – Zastanawialiśmy się, czy powinniśmy włamać się do skrzydła szpitalnego. Madam Dulan odmawiała nam wstępu.
Amarys odsunął się jako pierwszy i objął dziewczynę ramieniem.
– Jak się czujesz? Na pewno dostałaś pozwolenie na opuszczenie ambulatorium?
Wciąż zaskoczona zachowaniem najbliższych trochę się rozluźniła. Była szczerze przekonana, że podniosą larum i zostanie porządnie skrzyczana.
– Wszystko w porządku. Pielęgniarka mnie wypuściła.
– Co ci się stało w rękę? – zapytał ze zmarszczonymi brwiami Weasley, zauważywszy, że ma posrebrzaną dłoń.
– Och. – Zupełnie zapomniała o sztucznej ręce. Przez to, że nie czuła żadnej różnicy od prawdziwej, nie zwracała nań żadnej uwagi. – Zraniłam się w czasie walki. – Wzruszyła niedbale ramionami. – Już jest dobrze. – Aby to udowodnić, poruszała palcami. – Wygląda trochę dziwnie, ale przeżyję.
Chłopcy jeszcze przez chwilę patrzyli na srebrną dłoń ze zmartwieniem. Ich markotny nastrój przegoniła dopiero Stella, która podeszła bliżej i się uśmiechnęła.
– Jest ładna – podsumowała pogodnie.
Lupin odwzajemnił gest, zaś Weasley skinął akceptująco głową.
– Chodź, odpocznij.
Zanim się zorientowała, już siedziała na jednym z łóżek, zaś Amarys delikatnie gładził jej przedramię.
– Strasznie się o ciebie baliśmy, Hermiono. Cieszymy się, że wyszłaś z tego cało – powiedział ściszonym głosem. – Szczerze mówiąc, gdy rzuciłaś mi świstoklik i kazałaś uciekać, byłem święcie przekonany, że nigdy więcej się nie zobaczymy.
– Wszystko będzie dobrze. – Spróbowała go uspokoić. – Skaleczenia się zagoją, ale najważniejsze, że tobie nic się nie stało.
Lupin potrząsnął głową.
– Wiedzieliśmy, że jesteś ścigana przez Grindelwalda. Mogliśmy zapobiec porwaniu, gdybyśmy bardziej uważali – stwierdził z wypisanym na twarzy wyrzutem. – Z perspektywy czasu to jasne niczym słońce, że Mark był… pod wpływem zaklęcia.
Hermiona się zapatrzyła. Była oszołomiona faktem, że przyjaciel się obwiniał. W rzeczywistości tylko ona mogła się gnębić z powodu głupoty i naiwności, bowiem powinna była przewidzieć podobną możliwość i nigdy nie opuszczać gardy. Nie wiedząc, co właściwie mu powiedzieć, pochyliła się w bok i z czułością pocałowała go w policzek.
– Co dokładnie się wydarzyło po zniknięciu Amarysa…? – zapytał z największą ostrożnością Richard. – Jakim cudem uciekłaś Grindelwaldowi…?
To oczywiste, że się zawahała, zwłaszcza że siedzieli w towarzystwie Stelli. W gruncie rzeczy lubiła tę dziewczynę, aczkolwiek nie wiedziała o niej zbyt dużo i wolała nie ryzykować. Widząc jej obawy, krukonka uśmiechnęła się pogodnie.
– Nie musisz się martwić, że rozsieję plotki. Nawet gdybym to zrobiła, nikt by mi nie uwierzył na słowo. Mam opinię dziwaczki – powiedziała, nie wydając się tym w najmniejszym stopniu zaniepokojona, przez co Amarys lekko się skrzywił.
Przełknąwszy nerwowo ślinę, postanowiła, że zdradzi im kilka szczegółów. Zaczęła więc opowiadać drżącym głosem, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Naturalnie, pominęła ważniejsze fragmenty, jak na przykład poznanie prawdy o naturze własnej magii, bądź o więzi ze swoim właścicielem. Zamiast tego, skupiła się na samym ataku i problemach ze wzniesieniem obrony.
– Gdy było naprawdę kiepsko, zjawił się Tom i pomógł mi utrzymać Grindelwalda na dystans wystarczająco długo, żeby przybył profesor Dumbledore ze wsparciem.
Weasley uniósł brwi.
– Czyli Riddle naprawdę ci pomógł – stwierdził jakby z zaskoczeniem. – Słyszeliśmy, że wczoraj zniknął z zamku.
Skinęła niepewnie głową. Rozmowa o Tomie sprawiła, że znów poczuła się dziwnie odrętwiała i oderwana od rzeczywistości. Automatycznie spuściła wzrok na swe złożone w koszyczek na kolanach dłonie, zaś Lupin niemal natychmiast wyczuł, że stała się przygnębiona.
– Czy wszystko z nim w porządku? – spytał z troską. – Nie został ranny, prawda?
– Został trafiony klątwą, ale wkrótce wydobrzeje – odpowiedziała, unosząc głowę.
– Nigdy go nie lubiłem, ale cieszę się, że był u twojego boku. – Uśmiechnął się, uścisnąwszy jej dłoń. – Niejednokrotnie widziałem na obronie, jakimi zaklęciami miotał i wiem, że jest dobrym pojedynkowiczem. To pocieszające wiedzieć, że dla ciebie walczył.
To oświadczenie sprawiło, że spojrzała na przyjaciół wielkimi oczami. Gdy zobaczyła na ich twarzach ulgę, czułość i troskę, nie mogła się dłużej powstrzymywać.
– Tak mi przykro – wyszeptała płaczliwie.
Richard natychmiast objął ją ramieniem, zaś Stella pogłaskała po plecach.
– Czego właściwie żałujesz? – zapytał łagodnie Amarys.
– Wciągnęłam was w to zamieszanie… – wyznała z bólem. – Od dawna wiedziałam, że jestem ścigana, a mimo to… naraziłam was na niebezpieczeństwo. Może gdybym zachowywała się inaczej… Mark nadal by… – urwała, ponieważ zauważyła cierpienie w oczach Lupina.
Chłopak potrząsnął głową i uśmiechnął się zachęcająco.
– Słyszałaś Grindelwalda, Hermiono. Bez żadnych oporów przyznał, że trzymał Marka pod Imperiusem od dłuższego czasu, może nawet jeszcze zanim przeniosłaś się do Hogwartu. Nie ty zaatakowałaś Marka, a Grindelwald. Z całą pewnością nie jesteś odpowiedzialna za to, co się wczoraj stało – powiedział stanowczym tonem. – Odbędzie się pogrzeb – dodał przepełnionym smutkiem głosem.
– Pójdziemy. – Weasley skinął głową. – Chcemy się pożegnać.
Również przytaknęła.
– Też chciałabym pójść.
Gdy wyklarowali sobie sprawę, posiedzieli chwilę w milczeniu. Każde z nich zatraciło się we własnych myślach i wspomnieniach. Kiedy trochę ochłonęła, przeprosiła towarzystwo i się odłączyła. Wciąż musiała porozmawiać z Albusem Dumbledore'em. Wyszła z dormitorium chłopców i skierowała się do dziewczęcego. Na szczęście w środku nikogo nie spotkała. Rozejrzawszy się, zauważyła, iż jedno z pięciu łóżek było puste, a u jego stóp nie było żadnego kufra. Zmarszczyła brwi, gdy zrozumiała, że to posłanie Diany Potter. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że kiedyś Lupin wspominał, że Potterowie i Longbottomowie byli ze sobą blisko, co w praktyce oznaczało, że Mark i Diana dorastali razem. Hermiona westchnęła i momentalnie spochmurniała. Współlokatorka najprawdopodobniej wróciła do domu, aby móc spędzić trochę czasu z rodziną.
Z trudem przełknęła gulę w gardle i wyciągnęła kilka ubrań z kufra. Nie zawracając sobie głowy szkolnym mundurkiem, wskoczyła w szarą spódnicę i najzwyklejszą w świecie białą bluzkę. Przyodziawszy się, złożyła w kostkę pożyczoną od Toma szatę i przewiesiła ją przez oparcie krzesła. Następnie odwróciła się na pięcie i wyszła z dormitorium. Naprawdę musiała porozmawiać z opiekunem swojego domu.
Kilka minut później siedziała w gabinecie nauczyciela transmutacji ze świeżo zaparzoną miętową herbatą w filiżance. Dumbledore zajmował miejsce naprzeciwko i wyglądał na bardzo zmęczonego.
– Co sądzi pan o nowej różdżce? – zagaiła z uśmiechem na twarzy.
– Niegdyś oddałbym za nią wszystko, nawet własną duszę – odpowiedział ze smutkiem. – Teraz będzie dla mnie tylko ciężarem.
Skinęła głową. W pełni go rozumiała – właściwie to aż za dobrze, biorąc pod uwagę, że sama musiała żyć z czarnym splotem w swoim mentalnym warkoczu.
Dyplomatycznie sięgnęła po filiżankę i upiła łyka napoju.
– Czy mogę wiedzieć, dlaczego stałaś się celem Gellerta, Hermiono? – zapytał łagodnie profesor.
– Chodziło o książkę, którą ukradłam Nicolasowi Flamelowi – odpowiedziała, uprzednio trochę się powierciwszy na krześle. – Manuskrypt Ignotusa Peverella – doprecyzowała.
Mężczyzna skinął głową.
– Peverell sprawił nam wiele kłopotów, chociaż nie żyje od dawna.
– Można tak powiedzieć – potwierdziła, po czym zerknęła nań nieśmiało. Zdeterminowana, postanowiła wreszcie poruszyć temat, który stanowił niemałą zagwozdkę. – Profesorze?
– Słucham, Hermiono.
– Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział o moim lub Toma zaangażowaniu w sprawę Grindelwalda. Czy mógłby pan po prostu… przemilczeć nasz udział? – zapytała, prostując się na krześle.
Nauczyciel zamrugał, a w jasnoniebieskich oczach zabłysnęło zaintrygowanie.
– To, czego wczoraj dokonaliście, było wielkim wyczynem. Bez waszego wsparcia Gellert najprawdopodobniej wciąż byłby na wolności – powiedział ostrożnie. – Dlaczego odmawiasz światu przynajmniej jednego bohatera?
Natychmiast potrząsnęła głową.
– Żadna ze mnie bohaterka – stwierdziła. – To pan pokonał Grindelwalda.
– Jesteś zbyt skromna, moja droga. – Uśmiechnął się Dumbledore. – Wiem, jak potężnym czarodziejem jest Gellert. Kiedy się z nim pojedynkowałem, czułem, że był porządnie wymęczony. Niełatwo go osłabić, więc musiał wykorzystać naprawdę wiele mocy do poprzedniej walki.
Hermiona się skrzywiła. Nigdy dobrze nie przyjmowała tak górnolotnych komplementów.
– Miałam pomoc. Bez Toma nie przetrwałabym długo – argumentowała.
– To zaś interesujące. – Skinął głową, ewidentnie rozbawiony. – Tom bez zastanowienia ruszył na ratunek swojej dziewczynie. Jeszcze rok temu nawet nie pomyślałbym, że jest w stanie wytrwać w związku dłużej niż tydzień. – Niebieskie oczy zabłyszczały złośliwie. – Wydobywasz z niego to, co najlepsze.
Albo najgorsze, parsknęła, posyłając nauczycielowi wymuszony uśmiech.
– Jak przypuszczam, aurorzy będą chcieli przesłuchać waszą dwójkę – kontynuował po chwili milczenia. – Spokojnie. Porozmawiam z nimi i załatwię sprawę tak, abyście nie musieli składać zeznać – dodał, widząc, że spanikowała.
– Dziękuję, profesorze – powiedziała z wdzięcznością. – Co się właściwie stało z Grindelwaldem? – zapytała, chcąc zmienić temat.
Dumbledore westchnął, nagle zmęczony, a potem odchylił się na swoim krześle.
– Zgodnie z obowiązującym prawem, został przekazany francuskim władzom. Wkrótce zostanie przeniesiony do Nurmengardu, gdzie zapewne będzie odsiadywał wyrok.
Hermiona przytaknęła, chociaż dobrze wiedziała, że Gellert Grindelwald już nigdy nie postawi stopy na wolności. Gdy dożyje starości, Lord Voldemort złoży mu wizytę i zabije go, pragnąc zdobyć Czarną Różdżkę.
Wtem zastygła w bezruchu, zmrożona własnymi rozważaniami. Czy Voldemort naprawdę pytałby Grindelwalda o Insygnium, skoro doskonale wiedział, w czyich rękach się znajdowało…? Z trudem przełknęła ślinę. Czemu miałby chcieć Czarnej Różdżki, skoro samodzielnie stworzył magiczny artefakt o podobnej mocy, w pełni mu podporządkowany…? W momencie zrozumiała, że nadszarpnęła linię czasu i to niepodważalnie. Wszystko się zmieniło, bowiem Voldemort już teraz dzierżył w rękach cholernie potężną broń.
Nie, sapnęła w myślach, przerażona do granic możliwości. Tom nie jest szaleńcem, którego poznałam w przyszłości.
Możliwe, ale jest na dobrej drodze ku pogrążeniu się w ciemności, zadrwił wewnętrzny głos, brzmiący podobnie do grindelwaldowego. Dobrze o tym wiesz. Najważniejsze pytanie brzmi, czy jesteś gotowa za nim podążać. Twoja magia dokonała już wyboru…
Zdenerwowana, odepchnęła od siebie nieprzyjemne myśli i ponownie skupiła się na Dumbledorze.
