Tamtego wieczoru nie wrócił do Hogwartu. Mimo że wcześniej rzeczywiście miał w planach o świcie rozejrzeć się po Zakazanym Lesie, by znaleźć potrzebne mu do prowadzenia w nadchodzącym semestrze zajęć grzyby – rosnące tylko na przełomie grudnia i stycznia – teraz zupełnie o tym nie myślał i ani trochę go to nie interesowało. Przeniósł się z dworu Malfoyów do swojego domu na Spinner's End i spoczął ciężko w fotelu.

Jak mógł myśleć o grzybach czy zajęciach, skoro dopiero co został zmuszony przez Czarnego Pana do opowiedzenia Victorii o pierwszych latach swojej służby w szeregach zła? Victoria, jego przeklęta i urocza Victoria, wiedziała teraz o tym, że zabił kilka osób – na polecenie Voldemorta oczywiście, ale to nie zmieniało rzeczy.

Był mordercą. I ona teraz nie miała co do tego wątpliwości.

Ponadto musiał jej opowiedzieć o różnych torturach, których się dopuszczał na przeciwnikach Czarnego Pana. Słuchała uważnie, jak opisywał ze szczegółami, co robiła z ofiarami jego klątwa Cruciatus. Słuchała historii, jak torturowani wyli z bóli, jak ich kończyny wyginały się w nienaturalny sposób, jak mdleli, jak płakali, błagając go o litość.

A młody Severus Snape, zmanipulowany przez Toma Marvolo'a Riddle'a, a później Voldemorta, nie okazywał litości.

Nie zabił nikogo od długiego czasu. Wszystkich zbrodni dopuścił się mając dwadzieścia, dwadzieścia parę lat – wtedy Czarny Pan wymagał od niego najwięcej, bo wiedział, że Snape się nie zawaha. Teraz mistrz eliksirów był bardziej rozważny i robił wszystko co mógł, by uniknąć tych najbardziej dramatycznych rozkazów Voldemorta.

Siedział z głową zwieszoną ku podłodze. Zastanawiał się, czy lada moment nie zwymiotuje. Nagle, pierwszy raz od bardzo dawna, jego myśli pomknęły w stronę alkoholu. Nie podnosząc spojrzenia, machnął różdżką w kierunku szafki umieszczonej w kącie salonu, wiedząc, że prawdopodobnie znajdzie w niej butelkę whisky. Jego czar nie trafił jednak w szafkę, a w to, co stało na niej – w gramofon. Ten, tknięty przez magię, uruchomił się. Snape ostatni raz był w tym domu z nią. Nie miał więc okazji wyciągnąć płyty, której razem wtedy słuchali i do której tańczyli. Pomieszczenie wypełniło się muzyką. Utwór „The Sun Ain't Gonna Shine Anymore" rozbrzmiał, sprawiając, że Snape przez chwilę miał wrażenie, iż cofnął się do tamtej słodkiej nocy. Ale to było tylko złudzenie. Żadna słodycz już nie istniała. Panowała wyłącznie gorycz.

Loneliness is a cloak you wear

A deep shade of blue is always there

The sun ain't gonna shine anymore

the moon ain't gonna rise in the sky

the tears are always clouding your eyes

when you're without love, baby

Machnął różdżką jeszcze raz; tym razem trafił w szafkę. Małe drzwiczki otworzyły się, obnażając swoje ciasne wnętrze. W środku rzeczywiście znajdowała się Ognista Whisky. Wstał, podszedł do mebla, biorąc po drodze zakurzoną szklankę z komody. Nalał sobie do pełna, po czym wrócił na fotel.

Emptiness is a place you're in

With nothing to lose but no more to win

The sun ain't gonna shine anymore

the moon ain't gonna rise in the sky

Wypił całą szklankę jednym haustem. Dobijało go nie tylko to, że Czarny Pan zmusił go do opowiedzenia jej tych wszystkich historii, ale też to – a może przede wszystkim to – że mu ją odebrał. A on nie mógł nic zrobić, jak tylko milczeć i zgadzać się na wszystko.

The tears are always clouding your eyes

when you're without love, baby

Lonely without you baby,

girl, I need you

I can't go on

Warknął złowrogo i machnął gwałtownie różdżką w kierunku gramofonu, a ten natychmiast przestał grać. Napełnił szklankę po raz drugi.

•*•.•*•

Victoria patrzyła, jak Snape wstaje ciężko z fotela i wychodzi z salonu. Czarny Pan wreszcie pozwolił mu odejść. Jego czerwone oczy z zadowoleniem odprowadzały nieco zgarbionego mistrza eliksirów, który niemal zawsze, niezależnie od okoliczności, był wyprostowany. Teraz jednak jego postura zdradzała wszystko – cierpiał z powodu tego, że musiał jej opowiedzieć o swojej makabrycznej przeszłości.

Nie wiedziała, co zrobić z tą wiedzą. Była zszokowana i przestraszona. Przeczuwała, że Snape dawniej, będąc prawdziwym, oddanym śmierciożercą, popełniał straszne zbrodnie – jednak przeczuwanie nie jest tym samym co otrzymanie potwierdzenia.

Popatrzyła na profil Voldemorta. Dlaczego kazał Snape'owi opowiedzieć jej o tym wszystkim?

– Wszystko w porządku, moja droga? – zapytał, obdarzając ją spojrzeniem.

– Dlaczego chciałeś, abym to usłyszała, panie?