– Myśli pan, że Grindelwald miał rację? – zapytała, patrząc wprost w niebieskie oczy.
– W jakiej kwestii?
– Wiele mówił o tym, że czarna magia nie jest złem, a prawdziwą wolnością – doprecyzowała.
Nauczyciel uśmiechnął się ze zmęczeniem.
– Ciężko stwierdzić – powiedział po dłuższej chwili milczenia, na co prawie wytrzeszczyła oczy. Spodziewała się wiele, ale zdecydowanie nie czegoś podobnego. – Szczerze mówiąc, rozróżnienie tych dziedzin magii jest najprawdopodobniej najtrudniejszym podnoszonym przedmiotem. Gdzie wyznaczyć granicę? Jak zdecydować, co jest dobre, a co niewłaściwe? Istnieje wiele definicji „zła". Każdy ma inną.
– Czyli Grindelwald miał jednak rację…? – zapytała, zdesperowana. Czemu to wszystko było tak skomplikowane? – Czarna magia stanowi wolność?
Dumbledore pochylił się do przodu i położył dłonie na biurku. Wyglądał szalenie poważnie.
– Cokolwiek powiedział ci Gellert, jakkolwiek próbował cię przekonać do swoich racji, powinnaś wiedzieć jedno, Hermiono. Chociaż uparcie twierdzi inaczej, nigdy nie walczył o wolność. – Westchnął przeciągle. – Zakładam, że wytłumaczył ci, że daleko mu do czarnoksiężnika, że walczy dla większego dobra oraz że pragnie pokazać innym lepszą drogę – kontynuował i zacisnął usta, kiedy mu przytaknęła. – Niegdyś również mu uwierzyłem – przyznał ze smutkiem. – Czy czarna magia naprawdę jest przesiąknięta złem? Ciężko stwierdzić. Z pewnością jest bardziej elastyczna niż siła, którą nazywamy jasną magią. Niestety, przez to jest także podatna na naginanie w niewłaściwym kierunku. – W jasnoniebieskich oczach zabłysnęła emocja, której dziewczyna nie potrafiła poprawnie zidentyfikować. – Czy Gellert jest czarnoksiężnikiem, czy też bojownikiem o światło? – Zmarszczył brwi, zagubiony w myślach. – Ostatecznie nie ma to większego znaczenia. Niezależnie od tego, czy walczy dla egoistycznych pobudek, czy też w imię nieskażonego, tak zwanego większego dobra – czy cokolwiek może usprawiedliwić czyny, których się w międzyczasie dopuścił? – Ponownie westchnął. – Jest święcie przekonany, że cel uświęca środki, a więc ma tendencję do poświęcania rzeczy, na których mu nie zależy. Jest też odpowiedzialny za cierpienie wielu ludzi. Mark Longbottom z pewnością nie zamierzał umierać, aby zaspokoić czyjeś ambicje.
Hermiona zesztywniała na wspomnienie zmarłego przyjaciela i znów zanurzyła się w morzu poczucia winy.
– Sama ucierpiałaś z powodu pasji Gellerta. W okrutny sposób odebrał bliską ci osobę – powiedział nauczyciel, jakby wyczuł jej rozpacz. – Nie wiem, czy czarna magia jest złą siłą, czy też nieskazitelną mocą natury, ale nie widzę niczego krystalicznie czystego w czynach, których dopuścił się Gellert.
Zapatrzyła się nań, pogrążona w myślach. Dumbledore nie naciskał.
– Myśli pan, że Mark by mi wybaczył…? – spytała ściszonym głosem.
– Nie wiem, czy zmarli są w stanie dać żywym rozgrzeszenie, ale lubię myśleć, że jak najbardziej – odpowiedział ze smutkiem. Wydawał się wrócić wspomnieniami do odległej przeszłości. Gdy skoncentrował się znów na rzeczywistości, w jasnoniebieskich oczach pojawiła się miękkość i łagodność. – To straszne, że pan Longbottom zginął, aczkolwiek nie powinnaś się obwiniać. Nie sądzę, aby twój przyjaciel miał do ciebie pretensje. Oboje byliście ofiarami wojny.
Hermiona odetchnęła głęboko. Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale w oczekiwaniu na odpowiedź zacisnęła dłonie na krawędzi biurka i dopiero teraz się rozluźniła.
– Dziękuję.
Profesor skinął głową, wciąż z delikatnym uśmiechem na twarzy. Sekundę później zainteresował się jej posrebrzaną dłonią.
– Imponująca magia.
Zamrugała, a potem spuściła wzrok na swoją rękę. Zanim się zorientowała, co robi, zacisnęła dłoń w pięść, aby ukryć srebrne palce.
– Yhym, dzieło Toma.
– Naturalnie. – Uśmiechnął się Dumbledore. – Nigdy nie wątpiłem w jego talent.
Uniosła brwi, a potem westchnęła.
– Ja również, aczkolwiek ostatnio mam inne wątpliwości i bolączki.
Mężczyzna odchylił się na krześle.
– Jeżeli chcesz, możesz się zwierzyć.
Hermiona odwróciła wzrok. Zapatrzona w srebrną dłoń, pozwoliła swoim myślom błądzić wokół magii wiążącej. Z nerwów przygryzła dolną wargę.
– Znowu mnie okłamał.
– Zakładam, że w istotnej kwestii – stwierdził, przekrzywiwszy głowę.
– Owszem – odparła z goryczą. – Można tak powiedzieć.
– Jesteś nim rozczarowana – podsumował, a gdy nie odpowiedziała, dodał łagodnie: – Znam Toma, odkąd skończył dziesięć lat. Wprowadzałem go w czarodziejski świat.
– Wiem. Trochę mi o tym opowiadał.
Dumbledore skinął głową i pogrążył się we wspomnieniach. W międzyczasie wyglądał przez okno. Kiedy ponownie skupił się na podopiecznej, w jasnoniebieskich oczach błyszczał niewiadomego pochodzenia smutek.
– Zawsze lubiłem odwiedzać uczniów mugolskiego urodzenia, którzy mieli rozpocząć pierwszy rok w Hogwarcie – wyznał. – Cudownie jest widzieć tę radosną iskierkę w dziecięcych oczach, gdy zdają sobie sprawę, że niedługo wkroczą do zupełnie nowego, dotąd niezbadanego świata.
– Tom był inny, prawda? – zapytała z ostrożnością.
Nauczyciel westchnął i zdjął z nosa okulary.
– Owszem. Słowo „inny" doskonale go opisuje. Tamtego dnia opuściłem sierociniec raczej zaniepokojony. To z kolei sprawiło, że postanowiłem baczniej przyglądać się chłopcu, którego dopiero co poznałem – powiedział z powagą, co skomentowała skinieniem głowy. – Czasami żałuję tej decyzji. Gdybym postąpił inaczej, nie musiałbym z bliska patrzeć, jak rozwija się w niewłaściwych dziedzinach magii. – W głosie mężczyzny zabrzmiał smutek i żal. – Niestety, ale bardzo szybko negatywnie się ukierunkował – głównie na mrok i okrucieństwo. Starałem się trzymać go z daleka od tej nienawiści, jednakże zawiodłem. Zamiast tego, Tom zdołał pociągnąć za sobą innych uczniów. Czułem się winny, ponieważ nie byłem w stanie mu pomóc. Musiałem zaakceptować sromotną porażkę.
Hermiona odwróciła wzrok i przez chwilę ze smutkiem kontemplowała dłonie, które położyła na kolanach. Pozbierawszy myśli, spojrzała z powrotem na profesora. Chociaż patrzył wprost na nią, sprawiał wrażenie odległego.
– Chociaż próbowałem dosłownie wszystkiego, odmawiał zmiany nastawienia. Nie jestem w stanie określić, kiedy właściwie to się stało, ale z czasem z niego zrezygnowałem – dodał ściszonym głosem. – Zmieniłaś wszystko swoim pojawieniem się w Hogwarcie. – Uśmiechnął się Dumbledore.
– Ja…?
– Owszem. Odkąd się poznaliście i zbliżyliście do siebie, Tom bardzo się zmienił.
Zmarszczyła brwi.
– Skąd może pan to wiedzieć? Jest pierwszorzędnym kłamcą – stwierdziła, nieprzekonana. – Może odegrał wspaniałe przedstawienie i oszukał nas oboje.
– Widzę, że jesteś dla niego niezwykle surowa – podsumował w zamyśleniu. – Spójrz na tę sprawę z innej perspektywy. Nigdy wcześniej nie darzył nikogo głębszym uczuciem. Może po prostu potrzebuje więcej czasu, żeby się przystosować?
– Wiem, że dorastanie w sierocińcu nie było łatwe i przyjemne – powiedziała z rozpaczą. – Wiele tam wycierpiał. – Zapatrzyła się w okno. Frustracja, którą czuła, powoli przeradzała się we wściekłość. – Niemniej jednak jestem zmęczona wymyślaniem dla niego usprawiedliwień.
– Nie wiem, czym cię zranił, Hermiono, ale uważam, że nie powinnaś zapominać, że wczoraj zaryzykował dla ciebie wszystko, w tym również to, co ma najcenniejsze. – Uśmiechnął się łagodnie nauczyciel. – W starciu z Gellertem postawił na szali swoje życie. Prawdę powiedziawszy, niewiele brakowało, aby je stracił.
Zadrżała, usłyszawszy prawdę. W momencie przypomniała sobie pędzącą nań szmaragdową klątwę i strach, który spowił jej serce.
– Owszem. – Odetchnęła gwałtownie. – Wiem, że darzy mnie czymś więcej, aniżeli chłodną obojętnością, ale nie potrafię dokonać dokładniejszego rozeznania. Widzę trzy możliwości. Albo rzeczywiście jest zakochany, albo chce mnie posiąść, albo po prostu mnie potrzebuje. To zaś sprawia, że jestem zdezorientowana.
Dumbledore skinął głową.
– Miałem podobne odczucia względem Gellerta wiele lat temu. Był najprawdziwszą zagadką. Zupełnie go nie rozumiałem, ale sądzę, że właśnie to mnie w nim pociągało. Byliśmy naprawdę blisko. Łączyła nas głęboka przyjaźń, która w pewnym momencie przeobraziła się w miłość.
– W pewnym momencie…?
– Miłość to dziwna rzecz, Hermiono. – Uśmiechnął się nauczyciel. – Jeżeli rzeczywiście się ją odnajdzie, może być potężną, tętniącą życiem siłą. Niestety, często jest mylona z zauroczeniem, bądź obsesją.
Zamrugała. Nie wiedziała, co było właściwie między nią a Tomem. Oczywiście, szczerze go kochała, ale co, jeżeli to uczucie było zaledwie jednostronne? Czy był zdolny tylko i wyłącznie do pokręconej i nienaturalnej miłości…?
Co w przypadku, gdy jedynie wykorzystywał jej oddanie…?
– Tom jest wyjątkowym indywiduum – kontynuował Dumbledore. – O ile dobrze pamiętam, ostatnio mówiłaś, że nie dasz mu następnej szansy.
Skinęła głową.
– Owszem, zawiódł mnie zbyt wiele razy.
– Może jednak przemyślisz sprawę i pójdziesz na ustępstwo? – zapytał w zamyśleniu. – Zanim się tutaj zjawiłaś, niewielu ludzi dało mu rozgrzeszenie.
Hermiona spojrzała na profesora.
– Jak na kogoś, kto z niego zrezygnował, broni go pan bardzo zaciekle – stwierdziła, uśmiechnąwszy się ze zmęczeniem.
– Może robię to dla ciebie?
Potrząsnęła głową, jakby chciała odegnać tę myśl.
– Mam wrażenie, że Tom zawładnął moim życiem. Jakby nie patrzeć, przeniosłam się do tej szkoły z konkretną misją, a jedyne, co właściwie robię, to kręcę się wokół przystojnego i niebezpiecznego chłopaka.
– Co to za misja? – Czarodziej uniósł brwi. – Czyżbyś jednak próbowała zebrać Insygnia Śmierci?
Wciągnęła gwałtownie powietrze, szczerze zszokowana. Gdy się pozbierała, przywdziała na twarz delikatny uśmiech. Mogła przewidzieć podobny scenariusz. To oczywiste, że Albus Dumbledore połapał się w jej poczynaniach. Teraz kiedy prawda wyszła na jaw, nie musiała się kłopotać wynajdowaniem wymówek.
– Owszem. Nawet wiem, gdzie się dokładnie znajdują.
– Naprawdę? – W jasnoniebieskich oczach zabłyszczało najszczersze zdumienie. – Wszystkie trzy?
Skinęła ponuro głową. Ignorowała swój plan zdecydowanie za długo. W międzyczasie tak wiele rzeczy odwracało jej uwagę, że prawie zapomniała o misji, którą sobie wyznaczyła. Musiała zjednoczyć Insygnia, gdyż dawało jej to największą szansę na przezwyciężenie obecnych problemów i powrót do przyszłości.
Gdy spojrzała na Dumbledore'a, mimowolnie się wzdrygnęła.
– Tak – powiedziała krótko i powierciła się na krześle. – Jest pan w posiadaniu Czarnej Różdżki, profesorze, więc pierwszy artefakt znajduje się w tym pomieszczeniu. Jakiś czas temu ukradłam Potterom pelerynę niewidkę, a potem straciłam ją na rzecz Gellerta Grindelwalda. Gdy przeciwnik został pokonany, jestem przekonana, że zabezpieczył pan drugie Insygnium. – Spojrzała na nauczyciela i zyskała potwierdzenie. Uśmiechał się w tajemniczy sposób, ale wiedziała lepiej. – Kamień Wskrzeszenia… również jest na wyciągnięcie ręki. Mogłabym go zdobyć…
Właśnie. Kiedy skolekcjonuje Insygnia Śmierci, będzie mogła skoczyć w przyszłość, co zaś sprawi, że rok przeżyty w latach czterdziestych będzie się wydawać zaledwie odległym snem.
– Co byś zrobiła ze zjednoczonymi Insygniami, Hermiono? – zapytał mężczyzna, ewidentnie zaintrygowany podobną możliwością.
Gwałtownie wciągnęła powietrze i przygryzła dolną wargę. Rozum podpowiadał powrót do własnych czasów, zaś serce protestowało, bo nic tam na nią nie czekało. Z drugiej strony, dlaczego czuła się tak przywiązana do lat czterdziestych…?
– Ja… – urwała na moment. – Cóż, potrzebowałam…
Na twarzy Dumbledore'a pojawił się delikatny uśmiech, zaś dziewczyna zadrżała i zamknęła oczy. Wtem gwałtownie uniosła powieki i prawie podskoczyła na krześle, kiedy drzwi do gabinetu otworzyły się bez żadnego uprzedzenia. Gdy się odwróciła, zobaczyła stojącego w progu Toma. Jasnoszare oczy natychmiast się nań skupiły, zaś blada twarz stanowiła nieprzeniknioną maskę. Nie zwróciwszy żadnej uwagi na obecność i zainteresowanie nauczyciela transmutacji, podszedł doń szybkim krokiem. Zamrugała, szczerze zdziwiona tym niecodziennym zachowaniem, zwłaszcza że nie okazał nawet odrobiny emocji. Zmarszczyła brwi i otworzyła usta, żeby uzyskać jakieś wytłumaczenie.
– Co się…?
Zanim zdążyła dokończyć, pochylił się naprzód i otoczył ją ramionami. Sekundę później wzmocnił uścisk. Mimowolnie sapnęła, kiedy jej magia pozwoliła sobie na samowolkę i, zupełnie niezwiązana z jej obecnie mieszanymi uczuciami, zatrzepotała radośnie i owinęła się z czułością wokół chłopaka. Sam fakt, iż była tak niezmiernie szczęśliwa, ostro kontrastował z odrętwieniem, w które w rzeczywistości popadła.
Co mnie tutaj trzyma…?
Chociaż w środku pragnęła wyciągnąć ręce i odwzajemnić uścisk, nawet nie drgnęła. Zamiast tego zastanowiła się, dlaczego jej moc zareagowała tak entuzjastycznie. Czy magia wiążąca wpływała również na sferę emocjonalną?
Oczywiście, Tom był nieświadomy tych myśli i bolesnego ukłucia w sercu Hermiony. Gdy się wreszcie odsunął, złapał ją za ramiona i omiótł wzrokiem, ewidentnie szukając jakichś niewyleczonych obrażeń.
– Wszystko w porządku? – zapytał. Mimo że było widać, iż jest zdenerwowany, odezwał się całkowicie opanowanym głosem. Całkiem możliwe, że nie chciał się zdradzać przed Albusem Dumbledore'em.
– Widzę, że panna Dulan wypuściła cię już ze skrzydła szpitalnego, Tom – zagaił nauczyciel.
Chłopak powoli się odwrócił, aczkolwiek nawet na moment nie puścił ramion dziewczyny. Chociaż na twarzy starca malowała się uprzejmość, w niebieskich oczach brakowało zwyczajowego ciepła. Naturalnie, również odpowiedział ugrzecznioną miną. To jasne niczym słońce, że oboje właśnie odgrywali przedstawienie.
– Tak, profesorze.
– Mam nadzieję, że czujesz się lepiej – dodał z nutką szczerej troski Dumbledore.
Ślizgon zmrużył oczy.
– Owszem, profesorze. – To powiedziawszy, chwycił dziewczynę za rękę i podniósł z krzesła. Później przyciągnął ją bliżej w zaborczym geście i rzucił nauczycielowi podchodzące pod wyzywające spojrzenie.
– Zupełnie straciliśmy tutaj poczucie czasu. Zaraz będzie obiad – stwierdził wesoło czarodziej, zignorowawszy chwilę napiętej ciszy. – Madam Dulan pozbawiłaby mnie głowy, gdyby się zorientowała, że z mojej winy ominęłaś zdrowy posiłek – dodał w stronę Hermiony.
Uśmiechnęła się delikatnie, zaś Tom odebrał te słowa jako zakończenie rozmowy i pociągnął ją w stronę drzwi. Zanim wyszli z gabinetu, zaparła się stopami i zatrzymała.
– Czy pamięta pan ostatnią rzecz, jaką powiedział w kościele Grindelwald? – zapytała, spojrzawszy przez ramię. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi, ponieważ Dumbledore zrobił zbolałą minę. Zdecydowanie chciała podnieść go na duchu. – To niczego nie zmienia.
Gdy znaleźli się w pewnej odległości od gabinetu profesora transmutacji, Riddle gwałtownie przystanął i się odwrócił; potem mocno ją przytulił i pocałował w czoło. Mimowolnie westchnęła, kiedy zaczął obcałowywać jej twarz, aczkolwiek wciąż powstrzymywał się od okazywania emocji. Gdy wreszcie się odsunął, w jasnoszarych oczach błyszczała najprawdziwsza stal.
– Czemu opuściłaś skrzydło szpitalne? – zapytał oskarżycielskim tonem.
– Cóż, Dumbledore chciał ze mną porozmawiać – odparła.
– Chciałaś przyprawić mnie o zawał serca? – Tom się skrzywił.
Wzruszyła ramionami.
– Wszystko jest dobrze – wymamrotała. – Nie musiałeś się martwić – dodała i zarejestrowała, że naprawdę sprawiał wrażenie zatroskanego.
– Merlinie, Hermiono. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, jest walka z Grindelwaldem. Obudziłem się w skrzydle szpitalnym, a ciebie nigdzie nie było. Czy zastanowiłaś się właściwie, jak się poczuję?
– Nie spodziewałam się, że tak szybko odzyskasz przytomność – argumentowała.
Chociaż powinna się czuć skruszona, wylądowała w emocjonalnym dołku. Mimowolnie się zastanowiła, dlaczego nie wykorzystał łączącej ich więzi, aby ją zlokalizować. Jeżeli by pragnął, mógłby nawet zastosować przymus, żeby doń sama przyszła. Niczym pan gwiżdżący na psa, pomyślała z goryczą.
Nie zauważywszy jej zblazowania, Tom wyznaczył kierunek.
– Co się stało? – zapytał ostro. – Jak wróciliśmy do Hogwartu?
– Pielęgniarka ci nie powiedziała? – zapytała, szczerze zaskoczona.
Oczywiście, potrząsnął głową.
– Naprawdę myślałaś, że będę czekał na wyjaśnienia od uzdrowicielki? Jak tylko się obudziłem, poszedłem cię szukać.
Hermiona dopiero teraz zauważyła, że nie miał na sobie mundurka, a szarą koszulkę i czarne spodnie, czyli najprawdopodobniej naprędce przetransmutowaną szpitalną piżamę.
– Cóż, po tym, jak zemdlałeś, nie miałam jak dłużej walczyć – wytłumaczyła, gdy podłapała jego wyczekujące spojrzenie. – W pewnym momencie przyzwał wsparcie, więc zostaliśmy szybko otoczeni przez żołnierzy i znaleźliśmy się w pułapce.
– Jak zbiegliśmy?
Zerknęła nań chłodno.
– Zjawił się Dumbledore z oddziałem aurorów.
– Dumbledore? – Był wyraźnie niezadowolony z obrotu spraw.
Skinęła głową.
– Walczył z Grindelwaldem i zwyciężył, zaś mężczyźni w czarnych płaszczach zostali pokonani przez ministerialne służby. Ostatecznie wróciliśmy do Hogwartu świstoklikiem.
Tom ścisnął jej dłoń i przyciągnął bliżej. Magia Hermiony zaświergotała z radości, co sprawiło, że dziewczyna mocno się zaniepokoiła.
– Cieszę się, że przetrwałaś to piekło – podsumował i ponownie ucałował jej skroń. Nie powiedziawszy nic więcej, wyznaczył kierunek do Wielkiej Sali.
Gdy weszli do środka, momentalnie poczuła na sobie oczy wszystkich zainteresowanych. Automatycznie poczuła się skrępowana i zawstydzona. Spuściła wzrok i zrobiła krok w stronę stołu Gryffindoru, ale została zatrzymana przez mocniejsze szarpnięcie. Zmarszczyła brwi i spojrzała w zakłopotaniu na chłopaka.
– Idziesz ze mną – stwierdził zdecydowanym tonem.
– Słucham…?
Uniósł brew i skierował się ku ślizgońskiemu terytorium. Chciała zaprotestować, ale jakoś nie miała siły na wszczynanie kłótni, zwłaszcza na oczach całej szkoły. Zacisnąwszy z dezaprobaty usta, pozwoliła się poprowadzić ku drugiemu końcu pomieszczenia. Po drodze czuła na sobie twarde i niekiedy oburzone spojrzenia mijanych uczniów, ale nikt nie odważył się zabrać głosu i wyrazić swojego sprzeciwu. Gdy dotarli do środka stołu, Tom spojrzał na Lestrange'a, który natychmiast się odsunął, zwolniwszy Hermionie krzesło.
Kiedy usiedli, Dippet stanął na mównicy.
– Proszę o spokój, młodzieży. – Dyrektor odział się odpowiednio do okazji. Miał na sobie prostą czarną szatę z pasującą doń koszulą i spodniami. Chociaż sprawiał wrażenie poważnego, wręcz emanował arogancją. – Z przykrością informuję, że naszą wspaniałą szkołę spotkała wielka tragedia – powiedział, kiedy dzieciaki się uspokoiły i dały mu dojść do głosu. – Część z was zapewne już o tym wczoraj słyszała, ale Gellert Grindelwald zaatakował jednego z naszych uczniów. Niestety, Mark Longbottom nie przeżył ataku.
Hermiona zdołała zachować kamienny wyraz twarzy, aczkolwiek niektórzy sapnęli – gryfoni, z którymi Mark był bliżej, zaczęli ronić ciche łzy lub otwarcie pochlipywać. Oddychała spokojnie, niemal mechanicznie. W pewnym momencie spojrzała na Albusa Dumbledore'a, który zajmował miejsce obok profesor Legifer. Szczerze żałowała, że to nie on wygłaszał przemówienie. Dippet wyglądał, jakby odbębniał przykry obowiązek, a w jego słowach nie było żadnych emocji. Najprawdopodobniej chciał mieć to za sobą, a potem najzwyczajniej w świecie wrócić do swoich kochanych dokumentów, czekających nań na biurku w gabinecie. Była przekonana, że do wczoraj dyrektor nawet nie wiedział, że w Gryffindorze uczył się niejaki Longbottom.
– To wielka strata, z którą musimy się pogodzić. Mark nigdy nie zostanie zapomniany i utkwi w naszej pamięci jako odważny młody człowiek. Chociaż będziemy nosić w sercu ból, musimy jednak patrzeć w przyszłość i na niej się właśnie koncentrować.
Łatwo ci mówić, pomyślała z goryczą, zmrużywszy gniewnie oczy. Magia Dippeta drżała w powietrzu, nabuzowana od pompatyczności swego właściciela.
– Z wielką przyjemnością mogę ogłosić, że Gellert Grindelwald, niebezpieczny przestępca, został wreszcie aresztowany – kontynuował z uśmiechem na twarzy, który wyglądał zupełnie nie na miejscu, zaś Wielka Sala wybuchła radością i podekscytowaną paplaniną. Oczywiście, dyrektor poczekał, aż uczniowie się uspokoją, a potem znów zabrał głos. – W tej samej konfrontacji, w której Mark Longbottom tragicznie stracił życie, nasz nauczyciel transmutacji, Albus Dumbledore, zdołał pokonać Grindelwalda. W pojedynkę postawił go przed wymiarem sprawiedliwości. Chociaż straciliśmy jednego ucznia, nasz profesor ocalił dwójkę innych, Toma Riddle'a oraz Hermionę DeCerto, którzy również zostali wciągnięci w tę sprawę.
Dippet wskazał dłonią na stół Slytherinu, zaś Hermiona jęknęła pod nosem, ponownie znalazłszy się pod ostrzałem zaintrygowanych spojrzeń. Kątem oka zerknęła na Toma i zauważyła, że na jego ustach gościł niemalże niezauważalny uśmieszek – sprawiał wrażenie zupełnie niewzruszonego zainteresowaniem kolegów i koleżanek. W przeciwieństwie do niego miała ochotę albo zapaść się pod ziemię, albo uciec z Wielkiej Sali. Czy Dippet naprawdę musiał o nich wspominać? Zacisnąwszy usta, spojrzała na Dumbledore'a, który jakby wyczuł, że jest obserwowany. Skrzyżowali wzrok i profesor uśmiechnął się przepraszająco. Nie mając innego wyjścia, wzruszyła po prostu ramionami.
– Mimo że te dni są dniami żałoby, nie zapomnijmy świętować również zakończenia wojny – zakończył przemowę dyrektor, a następnie uniósł ręce ku górze. Na czterech stołach natychmiast pojawiło się wystawne jedzenie, a uczniowie zaczęli omawiać wszystkie nowe informacje.