– Pierwszy zadałem ci pytanie – odrzekł twardo. – Odpowiedz na nie.

Spuściła natychmiast głowę w wyrazie pokory.

– Wybacz, panie. Tak, wszystko w porządku.

– Chciałem, abyś to usłyszała – powiedział po chwili – ponieważ uważam, że to ważne... mieć prawdziwy obraz każdej osoby w głowie. Nie... wyimaginowany.

– Skąd wiesz, że dotychczas miałam wyimaginowany obraz jego osoby w głowie? – zapytała cicho, z pewną obawą.

Czarny Pan spojrzał na nią z góry; w jego oczach rozbłysnął cień odrazy.

– Widziałem, jak na niego patrzysz. Wierzę, że teraz, mając całą tę wiedzę, twoje oczy nie będą z takim zainteresowaniem błądzić w jego kierunku.

– Panie, ja... – zaczęła, czując obejmującą ją panikę; pamiętała przecież, że Voldemort niejednokrotnie mówił jej o tym, że ma trzymać się od Snape'a z daleka. – Ja... przysięgam, że... to nieporozumienie... Z pewnością nie patrzyłam na niego z zainteresowaniem.

Niespodziewanie chwycił ją za ramię i powstał. Pociągnięta, również się wyprostowała. Wyprowadził ją na ciemny korytarz. Siedzieli blisko drzwi, a w salonie większość osób pochłonięta była rozmową; nikt więc nie dostrzegł tej sceny.

Na korytarzu popchnął ją na ścianę, aż uderzyła się w tył głowy. Stanął przed nią i zacisnął silnie bladą dłoń na jej szyi.

– Naprawdę sądzisz, że możesz mnie okłamywać?

Wytrzeszczyła oczy, zarówno z powodu szoku i przerażenia, jak i braku powietrza. Pokręciła głową.

– Masz rację. Nie możesz mnie okłamywać. Powiedziałem, że nie wolno ci być blisko Snape'a. To był rozkaz, rozumiesz?

Puścił ją w końcu; złakniona powietrza, wciągnęła je głęboko ustami, zginając się wpół. On w tym czasie stał obok i obserwował tę scenę bez wyrazu.

– Resztę przerwy bożonarodzeniowej spędzisz w mojej rezydencji. Idź się spakować. Będę cię oczekiwał na zewnątrz. Wytłumaczę to odpowiednio twoim rodzicom. No, już, na co czekasz? – Klasnął w dłonie. – Biegnij po rzeczy do swojej komnaty.

Wciąż zgięta, ruszyła w kierunku schodów, podpierając się o ścianę. Będąc już na stopniach, przyspieszyła, a odcinek na piętrze pokonała pędem. Nie spieszyła się jednak wcale po to, by się spakować. Chciała znaleźć się od niego jak najdalej – chociaż na chwilę, dopóki nie będzie na niego skazana przez każdy najbliższy dzień i każdą najbliższą noc.

•*•.•*•

Pojawili się przed jego dworem.

Weszli do domu i przeszli do dużego salonu, który znajdował się na lewo od wejścia. Od chwili, gdy była tu po raz ostatni, nic się nie zmieniło – nic, poza jedną rzeczą.

Niemal zabrakło jej tchu, kiedy zobaczyła, że nad kominkiem wisi jej własny portret. Ciemne włosy spoczywały na nim na jej plecach, a niebieskie oczy przeszywająco wpatrywały się w oglądającego. Mały uśmiech błąkał się w kącikach ust, nie mając nic wspólnego z pierwowzorem, który stał w miejscu z przerażeniem wymalowanym na twarzy.

Wciągnęła głośno powietrze i obróciła się do Toma, który zatrzymał się tuż za progiem i ją obserwował. Był w człowieczej postaci. Miał na sobie elegancką ciemną koszulę.

– Nadszedł czas, byś znalazła się w miejscu, które jest ci przeznaczone – powiedział, zbliżając się.

Stanął tak blisko niej jak nigdy wcześniej. Upuściła z wrażenia torbę podróżną, którą trzymała. On wtedy splótł jej dłonie ze swoimi własnymi.

– Masz na myśli tę rezydencję? – zapytała, gdy cisza się przedłużała.

– Nie mam na myśli żadnego fizycznego miejsca. Mam na myśli siebie. Twoje miejsce jest u mego boku. Nie miej co do tego złudzeń, Victorio.

Zamilkła. Wiedziała, co miał na myśli – przepowiednię, która, jak miał nadzieję, mówiła o nim i o niej. Ale ona nie zamierzała dopuścić, by przepowiednia spełniła się na jego korzyść. Zdawała sobie sprawę z tego, że była w tej grze kluczową zawodniczką. Od tego, przy kim stanie – przy Czarnym Panie czy Severusie – zależały, jak wszystko wskazywało, losy nadchodzącej wojny. Losy świata.

Nie zamierzała skazać całej czarodziejskiej społeczności na życie w mroku. Nie zamierzała popełnić błędu. Snape może i był zabójcą, ale nie miał skamieniałego serca, mimo że tak często próbował jej pokazać, że jest inaczej. A potwór stojący przed nią, który przywdział skórę człowieka, nie miał w sobie nic ludzkiego.

Nie przegra tego.

Zwycięży.

Przechytrzy go.

Uśmiechnęła się nagle i stanęła na palcach, by złożyć na jego ustach delikatny pocałunek.

– Oczywiście, Tom – rzekła. – Nie mam żadnych złudzeń.