Hermiona była szczerze oburzona postawą, którą prezentował Dippet. Jak mógł sugerować świętowanie, skoro zginął uczeń? Najprawdopodobniej ma to głęboko gdzieś, podsumowała, patrząc nań z pogardą. Zdegustowana, westchnęła pod nosem i spojrzała na swój talerz. Czuła, że znów znalazła się w centrum zainteresowania, dlatego też w duchu podziękowała Riddle'owi za zajęcie miejsca przy ślizgońskim stole. Tyle dobrego, że jego współdomownicy byli zbyt przestraszeni, żeby próbować nawiązać z nią rozmowę – przynajmniej dopóki siedziała obok ich przywódcy. Z racji tego, iż nie sięgnęła po sztućce, Tom po prostu nałożył jej porcję zapiekanego makaronu. Nie podnosząc głowy, wzięła do ręki widelec i zaczęła powoli skubać jedzenie.
W trakcie obiadu nieustannie jej dotykał, zupełnie jakby chciał się upewnić, że wciąż siedzi na swoim miejscu – niby przypadkiem muskał dłonią jej kolano lub ramię, na szczęście nie w zaborczy bądź natrętny sposób. Mimo to jej magia reagowała nań entuzjastycznie, a świadomość tego sprawiała, że czuła się plugawiona za każdym razem, gdy nawiązywał kontakt. Praktycznie nurzała się w mieszaninie bezradności i gniewu. Chciała go odepchnąć i zapewnić sobie trochę przestrzeni, ale nie potrafiła. Miała wrażenie, że zdradzała samą siebie, kiedy wzdrygała się z przyjemności.
Kątem oka widziała, że ślizgoni śledzą każdy jej ruch. Czuła się odsłonięta i pozostawiona na widoku, niczym zwierzątko w klatce. Co interesujące, Melanie Nicolls, siedząca zaledwie kilka miejsc dalej, ani razu nie rzuciła jej morderczego spojrzenia, ani nie uśmiechnęła się do Toma. Oczywiście, nie, żeby za tym tęskniła, ale sprawa wydawała się co najmniej podejrzana. Gdy omiotła wzrokiem najbliższe otoczenie, zorientowała się, że jest otoczona wianuszkiem zwolenników Riddle'a. Wszyscy wyglądali na przygnębionych i unikali nawiązania kontaktu, nawet zazwyczaj bojowniczo nastawiony Primus Lestrange.
Avery jest nieobecny, zauważyła, nagle zaniepokojona.
Odsunęła na bok nieprzyjemne myśli, ponieważ Tom znów przesunął dłonią po jej przedramieniu, pozostawiwszy na skórze mrówkowe doznanie. Drobne pasma magii radośnie temu przyklasnęły.
Odruchowo przygryzła dolną wargę i spojrzała na swój talerz. Ledwo tknęła makaron, a już straciła apetyt. Nie mogła przestać się zastanawiać, co by było, gdyby nie zgodziła się na odprawienie rytuału przywracającego moc. Czy jeżeli pominęliby kwestię magii wiążącej, wciąż pragnęłaby odnowić ten związek? Jak bardzo ceremoniał wpłynął na decyzję, którą podjęła? Istniało wszak prawdopodobieństwo, że wzięła uczucia swojej magii za własne, gdyż nie wiedziała o połączeniu.
Czy wszystko to zaplanował? Czy czerpał przyjemność z posiadania niewolnicy? Czy naprawdę była dla niego wyłącznie przydatnym czarodziejskim przedmiotem, z którego można było skorzystać w dowolnym momencie?
Zacisnęła ze złości zęby.
Chciała związku opartego na uczciwości i równości partnerów. Pragnęła czułości i miłości, nie poczucia zdominowania i uniezależnienia od drugiej osoby. Nie marzyła o codziennej walce, a o spokoju i dobroci serca.
Czego właściwie chciał Tom…?
Czyżby była naiwna, myśląc, że spotkali się oczekiwaniami? Od początku wiedziała, że lubił rozgrywać własne gierki. Był manipulantem, kłamcą i nie posiadał prawidłowo rozwiniętego kręgosłupa moralnego. Teraz narzucił jej więź, odebrawszy wolną wolę i zmusił go bezwzględnej uległości. Może właśnie tego pragnął od związku – posłusznej niewolnicy, a nie prawdziwej partnerki.
Odłożyła widelec na stół. Czuła na sobie z pozoru zatroskane spojrzenie Toma, ale go nie odwzajemniła. Kiedy nie zareagowała tak, jak oczekiwał, sięgnął po jej dłoń. Naturalnie, biło od niego kojące ciepło, dlatego też niechętnie odwzajemniła uścisk.
W głębi duszy wiedziała, że go kocha, ale czy, jeżeli ich wzajemne oczekiwania się tak diametralnie rozmijały, był sens ciągnąć to dalej?
Dumbledore zawsze twierdził, że miłość jest niesamowitą siłą. Czy uczucie, którym darzyła Toma, było wystarczająco potężne, żeby poddać się tej niewoli?
Splotła ich palce razem.
Znała odpowiedź na to pytanie.
Odetchnęła głęboko. Jej magia wściekle zaprotestowało, a serce zakuło bólem, ale uwolniła dłoń i, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego, wstała i skierowała się ku wyjściu z Wielkiej Sali. Czuła na sobie wiele spojrzeń. Za sobą słyszała pospieszne kroki, dlatego też wiedziała, że chłopak za nią podąża.
– Co się stało, Hermiono? – zapytał, kiedy tylko znaleźli się na korytarzu. – Zaczekaj!
Nawet się nie odwróciła. Czy naprawdę ograniczał się wyłącznie do wydawania rozkazów?
Z racji tego, iż jej współlokatorki wciąż spożywały posiłek, powinna zastać opustoszałe dormitorium. Wystarczyło naprawdę niewiele, zaledwie mały obrót w miejscu, żeby przełamać zabezpieczenia Hogwartu i się deportować. Jak pomyślała, tak zrobiła, zostawiwszy Toma za sobą.
Następnego ranka, w środę, zamknęła się w łazience i obejrzała poranione plecy. Wiedziała, że najprawdopodobniej powinna podejść do skrzydła szpitalnego na kontrolę, ponieważ harpia wykonała kawał dobrej roboty, a rany po jej pazurach kiepsko się goiły. Zdeterminowana, wyciągnęła szyję i obejrzała swoje odbicie w tafli lustra. Skóra wokół biegnącego ukośnie przez plecy rozcięcia była naznaczona strupami i zaschniętą krwią, co dramatycznie kontrastowało z delikatnym i naturalnym różem gdzie indziej.
Co by nie mówić o harpiach, mają naprawdę ostre szpony, podsumowała i westchnęła. Żałowała, że nie potrafiła otworzyć takiego portalu, jak Gellert Grindelwald i ukryć się w tamtejszej ciemności.
Od wczoraj nie zamieniła z Tomem nawet słowa. Zamiast tego siedziała tchórzliwie w dormitorium i główkowała. Wiedziała, że zachowuje się po prostu żałośnie i niedojrzale, ale nie mogła sobie poradzić z własnymi emocjami. Czuła się wykorzystana na wiele, wiele sposobów oraz gorzko rozczarowana. Miała ochotę wrzeszczeć i się złościć, a czasem nawet coś zniszczyć. Najchętniej czmychnęłaby z zamku i zostawiła za sobą brudną sieć kłamstw i oszustw, ale Dumbledore miał całkowitą rację. Tom naprawdę zaryzykował dla niej swoje życie, a to z kolei coś znaczyło. Jak mogła się na niego wściekać?
Czy była małostkowa?
Potrząsnęła głową, zapatrzona we własne odbicie w lustrze. Nie, w żadnym wypadku. Została bezczelnie okłamana i zmanipulowana. Właśnie dlatego zgodziła się na ten czarnomagiczny rytuał. Ostatecznie, owszem, odzyskała magię, ale jednocześnie stała się zaklętym artefaktem, będącym niczym więcej, aniżeli zwykłym przedmiotem, ot własnością, gotową na każde skinienie palca.
Uzmysłowiwszy sobie podstawową zależność, prawie się rozpłakała.
Voldemort zrobił z niej trofeum.
Owładnięta nową falą gniewu, pospiesznie się ubrała i wypadła z łazienki. Zdeterminowana, postanowiła normalnie pójść na lekcje i ignorować ciekawskie spojrzenia innych.
Jakiś czas później siedziała w cieplarni numer trzy, szczerze żałując podjętej z rana decyzji. Jednak powinnam była zostać w łóżku, podsumowała, sfrustrowana do granic możliwości. Zielarstwo byłoby do zniesienia, gdyby nie gadulstwo jej współlokatorek, Rose i Lucii.
Na zajęciach przesadzali zębate geranium. Była to żmudna praca, ale wymagana na zaliczenie, dlatego też się przykładała. Jęknęła pod nosem, kiedy zobaczyła, że koleżanki z dormitorium postanowiły ją pomęczyć i zająć sąsiednie stanowiska. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż nauczycielka, Isabel Sato, zezwalała na prowadzenie rozmów, o ile uczniowie nie podnosili głosu.
– Co ci się stało w rękę? – zapytała Rose, najwyraźniej chcąc przełamać pierwsze lody. W międzyczasie wymieniła szybkie spojrzenie z Lucią, z ledwością tłumiąc rosnące podekscytowanie.
– Skąd to zainteresowanie? – spytała równie niewinnie.
– Cóż, jest srebrna – Reeves uniosła brwi.
Hermiona prawie przewróciła oczami, słysząc tę oczywistość. Naprawdę nie chciała wdawać się w bezsensowne pogaduszki z dwiema największymi plotkarami w szkole.
– Szczerze mówiąc, to zaklęcie, które zastępuje utracone kończyny.
– O mój Boże! – Lucia aż zadrżała. – Czemu właściwie potrzebowałaś nowej ręki…?
– W walce straciłam poprzednią – odparła bez ogródek.
Obu dziewczętom opadły szczęki.
– Jak to…? – Rose była przerażona.
– Straszne! Naprawdę…?
W odpowiedzi wzruszyła ramionami, zaś w duchu pożałowała, że nie poszła za głosem rozsądku i zrezygnowała z założenia rękawiczek ze smoczej skóry. Jej irytacja prawie sięgnęła zenitu, kiedy Smith położyła jej dłoń na ramieniu, najprawdopodobniej w imitacji wspierającego gestu.
– Grindelwald odrąbał ci rękę…?
– Nie. – Zmarszczyła lekko brwi, próbując skoncentrować się na przesadzaniu geranium. – Sama to zrobiłam.
Współlokatorki wrzasnęły, zaś nauczycielka rzuciła im ostrzegawcze spojrzenie.
– Czemu, Hermiono? – zapytała bez tchu Rose.
– Sytuacja tego wymagała. Czasem trzeba coś poświęcić – odparła, a Lucia zmarszczyła w niedowierzaniu brwi. – Niczym się nie martwcie – kontynuowała, chociaż wiedziała, że nie zamierzały. – Oryginalna ręka przepadła, ale zamiennik jest przyzwoity – dodała, uznawszy rozmowę za zakończoną.
Niestety, nie miała szczęścia, bowiem Lucia uśmiechnęła się szatańsko.
– Widziałyśmy wcześniej Riddle'a.
Rose skinęła głową.
– Yhym, kiedy biegł korytarzami.
– Ach, tak? – zapytała szorstko.
– Jeszcze nigdy nie wyglądał równie przerażająco. Miał różdżkę w dłoni. Nie wiem, czy to przez światło, ale miałam wrażenie, że miał czerwonawe oczy – dodała dziewczyna, robiąc rozmarzoną minę. – Szkoda, że nie mogłaś go wtedy zobaczyć.
Już widziałam go rozgniewanego, podsumowała w myślach.
– Chodziły słuchy, że pognał ci na ratunek. To wspaniałe, że pragnął uratować cię z rąk Grindelwalda – kontynuowała radośnie Lucia. – Musiało mu bardzo zależeć.
Nie chcąc na to odpowiadać, Hermiona ograniczyła się do niezobowiązującego mruknięcia. Akurat ten moment wybrało sobie geranium, żeby spróbować ją ugryźć.
– Cieszę się, że wyszłaś z tego cało. To straszne, że mogło spotkać cię to samo, co biednego Marka – powiedziała Rose, a Lucia jej gorąco przytaknęła, jakby ze łzami w oczach.
Mając serdecznie dość, odwróciła głowę.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że nie żyje. – Reeves pociągnęła nosem.
Hermiona zacisnęła zęby i wbiła rozwścieczony wzrok w swoją roślinę.
– Jego rodzice muszą być zrozpaczeni – dodała Smith.
Lucia wyciągnęła z kieszeni szaty chusteczkę, po czym wydmuchała nos. Gdy się trochę ogarnęła, objęła koleżankę w pasie.
– Miałaś duże szczęście, że zostałaś uratowana. Riddle jest naprawdę wspaniały.
– Nie wahał się nawet sekundy. – Niespodziewanie Rose zmieniła postawę. Spojrzała nań z ukosa. – Czy to prawda? Że Riddle ci się oświadczył?
Zamrugała, patrząc w szoku na współlokatorkę.
– Nie musisz się wstydzić, nam możesz powiedzieć – kusiła Lucia. – Po wszystkim poprosił cię o rękę, prawda? Jakie to romantyczne! Upojony miłością, najpierw ratuje swą ukochaną, a potem pada na kolano, wyznaje uczucia i chce się żenić.
– W samą porę.
Rose spojrzała znacząco na brzuch Hermiony, a to wystarczyło, żeby wróciła wspomnieniami do plotek na temat rzekomej ciąży i osób najprawdopodobniej odpowiedzialnych za ich rozpuszczenie. Nie mogąc się powstrzymać, jęknęła żałośnie. Machnąwszy lekceważąco ręką, z determinacją skupiła się na przekładaniu geranium.
– Wybacz, drogi chłopcze. – Slughorn spojrzał z czułością na Toma. – Gdybym tylko wiedział, nie próbowałbym cię powstrzymać przed udzieleniem pomocy pannie DeCerto.
– W porządku, profesorze.
Włożył naprawdę wiele wysiłku, żeby podtrzymać uprzejmą maskę i ugrzeczniony uśmiech na twarzy. Kiedy został zawołany, był akurat w drodze na następne zajęcia. Chociaż sprawiał wrażenie całkiem zadowolonego ze spotkania i pogawędki, w głębi duszy żałował, że nie może wyciągnąć różdżki i przekląć tego starego piernika na czym świat stoi. Nienawidził, jak nauczyciel próbował zgrywać dobrotliwego i troskliwego rodzica.
– Mimo wszystko muszę przyznać, że nieźle nas wystraszyłeś – kontynuował wesoło mężczyzna. – Od razu rzuciłeś się w pogoń i nie zważałeś na innych uczniów.
– Bardzo przepraszam za kłopoty, które sprawiłem – odpowiedział, przywdziawszy skruszoną maskę. – Nie traciłem czasu, bo wiedziałem, że Hermiona mnie potrzebowała.
– Nie, nie. Oczywiście, to w pełni zrozumiałe. Chciałeś ratować swoją dziewczynę. – Uśmiechnął się Slughorn. – Miłość to naprawdę wspaniała rzecz, zwłaszcza dotycząca młodego pokolenia. Panna DeCerto jest wspaniałą kobietą i bardzo się cieszę, że nie została skrzywdzona. Zdecydowanie nie potrzebowaliśmy drugiej ofiary. – Poklepał Toma po plecach. – Cudowna robota, chłopcze.
– Zrobiłem, co w mojej mocy – odparł, tym razem szczerze.
– Od samego początku mówiłem, że jesteście dla siebie stworzeni. – Nauczyciel żartobliwie wycelował w podopiecznego palcem. – Musisz się dobrze zaopiekować narzeczoną. Nie pozwól, aby ponownie cię opuściła.
– Wiem, profesorze. – Uśmiechnął się kącikami ust. – Nie popełnię dwa razy tego samego błędu.
– W porządku, chłopcze. W porządku.
Tom wymówił się, desperacko pragnąc samotności. Niestety, gdy tylko przeszedł kilka korytarzy, zauważył grupkę gapiących się na niego siódmorocznych puchonek. Kiedy go rozpoznały, mocno się zarumieniły. Jedna z nich, całkiem ładna brunetka, rzuciła mu nawet uwodzicielskie spojrzenie. Odwzajemnił uprzejmość poprzez olśniewający uśmiech, na co zareagowały głupkowatym chichotem.
Siłą woli powstrzymał się przed jękiem. W momencie poczuł nadchodzącą migrenę. Od czasu walki z Gellertem Grindelwaldem, a dokładniej od czasu mowy obiadowej Dippeta, dziewczęta były nim jeszcze bardziej zauroczone. Szczerze mówiąc, cholernie się irytował, gdy go obskakiwały. Co gorsza, jeszcze zanim się tamten dzień skończył, panny wysłały do niego jakąś naiwną pierwszoroczną krukonkę z listem miłosnym.
Gdyby nie był wówczas w Wielkiej Sali, przekląłby tę małą. Niestety, musiał zachować swą reputację wzorowego ucznia i prefekta, więc z uprzejmym uśmiechem na twarzy przyjął zaadresowaną doń kopertę. Gdy wrócił wspomnieniami do tego incydentu, aż się wzdrygnął z obrzydzenia. Z ociąganiem sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął różowy list. Przewrócił oczami, przeczytawszy napis „Do Toma". Całkiem możliwe, że powinien dziękować Merlinowi za brak zdrobnienia własnego imienia oraz niemożności narysowania serduszka nad „i". Zmarszczywszy z niesmakiem brwi, zgniótł kopertę w dłoni.
Głupia gęś, pomyślał, zirytowany. Niewiarygodne, że dziewczęta naprawdę sądzą, że chciałby spędzać czas na czytaniu bezsensownych bazgrołów bliżej niezidentyfikowanej panny. W przypływie złości spalił pergamin, ale ogień nie uszkodził mu skóry. Chwilę później rozsypał powstały popiół na podłogę i nijak się tym przejął. Chociaż próbował, nie mógł się uspokoić.
Sfrustrowany, kontynuował drogę do następnej klasy, a mianowicie wróżbiarstwa. Po prostu idealnie, parsknął w duchu. Slytherin miał te zajęcia razem z Hufflepuffem, a to w praktyce oznaczało siedzenie w sali razem z samymi dziewczętami.
Jakie to groteskowe. Uczennice się za nim uganiały, a jedyna kobieta, którą był zainteresowany, utrzymywała dystans i traktowała go chłodno. Od pamiętnego obiadu w Wielkiej Sali nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Oczywiście, próbował się zbliżyć, ale nadaremnie, bo najwyraźniej go unikała. Rozumiał, dlaczego się na niego złościła – przez więź. Hermiona zawsze była niezależną dziewczyną i właśnie dlatego niezbyt dobrze przyjęła fakt, iż stał się właścicielem jej magii. Zasadniczo właśnie dlategi zataił tę informację. Wiedział, jaka jest uparta i nieugięta. Niejednokrotnie zastanawiał się, czy ta potrzeba niezależności, którą okazywała na każdym kroku, wynikała z tytułu urodzenia się w przyszłości, czy też nie. W pewnym sensie lubił jej silną wolę i ognisty temperament, ale to sprawiało, że była trudniejsza w obsłudze.
Szkoda, że Grindelwald wszystko zrujnował.
Westchnął pod nosem. Liczył, że Hermiona wykaże się większą czułością i wdzięcznością, bo uratował ją przed Czarnym Panem. Z perspektywy czasu wiedział, że wyszedł z głupiego założenia.
Sprawdziwszy zegarek, doszedł do wniosku, że ma jeszcze chwilę do rozpoczęcia zajęć. Może powinien po prostu poszukać swojej dziewczyny, na poważnie z nią porozmawiać i wytłumaczyć, że powstała między nimi więź jest czymś dobrym i przydatnym.
Z czasem zrozumie, podsumował z uśmiechem na twarzy.
Hermiona właśnie skończyła numerologię i była w kiepskim nastroju. Nie dość, że Gauß był okropnym nauczycielem, to jeszcze musiała znosić zaciekawione spojrzenia kolegów i koleżanek. Jedna z piątorocznych puchonek zapytała ją nawet, czy Riddle rzeczywiście się oświadczył. Zacisnąwszy usta, wymigała się od odpowiedzi i czym prędzej czmychnęła korytarzem. Najprawdopodobniej będzie musiała podziękować współlokatorkom za rozpuszczenie następnej plotki.
Nadal nie rozmawiała z Tomem. Oczywiście, próbował kilku sztuczek, w tym tradycyjnych podchodów, ale za każdym razem uciekała. Wiedziała, że zachowuje się irracjonalnie i idiotycznie, ale instynkt był silniejszy od rozumu. Wtem dziewczęcy głos przerwał jej wewnętrzną debatę.
– No proszę, proszę. – Usłyszała. – Co my tu mamy?
Uniosła wzrok i westchnęła z irytacją. Susan Yaxley zablokowała jej drogę, ewidentnie skora do słownych przekomarzanek. Obok niej stała Melanie Nicolls, raczej niezadowolona ze spotkania – wyglądała, jakby chciała czym prędzej znaleźć się gdzieś indziej.
– Chodźmy. Nie warto – powiedziała do swojej przyjaciółki i pociągnęła ją za rękaw szaty.
Yaxley była jednak uparta.
– Co ty sobie, do cholery, myślałaś, szlamo? – warknęła, uprzednio rzuciwszy Hermionie szydercze spojrzenie. – Jak śmiesz wciągać Toma w swoje problemy?
Nijak zareagowała – po prostu się odsunęła i zrobiła krok naprzód.
– Zaczekaj! Nie tak szybko. – Ślizgonka złapała ją za ramię i przytrzymała w miejscu.
Ze złością wyrwała rękę.
– Czego właściwie chcesz?
– Jestem pewna, że się domyślasz, szlamo – powiedziała z pogardą Yaxley.
Hermiona przeczesała dłonią włosy, szczerze sfrustrowana.
– Żebym zostawiła Toma w spokoju?
– Owszem. Najpierw ukradłaś Melanie chłopaka, a teraz ściągasz na niego niebezpieczeństwo.
Wtem Nicolls potrząsnęła gwałtownie głową.
– Nie, nie – sapnęła. – Nie chcę, żeby Tom do mnie wrócił.
– Co ty wygadujesz? – Susan odwróciła się do przyjaciółki. – Ta wstrętna szlama odbiła ci wspaniałego faceta, a teraz paraduje po całym zamku i się z ciebie naśmiewa.
– W żadnym wypadku! – zaprotestowała z oburzeniem gryfonka.
– Zamknij się, dziwko!
Ich sprzeczkę przerwały usłyszane kroki. DeCerto obejrzała się przez ramię i jakoś nie była zaskoczona, gdy zobaczyła nadchodzącego korytarzem rozwścieczonego Toma. Jakby się nad tym zastanowić, zawsze miał zwyczaj pojawiania się w podobnych sytuacjach. Czyżby przypadkiem? Wysoce nieprawdopodobne. Zmrużyła podejrzliwie oczy. Używał więzi, żeby prowadzić prywatne śledztwo? Pomyślawszy o takiej możliwości, automatycznie się zdenerwowała.
– Zważaj na słowa, Yaxley – powiedział chłodno. Susan praktycznie wytrzeszczyła oczy, ale została zignorowana. Zamiast tego, skupił się na Nicolls. – Nie przypuszczałem, że tak szybko zaczniesz sprawiać kłopoty – dodał, zaś dziewczyna się skuliła.
– Nie zamierzałam niepokoić DeCerto – odparła ze strachem w oczach.
– Hmm, mam nadzieję. – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Nie chciałbym, żebyś opowiedziała się po niewłaściwej stronie, Melanie.
W normalnych okolicznościach Hermiona spodziewałaby się, że ślizgonka oniemieje z zachwytu, słysząc ten przymilny ton, bo przecież jest w nim po uszy zakochana, ale mocno się przeliczyła. Na twarzy dziewczyny pojawiło się najprawdziwsze przerażenie. Zbladła i cofnęła się o krok.
– Niczym nie zawiniłam – wymamrotała ściszonym głosem.
DeCerto zamrugała. Co tu się wyprawiało…? Czemu Nicolls bała się Toma…? Prawdę powiedziawszy, była naprawdę zdezorientowana, zwłaszcza że chłopak uśmiechał się szczególnie słodko. Sekundę później uniósł dłoń i leniwym ruchem przesunął palcami po policzku współdomowniczki, która dosłownie zamarła w bezruchu.
– Najlepiej zrobisz, jeżeli sobie już pójdziesz – stwierdził przyjacielsko. – Nie chcę, żebyś spóźniła się na następne zajęcia.
Nicolls mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, niby się z nim zgodziwszy, ale ciężko było przeoczyć, że zaczęła się trząść. Gdy się uspokoiła na tyle, aby znów trzeźwo myśleć, chwyciła przyjaciółkę za rękę i pociągnęła korytarzem.
Cholernie podejrzane, podsumowała Hermiona, a potem spojrzała na Toma. Nie chciała pytać, w czym tkwił problem, dlatego też wznowiła swój marsz. Ku jej przerażeniu, zaraz została dogoniona.
– Powinniśmy przestać się spotykać w ten sposób – zażartował, najprawdopodobniej chcąc rozładować napięcie. Nie uśmiechnąwszy się, ledwo zaszczyciła go spojrzeniem. Momentalnie spoważniał. – Co się stało? – zapytał.
– Nic – odpowiedziała.
Chłopak położył jej rękę na ramieniu i odwrócił ku sobie.
– Powiedz, co jest nie w porządku.
Wzdrygnęła się, słysząc ten rozkaz. Zamiast spełnić polecenie, ze złością odtrąciła jego dłoń.
– Unikasz mnie, Hermiono – argumentował. – Chcę wiedzieć dlaczego.
– Jak myślisz? – parsknęła, nie mogąc powstrzymać nerwów. – Znowu mnie okłamałeś.
Uniósł brwi.
– Co takiego? W żadnym wypadku. W jakiej sprawie? – zapytał w niezrozumieniu, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zdenerwowała. Zachowywał się, jakby naprawdę nie pojmował, w czym tkwił problem.
– Mówię o więzi, Tom! – syknęła. – Ukradłeś moją magię!
Na jego twarzy wciąż malowało się zdumienie i zmieszanie. Gdyby nie znała go zbyt dobrze, z pewnością połknęłaby haczyk i uwierzyła w tę niewinność. Bez słowa się doń zbliżył i ponownie złapał za ramię. Naturalnie, spróbowała się wyrwać, ale nadaremnie, bowiem jego dłoń przypominała imadło. Otworzył najbliższe drzwi, akurat prowadzące do nieużywanej obecnie klasy i wepchnął ją do środka. Gdy się do niej obrócił, sprawiał wrażenie oburzonego.
– Nie ukradłem twojej magii.
Hermiona prychnęła.
– Żartujesz sobie? Jasno i wyraźnie mi powiedziałeś, że władasz moją magią. Nie przypominam sobie, żebym wyraziła na to zgodę, co czyni cię złodziejem.
– Jesteś w błędzie – stwierdził z irytującym uśmiechem na twarzy, a następnie poklepał ją protekcjonalnie po ramieniu, jakby miał do czynienia z dzieckiem, które nie rozumie oczywistości. – Zwróciłem ci magię.
– Czemu to zrobiłeś? – zapytała, zdenerwowana przedstawieniem, które odgrywał. – Bo uznałeś, że to w porządku?
Tom zamrugał ze spokojem, a przyjazna fasada, którą prezentował światu, sprawiała, że miała wielką ochotę rozkwasić mu nos.
– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego się złościsz. Straciłaś moc i gdybym nie podjął odpowiednich środków, skończyłabyś jako mugolka.
– Słuchaj no, Riddle. – Hermiona wreszcie pękła. Miała serdecznie dość tej okropnej zarozumiałości i protekcjonalności. – Nie lubię być okłamywana, a tym bardziej wykorzystywana. Zataiłeś przede mną najważniejszą informację odnośnie rytuału, a to w praktyce oznacza, że dopuściłeś się jednego i drugiego – podsumowała z chłodem. Chłopak najwyraźniej wyczuł, że coś jest na rzeczy, ponieważ przestał się uśmiechać, a w jasnoszarych oczach zabłyszczał niepokój. Może nareszcie zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. – Zaledwie tydzień temu siedzieliśmy razem na trawie, całkiem niedaleko Hogsmeade, gdzie obiecałeś mi, że już nigdy więcej mnie nie zawiedziesz – kontynuowała, niezrażona, a następnie zrobiła krok naprzód i spojrzała mu prosto w oczy. – Muszę przyznać, że jestem teraz cholernie zawiedziona.
– Nie okłamałem cię, Hermiono – powiedział. – Po prostu pomyślałem, że… – urwał i przygryzł dolną wargę. – Magia wiążąca była jedynym rozwiązaniem twojego problemu. Nigdy nie planowałem korzystać z naszego połączenia i właśnie dlatego przemilczałem tę kwestię.
Zmarszczyła z obrzydzenia nos.
– Znów łżesz, prawda?
Natychmiast potrząsnął głową, chociaż odwrócił wzrok.
– Nie było innego wyjścia – stwierdził niepewnym głosem. – Co powinienem był zrobić zamiast tego? Zapomnieć o sprawie, żebyś mogła żyć sobie bez magii?
W pewnym sensie wydawał się skruszony, a przynajmniej tak wywnioskowała z braku zadowolenia, którym wcześniej emanował. Zdeterminowana, zacisnęła usta w cienką linię i mocno zmarszczyła brwi.
– Wystarczyło, żebyś mi powiedział, co dokładnie planowałeś – podsumowała z chłodem. – Mogłeś postawić na szczerość, zamiast na oszustwo i manipulacje.
Tom wziął ją za rękę, ale szybko wyrwała się z uścisku. Nie chciała się teraz spoufalać.
– Gdybym rzeczywiście był szczery, zaufałabyś mi? – zapytał z niepokojem w oczach.
– Kto wie? – prychnęła. – Niemniej jednak podjęłabym wówczas w pełni świadomą decyzję.
Wyrzucił ręce w powietrze, ewidentnie sfrustrowany.
– Wtedy prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, Hermiono. Gdy dopisało mi szczęście i postanowiłaś zamienić ze mną kilka oszczędnych słów, nasze spotkanie zawsze kończyło się awanturą – zaczął się tłumaczyć. – Jak niby miałem zdobyć twoje zaufanie?
Zmrużyła gniewnie oczy.
– O ile dobrze pamiętam, zerwaliśmy z twojej inicjatywy. Kiedy tylko dowiedziałeś się, że jestem mugolaczką, od razu się ode mnie odsunąłeś.
– Wiem! – krzyknął i przeczesał dłonią włosy. – Rozumiem, że zawiniłem. Niejednokrotnie cię przepraszałem za podłe zachowanie – dodał łagodniejszym tonem. – Gdy zostałaś zaatakowana w Zakazanym Lesie przez ludzi Grindelwalda… gdy zobaczyłem tę Avadę… mój świat obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Wiedziałem, że muszę cię odzyskać. Starałem się, ale uparcie twierdziłaś, że do mnie nie wrócisz. – Zadrżał, a Hermiona pogratulowała mu w duchu niesamowitych umiejętności aktorskich. Zignorował jej mroźne spojrzenie i uniesioną pogardliwie brew oraz kontynuował błagalnie: – Próbowałem dosłownie wszystkiego, lecz miałaś mnie gdzieś. Właśnie wtedy dowiedziałem się, że straciłaś magię. Doszedłem do wniosku, że jeżeli pomogę odzyskać ci moc, ponownie mi zaufasz.
Zapatrzyła się nań, drżąc z nieskrywanej wściekłości.
– Czyli chciałeś kłamstwem odzyskać utracone przez głupotę zaufanie?
Tom się skrzywił.
– Nie, nie okłamałem cię. Uwierz, że chciałem jedynie odzyskać twą magię.
– Och, akurat w to szczerze wierzę. – Uniosła pogardliwie brew. – Zasadniczy problem leży jednak w twojej motywacji. Zamierzałeś pomóc sobie, nie mi. Liczyłeś, że przeprowadzając ten cholerny rytuał, wrócisz do łask. Co więcej, rozwiązałeś też problem mojej nieczystej krwi, prawda? Jestem teraz magicznym przedmiotem, nie prawdziwą czarownicą – kontynuowała stanowczo, a w jasnoszarych oczach zauważyła błysk poczucia winy. – Nadal brzydzisz się moim mugolskim pochodzeniem, prawda?
– Nie! Oboje wiemy, że nie przepadam ani za mugolami, ani za mugolakami, ale jesteś wyjątkiem od reguły. Gdyby było inaczej, nie spędzałbym z tobą czasu – zaoponował. – Chciałem odnowienia naszego związku, jeszcze zanim dowiedziałem się o knowaniach Ignotusa Peverella. Czy to naprawdę niczego nie dowodzi?
– Tylko tego, że szybko dostosowujesz się do nowych sytuacji i nie masz żadnych skrupułów, aby wyciągać z nich maksymalne korzyści.
Tom nie odpowiedział, wpatrzony weń błagalnym wzrokiem. Hermiona warknęła pod nosem i zaczęła spacerować w kółko. Owładnięta wściekłością, gwałtownie uniosła rękę i machnęła palcami. Stare, zakurzone krzesło, stojące w rogu klasy, eksplodowało w drobny mak. Kątem oka zauważyła również, iż wzdrygnął się na ten widok.
Jakby musiał się mnie obawiać, parsknęła w myślach. Zwłaszcza że stoi u władzy.
– Jak bardzo jestem z tobą związana? – syknęła, rzuciwszy mu mordercze spojrzenie. – Tylko magią, czy czymś więcej?
– Co masz na myśli?
W momencie przestała się przechadzać.
– Jak wielki masz na mnie teraz wpływ? – doprecyzowała pytanie. – Co z moimi uczuciami i podejmowanymi decyzjami? Jak bardzo jestem jeszcze niezależna?
Tom przełknął, patrząc nań szeroko otwartymi oczami.
– Przysięgam, że jesteśmy związani tylko magią. Nie mam żadnego wpływu na twój umysł.
– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?
– Naprawdę nie kłamię – wyszeptał. Usłyszawszy to zapewnienie, parsknęła w niedowierzaniu. Westchnął, po czym przeczesał dłonią włosy. – Aż do wczoraj nie użyłem naszego połączenia – powiedział. – Nie zamierzam cię do czegokolwiek zmuszać.
– Wierutna bzdura! – podsumowała. – Czy masz pojęcie, jak czuję się straszliwie pogwałcona, wiedząc, że wystarczy jedno pstryknięcie palcami, abym musiała być posłuszna?
– Nie taki był mój zamiar… – wyjąkał. – Jeszcze raz powtórzę. Nie nadużyłbym tego połączenia.
– Cóż, ciężko uwierzyć – stwierdziła z goryczą. – Nawet jeżeli dotrzymałbyś słowa, nie pomyślałeś, co by się wydarzyło, gdybyś został pokonany przez innego czarodzieja – kontynuowała, zanim coś odpowiedział. – Zastanów się teraz przynajmniej przez sekundę, do czego by doszło, gdyby Grindelwald wczoraj zwyciężył? Boże, Tom! Musiałabym służyć potworowi.
– Nie wygrał – powiedział ostrożnie. – Nikt mnie nigdy nie pokona – dodał pewniejszym tonem.
– Grzeszysz arogancją – podsumowała z chłodem w głosie. – Zapewne właśnie dlatego pomyślałeś, że możesz posiadać innego człowieka. – Potrząsnęła z żalem głową. – Co widzisz, jak teraz na mnie patrzysz? Gdy przywłaszczyłeś sobie moją magię, stałam się zaledwie przedmiotem. Jestem niczym Czarna Różdżka? Jestem artefaktem, którego można używać wedle własnego uznania?
– Nie, absolutnie…
– Właśnie to zrobiłeś, Tom. Przemieniłeś mnie w magiczny przedmiot. Stałam się zwykłą rzeczą.
– Niezupełnie. Jedynym, co uległo przemianie, jest twoja magia. Wciąż jesteś sobą, Hermiono – powiedział i zrobił krok naprzód. – Jesteś normalną osobą i prawdziwą czarownicą. Nigdy nie będę cię traktował przedmiotowo.
Zmrużyła gniewnie oczy.
– Oboje wiemy, że masz ognisty temperament i całkiem szybko zmieniasz zdanie, zwłaszcza pod wpływem emocji. Co będzie, jeżeli znowu się pokłócimy? Nie mów, że nigdy nie kusiło cię nadużycie władzy.
– Nie posunąłbym się do ostateczności – powiedział, pożywszy jej dłoń na ramieniu. – Wiem, że nigdy byś mi tego nie wybaczyła. Owszem, przyznaję, nieraz mnie kusiło, ale czy naprawdę myślisz, że dla głupiego kaprysu zaryzykowałbym utratę ciebie?
Hermiona nie dostrzegła w oczach Toma ani odrobiny skruchy. Wyglądało na to, że zupełnie nie rozumiał podstaw problemu, który sam stworzył.
– Chcesz, żebym była całkowicie twoja? Mam być zaledwie niewolnicą? – zapytała kąśliwie. – Może masz życzenie, abym uklęknęła i ucałowała rąbek twojej szaty? Sprawiłoby ci to przyjemność? – drążyła, nie zważając na jego zaskoczenie. Chociaż potrząsnął przecząco głową, nie odpowiedział. Całkiem prawdopodobne, że po prostu nie chciał przyznać jej racji. – No co? – burknęła. – Nie podoba ci się mój sposób wysławiania? Włożyłam w pytanie za mało czci? Nie byłam wystarczająco uległa? – szydziła. – Jak zamierzasz ukarać mnie za nieposłuszeństwo i bezczelność, mój panie? Voldemort, które poznałam, nie zawahałby się rzucić Cruciatusa.
Tom milczał. Z początku słuchał wywodu ze spokojem, ale potem, w miarę, jak się rozkręcała, zaczął tracić nad sobą panowanie. Zdradzały go ciemniejące oczy. Gdy wreszcie zabrał głos, sprawiał wrażenie rozgniewanego.
– To głupie, Hermiono. Nie powinnaś mówić takich rzeczy, bo nie jestem czarodziejem, którego poznałaś w przyszłości.
Mimo że nie podniósł głosu, mroczna nuta w jego tonie sprawiła, że dziewczyna cofnęła się o krok. W normalnych okolicznościach, ot na wszelki wypadek, otuliłaby się kokonem magii ochronnej. Teraz zdała sobie sprawę, że to bezcelowe, bowiem moc stanie jej na przeszkodzie, niechętna do stawiania oporu swojemu prawowitemu właścicielowi. Prawdę powiedziawszy, jeszcze nigdy nie czuła się tak odsłonięta, zwłaszcza że niemal widziała unoszące się w powietrzu drobinki czarnej magii. Osaczona i bezbronna, postanowiła przejść do werbalnego ataku.
– Łudzisz się, Voldemorcie – stwierdziła agresywnie. – Najprawdopodobniej w środku aż pęczniejesz z dumy.
Słysząc to, Tom się zjeżył. Sekundę później patrzył nań krwistoczerwonymi oczami, złowrogo i nieprzystępnie.
– Skończ z tymi insynuacjami – syknął. – Nie widzę w tobie żadnej niewolnicy, zwierzaka na uwięzi, czy też zwyczajnego przedmiotu. Gdybym naprawdę tak cię postrzegał, wymusiłbym ten rytuał, nie zapytawszy o zdanie.
Odsunęła się i z trudem przełknęła ślinę.
– Właśnie w tym tkwi problem – przemilczałeś fakt, że chcesz ukraść moją magię.
W powietrzu buchnęła czarna magia. Tom, rozgniewany na poważnie, zrobił groźny krok naprzód. Stał teraz tak blisko, że Hermiona musiała odchylić głowę, aby nań spojrzeć. Z trudem łapała oddech, a ciemne drobiny pozostawiały jej na języku dziwacznie metaliczny posmak.
– Przywróciłem ci moc. Beze mnie zostałabyś z niczym – warknął. – Czemu się właściwie złościsz?
Wciągnęła gwałtownie powietrze. Postawa, którą prezentował, głęboko lśniące karmazynowe oczy, ogniście tańczący temperament i onieśmielający wyraz twarzy sprawiały, że się w niewytłumaczalny sposób wyciszyła. Gdy spojrzała na stojącego przed nią chłopaka, wściekłość została zastąpiona przez przemożny smutek, który zacisnął się wokół jej serca. Zanim się zorientowała, powoli zaczęła się rozklejać.
– Nie jestem zła, tylko rozczarowana – wyszeptała łamiącym się głosem. – Stałam się dla ciebie wyłącznie własnością, nie żywym człowiekiem.
Tom zdawał się nie zauważać jej rozpaczy. Skupiony na słowach, które powiedziała, pozwolił swojej magii na większą samowolkę.
– Naprawdę myślisz, że stałbym tutaj i prowadził tę dyskusję, gdybym żył w przekonaniu, iż jesteś tylko przedmiotem? – warknął agresywnie.
Skoncentrowana na unoszącej się w powietrzu mocy, Hermiona ponownie poczuła się bezbronna. Czy mogłaby użyć własnej magii, żeby się obronić? Czy w pierwszej kolejności dostałaby na to pozwolenie?
– Szczerze? – Uśmiechnęła się smutno. – Nie wiem, jak mnie teraz postrzegasz.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się na pięcie. Skończyła tę bezsensowną dyskusję. W pewnym momencie Tom najprawdopodobniej przekręciłby jej słowa na swoją korzyść i tylko by na tym zyskał. Nigdy nie cenił szczerości.
Zanim zdążyła czmychnąć, poczuła dłoń na ramieniu. Spodziewała się gwałtownego obrotu i krzyków, ale nic podobnego nie nastąpiło. Zamiast tego Tom podszedł bliżej, a potem delikatnym ruchem objął ją od tyłu w pasie i przyciągnął do uścisku. Uspokoił swą magię, dzięki czemu została otulona ciepłem drugiego ciała i przyjemnym zapachem, który zawsze działał nań pobudzająco. Chwilę później przechylił głowę i oparł brodę na jej ramieniu, przycisnąwszy policzek do jej policzka. Wziął kilka wdechów, co podrażniało wrażliwą skórę na szyi, a potem musnął ustami małżowinę jej ucha.
– Kocham cię, Hermiono.
Mimowolnie zadrżała. Za pierwszym razem, gdy wypowiedział te słowa, zupełnie mu nie uwierzyła. Obecnie miała inne odczucia – jej serce ścisnęła bolesna mieszanina radości i smutku. Chwiejąc się na nogach, nieśmiało odwróciła mu się w ramionach. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, zauważyła, że porzucił czerwoną aurę na rzecz jasnoszarej. Najwyraźniej wyczytał coś z jej twarzy, ponieważ ostrożnie pochylił się do przodu i złączył ich usta w pocałunku. Przymknęła powieki i poddała się przyjemności. Automatycznie rozchyliła wargi i pozwoliła mu na pogłębienie pieszczoty. Nie minęło dużo czasu, nim zatracili się w tańcu języków i elektryzujących dreszczach przebiegających po kręgosłupie.
Miała w głowie najprawdziwszy mętlik. Czyje to były uczucia? Jej własne, magii, którą dysponowała, czy może Toma? Czy działała pod przymusem? Czy została zaczarowana?
Wycierpiała zdecydowanie zbyt dużo.
Wszystko w niej krzyczało, żeby przyciągać chłopaka jeszcze bliżej i poddać się rosnącemu pożądaniu, ale umysł przepełniały wątpliwości. Z wahaniem uniosła dłonie i odepchnęła ślizgona. Z zaskoczeniem zarejestrowała jego pełen boleści jęk i fakt, że cofnął się o kilka kroków. Ostatecznie oparł się plecami o kamienną ścianę i zacisnął z bólu oczy. Oddychał ciężko i trzymał się za klatkę piersiową. Wystraszona, zrobiła niepewny krok naprzód, dopiero teraz dostrzegłszy prześwitujące przez ubranie nitki magii szkolnej pielęgniarki. Najwyraźniej rana, którą wczoraj otrzymał, była jeszcze daleka od wyleczenia. Uniosła rękę, żeby chwycić go za ramię we wspierającym geście, ale zanim to nastąpiło, zastygła w bezruchu. Nie mogła nawiązać kontaktu.
– Powinieneś pójść do skrzydła szpitalnego.
Usłyszawszy chłodną nutę, Tom uniósł powieki. W jasnoszarych oczach lśniło zranienie.
– Wszystko w porządku – stwierdził.
– Nie wygląda – odparła beznamiętnie. – Madam Dulan chętnie cię przebada.
Zapatrzył się nań w rzadkim pokazie bezbronności.
– Czy poszłabyś ze mną?
Otworzyła usta, aby się zgodzić, ale właśnie wtedy jej magia popędziła w stronę chłopaka i spróbowała trochę go podleczyć. Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze, czując powrót dawnego gniewu.
– Mam coś do załatwienia. Jestem pewna, że doskonale sobie poradzisz.
Tom odwrócił wzrok i powoli skinął głową. Na ten widok niemalże zadrżała. Zignorowała to nieprzyjemne uczucie rozprzestrzeniające się po piersi i ponownie zabrała głos.
– Porozmawiamy później, dobrze? Teraz nie mam ochoty na pogawędki.
Gdy milcząco przyjął to stwierdzenie, cicho westchnęła.
– Wciąż jesteśmy razem? – zapytał ściszonym głosem.
Sprawiał wrażenie zagubionego dziecka, co sprawiło, że z trudem zwalczyła potrzebę opiekuńczości. Zamiast doń podejść i go mocno przytulić, zapewnić, że wszystko jest w porządku i pocałować czule w czoło, zacisnęła dłonie w pięści. Wiedziała, że chociaż wyglądał niczym siedem nieszczęść, był niebezpiecznym czarnoksiężnikiem.
– Owszem, nadal – odpowiedziała o wiele chłodniej, aniżeli zamierzała.
Hermiona wierciła się w łóżku, nie mogąc zasnąć. Zbyt wiele myśli krążyło jej po głowie, a dodatkowo wciąż czuła ból w poharatanych plecach. Najprawdopodobniej dzięki temu bezsensownemu kotłowaniu się w pościeli, pomyślała z irytacją, próbując się wyplątać z koca. Osiągnąwszy sukces, przeciągle westchnęła i usiadła. Rozsunęła kotary i upewniła się, że dormitorium jest wciąż spowite ciemnością, a współlokatorki spokojnie spały. Nagła potrzeba zaczerpnięcia świeżego powietrza sprawiła, że wstała z łóżka.
Nie chciała używać magii, więc, zamiast się deportować z zamku, zaczęła w tradycyjny sposób przemierzać szkolne korytarze w kierunku Wielkiej Sali. Po drodze nie zwracała uwagi na otoczenie, więc to nic dziwnego, że została przyłapana.
– Proszę się natychmiast zatrzymać!
Przeklęła pod nosem, nie mając najmniejszej ochoty na gawędzenie z nauczycielami. Powoli się odwróciła i zobaczyła pędzącą ku niej profesor Legifer. Jak zwykle, była ubrana i uczesana nieskazitelnie. Mimowolnie zastanowiła się, jak ta kobieta wyglądała po walce z Gellertem Grindelwaldem. Niestety, nie mogła sobie przypomnieć.
Legifer zatrzymała się tuż przed nią i zmarszczyła gniewnie brwi. Hermiona wiedziała, że wyglądała po prostu okropnie. Miała na sobie przykrótką, obcisłą jak na te czasy piżamę, koszmarnie skołtunione włosy i zarzuconą niedbale na ramiona czarną ślizgońską szatę, bo nie chciało jej się po nocy szukać własnej.
– Szwenda się pani po korytarzach. – Nauczycielka sprawdziła zegarek. – Jest dokładnie godzina po zarządzonej ciszy nocnej. – Spojrzała na uczennicę i uniosła brwi. – Co ma pani na swoje wytłumaczenie?
Hermiona się zagapiła. To oczywiste, że nie miała żadnej wymówki na uskutecznianie nocnych spacerów po szkole, naturalnie, poza okropnymi, uniemożliwiającymi twardy sen myślami.
– Właściwie to nic – odparła po dłuższej chwili.
Legifer prychnęła z oburzeniem.
– O każdej porze dnia i nocy jest pani równie bezczelna?
– Całkiem możliwe. – Uśmiechnęła się słabo i przez moment obserwowała, jak kobieta czerwienieje ze złości. Zanim jednak całkowicie straciła nad sobą panowanie, dodała niepewnym tonem: – Pani profesor?
– Słucham.
– Eee… – Spuściła wzrok na buty, nagle onieśmielona. – Dziękuję za pomoc… w walce z Grindelwaldem.
– Wykonywałam tylko swoją pracę – odpowiedziała, aczkolwiek trochę się uspokoiła.
– Nie wiedziałam, że ryzykowanie życia dla nierozważnego ucznia wchodzi w zakres obowiązków hogwardzkiego nauczyciela. – Uśmiechnęła się niezręcznie.
Legifer zmrużyła oczy.
– Zostałam poproszona o pomoc przez profesora Dumbledore'a.
– Mimo to wciąż jestem wdzięczna.
– I prawidłowo. Mam nadzieję, że wykazała się pani przynajmniej odrobiną dobrych manier i podziękowała również panu Riddle'owi. Został ciężko ranny w walce. – Z racji tego, iż nie otrzymała żadnej odpowiedzi, nauczycielka kontynuowała: – Od samego początku byłam przeciwna temu dziwacznemu związkowi. Widziałam na lekcjach, że brakuje pani kobiecego wdzięku, a nawet podstaw dobrego wychowania. Pan Riddle jest wspaniałym uczniem i uprzejmym młodym człowiekiem. Zasługuje na pannę, która nie przyniesie mu wstydu. – Omiotła dziewczynę ostrym spojrzeniem i zmarszczyła nos, ewidentnie zdegustowana. – Mimo to wybrał właśnie panią. Szczerze mówiąc, zupełnie nie pojmuję dlaczego. Odnoszę wrażenie, że to wielkie marnotrawstwo potencjału.
Chociaż Hermiona próbowała nie poczuć się urażona tymi słowami, i tak obrzuciła Legifer pogardliwym spojrzeniem. Została jednak zignorowana.
– W świetle ostatnich wydarzeń jestem przekonana, że pan Riddle jest nieugięty w swoim wyborze – kontynuowała profesorka. – Jakkolwiek byłoby to dziwne, ewidentnie mu na pani zależy. – Uniosła rękę i poprawiła dziewczynie opadły kołnierzyk szaty. – Cóż, jeżeli naprawdę jest zdecydowany, aby o panią zabiegać, może nawet zaproponować ożenek – powiedziała z niedowierzaniem w głosie. – Myślę, że to ważniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej, aby uczynić z pani prawdziwą damę.
Słysząc to, Hermiona nie mogła powstrzymać pełnego żałości jęku. Oczywiście, zaraz została za to zrugana oburzonym spojrzeniem.
– Nie chcę, żeby pan Riddle skończył z… – Legifer urwała, najprawdopodobniej nie mogąc znaleźć odpowiednio obarczającego słowa. Ostatecznie chrząknęła, aby przeczyścić gardło. – Jest pani niesforna i gwałtowna. Widziałam niejedno w pani wykonaniu i z przykrością muszę stwierdzić, że to niestosowne, aby młoda dama odzywała się w ten sposób do mężczyzny. Pan Riddle zasługuje na dobrą żonę i przysięgam, że dołożę wszelkich starań, aby mu w tym dopomóc – zakończyła przemowę i spojrzała na Hermionę, jakby oczekiwała równie wyczerpującej odpowiedzi. Uczennica jednak nie sprostała jej wymaganiom, bowiem była w zbyt wielkim szoku, aby sklecić satysfakcjonującą ripostę. – Ten rok szkolny zaraz się skończy, ale obiecuję, że w następnym włożę jeszcze więcej wysiłku w pani edukację.
Hermiona zamrugała, zdumiona tą informacją. Cóż, jeszcze jeden powód, żeby wrócić do przyszłości, podsumowała.
– W porządku, panno DeCerto. Oczekuję, że natychmiast wróci pani do swojego dormitorium i nie będzie sprawiać żadnych kłopotów. Wstrzymam się z odbieraniem Gryffindorowi punktów, ale zapewniam, że kolejnym razem nie będę tak wyrozumiała.
– Oczywiście, pani profesor. Dziękuję – odparła, a Legifer rzuciła jej ostatnie pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła.
Aż dziw, że smoczyca nie wlepiła jej szlabanu – może jednak miała serce. Wzruszywszy ramionami, pomaszerowała korytarzem w przeciwnym kierunku. Ani myślała o powrocie do dormitorium.
Niedługo później siedziała na miękkiej trawie, patrzyła na spokojną taflę hogwardzkiego jeziora i bawiła się najbliższymi zielonymi źdźbłami. To właśnie tutaj siedziała z przyjaciółmi, zanim wszystko się skończyło. Mark kucał praktycznie przy niej. Wciąż nie mogła uwierzyć, że odszedł na zawsze.
Wypuściła drżący oddech i pozwoliła swoim oczom błądzić po wodzie, obecnie czarnej od panującej nocy, podobnie co niebo. Jedynym źródłem światła był w gruncie rzeczy będący w pełni księżyc. Obecnie dochodziła północ.
Siedząc w tym miejscu, czuła się cholernie samotna. Ostatnio niewiele rozmawiała z przyjaciółmi, a po kłótni w opuszczonej klasie unikała Toma niczym ognia. Żałowała, że nie może poprzekomarzać się z Markiem. Wcześniej tego nie zauważyła, ale zawsze przy niej był, podczas gdy Riddle po raz kolejny prezentował jej swoją mroczną i niebezpieczną stronę – służył pocieszeniem i wsparciem, a teraz…
Mark zginął i musiała stawić temu czoła. Nie powinnam być aż tak zaskoczona, pomyślała z goryczą. Jakby nie patrzeć, zawsze traciła przyjaciół, prędzej czy później. Westchnęła i przetarła dłonią mokre od płaczu policzki. W przyszłości została sama, a że nie miała niczego lepszego do roboty, skoczyła w przeszłość, żeby zniszczyć życie ludzi z lat czterdziestych.
Zacisnęła zęby, trawiona okropnym poczuciem winy.
Czy gdyby nie cofnęła się w czasie, Mark wciąż byłby wśród żywych…?
Prawdę powiedziawszy, w przyszłości nigdy nie słyszała o Marku Longbottomie, ale to niekoniecznie oznaczało, że od lat był martwy. Owszem, znała Neville'a i słyszała o losie jego rodziców, pary aurorów, Franka i Alicji. Oczywiście, przyjaciel dużo mówił o swojej babci ze strony ojca, Auguście Longbottom, która była względem niego bardzo surowa. Gdy jeszcze się uczyli w Hogwarcie, często otrzymywał od niej wyjce.
Dobry Boże!
Hermiona zastygła w bezruchu, zmrożona przerażeniem. Augusta…? Czy to możliwe…?
Z trudem przełknęła ślinę.
Niedawno poznała rodziców Marka, a wczoraj spotkali się w skrzydle szpitalnym, zdruzgotani przedwczesną śmiercią syna. Ta kobieta… musiała być Augustą Longbottom. Niech przeklęte będzie przeznaczenie! Będąc w ciąży, straciła starszego syna, a młodszy, obecnie nienarodzony, Frank, będzie razem z żoną torturowany do utraty zmysłów. Babcia Neville'a była wdową, a więc jej mąż nie miał wystarczająco szczęścia, aby dożyć starości.
Z nerwów przygryzła dolną wargę. Czy to ona sprowadziła na tę kobietę tyle nieszczęścia…? Neville zginął podczas polowania na horkruksy, gdyż była zbyt słaba, żeby go ochronić. Zaledwie wczoraj zawiodła Marka, który również odszedł na jej oczach.
Wstrząśnięta wyrzutami sumienia, podciągnęła nogi pod brodę i objęła się ramionami. Oparłszy głowę o kolana, spróbowała wyrównać rozszalały oddech.
Nie wiedziała, co robić.
Wiele miesięcy wcześniej, kiedy Czarna Różdżka postanowiła rzucić ją pięćdziesiąt cztery lata w przeszłość, pojawiła się całkowicie zagubiona na oddalonej od cywilizacji łące i przy upadku z wysokości złamała sobie rękę. Obecnie, chociaż minęło masę czasu, wciąż była boleśnie zagubiona i załamana. Ta dezorientacja sprawiła, że zepsuła życie otaczających ją ludzi.
– Hej.
Wyrwana z zamyślenia, uniosła głowę i zobaczyła stojącego tuż obok Toma. Było po północy, a wyszła z zamku praktycznie niezauważona, dlatego też była zdziwiona tym spotkaniem.
– Cześć – przywitała się obojętnie.
Gdy również usiadł na trawie, spojrzała na taflę jeziora. Nie chcąc się wdawać w rozmowę, postanowiła go zignorować.
– Jak się czujesz? – zapytał po chwili, psując jej plany.
Poświęciła chwilę na rozważenie tej kwestii. Szczerze mówiąc, w głowie miała najprawdziwszy mętlik. Czy nie powinna być na niego zła? Całkiem prawdopodobne, ale jakoś nie mogła wykrzesać z siebie teraz gniewu. Odpowiedziała więc całkiem szczerze.
– Jestem smutna.
Tom przysunął się bliżej i sięgnął po jej dłoń. Zmarszczywszy brwi, odwróciła głowę i nań spojrzała. Uważnie mu się przyjrzała. Był dość blady, nawet jak na swoje standardy, aczkolwiek w jego oczach tliło się życie. Z największą ostrożnością przesunął palcami po posrebrzanej ręce. Podczas tego delikatnego badania czuła dziwaczne, choć nie nieprzyjemne mrowienie.
– Jak twoje plecy? – zapytał łagodnie, nie odrywając wzroku od jej dłoni.
– Obolałe – odparła bezbarwnie.
Gdy wreszcie skrzyżowali spojrzenie, po raz kolejny uzmysłowiła sobie, że ma przepiękne oczy. Miały najjaśniejszy odcień szarości, jaki kiedykolwiek widziała. Co ciekawe, wokół źrenic migotały mu ciemnoniebieskie plamki.
– Aby wydobrzeć, potrzebujesz odpoczynku. Może powinnaś wrócić do zamku – stwierdził niepewnym tonem, ale nie odpowiedziała, zapatrzona w te cudowne oczy. Naprawdę potrafią wciągnąć, pomyślała z odrętwieniem i odwróciła głowę w kierunku jeziora. – Przykro mi, że twój przyjaciel umarł – dodał.
Wciągnęła ze świstem powietrze.
– Nigdy nie lubiłeś Marka.
– Owszem, niemniej jednak nie ma zbyt wielu ludzi, których darzę sympatią. – Uniósł rękę i delikatnie założył jej kosmyk włosów na ucho. – Niewielu…
Coś w niej zadrżało, zwłaszcza że, nie przerywając kontaktu wzrokowego, powoli przyciągnął ją do uścisku. Jej magia ponownie zareagowała na dotyk, zachwycona bliskością. Hermiona tym razem nie czuła złości z powodu tego wybryku, gdyż była przytłoczona przemożnym smutkiem. Oczywiście, nadal była zła i rozczarowana zachowaniem swojego chłopaka, ale potrzebowała go w chwili słabości. Zdecydowanie nie chciała nurzać się teraz w bezbrzeżnej samotności. Zamiast się odsunąć, mocniej się doń przytuliła. Ostatecznie oparła głowę o jego klatkę piersiową i pozwoliła, aby wzmocnił uścisk.
Siedzieli tak przez chwilę, podczas której patrzyła ze smutkiem na spokojną taflę jeziora. Nie zrobiła żadnego ruchu, aby uciec od tej bliskości.
– Nie jestem w najmniejszym stopniu zadowolona z więzi, którą stworzyłeś – zagaiła i poczuła, że momentalnie zesztywniał. Świadomie zignorowała jego dyskomfort i kontynuowała z urazą w głosie. – Wymusiłeś to na mnie, przez co naprawdę wątpię w szczerość twoich uczuć.
Zaprzeczył, potrząsnąwszy głową.
– Nie myśl, że ja…
Uniosła rękę, aby go uciszyć. Nie chciała po raz kolejny słuchać jego wymówek i usprawiedliwień. Odetchnęła głęboko.
– Niezależnie od tego, powinnam ci podziękować. Gdybyś się nie zjawił w kościele, naprawdę nie wiem, co zrobiłby mi Grindelwald. Jest mi też przykro, że zostałeś ranny. Nieuważnie wciągnęłam cię w problem, którego nie powinieneś być uczestnikiem.
Wzmocnił uścisk i przysunął się jeszcze bliżej. W jego głosie usłyszała zdumienie, jakby był zaskoczony, iż o tym wspomniała.
– Nie musisz mi dziękować. Zawsze będę cię chronił.
Spojrzała na niego. Chociaż wydawał się szczery, nie zdołała się powstrzymać przed drobną uszczypliwością.
– Bo nie możesz pozwolić, aby ukradziono twoją własność?
Tom westchnął.
– Naprawdę rozumiem dlaczego jesteś zdenerwowana naszą więzią – powiedział, uważnie dobierając słowa. – Rzeczywiście powinienem był… aczkolwiek widziałem masę rzeczy, które przysporzyłyby problemów… tak, powinienem był wcześniej cię poinformować. – Wypuścił powietrze z płuc. – Przepraszam, że tego nie zrobiłem.
Hermiona westchnęła pod nosem.
– Chyba nie powinnam być tak zaskoczona, że mnie oszukałeś. Jak to mówią, starych drzew się nie przesadza.
Skrzywił się, słysząc w jej głosie stanowczą nutę.
– Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, naprawdę myślisz, że bym cię tak po prostu wykorzystał? – spytał. – Oczywiście, podoba mi się to, że jesteś szalenie uzdolnioną czarownicą, ale jesteś dla mnie zbyt ważna, żebym mógł cię źle potraktować.
Uniosła brwi.
– Co właściwie jest takie cenne? Ja czy moja magia?
– Te dwie rzeczy są nierozłączne. Rdzeń jest przecież częścią ciebie. – Przechylił głowę. – Magia czy nie, jesteś jedyną osobą, na której kiedykolwiek mi zależało – dodał, kiedy mu nie odpowiedziała, wciąż nieugięta i zdeterminowana. – Proszę. Naprawdę nie chcę, żebyś ode mnie uciekła.
Hermiona wzięła głęboki oddech. Gdy Tom tak na nią patrzył, nie mogła powstrzymać szalejących emocji. Opanowanie nerwów byłoby dlań o wiele łatwiejsze, gdyby jej magia przestała się wtrącać. Sromotnie pokonana, przymknęła oczy i mocniej się przytuliła.
– Wiesz, że jesteś manipulującym, złym, zarozumiałym palantem, prawda?
– Yhym. – Odwzajemnił uścisk.
Mimowolnie się uśmiechnęła.
Następnego ranka spóźniła się na śniadanie. W pośpiechu sięgnęła po dzbanek z kawą i właśnie wtedy zauważyła unoszący się w powietrzu ponury nastrój. Gdy się rozejrzała po Wielkiej Sali, ze zdumieniem odkryła, że nie tylko gryfoni wydawali się przygnębieni. Upiła łyka z filiżanki i odwróciła się do chłopców.
– Co się stało? – zapytała siedzących naprzeciwko przyjaciół.
– Avery – odpowiedział Lupin, niezwykle poważny.
Hermiona zmarszczyła brwi. Zanim zdążyła jednak zadać następne pytanie, do rozmowy wtrąciła się Rose.
– Ogg go znalazł.
Zamrugała, bo to nijak naprowadziło ją na właściwy trop. Co z Averym miał wspólnego obecny gajowy Hogwartu? Szczerze mówiąc, była w tym roku naprawdę zajęta, dlatego też nawet faceta nie poznała.
– W Zakazanym Lesie. – Lucia gwałtownie przytaknęła przyjaciółce. – Merlinie, to straszne!
– W porządku. – Uniosła dłonie. – Co dokładnie się wydarzyło? – Spojrzała na Amarysa, który był zdecydowanie lepszym informatorem, aniżeli jej współlokatorki z dormitorium.
– Wczesnym rankiem Ogg spacerował po Zakazanym Lesie i właśnie tam znalazł nieprzytomnego Avery'ego. Zabrał go do zamku i zaniósł do skrzydła szpitalnego.
– Niestety, ani uzdrowiciel Perry, ani madam Dulan nie mogli go obudzić. – Weasley wzruszył ramionami.
– Ostatecznie podjęto decyzję o przeniesieniu go do Świętego Munga – dodał Lupin.
Hermiona miała złe przeczucia. Jasne, nigdy nie darzyła Ledo wielką sympatią, ale to nie brzmiało dobrze.
– Chodzą słuchy, że spotkał zabłąkanego dementora – kontynuowała Rose, kiedy Lupin zamilkł.
– Co takiego…?
– Mówią, że Avery zawędrował do Zakazanego Lasu i natknął się na dementora. Nikt nie wie, w jaki sposób przeniknął na teren Hogwartu. – Amarys wypuścił wstrzymywane przez moment powietrze. – Avery został pocałowany i zapewne już nigdy nie wróci do zmysłów.
Wytrzeszczyła oczy i zbladła.
Ledo Avery stał się pustą skorupą…?
Dementor w Szkocji? Nieprawdopodobne.
Po kręgosłupie przeszedł jej zimny dreszcz, potęgujący złe przeczucie. Odstawiła filiżankę kawy na stół, zmrożona rozbieganymi myślami. Odeszła jej ochota na śniadanie, a żołądek skręcił się z nerwów.
Kiedy ostatni raz widziała Avery'ego, był, jak zazwyczaj, nieznośny. Spotkali się przypadkiem na korytarzu, gdzie tradycyjnie zaczął się narzucać. Zostali przyłapani i zrugani przez Legifer, która błędnie odebrała sytuację. Tego samego dnia Tom odkrył prawdę i się zezłościł.
Wciągnęła gwałtownie powietrze.
Powoli odwróciła głowę i spojrzała na stół Slytherinu. Ślizgoni również sprawiali wrażenie przygnębionych, ale to normalne, gdyż niedawno dowiedzieli się o, można powiedzieć, śmierci jednego ze swoich współdomowników, raczej cenionego i popularnego w szeregach. Wzrokiem szybko odszukała Toma. Siedział na swoim zwyczajowym miejscu, przywdziawszy na twarz chłodną, nieodgadnioną maskę. Nie patrzył na nią, ale w jasnoszarych oczach dostrzegła lodowato zimny błysk.
